Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Kategoria: Uncategorized

POGRZEB PATRIOTYZMU

Może wydać się dziwne, że przy tak ważnej dla Polaków rocznicy postanowiłem pisać o pogrzebie patriotyzmu, jednak coraz mniej utożsamiam się z Polską, jej historią, tradycją, kulturą, tzw. polskością. Te pojęcia stały się mi obojętne, a słysząc z ust – szczególnie polityków – jednoczące przemowy, odwołania do tego co rzekomo ważne lub święte dla Polski i Polaków mam wrażenie, że musiałbym wspiąć się na jakiś wyjątkowo wysoki poziom atrakcji by zrozumieć o czym mowa. Za dużo jest tych Polsk w Polsce. Choć jeszcze kilka lat temu gotów byłem (nierzadko z entuzjazmem) mówić i pisać o tym czym jest dla mnie patriotyzm, dlaczego czuję się Polakiem i co to dla mnie znaczy, tak dziś mam poczucie jakbym wysiadł z pociągu, którym jechałem przez pomyłkę.

To nie staje się nagle, to proces.
Im więcej doświadczam i doświadczałem wokół obnośnej „polskości” tym bardziej czułem, że mam z nią mniej wspólnego. Nawet gdy słowo „strach” nie jest całkiem adekwatne, to obawiałem się, że jakiekolwiek nawiązanie do Polski w ubiorze, internecie, wokół siebie zostanie odebrane wbrew moim intencjom. Nawet na jakiejś karteczce zapisałem sobie: „Dlaczego nie wywieszam flagi? Bo jedni uznają mnie za narodowca-faszystę, a narodowcy-faszyści za brata”. I nie jest to ów bardzo polski, niemal patologiczny lęk przed oceną ze strony otoczenia. Symbole polskości stały się jednoznaczne z niechęcią wobec tego co „polskie nie jest”, a ja nie mam zamiaru czy ochoty być po tej czy tamtej stronie, nie mam ochoty opowiadać się po stronie sąsiada geja czy sąsiada katechety. Nie mam zamiaru wybierać między nimi, a każdą ideę, która stara się mnie do takiego wyboru zmusić uznaję za wrogą.

Uczestnikom Powstania chciałbym pozostawić słowa umieszczone przed jednym z amerykańskich cmentarzy wojennych: „Silence and Respect” (cisza i szacunek).

KILKA SŁÓW O STRAJKU PRZEDSIĘBIORCÓW

Nawet gdy przyjmiemy, że protest jest elementem kampanii prezydenckiej Pawła Tanajno, to nie mieści się w standardzie pt. „Politycy tworzą problemy, które obiecują bohatersko rozwiązywać”. Problem jest. Część firm jest zamkniętych, ludzie tracą pracę lub ich możliwość zarobkowania w pełnym wymiarze zostaje ograniczona, pomoc rządowa nie spełnia oczekiwań, reguły nie są jasne. To nie są wydumane problemy. Przez świat przelewa się – być może wciąż niewielka, ale… – fala tego typu buntów, pod które podłączają się różnorodne środowiska tzw. „wolnościowe” (antysystemowe, alt-rightowe), których intencje są nieco szersze niż dotyczące rynkowego przetrwania. Ludzie spędzający czas w sieci szybko odnajdują w tym podłączaniu powód by nie poprzeć protestujących (nawet wirtualnie), bo przecież ręka w rękę z nazistami iść nie wolno, nie wolno też iść rękę w rękę z proepidemikami.
W tym miejscu naprawdę warto się zatrzymać…

Nie dołączyłem fizycznie do protestu gdyż należę do tych „szczęśliwców”, których koronawirusowy kryzys nie dotknął. Można nawet powiedzieć, że jest więcej pracy, dlatego od świtu do zmierzchu pracuję i zwyczajnie nie mam czasu oraz głowy do ulicznego zaangażowania. Sprawa jednak nie jest mi obojętna. Kryzys prędzej czy później dotknie także mnie, gdyż koszty kryzysu zawsze są nacjonalizowane (czy uspołeczniane – jak kto woli). Widzę co dzieje się wokół, u przyjaciół, znajomych, wiem, że cena nie będzie niska. Tylko jak zawalczyć o jutro?

Nienoszenie masek, nietrzymanie odstępów – te sprawy zwróciły moją uwagę już na samym początku. „Po co?” – zadawałem sobie pytanie. Pomijając argumenty medyczne, nie ma lepszego sposobu by sprowokować policję i zachęcić do włączenia się wierzących w Billa Gatesa, który za pomocą 5G depopuluje ludzkość. Sam noszę maskę i spełniam podstawowe wymogi reżimu sanitarnego dla świętego spokoju, by móc skupić się na tym co ważne i nie może czekać. Z drugiej strony, nie od dziś nurtuje mnie poczucie, że grzeczny i prawidłowy protest nie robi na nikim wrażenia od lat, wydaje się więc, że łamanie norm jest/powinno być niejako wpisane w społeczny sprzeciw. Jakie normy łamać? Kwestią kalkulacji organizatorów, jest rozstrzyganie czy palenie opon w trakcie alertu antysmogowego to najlepsza metoda na pozytywny rozgłos. Efekty mogą być różne, to polityczne ryzyko, a rozliczeń dokona historia.

Osobiście, od dawna przestałem zwracać uwagę na tę całą scenografię, „zamieszki z policją”, blokady i podobne szopki. Koncentruję się na sensie, idei, tym czego chcą protestujący. I gdy w wielu przypadkach sens taki trudno odkryć (a raczej zbyt łatwo zauważyć rozdźwięk między deklaracjami a realnymi motywacjami), tak w przypadku przedsiębiorców sprawa jest oczywista. Stan epidemii nie sprzyja rozwojowi, a co za tym idzie bezpieczeństwem – także socjalnym – państwa. O ile w pierwszej fazie zagrożenia podejmowane kroki ochronne mają prawo być przesadne lub nie całkiem przemyślane, tak po kilku miesiącach zaczynamy się uczyć, powiększamy wiedzę o realnym potencjalne zagrożenia i wtedy można dokonywać korekt. To nie zadziałało jak powinno. Listy „restrykcji” i „luzowania restrykcji” są przynajmniej dziwne. Miejski rower okazuje się stwarzać większe zagrożenie epidemiczne niż tramwaj, w markecie budowlanym trudniej zarazić się niż w galerii handlowej, a jeszcze do niedawna a lasach było groźniej niż przy urnach wyborczych.

Choć w czasie epidemii często odwoływano się do pojęcia solidarności („jak wszyscy ponosimy obciążenia, to wszyscy”), to w przypadku protestu przedsiębiorców akurat solidarności nie widać. I nawet, gdy można zadać sobie pytanie, kogo obchodzi los właściciela pracowni tatuażu, to jednak chwilę wcześniej rwało się włosy z głowy w obronie jednego geja, który stracił pracę. Za mocno to wszystko upolityczniliśmy, za bardzo podzieliliśmy się i wciąż dzielimy, choć sprawstwo dzielenia zarzucamy wyłącznie tym drugim. Celem protestu miało być podjęcie rozmów z rządem, wypracowanie rozwiązań, które pogodzą różne potrzeby. Skończyło się na pacyfikacji, pod pozorem walki z wirusem.


fot: Marcin Obara /PAP

GDY MOŻLIWOŚCI PRZEWIDYWANIA ZAWODZĄ…

W odległej przeszłości, normą było korzystanie z usług wróżbitów. Praktycznie każdy panujący posiadał doradcę specjalizującego się w przewidywaniu przyszłości. Techniki przewidywania bywały różne, korzystano ze szklanych kul, zwierzęcych wnętrzności, układu ciał niebieskich, kości, wizji wywoływanych tajemnymi miksturami czy bardziej zaawansowanych metod takich jak karty, senniki etc. Perfekcję, pozwalającą wróżbitom utrzymać się dłuższy czas przy życiu (a pamiętajmy, że los złych wróżbitów mógł nie trwać długo, przynajmniej gdy chodziło o duże stawki) osiągnęli Chińczycy, autorzy takich rad jak: „Jesteś jak zamknięta źrenica, która na próżno łudzi się blaskiem światła wśród ciemności” lub „Nadzieją karm się na śniadanie, a nie na wieczerzę”. Gdy skutkiem chińskiej wróżby było niepowodzenie, zawsze można było powiedzieć, że zadający wróżbicie pytanie coś pomylił lub źle zinterpretował udzieloną mu odpowiedź.

