Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Kategoria: Uncategorized

ZMIANY W RZĄDZIE – CZEMU SŁUŻĄ?

Chcąc wygrywać wojny, trzeba wygrywać bitwy. Jednak zmiana dowódców w tracie batalii może dziwić, skoro nie mieliśmy do czynienia z jakimś wyjątkowym skandalem, przestępstwem czy spadkiem wyników – było raczej odwrotnie. Czy chodzi o wywołanie powszechnego „zastanawiania się” nad tym? Mając to na uwadze, uległem umiarkowanej ciekawości i prześledziłem podobne ruchy w innych ekipach, rzuciłem okiem na daty i terminy wyborów, zapoznałem się z komentarzami polityków oraz politologów. Powiem Wam szczerze, że odpowiedzi jest tyle ile źródeł.

Czy trzech politologów może mieć inne zdanie? Czy politycy nie wiedzą co robi ich partyjna góra? Czy komentatorzy czerpią z „czegoś” czy tylko z głowy? Najbardziej czytelny w opisie tego typu zjawisk okazał się Leszek Miller, który komentując zmiany w rządzie D.Tuska (ok. 2013 r.) użył mniej więcej tych słów: „Zmiany w rządzie mogą przynieść chwilową ulgę, która pomaga przygotować się lepiej do wyborów. Wilki pędzące za saniami zatrzymają się na chwilę, ale warto wiedzieć, że potem zaczną pędzić jeszcze szybciej”. Hmmmm….

Brzmi prawie jak chińska wróżba z ciasteczka, ale owszem: zmiana – a szczególnie na ludzi mało znanych – niesie ze sobą element zaskoczenia. Nie ma na takich ludzi haków, nie można ich ocenić zanim czegoś nie zrobią (przyp. kandydat Duda), mogą również poprawiać wizerunek gdyż tryskają świeżością a nie wypaleniem. Ulga jest. Jednak czy rzeczywiście? Odsunięcie takich postaci jak Macierewicz czy Szyszko wywołało wściekłą reakcję środowisk związanych z tzw. „ośrodkiem toruńskim”. Sakiewicz zapewnił, że już nigdy nie zagłosuje na Dudę, Karnowskie wietrzą intrygę pt. „do prawdziwie polskiego rządu, wprowadza się salonowców z dworu Tuska”. Gorzkich słów nie szczędzi Pawłowicz i „pro-toruńsko-prawicowe środowiska ekologiczne”. Nie da się ukryć, że to właśnie miniona ekipa wypracowała wysokie notowania PiS (w sondażach) gdy dziś ta popularność staje pod znakiem zapytania skoro objawił się publiczności ostry podział w PiS.

Kolejny raz wracamy do tematu bezpośrednich przyczyn i tu spekulacjami możemy sypać z rękawa: „PiS zmieniło kierunek, ze szkodliwego ideologicznego na gospodarczy, który załagodzi tarcia z UE”, „Duda zaszantażował Prezesa Polski, że nic więcej nie podpisze, gdy Macierewicz nie odda mu armii”, „Kaczyński widząc jak Macierewicz urasta w siłę, postanowił pokazać mu, kto rządzi w PiS”. „Młode wilki z PiS rozsadziłyby partię od środka, gdyby nie dano im pola do popisu”. Tego naprawdę jest sporo i myliłby się ten kto sądzi, że podobnych spekulacji było mniej czy to za czasów PO czy SLD.

Zmiany w rządach po prostu są i mają przynieść jakiś efekt. Nawet gdy możemy powiedzieć jaki jest cel „strategiczny” (zwyciężanie w wyborach) to zmiany same w sobie pozostają taktyczną tajemnicą tych, którzy realnie zarządzają polityką.
Chyba, że macie jakiś wyciek?

Reklamy

ŻYDZI, NOBEL, NACJONALIZM czyli „ŻYCZENIE NOBLA” (niepoprawnie?)

