Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

PROGRAM DLA POLSKI

60% Polaków niepałających miłością do panującej nam władzy, powoli odrzuca marzenia o nowym Piłsudskim, który zstąpi z niebios i zaprowadzi porządek (uznano zapewne, że jest to mało demokratyczny pomysł). Pojawiła się nowa myśl, alternatywa w postaci marzenia o zjednoczonym ruchu z jasnym programem, który nie tylko pogna władzę do stu diabłów ale też potrafił będzie budować.

Niestety. Takie programy posiadają już Razem, Nowoczesna, PO i pozostali. Nie widać by do drzwi ich biur dobijały się miliony zainteresowanych. 60% „opozycjonistów” tworzy bardzo pozorną spójność. Czy ktoś o zdrowych zmysłach uwierzy we wspólny program/projekt Nowoczesnej i Razem, w sojusz lewicy (post-SLD) i PO, itd.? Obawiam się, że żadna z tych partii nie pali się do dialogu i nie pozwoli na to by jakaś „wielka nowa idea” odebrała im wyborców. Ze strony PiS wystarczyłoby wspierać te partie finansowo i pompować ich egoizmy, by szansa na jakąkolwiek opozycję „40%+” była mniejsza niż wygrana w lotto.

opars

CZY KIJOWSKI W ŚWIETLE STAWIANYCH MU ZARZUTÓW POWINIEN ŚCIĄĆ KITKĘ?

Kiedy Facebook miał wejść na giełdę, Mark Zuckerberg przyszedł na spotkanie z akcjonariuszami, inwestorami, itd, w bluzie z kapturem. Opinie o niestosownym zachowaniu twórcy FB poniosły się szerokim pomrukiem po świecie, z czego sam Zuckerberg niewiele sobie zrobił. Wieszczono, że okazany brak szacunku do wystrojonych od stóp do głów przyszłych udziałowców zaważy na notowaniach. Nie stało się tak. Mark był po prostu szczery. Wiedział, że to on rozdaje karty i nie miał zamiaru urządzać taniej szopki.

Czytam i słucham sobie o M.Kijowskim w sieci, mediach, rozmawiam ze znajomymi i zauważam, że jest coś w tych dyskusjach z próby mówienia mu kim ma być, jak powinien postępować, wyglądać, jaki ma być KOD, itd. Dorobiliśmy się całych zastępów „wujków dobra rada”, którzy niejednokrotnie korzystając ze swojej popularności wrzucają w obieg opinii jakieś sugestie, czasem wprost nakazy.

Moim zdaniem, nawet kompetentny w rewolucjach Lech Wałęsa nie ma prawa pouczać M.Kijowskiego, gdyż czasy są inne i doświadczenia inne. Kijowski jest faktem dokonanym. Założył KOD, nawet gdy nie był to jego osobisty pomysł. Dał nowemu ruchowi swoją twarz, dał nazwisko, zaangażował się. Oczywiście, stawał i wciąż staje przed bardzo trudnymi wyborami, ale KOD trwa i to kolejny fakt dokonany. Ludziom, którzy chcą ulepszać KOD zadaję czasem pytanie: czy wprowadzenie proponowanej przez nich zmiany przysporzy KOD-wi sympatyków czy ich liczbę zmniejszy? Kto weźmie odpowiedzialność, gdyby zaszła ta druga ewentualność? Czy ktoś wstąpi do KOD gdy jego propozycja zostanie wysłuchana? Okazuje się, że raczej wolimy radzić niż brać odpowiedzialności lub zaangażować się.

Kijowski ma za sobą dwa bardzo silne fakty dokonane, z których nie można go zwolnić, lub odebrać mu ich, dlatego sporą część dyskusji na temat jego statusu w KOD uważam, za przynajmniej dziwną. Te fakty dokonały się dzięki temu, że był kim jest, że słuchał siebie i ludzi, którym ufał nie ulegając „wujkom dobra rada”, którzy nie mają nic do stracenia.

Kiedyś krążyła w obiegu następująca kwestia: „Jak ona może śpiewać z takimi nogami?”.
Najwyraźniej może.

dziennikpl

PSYCHOLOGIA MOTŁOCHU

Kilka lat temu, krążył w sieci żart. Młody brytyjski parlamentarzysta zasiada w ławie ze swoim sporo starszym i doświadczonym kolegą. Młokos wskazuje na ławy zajęte przez posłów innej partii i szepcze do starszego ze znawstwem:
– To nasi wrogowie.
Starszy poseł kręci przecząco głową i poprawia młodego druha:
– Nie, tam siedzą nasi konkurenci polityczni, nasi wrogowie siedzą za naszymi plecami.

Z politycznymi konkurentami spierać się łatwiej, gdyż niemal wszystkie chwyty są dozwolone. Nie ma w tych sporach niczego osobistego, dlatego bez trudu, niczym bokserzy po walce strony mogą podać sobie ręce i podziękować za spotkanie, które było dla nich dużym wyzwaniem. Gorzej gdy walka pojawia się we własnym stronnictwie, co można byłoby porównać do sytuacji, w której rywalem utytułowanego boksera staje się np. jego dziesięcioletni syn wylosowany przez organizatora. Wszelkie reguły biorą w łeb i to po obu stronach. Markować walkę, starać się nie uszkodzić rywala, zastanawiać się nad tym, kto jest po drugiej stronie i że jest to rodzina? Dylematy z tym związane to lżejsza wersja dylematów obrońców Głogowa, którzy musieli zdecydować czy strzelać do zakładników (własnych synów) przywiązanych do machin oblężniczych wroga. Obrońcy Głogowa nie zastanawiali się długo i pewnie dlatego zapisali się w tej patriotyczno-heroicznej części polskiej historii.