Przełom zapowiadał rozwój nauk empirycznych, kiedy to pierwsi naukowcy poznając prawa rządzące naturą nabywali umiejętność obliczania, a więc przewidywania trajektorii lotów pocisków, ich siły, zasięgu, wytrzymałości murów obronnych, które należało zburzyć lub zbudować. Naukowcy owi, wcześniej czy później zdali sobie sprawę, że ich rachunki mogą zostać użyte także do obliczania bardziej złożonych problemów, jednak nie zawsze brali pod uwagę to, na co zwrócił uwagę wspominany tu czasem fizyk-noblista Murray Gell-Man. Gell-Man podzielił otaczające nas problemy na dwie grupy: „układy proste” i „układy złożone” Układ prosty to np. upuszczenie ciastka i przewidzenie, że spadnie nam pod nogi (niewielka ilość sił, mas, itd), zaś układ złożony to rzucanie tacą wypełnioną ciastkami na statku podczas sztormu – próba obliczenia konsekwencji takiego działania staje się zdecydowanie bardziej problematyczna. Nierozróżnianie układów prostych od złożonych dotyka nas do dziś. Mylimy je i podchodzimy do jednych jak do drugich, uznajemy, że skoro coś działa in-vitro, to zadziała też in-vivo; uważamy, że porównywanie wpływu państwowego interwencjonizmu na gospodarkę do walki z pożarami lasów ma sens lub nawet to, że kropla wydrąży skałę za naszego życia.

Pozostańmy przy realnych układach złożonych. Największym kłopotem okazuje/okazało się stworzenie listy wszystkich czynników wpływających na przebieg zdarzenia w takim układzie. Gdy coś nie wychodzi, pojawia się wyjaśniająca wszystko fraza „ukryte zmienne” i nierzadko tak jest, zwykle takie ukryte zmienne istnieją, choć zostały przeoczone lub nie mieliśmy do nich z różnych względów dostępu lub wydarzą się lub pojawią dopiero w przyszłości, a więc nie mogliśmy ich wziąć początkowo pod uwagę. Duże nadzieje pokładano w komputerach, które potencjalnie są w stanie nieco szybciej od nas obliczyć co stanie się z tacą pełną ciastek podczas sztormu (skoro wiemy co stanie się z każdym pojedynczym ciastkiem na lądzie to wystarczy pomnożyć), jednak efekty takich wyliczeń były i wciąż są niejednoznaczne. Być może nawet bardzo szybki komputer jest w stanie udławić się przy spotkaniu z problemem ukrytych zmiennych.

I tu dotarliśmy do czasów nam współczesnych. Wirus przyniósł ważną naukę. Okazało się, że zdolność przewidywania – choćby naukowego – nie posunęła się jakoś satysfakcjonująco do przodu, a świadomość tej niedoskonałości ujawniła się jak zwykle w chwili gdy bardzo chcieliśmy wiedzieć, a decydenci jeszcze bardziej i to już. Matematyczne modele prognozowania podzieliły praktycznie los sztuk magicznych – okazało się, że najłatwiej wierzyć w ich moc gdy nie są do niczego potrzebne.

Nie można jednak przemilczeć tego, że z wirusem było naprawdę nieciekawie. Pojawił się nagle, nic o nim nie wiedzieliśmy, nie wiedzieliśmy jaki ma potencjał, jakie szkody wywołuje, jak się przed nim skutecznie bronić. Równie dobrze mogliśmy zetknąć się z nalotem nieznanej nam kosmicznej cywilizacji. Nie posiadaliśmy żadnych danych, które mogliśmy wdrożyć lub wrzucić w komputer, by dowiedzieć się choćby zdawkowo co nas ewentualnie czeka. Żaden szanujący, odpowiedzialny analityk nie był w stanie zadeklarować czegoś z całą lub częściową pewnością, a czas naglił, należało podjąć decyzje. Postąpiliśmy jak zwykle. Zadziałaliśmy z tym co mieliśmy, trochę małpując, trochę na wyczucie, trochę „na wyczucie tłumu”. Zadziałały dostępne procedury, instynkt, intuicja.

Szczęśliwie każdy kolejny dzień przynosił jakieś nowe dane, jakąś wiedzę. Każdy kolejny dzień był na naszą korzyść, dawał większą szansę ustalenia czegoś sensownego. I tu kolejny opór. Choć dowiedzieliśmy się całkiem sporo, to w gruncie rzeczy, nadal nie wiedzieliśmy „co będzie”, a to dlatego, że obok tego czego dowiedzieliśmy się, pojawiły się nowe zmienne, których nie znaliśmy wcześniej, których żaden biolog nie był w stanie przewidzieć np. 20 mln bezrobotnych w USA. Lista oddziałujących czynników zaczęła wzrastać wyrównując harmonijnie poziomy „tego co już wiemy” oraz „tego czego nie wzięliśmy pod uwagę”.

Czy potrafimy przewidywać, czy umiemy postępować gdy nie potrafimy przewidywać?
Moja diagnoza nie jest pomyślna, choć zastrzegę, że nieumiejętność przewidywania nie ma najmniejszego związku z tym jaką przyszłość zastaniemy, w jakiej przyszłości będziemy musieli się odnaleźć. Przyszłość wydaje się zjawiskiem nieprzewidywalnym, gdyż nie sposób przewidzieć tego, że ktoś zechce robić wybory podczas epidemii, że ktoś w jej trakcie wyskoczy z postulatem walki z aborcją, że wzrośnie aktywność teoretyków spiskowych ochoczo zagospodarowywanych lub wytwarzanych przez różne siły polityczne lokalne i globalne, że zachwieje się gospodarka, że coś nie ma atestu, że wybuchł pożar w czarnobylskim lesie, a to wszystko, oraz to o czym jeszcze nie wiemy, ma niebagatelny wpływ na rozwój epidemii lub metody jej zwalczania.

I wbrew pozorom jest w tym pewien optymizm, bo skoro nie wiemy jak będzie, to nie mamy pewności, że będzie źle (wersja dla pesymistów: skoro nie wiemy jak będzie, to nie mamy pewności, że będzie dobrze). Czy możemy coś zrobić? Jako jednostki mamy niewielki na to wszystko wpływ, choć jako zbiory jednostek ten wpływ możemy mieć większy. Wszystko wskazuje na to, że my również jesteśmy ukrytą zmienną, która w mniejszym lub większym stopniu wpływa na zachowanie układu, którego zachowanie chcielibyśmy przewidzieć.

Tak na marginesie tej majówkowej filozofii pytanie: czy wiedząc jak postąpimy, postąpilibyśmy w taki właśnie sposób? Czy jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkie ukryte zmienne, które zwiemy czasem zdarzeniami losowymi? A może nie powinniśmy znać przyszłości, by ona wydarzyła się właśnie taką jaką ma być o ile ma być?;)

GDYBY ATEISTA ODKRYŁ BOGA…

W pewnym miejscu w sieci pojawiło się pytanie pt. „Czy naukowiec ateista, który odkryłby istnienie boskiego ponadnaturalnego bytu starałby się ukryć taki fakt przed światem?”. Temat rozbudził okazałą dyskusję, a ja nabrałem ochoty poskładania kilku myśli tutaj.

Ateizm a antyteizm

Myślę, że pierwszą kwestią, którą należałoby doprecyzować jest sam ateizm, który w potocznym znaczeniu może oznaczać zarówno bycie niewierzącym jak i bycie antyteistą. Tych ostatnich – jak mówi Wikipedia – jest około 15% (pośród osób deklarujących się jako ateiści) i są to osoby bądź radykalnie przeczące istnieniu bogów, bądź (lub/i) przeciwne wszelkim formom religijności czy zinstytucjonalizowanym kultom. Można założyć, że stanowiący owe 15% mieliby motyw do ukrycia dowodów odkrytej boskości, ale nie można tego powiedzieć o pozostałych.