Wielokrotnie spotykałem się ze stwierdzeniem, że największą liczbę laureatów nagrody Nobla posiadają Żydzi. Większość źródeł podaje, że Amerykanie…, ale intencja ogłaszających przytoczone stwierdzenie była nazbyt czytelna: „Żydzi są najmędrszym narodem pod Słońcem i kto wie czy nie wybranym”. Zawsze mnie to irytowało i choć sugestia wobec różnych (takich jak moje) wątpliwości była wyraźna: „Jeżeli nie zgadzasz się, to jesteś antysemitą”, bardziej nie grał mi brak koniecznych elementów wspomnianego wnioskowania. Raz, że należałoby najpierw zapytać np. Szimona Pereza – laureata Nagrody Nobla z 1994 czy bardziej czuje się Żydem, Polakiem a może Izraelczykiem? Dwa – czy kraj pochodzenia świadczy o narodowości, lub czy ktoś kto urodził się we Francji ale nagrodę otrzymał posiadając obywatelstwo szwedzkie to nagroda należy się Szwecji czy Francji? Trzy – co z naukowymi kolaboracjami, kiedy nagrodę za dane odkrycie otrzymują naukowcy np. z trzech różnych krajów? (czyli można być ‚narodowym noblistą’ np. w 50 lub 33%). Cztery – czy na podstawie liczby noblistów można dokonywać ocen IQ całych narodowości, ras, grup etnicznych? Takich pytań jest więcej.
Pojawiła się właśnie nowa odsłona wspomnianego na początku info. Mówi ona o tym, że Polacy wymieniają tylko kilku laureatów koniecznie katolików z polskimi nazwiskami zapominając o swoich żydowskich współobywatelach. Ponownie można zadać pytania, które przedstawiłem i mieć różne wątpliwości ale przeglądam polskie źródła i różnią się one, choć owszem np. ambasada RP w Rydze na swojej witrynie podaje tylko 6 osób ale Wikipedia zawiera już większą listę….

Cóż… trudno wykluczyć, że intencje dokonujących „narodowego podziału” noblistów maja naturę nacjonalistyczną (dotyczy wszystkich stron), trudno wykluczyć, że antysemityzm istnieje, trudno wykluczyć to, że Żydzi również bywają nacjonalistami.

Jednak odpowiedź na nurtujące mnie pytania od lat znajduje się w Komitecie Noblowskim a konkretnie w testamencie Alfreda Nobla:

————————————————————————
/…/Alfred Nobel napisał w testamencie w 1895 roku: „Moim wyraźnym życzeniem jest, aby przy przyznawaniu nagród nie brano pod uwagę narodowości kandydatów, lecz to żeby otrzymali ją najbardziej godni”. Informacje na temat narodowości są często trudne do ustalenia, w związku z tym Laureaci Nagrody Nobla są wymienieni według kraju urodzenia, a nie według narodowości.

Na poniższej liście, kraj urodzenia odnosi się do nazwy kraju w momencie narodzin Laureata Nagrody Nobla. Na przykład, aby znaleźć laureatów Nagrody Nobla urodzonych w Indiach, należy uwzględnić również Indie Brytyjskie, Indie Brytyjskie (obecnie Bangladesz) i Indie (obecnie Pakistan). Austria, Niemcy, Polska i Rosja to inne przykłady krajów, w których granice uległy zmianie./…/
(źródło: https://www.nobelprize.org/nobel_prizes/lists/countries.html)
—————————————————————————

Innymi słowy, może nie nacjonalizujmy tej Nagrody szanując wolę fundatora, nawet gdy mamy jak najbardziej szlachetne czy nieszlachetne intencje?

P.S.
np. Maria Curie znajduje się w sekcji „Imperium Rosyjskie (obecnie Polska)”

CZY „POLACY NIE DOROŚLI DO DEMOKRACJI”?

„Polacy nie dorośli do demokracji”.
Czasem słyszę taki argument. Na ogół, tak właśnie rzecz tłumaczą sobie ludzie zaangażowani politycznie, którzy szukają odpowiedzi na pytanie o brak masowego poparcia ich sprawy.

Prawdę mówiąc irytują mnie tego typu diagnozy, podobnie jak sugerowanie, że ludzie nieuczestniczący w protestach są mniej wrażliwi, niedouczeni, itd. Obawiam się, że w taki sposób łatwiej pogrzebać sprawę niż kogokolwiek do niej przekonać.

Mussolini dowiadując się o kolejnych porażkach swojej armii mówił o tym, że wielkie Włochy potrzebują marmuru a nie gliny (że gdyby Michał Anioł dysponował gliną a nie marmurem to byłby najwyżej garncarzem), że „materiał ludzki”(!) jest słaby, a z drugiej strony zero refleksji nad tym, że może to przywództwo jest marne, albo że sprawa nie specjalnie ludzi do umierania za nią pociąga.