„Trwa bowiem postanowienie ojców, powzięte z niezachwianą mocą, że lepiej, aby rodzice stracili potomstwo, niż żeby obywateli pozbawiono ojczyzny. I, godziwiej jest dbać o wolność niż o dzieci”

Czas względnego pokoju nie stawia nas przed tak trudnymi wyborami, jednak jak postąpić, gdy z jednej strony chcemy bronić ważnej sprawy a uderzyć nie chcemy? Zapewne nie skłamię gdy stwierdzę, że animatorzy podziałów w szeregach nie tylko politycznych przeciwników ale całym społeczeństwie na taki właśnie efekt liczą. To doskonała metoda tworzenia pęknięć i rozłamów, odwracania się ludzi od siebie, wywoływania wzajemnej pogardy i niemocy. Aborcja czy uchodźcy – to przykłady tematów, które niczym ostry nóż zatapiany w torcie dokonują idealnie „równego” podziału na morderców i fanatyków, na naiwnych lub nazistów. Tych osi podziałów jest oczywiście więcej i trudno wymienić wszystkie, jednak przeraża ich siła, która w skrajnych przypadkach może prowadzić nawet do rozłamów wśród ludzi związanych więzami krwi. Jeżeli udaje się podzielić rodziny, to jaki problem stanowi podział grona przyjaciół, społeczeństwa, narodu?

Jak nie ulegać podziałom? Gdyby Gustaw Le Bon żył 100 lat dłużej i przyszłoby mu żyć we współczesnej Polsce, napisałby drugą część „Psychologii tłumu” pt.: „Psychologia motłochu”. Uczyniłby tak, gdyż słowo tłum brzmi poniekąd dumnie skoro tłum jest zdolny także do czynów szlachetnych, gdy motłoch jest zdolny wyłącznie do czynów podłych które za szlachetne uznaje – a więc zasługuje na zupełnie odrębną kategorię.
Le Bon wyjaśniłby nam, że to właśnie motłoch staje się adresatem demiurgów podziałów, gdyż jest ‚tworem’ bezwolnym (łatwo sterowalnym), przewidywalnym oraz zasadniczo tępym (niezdolnym do głębszych refleksji). O zgrozo zauważył to już Adolf Hitler poświęcając w swojej książce Mein Kampf cały rozdział tzw. „propagandzie wojennej”.

Wydaje się, że niebycie motłochem załatwi wszystko, a jednak nie, gdyż czasem okazuje się, że motłoch siedzi za naszymi plecami a nie „tylko” w ławach politycznych konkurentów. Często w ogóle nie zdajemy sobie z tego sprawy, by w krytycznym momencie otrzymać „cios w plecy”. Jak dbać o jedność stronnictwa służącą sprawie, gdy część naszych „braci i sióstr” ulega każdej medialno-politycznej nagonce-sensacji dokonując wewnętrznego sabotażu, rozkładu? Jak postępować, gdy ta część poczuje się wyjątkowo obrażona, gdy zgodnie z prawdą porównamy jej postawę do zachowań ludzi mówiąc delikatnie naiwnych i podatnych na sugestie?

W przypadku organizacji politycznej to poważny problem. Z jednej strony sabotażystów można pozbyć się, ale z drugiej… czy organizację stać na taka rozrzutność gdy każdy głos jest ważny? Istnieje dodatkowe ryzyko, gdyż zwolniony sabotażysta nie zamknie się w ciemnej klitce by wypłakać swoje żale. Na ogół pogna do politycznej konkurencji by zrealizować swą zemstę i ukoić frustrację (dziwić się, że takim ludziom kiedyś oferowano pracę w ambasadach na antypodach, a obecnie np. w spółkach skarbu państwa – spadochroniarze). W polityce to szczególnie trudne wybory.
Zdał sobie z tego sprawę już D.Tusk gdy któryś z posłów jego zdałoby się pozytywistycznej formacji zaczął słyszeć krzyk mrożonych zarodków, dokładnie wtedy kiedy zaczęła o takim krzyku mówić opozycja. W polityce nie można postawić wyłącznie na jakość, gdyż w demokracji tak już jest że ilość również ma znaczenie. Powstają trudne kompromisy.

W prywatnym życiu odcinanie się nie nastręcza większych problemów, można postąpić jak Tuwim, który skłócony ze wszystkimi znajomymi zadedykował im w rezultacie wiersz pt. „Całujcie mnie wszyscy w dupę”. Tylko zawsze jest to jakiś krok ku tym, którzy na podział liczyli i blizna pozostaje.

Jak postąpić gdy mamy do wyboru trudny kompromis lub samotność?
To chyba kwestia wyznawanych priorytetów, wyboru pomiędzy popularnością a autorytetem, miłością a rozsądkiem, marszem po przyszłość a pochylaniem się nad każdym kamieniem.

masz

IDEOLOGIA KONTRA CZŁOWIEK

Kiedyś stwierdziłem, że każda ideologia może stać się źródłem zła gdy przesłoni jej zwolennikom drugiego człowieka.