Dowód

Kolejna sprawa, to czym mogłoby być owe odkrycie boga lub boskości? Wydaje się mi, że optymalnie sprawdziłby się cud – wielokrotnie powtórzony, niezależnie od czasu, miejsca i obserwatorów (np. akty stworzenia nowych gatunków zwierząt).

Konsekwencje I

Uważam, że tak jak politykę można uprawiać lub badać, tak i odkryta boskość stałaby się przedmiotem zainteresowania nauki, a więc i naukowca ateisty (niekoniecznie antyteisty, który borykałby się z konfliktem interesów). Brak przeciwwskazań to jednak początek drogi. W którejś fazie badań mogłoby się okazać, że odkrywanie boskości jest czymś co można porównać do odkrywania dynamitu lub pracy z wirusami. Tu, mogłaby pojawić się motywacja do przerwania badań, a nawet utajnienia wyników. Jednak w przypadku, gdyby boskość okazała się np/m.in źródłem całkowicie darmowej energii, to postępowanie byłoby odwrotne. O takich możliwościach możemy jedynie spekulować i w tym punkcie chyba tkwi niemożność udzielenia konkretnej odpowiedzi na główne pytanie, bo wszystko „zależy”.

Konsekwencje II

Z całą pewnością, konsekwencje np. udokumentowanego (zgodnie z regułami współczesnej nauki) aktu stworzenia stanowiłoby przełom. Należałoby zweryfikować stanowisko nauki w kwestii teorii ewolucji, powstania wszechświata, powstania życia, specjacji, reguł chemii, fizyki. I nawet tutaj można zauważyć, że taka sytuacja stanowiłaby problem jedynie dla tych, którzy naukę traktują dogmatycznie.

Słowo na finał
Koniec końców, precyzyjna odpowiedź na główne pytanie wymagałaby ustalenia: „jaki ateista”, „co odkryłby”, „jakie konsekwencje dla ludzkości/świata niosłoby takie odkrycie”. Znaczna część wymaganych danych wciąż leży poza naszym zasięgiem i możemy mówić jedynie o tym, że posiadamy kilka „wartości początkowych”. To za mało, choć jednocześnie cieszy to, że pojawiają się tak inspirujące tematy.

Co Wy na to?:)

POLICJA – PRAWO – WŁADZA – WŚCIEKŁOŚĆ

Pierwszego sierpnia 2017 roku, policjant zabezpieczający przemarsz ONR w Warszawie przystąpił do legitymowania stojącej na chodniku starszej kontrmanifestantki. Zareagowali inni pikietujący pytając o powody interwencji. Po chwili dołączył do nich młodszy kontrmanifestant. Pojawiły się wyzwiska i szamotanina. Sprawa trafiła do sądu. Pierwotnie oskarżonym był młody pikietujący, który utrudniał tzw. „czynności”, miał też użyć wobec policjantów określenia „Gestapo”. Sąd uniewinnił go uzasadniając jego zachowanie wzburzeniem. Kolejny proces dotyczył nadużycia uprawnień przez funkcjonariusza, który miał uderzyć łokciem manifestanta w brzuch. Sąd orzekł, że do nadużycia doszło, a sam policjant otrzymał karę dwóch miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata, co jest równoznaczne ze zwolnieniem ze służby. Wyrok jest nieprawomocny.

Na podstawie dostępnego filmu trudno odtworzyć dokładny przebieg zdarzeń. Słowa zagłuszane są skandowanym przez maszerujących: „Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”, zaś działania policjanta i protestującego w istotnej części są przesłaniane (transparentami, zebranymi osobami lub nie wszystko mieści się kadrze). Widzimy praktycznie chaotyczny skutek nagromadzonych emocji, dynamicznych okoliczności.

Po ogłoszeniu wyroku, środowisko policjantów stanęło w obronie kolegi. Urządzono zrzutkę, zapewniono pomoc prawną i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pojawił się zgrzyt. Głos zabrał rzecznik Komendanta Głównego Policji Mariusz Ciarka:
„Policjant w ocenie Komendanta Głównego Policji gen. insp. Jarosława Szymczyka znalazł się w trudnej sytuacji, gdy podczas podejmowanych zgodnie z prawem czynności służbowych sam był obrażany i znieważany, oraz utrudniano, a wręcz uniemożliwiano mu wykonywanie zadań służbowych.”

Chciałoby się tu posłużyć nowomową – really?!
„Podejmowanych zgodnie z prawem czynności i zadań służbowych”?

Przyjrzyjmy się dokładniej temu zagadnieniu.
Obwiniony policjant stwierdził:
„Na polecenie jednego z dowódców mieliśmy wylegitymować osoby poruszające się w kontrmanifestacji. Wybrałem pierwszą osobę z brzegu, była to starsza Pani która niosła transparent”.

Dowiadujemy się tutaj o tym, że podstawą tzw. „działania zgodnie z prawem” jest rozkaz jednego z dowódców. Nie paragraf, nie konkretne naruszenie ładu, lecz „rozkaz”. Oznacza to, że pikietujący pytając o podstawę prawną legitymowania powinni usłyszeć, że podstawą prawną jest „rozkaz jednego z dowódców”…
Przyznam, że jest to najgorsze prawne uzasadnienie jakie ostatnimi czasy słyszałem. Sugeruje bowiem to, że wykonujący rozkazy policjant może podjąć wobec dowolnej osoby dowolne prawne czynności (np. z dowolną częstotliwością), które zleci mu przełożony, a to akurat, w demokratycznym państwie prawa nie wygląda najlepiej.
Oczywiście jestem w stanie zrozumieć podwładnego, który nie zastanawia się nad takimi kontekstami i podejmuje działanie tak banalne jak legitymowanie… ale.. „pierwszej osoby z brzegu”, „starszą Panią”, stojącą na chodniku? Jaka jest podstawa prawna takiego rozkazu? Jaki ma cel?

Naprawdę, nie chcę zanadto spekulować (robią to z powodzeniem komentatorzy z obu stron barykady), jednak podejrzewam, że wydający rozkazy dowódca, zapewne również wykonywał polecenia lub dyrektywy swoich zwierzchników lub zwierzchnika, którzy wolę legitymowania opozycjonistów wyrazili bądź wyraził. Jaka jest podstawa prawna takiej woli? Czy przesłanką był pasek z TVP o treści „KOD jak Hamas”?
Na filmie widać, jak ponad głową interweniującego policjanta rozbija się o fasadę budynku puszka z napojem, a po chwili plastikowa butelka rzucone ze strony maszerujących oenerowców. Można odnieść wrażenie, że rzucanie w stronę policji lub współobywateli przedmiotów jest jak najbardziej zgodne z prawem, natomiast trzymanie przez starszą panią transparentu „Nigdy więcej wojny i faszyzmu” stanowi zagrożenie dla porządku publicznego.
Czy ja żyję w jakimś Matrixie?

Epilog

Pracę może stracić funkcjonariusz cieszący się dobrą opinią i dotychczas nie mający problemów ze stosowaniem przemocy. Prywatnie mąż i ojciec. Nigdy nie powinno paść pod jego adresem słowo „gestapo”, które było prawdopodobnie przyczyną podjęcia fizycznej próby zatrzymania młodego kontrmanifestanta. Wyrok i wydalenie ze służby z powodu tego incydentu wydają się karą niewspółmierną do ustalonych czynów, nawet gdy z drugiej strony brak taryfy ulgowej dla pierwotnie oskarżonego manifestanta również mógł prowadzić do zniszczenia życia temu pierwszemu.
Jednak to jeszcze nie koniec smutnych refleksji, bo gdy w obronie funkcjonariusza występuje macierzysta firma, która oprócz deklaracji wsparcia, co jest jak najbardziej słuszne i zrozumiałe, w kilku dodatkowych zdaniach obrony „unieważnia” decyzję sądu stwierdzając autorytarnie, że wszystko przebiegało zgodnie z prawem, to robi się niedobrze, gdyż robi to straż przednia Wymiaru Sprawiedliwości, Prawa.
Czyżby i tu uznano już, że są „nasi” i „nie nasi” sędziowie?
Czy ta zaraza musi dotknąć wszystkiego w Polsce?