Bierność – tak jak w międzywojennych Włoszech – niekoniecznie jest skutkiem  niedouczenia, braku wrażliwości czy nierozumienia idei. Bierność np. liberalnych demokratów wynikała w dużej mierze z tego, że zdawano sobie sprawę ze… wspólnoty interesów z nacjonalistami: szacunek do patriotyzmu, przywiązanie do własności prywatnej i co kluczowe – niechęć do komunizmu. Nacjonaliści byli w stanie rozwiązać bolesne problemy liberalnych demokratów z tym małym zgrzytem, że za rozwiązanie owych problemów życzyli sobie władzy (a przy tym obalenia parlamentaryzmu, wprowadzenia władzy silnej ręki, itd).

We współczesnej Polsce komunizm nie jest traktowany jak zagrożenie (lewica nie dostała się nawet do sejmu) jednak nie znaczy to, że ludzi nie da się niczym nastraszyć. Współczesną „komunistyczną nawałą” są uchodźcy i tzw. „spiskowe rządy brukselskich finansowych cwaniaków”. Nacjonaliści jak zwykle składają prostą ofertę: powstrzymamy siłą islamską nawałę (bo dialogiem – wy liberałowie-demokraci – nie dacie sobie rady), nawrócimy złodziei z UE, tylko weźmiemy sobie za to władzę (vel „umocnimy ją”). Ludzie zostają postawieni przed wyborem: „islamizacja”, która potencjalnie może przynieść obalenie parlamentaryzmu + „okradanie przez Brukselę”, które może przynieść biedę…. W takich okolicznościach rządy ‚nieco autorytarne’ wydają się mniejszym złem – gdy „demokracja” kojarzona np. z rządami PO oznaczałaby nie tylko wpuszczenie strasznych terrorystów i kaznodziejów z ISIS, ale także utrzymanie systemu kontrolowanego przez „cwaniacką brukselsko-światową finansjerę”.

Znaczna część Polaków (co ukazują sondaże) posiada wspólne interesy z władzą PiS, nawet gdy samo PiS jako takie nie jest i nie musi być ich ulubioną opcją. Co proponuje opozycja? Czy powrót ciepłej wody, którą powinniśmy uważać, za „demokrację (uruchamiającą potencjał społeczny)”? Takie i podobne sprawy warto wyjaśniać, proponować rozwiązania. Oczywiście nie wyczerpałem tematu głównych wątków, ale dorzućmy choćby: „kto zamiast pis?” lub czy powrót „państwa prawa” i demokracji ma oznaczać zabranie 500+?

„CZAS HYBRYDOWY”

Czy zauważyliście, że wiele spraw skomplikowało się przez to, że nie są jednoznaczne? Ktoś przekazuje zarówno informacje jak i fejki, ktoś pluje a po chwili modli się solennie, ktoś popiera walkę o prawa gejów ale nie chciałby mieć geja w rodzinie, ktoś uznaje dorobek sufrażystek ale nie cierpi feministek, ktoś nie trawi PiSu ale nie jest z PO, ktoś domaga się obniżenia podatków ale chce wydajnej służby zdrowia, ktoś zamyka swoich niepoprawnych obywateli ale walczy z ISIS, ktoś jest przywódcą Hamasu ale potępia terroryzm, ktoś mówi „Razem” a działa osobno, ktoś popiera wolność aborcji ale sam jej nigdy nie dokonałby, ktoś kocha uchodźców ale nie w miejscu swojego zamieszkania. Nawet napój energetyczny może szkodzić ale daje kopa.

Prościej było gdy tyran był tyranem, szarlatan szarlatanem, kłamca kłamcą a bandyta bandytą i trzymali się tego. Prościej było gdy trucizna była trucizną, a zdrowe jadło zdrowym jadłem. Jak ocenić złodzieja-filantropa opiekującego się dziećmi w hospicjum? Jak osądzić fatalnego artystę, który popiera szlachetną sprawę?

P.S. Znikam na kilka dni, więc wybaczcie brak odpowiedzi, ale piszcie do woli.

M.ROLA I INTELEKTUALNY PRZEWRÓT PRAWICY

Staram się nie poruszać tzw. „bieżączki”, gdyż ta jak w rysunku Raczkowskiego wstrząsa opinią publiczną choć nie ma żadnego znaczenia (dziś jest, jutro nie ma, jest nowe, zapomnij). Jednak w tym przypadku stało się coś wyjątkowego.