Nawet najszlachetniejsze ideologie i religie sprzyjają zarysowaniu podziału ludzkości na „szlachetnych wyznawców danej idei” oraz pozostałych. Ten podział skutkuje na ogół powolnym wykluczaniem i odbieraniem człowieczeństwa tym, którzy mają – mówiąc prosto – „inne zdanie”. Rodzi się fanatyzm a problem dotyka zwolenników tak lewicy, prawicy jak i wszelkich religii.

Łatwość, z którą przychodzi fanatykom oceniać innych dziwi mnie i zatrważa. Dla fanatycznego neoliberała każdy ubogi jest sam winien swojej nieudolności, jest roszczeniowcem i leniem. Dla fanatycznego socjalisty każdy posiadający więcej jest złodziejem, oszustem i kanalią; dla fanatycznego rabina każdy Palestyńczyk nie jest wart żydowskiego paznokcia a dla fanatycznego Palestyńczyka każdy Żyd jest mordercą i sukinsynem. Można tak bez końca: dla fanatycznych zwolenników reżimu, każdy opozycjonista jest terrorystą, a dla fanatycznego opozycjonisty każda osoba związana z reżimem to przyszły zasłużony gość szubienicy; dla przedstawiciela jednej religii przedstawiciel drugiej jest groźnym niewiernym. Świat nie jest czarno-biały, lecz fanatyków nie interesuje sprawiedliwy proces, prawo do obrony, prawa człowieka. Fanatycy gotowi są skazywać na śmierć choćby za potencjalną przynależność do obcego obozu, gdyż skoro ktoś nie jest „nasz” to jest wróg i należy go unicestwić.

Język i działania fanatyków cechuje skłonność do uogólniania/generalizacji, niechęć do dialogu, negacja wszelkich źródeł innych niż ich własne, perswazja, wysoki poziom emocji, nienawiść, nierzadko wyznają zasadę: „cel uświęca środki” czy jak kto woli: „po trupach do celu”.

Gdzieś na świecie zrodziła się koncepcja wpisania fanatyzmu na listę psychoz po to by zwyczajnie go/ją leczyć. To ważny pomysł, gdyż w czasach niekontrolowanego obiegu informacji fanatycy niosą szczególne zagrożenie. Nawet gdy w ich mniemaniu nie robią nic złego a jedynie wyrażają swoje racje czy opinie, to racje te przyjmowane przez innych stają się źródłem milczenia wobec ludobójstwa wskazanych jako niegodnych do istnienia lub aktywnego w owym ludobójstwie współudziału.

NOWOCZESNY PATRIOTYZM, KURWA!

W rosyjskim filmie „Kibolski świat” (rok. produkcji 2013), urodziwa studentka zakochuje się w jednym z szefów kibicowskiej „bojówki”. Początkowo nie wie czym zajmuje się obiekt jej westchnień choć prawda o tym, że umiłowany bierze udział w ustawkach nie pozostaje długo w ukryciu. Dziewczyna udaje się do sklepu z gadżetami dla kibiców i chcąc kupić wybrankowi serca jakąś koszulkę wdaje się w rozmowę ze sprzedawcą (również kibolem). Dziewczyna stara się dociec o co w tych bójkach chodzi. Sprzedawca polewa jej i sobie wódki i tłumaczy mniej więcej tymi słowy:
– Widzisz, polityka, gospodarka, ekonomia, nauka – to strasznie skomplikowane sprawy, gdy u nas rzecz jest prosta: tu swój a tu wróg.
– Ale po co, jaki sens? – docieka dziewczyna
– No po prostu, nie jest tak jak dawniej, że ustawiało się np. jedenastu na jedenastu, teraz chodzi o to by wytropić wroga, zaskoczyć go i skopać (ważne: w dobrych butach, żeby nie było obciachu, gdy będzie kopany po ryju).
Dziewczyna robi dziwną minę i podaje wysuszony kieliszek do kolejnej dolewki – „na lepsze zrozumienie” zapewne.

Niedawno wspomniałem gdzieś o tym, że największym problemem humanistów (właściwie nie tylko) jest wiara w człowieka. Zakładanie, że ludzie są do siebie podobni: mają podobne oczekiwania, podobnie rozumują, podobnie chcą rozwiązywać problemy skazuje na bycie wiecznie zaskakiwanym obserwowanym wokół człowieczeństwem. Choćby człek szukał sensu, starał się zrozumieć, dogadać to nie jest w stanie, gdyż to czego szuka nie istnieje w „perspektywach”, które pomagają mu poruszać się po tym świecie.

prow

Czy normalnego człowieka może sprowokować kupa gruzu? Normalnego nie, ale narodowca już tak o czym dowiedziałem się dzięki witrynie Marszu Niepodległości. Autorzy posiłkując się zdjęciami oskarżyli miejską administrację i oczywiście „lewactwo” o przygotowanie prowokacji w postaci pozostawionych na widoku kamieni, desek, łopat, prętów, toy-toyów (najbardziej prowokujące wydawały się te, pozostawione w pobliżu np. sklepów).
Chcąc przetworzyć to na jakąś bardziej zrozumiałą formę, organizatorzy przyjęli założenie podobne do takiego, w którym np. właściciel psa na spacerze domagałby się by inni ludzie nosili kagańce lub na czas spaceru znikali z pola widzenia psa, gdyż mogą go sprowokować(!).
W komentarzach pod wspomnianymi zdjęciami ktoś napisał oświeceniowo, że na trasie marszu mogłyby leżeć nawet Kałasznikowy a żaden patriota nie powinien po takowego sięgnąć, jednak o wiele większą popularnością cieszyły się stwierdzenia: „O, taką dechą to bym lewaka jebnął”. Jakie odruchy wywołałyby u narodowca gruzy zniszczonej w czasie wojny Warszawy??