Sprawy wydarzają się szybko. Pod filmowym wyjaśnieniem ze strony policjanta w YouTube aplauz: „jak mówią UBywatele sądy są ich i sądzą tak jak oni chcą”, „Dobrym pomysłem byłoby delikatne psiuknięcie gazem w stronę delikwenta”, „to jakiś kurwa chory żart !!!!! co te sądy i te kodziarskie bydło odpierdalają?!!!!”. W mediach opozycyjnych poczucie tryumfu, bo zło systemu uosobione przez pojedynczego funkcjonariusza zostało napiętnowane, dyktatura upadła. I tylko żal, gdyż do tej sytuacji nie powinno było w ogóle dojść, a doszło z powodu decyzji zapadających gdzieś na szczytach, szczytach, które nigdy nie ponoszą konsekwencji. Doszło do sytuacji, której generalną przyczyną jest toksyczny związek polityki z policją.

Link do zrzutki: pomoc prawna dla Policjanta


(źródło grafiki:fee.org)

FRANCISZEK STRASZY GENDER?

(…)Mówiąc o ideologii gender papież podkreślił, że chrześcijaństwo zawsze dawało pierwszeństwo faktom, a nie ideom(…). link do skrótu TU

Cóż, jest to dosyć wesołe gdy uzasadnienie zawiera zdanie: „chrześcijaństwo zawsze dawało pierwszeństwo faktom”, jednak ogólnie wiem o co chodzi Franciszkowi.

W latach bodajże 80-tych, niemieccy Zieloni rzucili w przestrzeń coś o legalizacji pedofilii. Powstał raban, ale sprawa po latach przycichła. Jeden z obecnych Zielonych wyjaśnił niedawno o co chodziło, a chodziło o wkurzenie konserwatystów, złamanie konserwatywnego tabu/dyktatu, wywołanie dyskusji a nie o to, że ktoś z Zielonych miał problemy z pociągiem do dzieci. Jak można domyślić się, wówczas nie mogło paść takie wyjaśnienie wprost, gdyż cały fortel ległby w gruzach, jednak dzięki takim działaniom udało się w Niemczech zburzyć religijny dyktat.

Trochę więcej o tym jak wyglądała rewolucja (nie tylko seksualna i nie tylko w Niemczech) tutaj: Kommune 1

Z tego powodu, w Polsce, kościół i prokościelne organizacje doskonale zdają sobie sprawę z tego, że celem różnorodnych prowokacji i oddziaływań nie jest walka o stricte prawa osób homoseksualnych (m.in), ale atak na system wartości (katolickich), który kojarzony jest (nie bez powodu) z kulturowym dyktatem.
Z uwagi na to, że wielu ludziom nie podoba się ów dyktat, a zamienniki są całkiem optymistyczne, to kościół + organizacje sięgnęły po tajemną sprawdzoną broń i stwierdziły, że za tym wszystkim stoją czerwone diabły marksizmu, Żydzi, masoni i inni Iluminaci.
Oczywiście nie da się ukryć, że takowi również zdarzają się, ale gdy ich będzie 1 na 10 mln zwykłych ludzi mających dość zaglądania im przez kościół pod pierzynę (i nie tylko!), to i tak kościół odwoła się do tych pojedynczych przypadków.

Przepraszam za zdradę najtajniejszych tajemnic rzeczywistości.

A zainteresowanych duchem tamtych czasów zachęcam do wyszukania, kupienia lub pożyczenia filmu (niem, pol)”Das Wilde Leben” lub (eng)”Eight Miles High” opisującym historię Uschi Obermeier (graną przez Natalię Avalon a oryginalnie Polkę z Wrocławia Natalię Siwek z czego osobiście jestem dumny).
Tu piosenka z filmu

OBOJĘTNOŚĆ?

To trudne. Często zastanawiałem się nad tym myśląc o Zagładzie Żydów, kiedy garstka strażników była w stanie zdominować tysiące ludzi. Dlaczego osaczeni nie podjęli obrony? Otóż, brak obojętności wymaga odwagi i gotowości do poświęceń, a to cechy unikalne lub dane tym, którzy niewiele mają do stracenia. Większość wierzy, że może się uda i nie reaguje. Chcąc wydobyć z ludzi brak obojętności, nie wystarczy powiedzieć: „Nie bądźcie obojętni”. Należy przekonać ich, że zwyciężą, a przy tym, że nie będąc obojętnymi nie zostaną pozostawieni samym sobie.

Praktycznie dowolna ludzka organizacja daje namiastkę takiego poczucia lub pewność. Czy tych, których dziś wzywa się do nieobojętności wiedzą, że ktoś opowie się za nimi? Nie sądzę. Zdecydowanie prościej powiedzieć w mediach społecznościowych „Nie bądźcie obojętni” i zasnąć z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku niż nie być obojętnym.

Lata temu, późnym wieczorem stałem na przystanku. Dwa metry dalej starszy człowiek z siatką, kilka kobiet w różnym wieku, ktoś z plecakiem, starszy ode mnie – ok. 20-letni – stał z tyłu wiaty. Panowała spokojna cisza, gdy z pobliskiej bramy wyłoniło się trzech czy czterech porykujących, podpitych i agresywnych.
Głupie szczęście, gdyż najwyraźniej uznali, że należy zacząć ode mnie.
– Masz szlugi? – padało pytanie, które zabrzmiało jak: „Chcesz po gębie?”.
Kręcę przecząco głową.
– Skąd jesteś?
Chwila namysłu:
– Stąd – kłamię
– Stąd??
– .. mam tu ciotkę.
– Na pewno nie masz szlugów? – zmniejsza dystans
– Nie mam.. poważnie
Pytający wskazuje palcem plamę krwi na swoim (kiedyś białym) podkoszulku:
– Wiesz, przed chwilą ożeniłem gościowi kosę, więc to dla mnie bez znaczenia
– Nie mam – powtórzyłem.
Trwające kilka sekund lub wieczność mierzenie wzrokiem. Odstąpili i poszli za wiatę gdzie stał dwudziestolatek. Dał się słyszeć podobny zestaw pytań, a po chwili dźwięk ciała uderzającego o wiatę, stłumiony odgłos ciosów, jęki, szarpanina. Kolejny na celowniku znalazł się starszy mężczyzna.
– Coś ci ch***u nie pasuje?
Starszy człowiek dostaje otwartą dłonią w twarz. Spadają mu sklejone plastrem okulary i pękają.
Kobiety odwracają głowy.
Ferajna odchodzi w poczuci tryumfu.
Nie zareagowałem, nikt nie zareagował.
Starszy człowiek skleja podniesione okulary, jest cały w nerwach. „Jak tak można, jak tak można?” powtarza, podchodzi do mnie i z wyrzutem przekonuje: „Ty, młody, silny!!” – obejmuje palcami mój biceps nastolatka i ściska jakby chciał coś potwierdzić – „Echh…” – kwituje.
Jest mi głupio, nie wiem co powiedzieć, milczę lecz w głowie kotłują się myśli: „przecież tylko wracałem od dziewczyny, mam dla kogo żyć, trzech czy czterech, starszych ode mnie kryminalistów w najgorszej (wrogiej wobec mojej) dzielnicy miasta, jeszcze ta historia z nożem, miałem dać się zaszlachtować? W imię czego?”.

I wiecie co? Ci wszyscy ludzie na przystanku łącznie ze mną, od lat słyszeli o tym, że nie można być obojętnym. Sądzę nawet, że gdyby o zdarzeniu dowiedzieli się od kogoś innego, to przedstawili by sto bohaterskich scenariuszy o tym, jak bardzo nieobojętni by byli. Ale praktyka wygląda inaczej.

Siłą tych trzech lub czterech było to, że jeden za drugim poszedłby w ogień, a tym chętniej, że nie było wśród oczekujących na przystanku nikogo, kto mógłby fizycznie ich jedność złamać lub przynajmniej wzbudzić zwątpienie. Żadna z kobiet nawet nie krzyknęła „Policja!!”. Każdy chciał przeżyć i nie eskalować konfliktu.