W youtubowym „wRealu24.pl” M.Roli, niejaki Sklepowicz powiedział to co powiedział o protestujących kobietach i nie wiedziałem czy w ogóle warto odnosić się do tego choćby niewymagającym wysiłku kliknięciem emotki typu „zły” czy podobnej. Kaliber ‚publicystów prawicy’ ma określoną pozycję w moim prywatnym rankingu dlatego zachowałem się tak a nie inaczej.

W przeciwieństwie do mnie, ludzie (na ogół z lewej strony) oburzają się i z jednej strony słusznie, a z drugiej bez skutku. Nie widać przecież jakiejś szczególnej przemiany np. K.Pawłowicz, której wypowiedzi jeżyły i jeżą włos na głowie wielu. Nie pomagają protesty, listy, felietony i cała ta kulturowa mechanika. „Skoro lewica jest wściekła a prawica doznaje ekstazy to znaczy, że jest dobrze a mnie widać” – przynajmniej tak rozumiem intencje produkujących „masakracyjno-orające” treści.
Wszystko byłoby w normie i tym razem, gdyby pytanie o to kto rucha protestujące nie wywołało zgrzytu po prawej stronie. Tak, dobrze czytacie. Coś nie zagrało w tym praktycznie nie różniącym się od innych swojskim tekście.

Marcin Rola wystosował publiczne przeprosiny. Nie przeprosił „imiennie” kobiet, nawet gdy można odnieść takie wrażenie. Poszło o coś innego, co zgrabnie i dość jasno wyraził Dubitacjusz Szczeciński z portalu „prawica.net”:

/…/
Wracając do proPiSowskich publicystów.
Oni, zaproszeni do mainstreamowym (tj. nieprzyjaznych lub neutralnych) telewizji i skonfrontowani z postępowymi dziennikarzami, potrafią dyskutować w sposób kulturalny, miarkując OSTRE wypowiedzi. Te, pojawiają się w przekazie do „patriotów”.
Czy to znaczy, że odbiorców mainstreamu uważają za normalnych ludzi, a „swoich” za motłoch?
A co ze stroną antysystemową?
Czy ona jest skazana tylko na oranie, masakrowanie, ostro, mocno?

/…/

Przyznam, że jestem w szoku. Dostrzeżenie tego, że pewni ludzie rozmawiając z Michnikiem rozmawiają jak z człowiekiem, gdy komunikując się ze swoimi rozmawiają jak z bydłem, to coś – jak na nasze warunki – bardziej wyjątkowego niż odkrycie fal grawitacyjnych.


(źr.fot.pressmania)

„… TĘ TO BYM ZERŻNĄŁ”

Obejrzałem właśnie vlog dziewczyny, która przez łzy opowiedziała o tym, że jeżdżąc na rolkach przy jakiejś galerii handlowej niemal zawsze słyszy ‚komplementy’ takie jak zawarty w tytule.
Rzecz nie jest osobliwa, to dzieje się w Polsce. Autorka ocierając łzy, stara się przekazać oglądającym, że to nie są komplementy a ona zwyczajnie boi się i wie, że dotyka to masy dziewczyn w naszym kraju.

Temat jest znany, więc wałkowanie go tutaj niewiele zmieniłoby, podejrzewam, że mamy jednoznacznie negatywne nastawienie do tej kwestii. Jednak powód mojego wpisu jest inny, a konkretnie dotyczy tego co znalazłem w komentarzach i nie chodzi o „hejt” w stylu „sama sobie winna”, którego o dziwo nie było.

Jedna z komentujących zostawia słowa:
„Wydaje mi się, że właśnie po to jest feminizm, żeby w końcu zmieniło się coś w tej czarnej rzeczywistości”.
Reakcja autorki jest natychmiastowa:
„Nie muszę uważać się za feministkę, żeby działać, nie chcę należeć do żadnych grup”.

Otworzyłem oczy ze zdumieniem rozumiejąc, że walka o prawa kobiet w dowolnej formie jest już feminizmem. Skąd opór? Co znaczy „nie muszę uważać się” co znaczy „grupy”??
Czy w tej młodej pokrzywdzonej głowie feminizm jest już lewacko-liberalnym ścierwem i wypaczeniem, ideologią gorszą niż gender i jest do tego jakąś sektą?