Głęboko zastanawiając się nad tym wszystkim można dostrzec, że „narodowcy” nie są monolitem, że są ludzie od myślenia i ludzie od napierdalania. Ci pierwsi z premedytacją wykorzystują tych drugich w ramach system rozumowania rosyjskiego kibola, który musi mieć wroga – w tym przypadku wrogiem jest lewactwo. Atakowanie wroga – wg. tych „reguł” – jest cool, a że wroga na ogół trudno rozpoznać (gdyż jest ukryty a przez to bardzo niebezpieczny) musi ktoś (przywódca) tego wroga wskazywać, unicestwienie wroga usprawiedliwić i eksterminatora po głowie pogłaskać (Polacy to my, to my, to my).

Znam kiboli, jeszcze nie „narodowców”, którzy pół życia spędzili na układaniu kostki brukowej i słowo „musli” kojarzy się im z „humusem”. Nie są złymi ludźmi, lubią zarobić, zabawić się, pośmiać, poryczeć pieśni ku chwale klubu o 3 nad ranem, zawsze chętni do pomocy za godziwą zapłatę. Któregoś dnia na „placyku” (wszędzie są takie placyki) doszło do spotkania kibiców i gitarzystów. Wódka lała się szerokim strumieniem i jeden z kiboli obserwując w zadumie całą sytuację stwierdził głośno: „a co, jedni lubią piłkę a drudzy gitarę!”. Nastąpiła wymiana braterskich piątek w ramach „nie mam nic do gitarzystów” / „nie mam nic do lubiących piłkę” i impreza trwała w najlepsze.

Wyobraźmy teraz sobie jakąś „narodową gnidę”, która wkracza w takie towarzystwo, zaczyna węszyć spiski, jątrzyć. Nie bez kozery kaczyński pieprzy wciąż o zagrożeniach wewnętrznych i zewnętrznych, gdyż wie, że bez tego straciłby pozycję tego który oświeca ludzi w swojej prawdzie i prowadzi. To on i jego zafajdana świta od lat umacniały ludzi (dla których polityka, ekonomia czy nauka były za trudne) w przekonaniu, że to inni powinni nosić kagańce a nie ich psy. To świta kaczyńskiego usprawiedliwiała i głaskała psy, które gryzły, to kaczyński i jego świta wprowadziła pojęcie „prowokacji” o wygodnym dla siebie znaczeniu.

Ktoś zada sobie pytanie: dlaczego tak łatwo poszło i ci ludzie mu uwierzyli? I tu należy walnąć się w pierś, gdyż to oświecone elity nie tylko zapomniały o dołach ale i otwarcie dołami gardziły. Elity te zachowywały się dokładnie tak jak wyśmiewani jeszcze niedawno (przez nie same) przedstawiciele „polactwa”, którzy montowali niezliczone kraty na klatkach schodowych w blokowiskach twierdząc „wreszcie odgrodziliśmy się od tego chamstwa” (czyli reszty świata). Kraty zastąpiono wyprowadzkami na strzeżone osiedla, gdzie zajęto się własnym rozkwitem i całkowitym olestwem tego co dzieje się za strzeżonym murem. Za murem działo się wiele. Tak jak nienawiść rodzi nienawiść, tak pogarda rodzi pogardę. Wystarczy wówczas jakiś Kaczyński, Mikke, Farage, Trump, Le Pen czy Kukiz by tę pogardę w wygodny dla siebie sposób ukierunkować i wprawić w czyn by stworzyć rzeczywistość taką jaką jest. Świat pęka na pół.

fakts
(źródło.fot. fakt.pl)

ROMSKEY – INFOWARS

Każdy z nas wie, jak wygląda mrowisko. Dzięki imponującym zbliżeniom w filmach przyrodniczych możemy obserwować interakcje zachodzące pomiędzy mrówkami. Na ogół są to różne rodzaje poklepywań się czółkami i choć nie mam zielonego pojęcia co te poklepywania dokładnie oznaczają to mogę domyślać się, że są to formy komunikacji, a więc wymiany informacji o zagrożeniach, o tym gdzie iść, jak pachnie i gdzie leży ta wielka zdechła dżdżownica, którą należy do mrowiska przytachać.