W zakładach karnych garstka grypsujących praktycznie sprawuje władzę nad znacznie liczniejszą grupą tzw. „frajerów”. Wiecie dlaczego? Dlatego, że grypsujący są gangiem, a reszta działa w pojedynkę i dba o własną skórę. I nawet gdyby jakiś rewolucjonista zorganizował „frajerski ruch oporu” to powstaje kolejny problem – brak szans na równą walkę z tymi, którzy nie mają nic do stracenia (gdyż co ma do stracenia ktoś kto odsiaduje dożywocie?), z tymi, którzy codziennie walczą, ćwiczą, nigdy nie są sami, dawno zapomnieli o tym czym są skrupuły a do tego mają swoją ideologię i dekalog: „Prawdziwy (git)człowiek nigdy się nie lęka, nigdy nie płacze i nigdy nie klęka”.
O ile mnie pamięć nie myli, odpór kryminalistom byli w stanie dawać jedynie więźniowie polityczni z okresu stanu wojennego, ale oni, wchodząc za mury stanowili już jakąś strukturę, darzyli się zaufaniem, walczyli o wspólną sprawę a przy tym mieli bardzo podobne do gitów nastawienie do systemu i strażników co mogło budować pewną wspólnotę interesów.

Żaden opór nie dokonuje się bez desperatów gotowych umierać za sprawę i nie „umierać męczeńsko i dla symbolu” ale umierać zabierając ze sobą kilka skalpów uśmierconych wrogów. I nie przeczę, mamy w Polsce kilku „partyzantów i partyzantek”, którzy nie są obojętni, choć zawsze gdzieś w pobliżu nich musi stać patrol policji, żeby im brak nieobojętności na zdrowie wyszedł.

Choć opisałem skrajne sytuacje, to naprawdę nie trzeba nadmiaru bystrości by dostrzec powtarzające się schematy. Potencjalnie, w demokratycznym państwie można nie być obojętnym biorąc udział w wyborach, ale nawet tu, członkowie odpowiedników kryminalnych gangów wykazują większą determinację, jedność, mobilność. Pod drugiej stronie, apele o brak obojętności są traktowane jak apele o jedność opozycji, a niby to drugie łatwiejsze.
Tak, Auschwitz może spaść z nieba, ale biorąc pod uwagę okoliczności przyrody, będziemy jak ci Żydzi na Umschlagplatzu, nawet gdy każdy sto razy napisał na fejsie „nie bądźmy obojętni”. Pobuczeliśmy sobie na Boska czy Perejrę? Pobuczeliśmy sobie na PiS? Ktoś wyszedł ze studia, słysząc że młody, przepełniony chrześcijańskim miłosierdziem kandydat na prezydenta też może mieć swoje zdanie na temat lewaka Turskiego w pasiaku?

Czasem myślę, że ta cała dyktatura i cała rebelia to jakiś cyrk, coś co wymknęło się wszelkiej logice albo służy zupełnie innym celom niż te oficjalnie głoszone. Jednak gdy się mylę, i gdy to wszystko cyrkiem nie jest, to brak obojętności jest możliwy tam, gdzie nieobojętnych jest więcej i wierzą w sprawę. Sondaże nie całkiem taki stan rzeczy potwierdzają. Kraj wciąż jest podzielony na pół, a każda połówka na ćwierci i jeszcze mniejsze części. Jedni nie chcą być obojętni wobec tego, co dla drugich jest najwyższym dobrem i słusznością samą w sobie. Jak tu robić demokrację?

TRENERZY OSOBOWOŚCI

Nie czujesz zadowolenia ze swojego życia? Nie dostajesz zleceń, kontraktów? Nie potrafisz poradzić sobie z poczuciem pustki? Takich pytań można zadać wiele, jednak nie myśl, że to sytuacje bez wyjścia. W samym internecie czekają na Ciebie tysiące ofert rozwiązania wszystkich Twoich problemów. Tak, hurtem.

Nie będę ukrywał, że zainspirował mnie dokumentalny materiał o … tu brakuje mi właściwego słowa .. sekcie, organizacji? -o nazwie NXIVM. Była to jedna z tysięcy firm zajmujących się niesieniem pomocy w mentalnym wychodzeniu na prostą (zapewne przez przypadek skierowana do ludzi nieszczególnie cierpiących biedę), która okazała się przedsięwzięciem wyjątkowo patologicznym.
Oglądając materiał, z rosnącą satysfakcją wyprzedzałem autorów w diagnozowaniu opisywanych zjawisk i nie posługiwałem się darem jasnowidzenia, lecz osobistym zbiorem obserwacji oraz doświadczeń. Zrozumiałem, że coś o tym mogę powiedzieć, dlatego zróbcie sobie dużą kawę. Dodam tylko, że dzisiejsza notka nie jest studium wspomnianego przypadku. Chcę podzielić się w Wami kilkoma ogólniejszymi myślami.

TY – JA – PODATNOŚĆ

Jedno z istotnych pytań, które sobie zadałem brzmiało: „Dlaczego nie potrzebuję usług trenerów osobowości i czym różnią się ode mnie osoby, które z takich usług korzystają?”.
Przyznam się, że nie znam jakiejś oczywistej odpowiedzi. Miewam dołki, zmiany nastrojów, mój wrodzony optymizm nie zawsze stoi na najwyższym poziomie, mam również łamiące doświadczenia, ale ostatnią rzeczą, którą bym zrobił, byłoby odwiedzenie guru d/s naprawy wszystkiego. Prawdopodobnie nie wierzę w to, że w ogóle ktoś taki istnieje lub że ktoś obcy (ktoś drugi!) mógłby rozwiązać moje problemy (o zmienianiu charakteru już nie wspomnę). Wierzę w siebie i oczywiście zdarza się mi (wcale nie tak rzadko) wysłuchać tzw. „mądrych ludzi”, którzy analizując ludzkie losy dokonują różnych ciekawych odkryć. Nie wyobrażam sobie jednak, uczestnictwa w jakimś kilkudniowym (lub dłuższym) samodoskonalącym seminarium, nawet gdyby koszt wynosił złotówkę (to nie skąpstwo, to świadomość istnienia konfliktu interesów, bo gdy ktoś chce mi pomóc za pieniądze, to najwyraźniej chce pomóc najpierw samemu sobie).

Kilka osób znających mnie lepiej przekonywało mnie, że posiadam jakąś wewnętrzną moc, siłę. Nic o tym nie wiem, choć możliwe, że z tego powodu nie korzystam zbyt pochopnie z zewnętrznej pomocy i zdecydowanie bliżej mi do reguły: „Gdy przegram z życiem, to znaczy, że nie nadawałem się do życia”.
Szukając korzeni tego nastawienia przypomniały mi się – wybaczcie prywatę – pytania babci o to, dlaczego się nie modlę? Nie chcąc zranić babcinych uczuć religijnych wyjaśniałem, że bóg ma zapewne więcej poważnych spraw na głowie niż moje sprawy. Szczerze zaś, chyba w wieku 6 lat empirycznie stwierdziłem, że modlitwy nawet małego, bezgrzesznego chłopca nic nie dają. To wtedy uznałem, że albo boga nie ma, albo nie ma mocy o które się go posądza, albo jest jakimś kapryśnym św. Mikołajem.
Nie było w tym niczego osobistego, zwyczajnie prosić się drugi raz nie zamierzałem.
Pomny rozczarowania z dzieciństwa, przez kilka kolejnych lat miałem osobliwe podejście do kwestii religijnych. Gdy w odległości kilkunastu metrów ode mnie uderzył piorun, wzniosłem oczy ku niebu dzieląc się ironiczną uwagą: „Pudło!”. Wkrótce, to bluźniercze podejście zastąpiłem innym: któregoś dnia słuchałem wywiadu z Eltonem Johnem. Artyście zadano pytanie: „Co byś chciał usłyszeć od boga stojąc u bram niebios?”. Muzyk odparł z uśmiechem: „Chciałbym usłyszeć: Właź stary!”.
Spodobało się mi. To jest lepsze. Bez żadnych zobowiązań. Każdy robi swoje, a wspomnę, że Elton nie należał do najgorliwszych chrześcijan.
Wróćmy do sedna.