Być może nad-interpretuję, ale wydało się mi, jakby wykorzystywany pracownik mówił: „Chcę uczciwego traktowania przez pracodawcę, ale od związków zawodowych wolę stronić” albo „jestem czarnoskóry i mam z tego powodu problemy, jednak antyrasiści to nie moja bajka” lub „kocham przyrodę ale nie utożsamiam się z obrońcami puszczy”.

Jestem w stanie zrozumieć niechęć do ekstremistek feminizmu, czyli niechęć do utożsamiania się z biegającymi z gołymi cyckami paniami, które sprawiają wrażenie bardziej walczących z płcią przeciwną niż problemami np. nierównouprawnienia. Jednak ten natychmiastowy opór przed słowem „feminizm” zaskoczył mnie. Czyżby ta dziewczyna wiedziała już, że gdyby nazwała siebie feministką (lub utożsamiła się z tym nurtem), to przy kolejnej wyprawie na rolki mogłaby zacząć się naprawdę bać, gdyż na ogół wiadomo co pewne kręgi chcą robić sierpem i młotem?

Czy walka o szacunek i bezpieczeństwo kobiet ze strony kobiet jest dopuszczalna wyłącznie po przystąpieniu do narodowo-kościelnej organizacji i może wyglądać np. tak? :

„- Oni (muzułmanie) uważają, że białe kobiety niemuzułmańskie trzeba gwałcić! Biała Europa zmierza ku upadkowi. Rządzą nami żydowscy imperialiści, a przybysze wyrżną nas wszystkich w pień! Przyjadą po dzieci, staruszki i wszyscy będziemy bez głów! Nie pozwolimy, by islamskie ścierwo zniszczyło naród polski” – fragmenty wypowiedzi Justyny H., absolwentki chemii, koordynatorki brygady dolnośląskiej ONR w trakcie wiecu we Wrocławiu.

Wspomniałem niedawno o propagandzie strachu i to jest przykład tego jak może działać: „Nie chcesz być zgwałcona, więc rób sobie vloga, ale bądź ostrożna bo wiesz co będzie gdy powiesz o słowo za dużo. Apeluj sobie ale nie szukaj pomocy wśród tych, których my – kwiat narodu – nie za bardzo lubimy. Walcz sobie samotnie ale nie próbuj jednoczyć się z „nimi”, bo będą problemy. Jeżeli chcesz działać to w naszej organizacji, tu też możesz otwarcie piętnować gwałt – oczywiście muzułmański bo o inne sama się prosisz”.

CZEGO BRONIĆ?

Obrona demokracji przypomina próbę bronienia służby zdrowia przed zarzutami tzw. „altmedowców” (zwolenników alternatywnej/alternatywnych „medycyn”). Można podejmować taką obronę dla zasad, bo dla ludzi.. już trudniej.
Pojawienie się tych, którzy kwestionują fundamentalne prawa i reguły nie jest przypadkowe, wywołane jest zwykle przez jakiś dotkliwy kryzys zaufania wobec instytucji stojących na straży tychże praw, reguł a w istocie – całego społeczeństwa.

Weźmy kryzys ekonomiczny ‘2008. Wszelcy zwolennicy teorii spiskowych zyskali swoje 5 minut, gdyż nagle „ci którzy mieli wiedzieć, dbać, chronić” okazali się zupełnie nieskuteczni: nie potrafili przewidzieć kryzysu, naprawa była/jest niedostrzegalna, itd.
a więc powierzanie im zbiorowego bezpieczeństwa staje pod znakiem zapytania.
Co robią ci, którzy kryzysu nie przewidzieli, nie zabezpieczyli ludzi? Wręczają bankierom premie. Zwycięstwo PiS w takich okolicznościach jest jak 2 +2 = 4.

ZWIERZĘTA – TAKIE SAME JAK „MY”

Tyle mówi się o zderzeniu kultur, a gdyby tak zastanowić się nad tym co właściwie różni islamskiego ekstremistę od chrześcijańskiego, to odpowiedzi nie będą krzepiące. Gdyby dać owe sierpy i młoty do wyrzynania czerwonej hołoty „rozmodlonym” uczestnikom pikiety przed Teatrem Powszechnym i rzec: „Czyńcie swoją powinność w imię boga” to jaki byłby skutek?