Wyobraźmy teraz sobie, że ten odwieczny mrówczy porządek ulega przemianie. Powracająca do mrowiska mrówka nie przekazuje mrówce wychodzącej wiadomości
o zdechłej dżdżownicy, lecz mówi jej:
– Słuchaj, rzeczywistość nie jest taką jaką widzisz, rzeczywistość jest tworem Twojej wyobraźni, zapisz się na kurs jogi a zrozumiesz transcendent świata.
Nawet gdy mrówka wychodząca nie da się przekonać, to podbiegnie do niej inna
i powie:
– Słuchaj, olej tę zdechłą dżdżownicę, mamy inny problem i jest on w samym mrowisku. Widziałeś, żeby nasza królowa kiedyś pracowała? To mrowiskowy spisek, w którym mamy być tymi głupimi niewolnikami. Obalmy królową.
Nawet gdyby i to nie było dla mrówki wychodzącej przekonujące, to podejdzie do niej sto innych mrówek, które nawoływać ją będą do przebudzenia, zmiany diety, sojuszu z szerszeniami jako lepszymi kompanami od mszyc, a część wystraszona wieścią o jakiejś apokalipsie stratuje inną grupę. Informacja będąca fundamentem funkcjonowania mrowiska jako wspólnoty, zostanie zablokowana lub zniszczona.
I owszem, mrowisko wcale nie musiało być sprawiedliwe skoro ktoś tyrał i walczył a ktoś inny zajmował się wyłącznie znoszeniem jajeczek i ich zapładnianiem. Jednak panujący system zapewniał mrówczej społeczności przetrwanie, przez sto, dwieście a może milion lat. Nowe przypomina anarchię, staje się wielką niewiadomą.

W ludzkim mrowisku zaszło podobne zjawisko. Powoli upadają tradycyjne nośniki informacji, gdyż wypiera je „wolny” internet. W mojej skromnej i grzecznej ocenie, wylew tak potwornych ilości umysłowego gówna nie ma sobie równych w historii cywilizacji. Powiem nawet coś niemądrego: przywrócenie jakiegoś ładu będzie musiało wiązać się już na samym wstępie z wysadzeniem w powietrze wszelkich serwerowni a najlepiej wyszukiwarek Google, Yahoo itd. Dlaczego? Otóż dla usprawnienia międzyludzkiej komunikacji użyliśmy (choć w dobrej wierze) systemu, który nawet trudno nazwać sztuczną inteligencją. System ten nie dokonuje żadnego filtrowania płynących w nim danych, kieruje się całkowicie nieludzkimi regułami, ustala na podstawie abstrakcyjnych wskaźników co jest mądre a co niemądre, co groźne a co nie np. na podstawie liczby lajków. Wielu nauczyło się już ten system obchodzić lub robić w konia pogłębiając jedynie czarną rozpacz. To internet a nie sztuczna inteligencja może nas zniszczyć jako pierwszy.

Cokolwiek można mówić o wadach przeszłego uporządkowania to obecne zaburzenie obiegu informacji niesie skutek katastrofalny. Być może powrócimy do lasów i jaskiń, zaczniemy polować na siebie, żyć indywidualnie poza wszelką wspólnotą, być może przeżyjemy, a może tylko najsilniejsi.
Zaburzenie obiegu informacji opisano kiedyś w opowieści o wieży Babel, kiedy budowniczym pomieszano języki. Jednostki takie przestają współpracować, pogłębiają wzajemną nieufność, nie kończą swojego dzieła, nie potrafią przekazać informacji o realnym zagrożeniu, zdarzyć się może dokładnie wszystko, z wielkim finałem odcinka „Ludzkość” w serialu pt. „Ziemia”.

Wychodząc na ulicę jeszcze tego nie czujemy, świat wydaje się niespecjalnie inny. Być może Rosja i USA prężą jedynie muskuły, być może uchodźcy jakoś tam się zasymilują lub wyjadą, może jakoś to będzie. Jednak kiedy idę ulicą i spoglądam na mijanych ludzi, to choć wyglądają całkiem normalnie, zadaję sobie pytanie: co kryją ich głowy? Jakie mają przekonania, co sądzą o otaczającym ich świecie, o konkretnych zjawiskach? Część odpowiedzi na te pytania odnajduję w sieci i wiem, że nie istnieje już żaden „mainstream”, żadna słuszna linia, żaden autorytet. Wcześniej czy później powstanie jakaś sieciowa policja, powołana przez lud (nie władze), głupia, wolno ucząca się, ze średnią efektywnością ale o kilka chwil oddali coś bardzo złego co może stać się bardzo szybko.

black-ants

PRZEGRALIŚMY, ŻYJEMY

Przegraliśmy wybory. Entuzjazm nas nieco opuścił, „lepszy normalny świat” raczej oddalił się niż zbliżył. Niczym kibice przegranej drużyny rozchodzimy się do swoich „bezpiecznych” przestrzeni. Ci którzy wciąż wierzą, wznoszą jeszcze głośne okrzyki, mówią o odegraniu się, ale drudzy (może większość) postanowili zamienić się w przetrwalniki, które w świecie bakterii mogą pozostawać uśpione nawet setki lub tysiące lat. Smak porażki i pytanie: o co się szarpać gdy świat działa wg. niepojętych reguł, gdzie wszystko co wiemy, potrafimy i w co wierzymy okazuje się mieć wartość książki trzymanej w zakurzonej walizce na strychu?

W ramach szokowej terapii dowiedzieliśmy się, że istnieje inna wolność, niechby nazywana otumanioną, sztuczną, niepojętą ale ta wolność odniosła sukces. Ludzie, którzy w nią wierzyli wykazali o wiele większą determinację, możliwości organizacyjne, mobilizacyjne, skuteczność. Dziś postanowili nas uszczęśliwić, a nam wciąż trudno zrozumieć, że nie wszyscy myślą o tej samej wolności, że niektórych burka, krzyż, broń w szufladzie czy wrogie podejście do ‚niepasujących do szablonu’ czynią wolnymi, ba, nasza wolność skrzywdziłaby ich(!). Wolałem słowo „normalność”, ale domyślam się, że świat podsłuchów czy całodobowego ścigania tajemnych zdrajców ojczyzny, również może być dla kogoś normalnością.