Na ogół, w bardzo wczesnym dzieciństwie jesteśmy włączani do różnych związków wyznaniowych. Od najmłodszych lat jesteśmy w nich przekonywani, że człowiek bez boga jest biedny, nieszczęśliwy, trzeba mu pomagać (nawet gdy on zdecydowanie nie chce). Natomiast żarliwe modły, uczestnictwo w mszach itd., itp. mają gwarantować niegasnące, niebiańskie wsparcie, pokrzepienie i sukcesy. Wiecie co myślę? Myślę, że to pierwszy krok ku pozbawieniu człowieka kontroli nad własnym życiem.

Jeżeli ktoś od urodzenia słyszy o tym, że częścią jego życia zajmuje się niebiańska istota i nagle następuje jakiś życiowy krach, przełom, który zasiewa zwątpienie (śmierć kogoś bliskiego, doświadczenie tępego okrucieństwa, Holokaust czy wszelkie inne makabry będące plonem ludzkiej pomysłowości), to taka osoba może zwątpić w boga, ale czy porzuca także zapotrzebowanie na wsparcie przez siły z zaświatów? Kultura w której dorastamy odciska na nas swoje piętno i nie zamierzam przeczyć twierdzeniom, że nawet radykalni, zachodni ateiści noszą w sobie niemałą dozę chrześcijańskich wartości a w tym, pewnych określonych „duchowych oczekiwań”. Nie twierdzę, że „religijne rozczarowanie jest głównym powodem zainteresowania sektami i treningami życia”, a jedynie zwracam uwagę na głębszy wątek, który nie jest zbyt często brany pod uwagę.

Z omawianą podatnością może być jak z wegetarianizmem. Wg. badań sprzed kilku lat, powody przejścia na dietę wege są różne, zdrowotne, religijne, etyczne, związane z gustami kulinarnymi, co oznacza, że ogółu wegetarian nie łączy nic, prócz tego, że nie jedzą mięsa. Podobnie może być z ludźmi, którzy szukają pomocy u różnorodnych specjalistów d/s wszystkiego. Wedle różnych opracowań, podatność na „zewnętrzną pomoc w życiu” wyrażają osoby zagubione, szukające sensu, niedoszli samobójcy, ludzie zmagający się z depresją, nałogami, przewlekłymi chorobami, starością, samotnością, zadające sobie pytania, które zamieściłem we wstępie. Z drugiej strony niemało jest osób, które są po prostu ciekawe świata, otwarte na nowe doświadczenia, szukające czegoś nowego, ekscytującego, są spragnione prostych odpowiedzi na trudne pytania, niekiedy może je cechować nieco wyższy stopień wrażliwości, naiwności lub niewiedzy. Możemy też mówić o trzeciej grupie. Rzeczywistość dostarcza nam bezliku powodów do zwątpienia we własne siły i gdy psychika nie zrobi tego sama to pomoże stres, bezsenność, wyczerpanie pracą, długotrwała ekspozycja na niepokoje związane ze specyficznym przekazem medialnym czy wszechobecną polityką. Wszyscy znajdują się w kręgu ryzyka.

ONI

Poświęćmy teraz kilka chwil tym, którzy starają się odpowiedzieć na popyt. Co o nich wiemy? Zapewne, podstawowym pytaniem, które należy sobie zadać jest: „kiedy **kończy** się psycholog a zaczyna szarlatan?” – tylko w ten sposób możemy ustalić granicę pomiędzy tym co bezpieczne a tym co ryzykowne. A odpowiedź nie jest prosta, gdyż bez wątpienia zdarzają się źli psychologowie i zdarzają się dobrzy guru, nie każda wizyta u lekarza zakończy się sukcesem i nie każda wizyta u leśnego dziadka skończy się śmiercią w męczarniach. Podpowiedzi w tym obszarze mogą nam udzielić jedynie statystyki, prawdopodobieństwa.

Nie będę ukrywał, że zdarza się mi ulegać urokowi „mówców motywacyjnych”. Kiedy za wyrażanymi racjami i radami stoją twarde empiryczne dowody, to potrafię przez kilka chwil trwać w poczuciu, że coś robiłem źle, ale teraz wiem jak coś robić dobrze. Prosty przykład: ponoć największa chłonność umysłu ulokowała się w okresie około dwóch godzin(? – tak zapamiętałem) od przebudzenia. Oznacza to, że jakiś trudny temat lepiej pochłonąć w stanie rześkości niż pod koniec męczącego dnia. Sprawdza się – oczywistość właściwie. Drugi przykład: „Gdy czujesz, że przestajesz rozumieć to czym się zajmujesz, napotykasz jakiś upiorny opór, zrób sobie przerwę, daj mózgowi możliwość przyswojenia materiału. Prześpij się, a nawet wróć do tematu za tydzień czy miesiąc a zobaczysz, że to co wydawało się nie do przejścia, stanie się proste”. Działa, choć tu, działa też nieco odmienna racja pt. „bezwzględna determinacja przełamie każdą barierę”. Istnieją ogromne ilości dobrych, sprawdzonych rad i dzielenia się nimi nie można uznać za coś złego czy ryzykownego. Problem pojawia się w chwili, gdy głodny zostanie nakarmiony zatrutym jabłkiem.

Nie uważam, że najpodlejsi manipulanci rozpoczynali swoją działalność mając złe intencje. Zbawianie świata jest ambicją dość popularną w naszym kręgu kulturowym. Myślę, że bliski prawdy był Rousseau, który miał uważać, że ludzie rodzą się dobrzy tylko później system ich psuje. Początkowo, intencje możemy mieć szlachetne, dopiero gdy pojawiają się komplikacje i korzyści związane z realizowaniem szlachetnych ambicji, nie każdy potrafi sobie z nimi poradzić (nie wiem nawet czy ktokolwiek potrafi).
Przykładem patologii wyrosłej na glebie dobrych intencji bywają np. fundacje. Fundacja zobowiązuje się zwalczać np. jakieś negatywne zjawisko, ale zarząd szybko zdaje sobie sprawę, że zjawisko nie jest aż tak powszechne jak wydawało się, więc by nie powstrzymywać dopływu środków i pozostać w głównym nurcie, fundacja rozdmuchuje jakiś problem, coś pomajstruje przy statystkach, a gdy okaże się, że wypracowany stan rzeczy pozwala się utrzymać… to co w tym (subiektywnie) złego? Przykład może być wrażliwy (zależnie od tego o której fundacji pomyślimy), ale opisany mechanizm nie jest osobliwością i występuje w wielu dziedzinach publicznego życia.
Wybijanie się na niepodległość i widoczność w przepełnionym rynku ofert prowadzi do najzwyklejszej walki konkurencyjnej i tu zasady etyczne zostają poddane bardzo ciężkim próbom. Chcąc być zauważonym należy coś mówić głośniej, dobitniej, z większym przekonaniem, naginając fakty lub kłamiąc i nie wolno pobłażać konkurencji. To tu zaczyna ścielić się trup, to tu pojawiają się leki na wszystko, rady na wszystko, wszystko wszystkim i lepsze od wszystkiego.

Z pewnością, problemem jest to, że nie posiadamy naturalnych lub technicznych możliwości zaglądania w cudze umysły. Z tego powodu tracimy możliwość szybkiego i prostego odkrycia w co się pakujemy. To co początkowo wydaje się pozytywne może przerodzić się w koszmar i póki co, nic nie zapowiada poprawy tego stanu rzeczy. Cywilizacja generuje zagubionych i niekoniecznie należy ich szukać wyłącznie wśród biednych, naiwnych i pozbawionych podstawowej wiedzy o rzeczywistości.
Istnieje jednak nadzieja. Gdy nie masz wystarczającej wiary w siebie, możesz być zwyczajnie mniej ufnym człowiekiem. A jeżeli macie jeszcze siły, poczytajcie o Link tu: NXIVM i dzielcie się myślami.


(graph.educateinspire)

CZY WSZYSTKO JEST POLITYKĄ?