Nawet kota można nauczyć załatwiać się do „ludzkiej” ubikacji. O ile ubikacja będzie dostępna, o ile będzie istniał „wymiar sprawiedliwości” i kara za odstępstwo od normy, o ile sam kot odczuje jakieś korzyści z zaistniałego stanu rzeczy to z powodzeniem będziemy mogli uznać, że kot został ucywilizowany. Jednak czym jest kultura, cywilizacja? Zbitką wynalazków i przyzwyczajeń do nich. I niechby te przyzwyczajenia wynikały z jakiejś świadomej decyzji wywołanej indywidualnym oświeceniem – jednak nie. Są skutkiem strachu przed karą, efektem procesu „cywilizowania” od najmłodszych lat pt. „to złe, to dobre, tak wolno, tak nie wolno” (i klaps).

Gdyby nie filozofowie można byłoby przyjąć, że cywilizację przynieśli nam kosmici, którzy zbudowali co chcieli, zostawili instrukcję obsługi i kilka regulaminów, po czym odlecieli w najdalszy zakątek wszechświata (czyli jak najdalej od nas). Tylko filozofowie udowadniają niekiedy, że coś z tej cywilizacji rozumieją, że ona od nas pochodzi, a nie z księżyca. Potrafią zarazić takim myśleniem, po czym sami zaczynamy zastanawiać się nad tym, że przecież nie jesteśmy aż tak głupi aby czegoś podobnego nie stworzyć. Wystarczy jednak wojna, głód, cierpienie by te wszystkie piękne mrzonki o nas samych prysły jak bańka mydlana, a zresztą… ilu ludzi potrafi naprawić telewizor?

Sam starałem się niedawno odkryć jakieś symptomy jak zapach potu, wyraz oczu, nieumiejętność odpowiedzi na pytanie, które pozwoliłyby nam odkryć i powstrzymać uznawane przez nas zło (brak cywilizacji w praktyce). W gruncie rzeczy, moje myśli dotyczyły tego czym fizycznie różni się kot załatwiający się do ubikacji od kota, który odwołuje się do tradycji? Czym różnią się? Ano niczym, jeden korzysta z ubikacji a drugi nie i to ten korzystający z ubikacji różni się od kota tradycyjnego a nie odwrotnie.

OBDŻEKTOR

Przestrzeganie praw człowieka łączy się zakazem stosowania tortur, nieludzkiego lub poniżającego traktowania lub wymierzania kar cielesnych.

O ile w sferze religijnej pojawiły się próby wyjaśnienia podobnego przesłania pt. „Nie zabijaj” tym, że chodzi o mordowanie, czyli odbieranie życia niewinnym a nie zabijanie samo w sobie (np. w obronie własnej lub obronie ojczyzny), to w przestrzeni świeckiej problem pozostaje wciąż w zawieszeniu.

Powołujemy (jako demokratyczne społeczeństwo) służby, które ze względu na specyfikę stawianych przed nimi zadań, nie mogą postępować moralnie lub w poszanowaniu praw człowieka (wojsko, policja – zakładają użycie przemocy) a jednocześnie wymagamy stosowania przez nie moralnych reguł lub osądzamy ich działania z moralnego punktu widzenia.
Czy potrafimy wyobrazić sobie wojsko wypełniające swoje obowiązki a złożone z samych „obdżektorów” (obdżektor – określenie (pochodzące od ang. słów: conscientious objector) osoby odmawiającej odbycia obowiązkowej służby wojskowej z powodów religijnych, moralnych lub etycznych)?

Problem nie jest nowy, drzewiej również istniał. Kat miał ścinać i ćwiartować zbrodniarzy za pieniądze ku uciesze gawiedzi, ale musiał mieszkać na uboczu a podanie mu ręki było niedopuszczalne z powodu „kaciej nieczystości”. Na przestrzeni wieków zmieniło się to, że nie chcemy już wykluczać ludzi, którzy w naszym imieniu wykonują tzw. „brudną robotę”, uznaliśmy, że również posiadają prawa, ba!, postanowiliśmy uznawać ich nawet za bohaterów (np. weterani wojenni).

Dla czystego sumienia, działania niemoralne a jednocześnie konieczne staramy się schować pod pojęciem „profesjonalizmu”. Załatwiałoby to sprawę, lecz gorzej z interpretacją, a szczególnie gdy coś pójdzie nie tak (błąd w sztuce). W ocenie każdego pokrzywdzonego, ktoś kto wyrządza mu krzywdę łamie jego prawa, a dowolne użycie przemocy zawsze możemy uznać za tortury, poniżanie, karę cielesną.