W naszym „anty-obozie” zdania na temat wolności również były podzielone, niestety, poszliśmy w rozsypkę tuż przed główną wyborczą bitwą. Nie zdawaliśmy sobie sprawy ze skutków wyboru pomiędzy „głosowaniem za wyznawanymi ideałami” a „głosowaniem przeciwko temu, kto te ideały może zniszczyć”. Jednak kto znał przyszłość, kto miał być spoiwem? Koalicja nie wyszła, mieliśmy dość „zgranych” twarzy, nie pojawiły się żadne silne, nowe, do tego LGBT, feminizm, gender, świeckość, Ukraina, Rosja, UE, uchodźcy, Żydzi, PRL i marihuana. Nakreślono tak wiele linii podziałów, że nawet nie sposób oddać tego w jakimś obrazowym schemacie, choć od drugiej strony rzecz jest klarowna: „My Suweren jesteśmy (temu) przeciw!”.

KOD miał wyrwać ludzi z amoku, nawet rozpalił entuzjazm, uznano, że tak również można o coś zawalczyć. Skuteczność? Porównanie KOD do Hamasu i ignorancja „bo My! Suweren mamy dziś władzę, a nie wy …”. Dlaczego tak łatwo to idzie?
Cóż, weźmy choćby spór o Trybunał. Z pozoru walka o fundament – trójpodział władzy, a w szczegółach…. Zazdroszczę niemieckim sędziom konstytucyjnym którzy mogą powiedzieć wprost „Mamy większy mandat demokratyczny niż rząd, gdyż wybiera nas 2/3 parlamentu” (w Polsce sędziowie wybierani są większością głosów). Czy trudne jest wyprowadzenie z tego punktu wniosku (choćby kołtuńskiego), że większość ubiegłego sejmu wybierała własnych sędziów lub że na patologię należy odpowiedzieć patologią z wyższej konieczności? Walka o stan „idealny” gdy ten idealny nie był nie jest słodka.

Jak długo to potrwa?
Ktoś powie: „Gdy nic nie zrobimy to bardzo długo” ale czy właśnie to co robiliśmy nie doprowadziło nas do punktu, w którym znaleźliśmy się? A. Einstein miał powiedzieć kiedyś: „głupotą jest robić to samo i oczekiwać innych rezultatów”. Może warto o tym pomyśleć.

phil

ZAWÓD: SZARLATAN

Mogłoby się wydawać, że zawód wędrownego kupca-magika wykorzystującego ludzką łatwowierność należy do przeszłości. Nic bardziej mylnego. Szacuje się, że dochody współczesnych szarlatanów sięgają milionów, co świadczy nie tylko o nich ale i ich klientach. Oczywiście prawo wywarło swój wpływ: współcześni przedstawiciele nurtu nie są tak groźni jak jeszcze kilka lat temu, nie oferują podejrzanych specyfików, stali się bardziej ostrożni w promowaniu alternatywnych terapii, nie starają się zbyt silnie wpływać na swoich pacjentów sugerując im rezygnację ze standardowego leczenia. Ich działalność zdaje się czynić szkodę wyłącznie portfelom tych, którzy płacą kilkakrotnie więcej za ten sam specyfik, który można nabyć w zwykłej aptece, ale jest coś jeszcze.

Handlarzom, którzy za wszelką cenę chcą utrzymać się na rynku zdominowanym przez potężną konkurencję pozostaje niekiedy tylko kampania negatywna. Chcąc udowodnić, że ich produkt jest lepszy, muszą udowodnić, że produkt konkurenta jest gorszy i gra ta praktycznie nie posiada żadnych reguł. Kampanię negatywną chroni wolność słowa dająca prawo publicznego plotkowania, spekulowania, domniemywania, podejrzewania co ochoczo wykorzystywane jest w reklamie. Koniec końców, sugerowanie realnych czy wydumanych wad konkurencji nie napotyka większych oporów.