Lata temu pojawiła się dyskusja o tym czy dziennikarz powinien mieć poglądy? Jedna ze stron przekonywała, że jak najbardziej, gdyż taki dziennikarz staje się wyrazisty, realizuje to czego oczekują od niego widzowie czy słuchacze, do tego każdy ma jakieś poglądy. Druga strona nie dawała za wygraną i pytała, co z obiektywizmem, rzetelnością? Niestety. Tak abstrakcyjne pojęcia jak obiektywizm czy rzetelność zabrzmiały.. nijako, bo przecież każdy jakieś poglądy ma, więc udawanie, że się ich nie ma ma prawo budzić wątpliwości. Pamiętam, że główkowałem nad tym jakiś czas i sobie, na własny użytek wyjaśniłem rzecz tym, że można mieć poglądy ale można jednocześnie potrafić oddzielić je życia zawodowego. Dziennikarz może być stronnikiem danej partii, ale przekazując informacje może być po prostu uczciwy, podobnie sędzia rasista może „zapomnieć”, że oskarżony ma inny kolor skóry a naukowiec-fizyk czy biolog, że jest wierzący. Taka umiejętność jest moim zdaniem tym co nazywamy „wzniesieniem się ponad”. I powiecie teraz, że jest to w jakiś sposób oczywiste, więc zachęcę Was do rozejrzenia się wokół i zwrócenie uwagi na to jak takie oczywistości sprawdzają się w przestrzeni publicznej. Ano, nie sprawdzają się w ogóle, a konkretnie przestały się sprawdzać. Czasy dumania nad tym czym jest „wznoszenie się ponad” stały się odległą i niejasną przeszłością.

Trudno pogodzić się z tym, że zrozumienie czym jest obiektywizm i rzetelność najlepiej wychodzi gdy obiektywizmu i rzetelności nie ma. Gnając za nośnym nurtem „trzeba mieć poglądy i je wyrażać” pozbawiliśmy się praktycznie dostępu do informacji.
Nie szukajmy daleko: Rozbił się Boeing. Ukraina oskarżyła Rosję, USA oskarżyły Iran, a Iran lada dzień oskarży USA – bo może oskarżyć, bo nie udostępni czarnych skrzynek, które traktuje jak znany płaszcz w publicznej szatni czyli „Płaszcza nie ma i co mi pan zrobisz?”. Taki przekaz kolportują media, w zależności od upodobań (poglądów). Skażenie to, jest dziś powszechne i wyliczyłem sobie, że chcąc zabrać głos na dowolny temat należy odczekać tak z 3-5 dni, by stworzyć jakąś w miarę niechwiejną hipotezę dotyczącą rzeczywistości. Tak, hipotezę, bo prawda zdaje się być już całkowicie poza naszym zasięgiem.
Chcąc lepiej oddać sytuację dorzucę kolejny świeży przykład. Putin podzielił się swoją wersją historii, lecz zamiast jakiejś weryfikującej historycznej analizy otrzymujemy z wszelkich źródeł opinie na temat tego co Putin chciał uzyskać i tu dodać należy, że na 100 tytułów, które o tym piszą wszystkie zawierają stwierdzenie: „Prawda jest taka, że” (podkreślić warto, że każdy przedstawia inną wersję). Czy poszło o Białoruś, o obchody wyzwolenia Auschwitz w Izraelu, rozbicie Europy, a może napięcia USA i Iranu? Mija kolejny dzień i jedyna sensowna odpowiedź, która się nasuwa brzmi: „A Putin go wie!”. Chcecie więcej? Klimat. Modele klimatyczne są na tyle złożone i nudne, że zdecydowanie lepiej dyskutować o tym czy walka ze zmianami klimatycznymi to marksizm kulturowy. W polityce lokalnej, czy znacie kondycję gospodarczą państwa? Z jednych źródeł dowiemy się, że jest świetnie a z drugich, że jest katastrofa i oczywiście „my dobrze wiemy, które źródła mówią prawdę”, tylko że tak myślą i mówią wszyscy, a mamy demokrację i te preferencje znajdują później odzwierciedlenie w wyborach.

Brakuje mi trochę czasów, w których znaczenie poglądów w przekazywaniu informacji było mniejsze. Byłem w stanie zajrzeć do jakiejś gazety i wiedziałem, że ludzie, którzy piszą w niej artykuły trochę się pilnują (nawet gdy doskonałość przekazów nie miała stężenia 100%, ale przynajmniej kierunek był). Mijał czas i musiałem zacząć sięgać do źródeł zagranicznych, by dowiedzieć się czegoś o Polsce, bo przyznajcie, tacy Niemcy nie utożsamiali się z jedną czy drugą stroną polsko-polskich wojenek, choć… utożsamiali się w Niemcami i to też nie dobrze. Proces trwał. Przestałem korzystać z mediów.

W świecie, w którym informacja niej jest już nawet towarem deficytowym (jest znacznie gorzej), liczy się siła. Trump może wysłać na tamten świat irańskiego generała w Iraku za pomocą drona (a pojawiła się już wersja, że to robota Izraela – a jakże) i jest jak z tym płaszczem w publicznej szatni, którego nie ma „I co mi pan zrobisz?”. Człowiek z nostalgią spogląda za tzw. „normalnością”, a więc czasami, w których coś było w miarę poukładane, że jakiś głos rozsądku się liczył, ale tego już nie ma. Może popytu nie ma, a może nawet nasze pojęcia normalności osadzone są w jakichś nieuniwersalnych wartościach, więc można otwierać kolejne fronty. Nie jestem pesymistą i wierzę, że istnieje jakaś granica-ściana o którą współczesny porządek świata głowę sobie rozbije, ale kilka już razy przekonałem się, że ten Miś to to tak naprawdę nie jest jeszcze ostatnie słowo.

Pozdrawiam Noworocznie:)


(graf.blog.soprasteria.co.uk)

CO ZROBIĆ Z POLAŃSKIM?

Nie raz starałem się zmierzyć z tematem, lecz to co spisywałem trafiało zawsze do szuflady ze „szkicami na później”. Działo się tak, gdyż miałem wrażenie, że nie dotykam sedna sprawy lub staram się opisać coś zbyt nieuchwytnego by zasłużyć na Waszą uwagę. Poszukując jakiegoś punktu zaczepienia (któregoś dnia) olśniło mnie. Zdałem sobie sprawę, że w ostatniej awanturze o Polańskiego podstawową rolę odegrał zgoła banalny element: efekt zaskoczenia, który wygenerował większość nieporozumień.

Nie tak dawno przypuszczono frontalny atak na psychologa społecznego P.Zimbardo. Zarzucono mu sfałszowanie badań, podważono wnioski którymi się dzielił, stwierdzono, że nie zasługuje na miano autorytetu. Czytałem i słuchałem tych doniesień oniemiały. Nie była to spontaniczna reakcja tłumu, która towarzyszy np. złapaniu nietrzeźwego posła za kierownicą. Uświadomiłem sobie, że był to dobrze przedyskutowany temat (choć za plecami publiczności), z którego wyłuskano najsilniejsze argumenty. W takich chwilach chce się powiedzieć: „Spokojnie, dajcie mi trochę czasu na zapoznanie się z zarzutami, argumentami, uzasadnieniami. Być może macie rację, ale uszanujcie to, że nie każdy jest zwolennikiem bezkrytycznego dołączania do krzyczącego tłumu”. Już samo takie zastrzeżenie spotykało się z pogardliwym: „O! Obrońca oszusta się znalazł!”. To budowało mój wewnętrzny opór, bo prymitywny szantaż wywołuje opór.
Godzina lub dwie wertowania źródeł zwróciły moją uwagę na nieobcą mi, perswazyjną formę krytyki. Na pierwszy plan nie wybijało się rzetelne uzasadnienie, lecz „co mamy myśleć” a także „co myśleliśmy wcześniej” (i przed czym demaskowana prawda miałaby nas uchronić). Niestety, ten mechanizm znałem bardzo dobrze. Nie zrozumcie mnie źle, ale większość propagandowych przekazów zaczyna się od „kłamstwa założycielskiego” mówiącego o tym jak wadliwe przekonania mieliśmy wcześniej (nawet gdy ich nie mieliśmy) i jaką odnowę niesie przekaz, który właśnie został nam dostarczony. Nie chcę tu imputować krytykom Zimbardo działania na rzecz wrogich, tajemnych wywiadów, a jedynie wspominam o charakterystycznym mechanizmie.
Bo:
– Czy ja uważałem P. Zimbardo za niekwestionowany autorytet??? (zdecydowanie odrzucam autorytety gdyż wolę specjalistów)
– Czy można sfałszować wyniki badań, skoro nie ukończono eksperymentu? (wiedza o tym była powszechna)
– Czy uczelnie w których Zimbardo wykłada lub gości posiadają gorsze źródła niż amerykański bloger i nieznany francuski reżyser socjolog, którzy uruchomili „krytyczną lawinę”?
Zarzuty wobec P. Zimbardo mogły być słuszne (jak wspomniałem, potrzebowałem czasu by się z nimi zapoznać – co zresztą zrobiłem), ale tym co utrudniało dyskusję, było poczucie, że to nie ja jestem adresatem przekazu, nie ja jestem przedstawicielem poglądów, które należy poddać egzorcyzmom.