Czym powinien być ów profesjonalizm (jakie ramy), by jego zastosowanie nie rodziło obawy „profesjonalisty” o to, że zostanie uznany za „przestępcę”?

CZY NIEMCY POSIADAJĄ KONSTYTUCJĘ?

Co zrobicie gdy ktoś nagle obwieści Wam, że Niemcy NIE POSIADAJĄ Konstytucji?

Od paru lat sięgam do niemieckiej konstytucji (wybiórczo, najczęściej po to by porównać jak sformułowano róże przepisy), dlatego pojęcie „Konstytucja Niemiec” jest dla mnie czymś równie oczywistym jak to, że Niemcy istnieją. Wszystkie źródła, z których korzystałem dotychczas, mówiły o Konstytucji Niemiec, zresztą istnienie niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego wydawało się mi kropką nad „i”.

Okazuje się jednak, że…. Niemcy formalnie nie posiadają Konstytucji lecz tzw. „Ustawę zasadniczą”. To pewna pułapka dla Polaka, w którego języku pojęcia „konstytucja” i „ustawa zasadnicza” oznaczają to samo. Chodzi o artykuł 146 tej ustawy:

„Niniejsza Ustawa Zasadnicza, po urzeczywistnieniu jedności i wolności Niemiec, obowiązująca cały Naród Niemiecki, utraci moc obowiązującą w dniu, w którym wejdzie w życie Konstytucja przyjęta w drodze swobodnej decyzji Narodu Niemieckiego”.

Artykuł ten wyjaśnia się w ten sposób, że (realna) Konstytucja Niemiec zostanie ogłoszona dopiero wówczas, gdy niemiecki naród zjednoczy się, stanie się w pełni wolny, suwerenny i wybierze dla siebie nową w wolnej elekcji (do tego czasu ma obowiązywać Ustawa Zasadnicza zastępując konstytucję. U.Z. weszła w życie dnia 24 maja 1949).

Wskazuje się na dwie przyczyny powstania tego zapisu.
Pierwsza to przegrana wojna i tego skutki. Ustawa Zasadnicza, była pisana pod nadzorem zachodnich aliantów – zapewne z uwagi na brak zaufania do wyborów ówczesnych Niemców. Przyjęto, że po udanej denazyfikacji i ‚resocjalizacji’ Niemcy będą mogli już całkowicie samodzielnie taki dokument stworzyć.

Druga: ogłoszenie Ustawy Zasadniczej a nie Konstytucji(!) uzasadniano równolegle tym, że po drugiej wojnie światowej Niemcy zostały podzielone na strefę kontrolowaną przez aliantów zachodnich i strefę kontrolowaną przez ZSRR. Nie było więc mowy o wspólnym prawie dla wszystkich Niemców. Biorąc pod uwagę tę okoliczność i z szacunku dla Niemców, którzy znaleźli się w strefie wpływów ZSRR, do momentu zjednoczenia się Niemiec postanowiono korzystać z „Ustawy Zasadniczej” czyli w rozumieniu niemieckim „konstytucji tymczasowej” (zwanej też „Konstytucją Niemiec Zachodnich)

Gdy runął mur berliński, o referendum w sprawie konstytucji (do tej pory) nikt nie wspominał, choć zgodnie z założeniami art 146 taka dyskusja powinna mieć miejsce. Można byłoby przyjąć, że komuś zależy na tym, aby Niemcy nie posiadali „pełnoprawnej” Konstytucji lub nie są nadal suwerenni lub zjednoczeni…. Tylko kto taką dyskusję blokuje, no i kto właściwie postuluje zmiany skoro większość ludzi na całym świecie, łącznie (jak domyślam się) z przeważającą częścią Niemców uważa, że Niemcy są krajem wolnym, suwerennym, demokratycznym, zasobnym, w którym żyje się dobrze?

Zasięgnąłem języka w dostępnych źródłach dowiadując się m.in. że brak „pełnoprawnej Konstytucji” doskwiera najbardziej skrajnie prawicowej, populistycznej formacji Bürgerbewegung pro Deustchland, która właściwie zainicjowała dyskusję na ten temat. W retoryce Bürgerbewegung słychać echa znanych także w Polsce postulatów o (narodową) demokrację bezpośrednią, która referendami wręcza władzę w ręce i głosy Narodu (przez duże N).