Kluczem do sukcesu – gwarantującym pełną bezkarność i szereg korzyści okazuje się metoda stara jak świat – teoria spisku*. Najlepiej sięgnąć po sprawdzone wzorce:
– spisek żydowski –
„Jak powszechnie wiadomo” Żyda nie widać, rządzi światem, wciąż knuje i wysysa krew z dobrych i bogobojnych autochtonów. Skoro rządzi światem, to rządzi także rządami i przemysłem farmaceutycznym. Dowody? Proszę bardzo: „Żydzi w Izraelu umierają na raka rzadziej niż chorzy w Europie a to dlatego, że żydowscy lekarze w Europie realizują plan eksterminacji nie-żydów poprzez chemioterapię. Żydzi wpływają na rządy państw tak, by ten proces szedł pełną parą przy jednoczesnym blokowaniu rozwoju tradycyjnej (narodowej i zgodnej z dekalogiem), leśnej medycyny.
Pozwólcie, że pominę milczeniem autora tej rewelacji, ale jeżeli ktoś zechce dopytywać to chętnie się podzielę, albo odeślę wprost do jego sklepu.
– spisek nazistów –
Obrzydzenie produktów np. firmy Bayer jest jeszcze prostsze. Wystarczy wspomnieć eksperymenty medyczne przeprowadzane w obozach koncentracyjnych przy udziale ówczesnych niemieckich koncernów farmaceutycznych by zasugerować ciągłość procederu. Czy można zaufać firmie, pod której nosem rozwijał się proces zaplanowanego mordowania milionów? Czy testowane leki nie służyły eksterminacji, czy współczesna produkcja nie służy takiemu celowi? (to również autentyk).
– spisek wykształciuchów –
Nie wierzcie nauce – nauka to banda skorumpowanych przez koncerny cwaniaków, którzy wydadzą dowolną ekspertyzę o ile ktoś dobrze zapłaci. Nie wierzcie lekarzom, którzy zapiszą wam nie to co wam pomoże ale to co przyniesie im dochód. Policzcie ofiary szpitalnego leczenia, by zdać sobie sprawę z tego, że klasyczna medycyna nie leczy lecz zabija i jest to zaplanowane działanie! Nie wierzcie aptekarzom, nie wierzcie dziennikarzom będącym na usługach koncernów, nie wierzcie politykom, którzy za krwawe pieniądze uniemożliwiają działalność tym, którzy realnie chcą wam pomagać. Nie usłyszelibyście o tym gdyby nie internet i niezależne źródła, które mówią o tym jaka jest prawda.

Z takimi argumentami trudno polemizować i niechby, wolność słowa i wolny rynek pozwalają na takie praktyki, to dzieje się także coś głębszego i niestety ponurego: dokonuje się nie tylko odgrzewanie negatywnych stereotypów ale podważone zostaje też wszystko co cieszyło się przez dziesięciolecia szacunkiem oraz zaufaniem.
Czy komercyjny cel usprawiedliwia metodę? Nawet gdy przyjmiemy część argumentów za zasadne, to czy wpływ na ogólny wizerunek środowisk, instytucji, a nawet polityki nie powinien napawać nas grozą?

Pojawiły się głosy mówiące o tym, że ogólnie pojęta „naturoterapia” jest tańsza od klasycznej opieki medycznej. Nie trzeba kształcić specjalistów, nie trzeba prowadzić badań, kontrolować przebiegu produkcji leków czy leczenia, nie trzeba budować szpitali (można leczyć się w domu). Skoro słowa i wiara w niezwykłe właściwości duszy działają ze skutecznością placebo (nawet 30-50%) to ze względów ekonomicznych poważne branie pod uwagę tej alternatywy jest zasadne. Pozostaje jedynie 50-70% przypadków, w których placebo nie działa lub nie ma prawa zadziałać. Czy ci ludzie usłyszą, że nie osiągnęli odpowiedniego poziomu rozwoju duchowego, więc sami są sobie winni?

Perspektywy rozwoju naturoterapii są obiecujące. Naturoterapeuci z chęcią przejmą sektor uprawy leczniczej marihuany, dostarczą alternatywnych szczepionek i co ważne nie poniosą żadnej odpowiedzialności gdyż powołają się na wolność wyboru, którą posiada pacjent.

snake-oil-salesman


* Teoria spiskowa wspiera budowę syndromu oblężonej twierdzy sprzyjającego jednoczeniu szeregów i izolacji od zewnętrznych źródeł. To klasyczne narzędzie psychomanipulacji.

TRUDNY ŚWIAT

Kiedy młodzi w ramach subkulturowego buntu zaczynają wielbić konserwatyzm a leciwi przedstawiciele społeczeństwa wykazują zainteresowanie egzotycznymi nurtami filozoficznymi pokroju NEW AGE pozostaje stwierdzić:
– Przesadzono, świat stał się zbyt trudny dla zwykłego człowieka.

Proste odpowiedzi i rozwiązania stały się obiektem zbiorowego głodu z czego szybko skorzystali populistyczni politycy, szarlatani i podobni, choć pogłębili jedynie problem. Mający nieść ratunek przedstawiciele polityki, nauki, prawa, biurokraci rozłożyli ręce: Nie możemy nic zrobić, nie możemy się cofnąć.

Gdy jeszcze kilka lat temu mówiono wiele o ekonomicznym rozwarstwieniu społecznym, to dziś doświadczamy kolejnego rozwarstwienia i trudno użyć słowa „intelektualnego”, choć o taki zakres chodzi. Z jednej strony naukowcy zderzający hadrony a z drugiej ludzie biegający po ulicach ze smartfonami w poszukiwaniu pokemonów. Z jednej strony przeintelektualizowana lewica, z drugiej prostacka prawica…. jakby zapadł się gdzieś środek. Ten środek stanowiła niegdyś klasa średnia. Owszem, taki projekt jak 500+ może pomóc stworzyć ekonomiczną klasę średnią (tak mieli uczynić Orban czy Erdogan) ale co z nazywaną szeroko cywilizacją? Wrócimy mentalnie do średniowiecza?

Dwa światy rozdzielają się coraz silniej, a mostów coraz mniej.

Można zapytać: kogo obchodzi jakaś cywilizacja? Czy musimy się rozwijać, pędzić w kosmos? Co nam to daje, gdy mamy problem ze zrozumieniem regulaminu usługi oferującej nam złote góry za ćwierć ceny? Nowe źródła energii? Może i przydatne, ale po co nam one będą w kalifacie?