Podobnie stało się z Polańskim. Tym razem, w prowadzonych rozmowach zdążyłem zastrzec, że nie posiadam w domu ołtarzyka z wizerunkiem Polańskiego (choć lubię kilka jego filmów), że wizyta w macierzystej uczelni to jeszcze nie wręczenie Nagrody Nauczyciela Wszech Czasów Trynkiewiczowi czy budowanie Polańskiemu pomnika. Do tego, moja dość lakoniczna znajomość prawa i biologii zmusiły mnie do refleksji nad tym, że sięganie po słowa „gwałt” i „pedofil” wywołane jest (bądź) przeoczoną przeze mnie kardynalną zmianą w prawie i biologii, bądź… słowa te zostały użyte celowo i wyłącznie dla wzmocnienia psychologicznego efektu. Oczywiście nie odbieram ludziom prawa do używania w mowie potocznej np. określenia „ludobójstwo”, ale zwykle staram się zwrócić uwagę na to, że stosowanie tego terminu w obszarze prawa dowolne (czy intuicyjne) nie jest.
Podzielenie się tego typu uwagami wystarczyło, by nazwano mnie „obrońcą pedofilów”, choć pomny „bycia obrońcą oszustów” w sprawie Zimbardo, przyjąłem ten zarzut już jedynie z ironicznym uśmiechem. Najtrudniejsze w prowadzonych rozmowach było udowodnienie, że sam nie jestem pedofilem. Mogłem wielokrotnie twierdzić, że nie jestem zwolennikiem gwałcenia i sypiania z dziećmi, ale najwyraźniej moje wyjaśnienia miały moc słów czarownicy tłumaczącej się przed Trybunałem Świętej Inkwizycji.

Nie czekałem także długo by pojawiły się argumenty typu: „teraz pomyślmy co czuła ta biedna gwałcona dziewczynka!!” i tu straciłem cierpliwość, gdyż nie mam skłonności do wyrokowania na podstawie tego co sobie wyobrażam. Dotarło do mnie, że „przeciwnicy gloryfikacji Polańskiego” odpuścili sobie jakiś głębszy research na co mieli blisko 50 lat. Gdyby to zrobili, dowiedzieliby się, że dziewczynka – o czym sama wspomniała w swojej książce – nie czuła, że był to gwałt i Polański nie czuł się gwałcicielem, choć oboje mieli świadomość tego, że zaistniała sytuacja ze względów prawnych, moralnych, ale i tych związanych z najzwyklejszymi relacjami międzyludzkimi nie powinna mieć miejsca. Tak, nic nie było w tym zdarzeniu w porządku. Jednak skąd wzięło się słowo „gwałt”? Otóż, w ówczesnej Kalifornii, gdyby dowolny X spotkał się z dowolną 13-letnią Y to nawet przy obopólnej aprobacie dla podjętych przez X i Y działań, w świetle prawa amerykańskiego byłby to gwałt. W Polsce, kwalifikacja tego rodzaju czynów opiera się na nieco innej (świeckiej) filozofii, dlatego jestem daleki od tego by definicję amerykańską bezkrytycznie przenosić na nasz grunt, a warto wspomnieć, że ostatnim z kilku zarzutów postawionych Polańskiemu była sodomia (stosunek analny – ówcześnie penalizowany w Kalifornii, nawet gdyby miał miejsce w małżeńskiej alkowie(!)).

Powyższy etap dyskusji był trudny, gdyż żadna ze stron awantury nie była tam, nie była w umyśle sprawcy, nie była w umyśle ofiary, nie towarzyszyła im niczym Big Brother każdego kolejnego dnia analizując jak zmieniają się ich myśli. Mogliśmy jedynie spekulować na ten temat i było to ryzykowne. Jednak w trakcie akurat tych rozmów, pojawiła się moja poważna wątpliwość co do szczerości protestu. Upór oskarżycieli okazał się mieć drugie dno. W kilku rozmowach wybijał się wątek konieczności jednolitego traktowania pedofilii, niezależnie czy ma miejsce w kościele czy gdziekolwiek indziej. Zrozumiałem przez to, że przymknięcie oka na Polańskiego byłoby dla protestujących wyrazem niekonsekwencji lub nawet hipokryzji. To miało sens, choć w praktyce oznaczało, że należy Polańskiego dopasować do napiętnowanego już wzorca księdza-pedofila. I wszystko zaczęło pasować. Autorytet, gloryfikacja…
Tylko, ja nie mam takiej wyobraźni. Polański nie jest księdzem (moralnym autorytetem, który rości sobie prawa do mówienia ludziom co jest dobre a co złe, który uważa, że jego wykładnia dobra i zła powinny zostać odzwierciedlone w prawie karnym i konstytucji), uczelnia nie jest kościołem, nie jest też pracą z dziećmi dla których Polański byłby zagrożeniem, wykład nie jest tym samym co postawienie kilkumetrowego pomnika w Łagiewnikach.

Sędzia Laurence J. Rittenband początkowo nie chciał umieścić Polańskiego w zakładzie karnym. Jak wynika z relacji prowadzonych przez niego rozmów, nie chciał go mieć na sumieniu, gdyż doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak Polański zostanie potraktowany przez współwięźniów. Optował za ugodą, obserwacją psychiatryczną. Czy miał wątpliwości co do „skali” winy Polańskiego czy może bardziej obawiał się reakcji społeczeństwa gdyby Polański został w zakładzie karnym zabity? – tego nie dowiemy się nigdy. Wiemy, że postępowanie Polańskiego, który chciał uniknąć konsekwencji rozsierdziło sędziego, który poczuł się ośmieszony (i nie tylko on, lecz cały amerykański wymiar sprawiedliwości, któremu „zbieg” zdawał się grać na nosie). Ten element wpłynął na to, że ambicją i celem życia Rittenbanda stało się zamknięcie Polańskiego na długie lata (sędzia zapowiadał najwyższy możliwy wyrok, czyli ok. 50 lat), natomiast dla amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, skazanie Polańskiego było kwestią wizerunkową.

Polański stał się banitą przygarnianym z większą lub mniejszą gościnnością to przez Francję, Szwajcarię czy Polskę. W trakcie swojej banicji nakręcił kilka ważnych filmów (docenianych także w USA). Czy w trakcie ich kręcenia myślał o tym, by przekazać coś ludziom, że coś jednak było „dawniej” nie w porządku? Nie wiem, choć uważam, że Polański trafiając pod medialny ostrzał nie potrafi się bronić. Zachowuje się jak szczur zapędzony przez kota w ciemny róg, gryzie, warczy, za chwilę nieruchomieje starając się wtopić w otoczenie. Rozpaczliwa obrona generuje błędy. Zapewne dzieje się tak, gdyż naturalnym językiem Polańskiego, którym porozumiewa się ze światem jest kino.

graf: Sony Pictures Classics/Supplied by LMK / Bulls

P.S.
Nie czytałem wywiadu w G.Wyborczej i nie zamierzam czytać. Bardziej zaniepokoiło mnie pozytywne zainteresowanie Polańskim z przeciwnej strony sceny politycznej.