Spory i rozmowy o skrajnościach ukazują, że można osiągnąć konsensus, konsensus w postaci stwierdzenia uznanego przez strony: wszystko jest wielkim G. Jednak optymizm buntuje się: „No przecież tak nie można, jakieś światła w tunelu są… znaczy mogą być… znaczy ewentualnie powinny być”.

chaos

MOJA INKWIZYCJA

Po trosze z przypadku odkryłem w sobie inkwizytora. Wystarczyło kiść niedorzeczności uznać za herezję by ruszył proces torturowania czarownicy. Tym razem padło na Stasia, który oddał się z upodobaniem ezoterycznej samo-naprawie.

Ezoteryka to nie najlepsze słowo, gdyż jaką wiedzą tajemną jest pisanie o czymś w publicznym blogu? – jednak opisywanie rzeczywistości pod szyldem: „Prawda jest zupełnie inna niż myślicie. Ja ją znam i krzewię” – wzbudziło pewną ciekawość. Okulbaczyłem konia, w juki wetknąłem stare księgi i ruszyłem do odległej pustelni, by poddać głoszoną prawdę próbie zgodności z pismem świętym… tfu! z logiką i tzw. aktualnym stanem wiedzy. Proces badania trwał dosyć długo, więc nie przypomnę już sobie, które słowo było pierwsze, a które kolejne. O jednym przekonałem się najprędzej: „W pracy inkwizytorskiej poznałem zbyt wiele z głoszonych prawd, by uznać je za plon samodzielnych odkryć podejrzanego”:
– Zdradź Stasiu wspólników i to jak kontaktujesz się z diabłem, przyznaj się po dobroci, zanim wyciągnę straszliwe narzędzia!

Staś bez większych oporów wspomniał licznych, niewartych modlitwy skazanych na stos, szubienicę czy poćwiartowanie, którzy głosili podobne do jego przekonań lecz zastrzegł, że w osobiste kontakty z Lucyferem jak i pozostałymi nie wchodził. Podejrzany przyznał, że poznawał spisywane przez nich księgi magiczne, słuchał ich mów na miejskich rynkach ale brał z nich tylko to co osobiście mogło mu służyć. Wymienił zbawienne efekty różnorakich wywarów i zaklęć, które uwiarygodnił własnym uśmiechem i dobrym samopoczuciem.

Podjąłem kolejną kwestię:
– Chodzą słuchy o tym, że nauczasz ludzi a jednak część tez, które propagujesz nie są zgodne z doktryną!

Usłyszałem wiele gorzkich i nierzadko prawdziwych słów o „moim kościele” oraz samej doktrynie. O tym, że nie wszystkie modlitwy działają, nie wszyscy kapłani kierują się przypodobaniem stwórcy, nęci ich mamona, blask sławy, władza. Skoro tworzą tę wiarę tak mizerne persony, to jak wierzyć samej wierze? Zaoponowałem:

– W każdym stadzie odnajdziemy czarne owce, ale czy można na tej podstawie oskarżyć całe stado a co gorsza ideę? Wśród heretyków mamy stada pełne czarnych owiec! Zresztą, ja tu jestem inkwizytorem!

Im bardziej starałem się skupiać na wyłuskiwaniu podejrzanych założeń w naukach Stasia, które chciałem poddać dyskusji, tym narastał jego opór. Owe wyłuskiwane ziarna herezji starał się zakryć wielkim baldachimem dobra, serca, miłości co zdawało się się ucieczką od tematu. Ilekroć udawałem się na spoczynek, opowiadał ludziom zaglądającym przez okienko jego celi o tym jak bardzo się mylę.

Któregoś wieczora zapaliłem świecę, rozpostarłem na starym stole pergamin i zacząłem spisywać protokół: „Podejrzany przekonująco wyparł się relacji z diabłem. Nie potwierdziły się również doniesienia o jego zażyłych kontaktach z groźnymi heretykami. Nie kupczy z nimi, nie knuje, nie kaptuje. Podejrzany potępił nawet te działania wrogów „kościoła”, które wielu z nich zaprowadziły na stos”…
Zadumałem się:
– To do czego zmierza nie jest złe, ba! jest dobre, ścieżki jedynie nazbyt pokrętne…
Umoczyłem pióro w atramencie:

„Niewinny od najcięższych zarzutów” – podpisałem i przybiłem pieczęć.

Z nieuchwytnej przyczyny odetchnąłem z ulgą. Nie wiecie bowiem o tym, że łączyła nas onegdaj długotrwała przyjaźń, która z powodu zwiększenia się liczby moich obowiązków (nie tylko inkwizytorskich) została narażona na próbę rozłąki. Sam nie wiem czy bardziej martwiłem się o los przyjaciela czy świata i doktryny.
Może jedno i drugie, zawsze taka konstelacja stanowi kłopot.

Zacząłem przygotowywać się do powrotu. Gdy dosiadłem konia, spojrzałem przez ramię na Stasiową pustelnię. Pomyślałem o Hiszpanach, których armada zmierza ku naszym portom. Pomyślałem o tym, że gdy nie stawimy wespół oporu wyrżną w pień tak jego jak i mnie, wyplenią moją wiarę i jego, wymażą z historii i ludzkiej pamięci nasze ślady. Morze po horyzont było jednak ciche.

bilb