Wczytując się głębiej w oficjalne i nieoficjalne uzasadnienia, dowiedziałem się, że obecna „lewacko-liberalna” niemiecka Ustawa Zasadnicza podtrzymuje poddańczy charakter Niemiec wobec m.in. USA (+ reszty zachodnich aliantów czyt. UE) co czyni z Niemiec kraj niesuwerenny(!). Dopatrzono się także tego, że kapitulacja Wehrmachtu i wszystkich wojsk lądowych, powietrznych oraz floty III Rzeszy podpisana 8 maja 1945 r. tak naprawdę nie była kapitulacją, gdyż nie skapitulowała III Rzesza, a co za tym idzie brak „właściwych” traktatów pokojowych sprawia, że wciąż trwamy w stanie wojny (lub zawieszenia broni) a Niemcy znajdują się wciąż pod okupacją (amerykańsko-unijną) i nawet o tym nie wiedzą(!)
Nie ukrywa się również, że lewacka Ustawa Zasadnicza uniemożliwia patriotyczną i prospołeczną działalność prawdziwych Niemców taką jak stawianie oporu mniejszościom religijnym i etnicznym, utrudnia decydowanie przez społeczeństwo o budowie meczetów czy ośrodków dla uchodźców.

Bürgerbewegung objeździła pół świata z tym problemem, lecz na ogół spotykało się to z pukaniem w czoło a jedyny przyjazny głos i zrozumienie wyraziła… Moskwa, do której również przybyli emisariusze z hasłem „RFN = III Rzesza”. Jednak…. Moskwa, niedługo potem, choć hasło bardzo jej podobało się, również uznała, że coś z ideami Bürgerbewegung nie gra i sprawa ucichła.

Pomimo solennych obietnic rozwiązywania kluczowych problemów społeczeństwa niemieckiego, Bürgerbewegung zdobywa tak około 0,2% głosów, być może po części dlatego, że nie ukrywa związków z takimi formacjami jak neonazistowska NPD, czy JN (Młodzi Narodowcy).

Zastanawiam się teraz czy nie straciłem czasu na grzebanie się w tym. Jednak nie. Odkryłem – a może raczej utwierdziłem się w przekonaniu, że prawicowy populizm czy to we Francji, Niemczech, w Polsce czy na Węgrzech jest bardzo podobny. ‚Na grzbiecie’ haseł o braku suwerenności, bycia unijnym kondominium, historycznemu rewizjonizmowi, podważaniu legalności panującego prawa, systemu, grzaniu problemu uchodźców, antyislamizmu próbuje się ugrać mniej eksponowaną sprawę. Zdobyć władzę, zmienić konstytucje krępujące ambicje różnej maści „Młodych Narodowców”, stworzyć państwa czyste etnicznie i religijnie, „suwerenne” czyli wolne tak od wpływów UE, Ameryki i MFW jak od praw człowieka czy międzynarodowych konwencji pokojowych.

Powstaje pytanie – czy Niemcy są zadowoleni ze swojej „ustawy zasadniczej” czy może powinni ją zmienić pod wpływem argumentów prawicowych populistów? Potencjalnie, zmiana konstytucji na tę prawdziwą wydaje się kwestią leżącą w zbiorowym interesie Niemców, którzy nawet nie wiedzą w większości, że są okupowani, że są kondominium, że właściwie wojna trwa, a od wrogów zewnętrznych i wewnętrznych aż pulsuje ziemia, itd.

A może po prostu nie chcą jej zmieniać, skoro wprowadzono już ponad 30 nowelizacji w tym cztery uznane za fundamentalne:
/…/Demokratyzm – naród jest jedynym suwerenem władzy w państwie niemieckim. Rządy muszą działać na zasadzie reprezentacji poglądów politycznych społeczeństwa, a każdemu gwarantowane są prawa i wolności obywatelskie. Państwo nie może ingerować w żadnym stopniu w sferę poszanowania godności ludzkiej. Na straży przestrzegania praw i wolności stoją sądy, ze Związkowym Trybunałem Konstytucyjnym na czele./…/

Odzwierciedla te zmiany m.in. /…/Artykuł 20

(1) Republika Federalna Niemiec jest demokratycznym i socjalnym państwem federalnym.
(2) Wszelka władza państwowa pochodzi od narodu. Naród sprawuje ją poprzez wybory i głosowania oraz przez specjalne organy ustawodawcze, władzy wykonawczej i wymiaru sprawiedliwości.
(3) Ustawodawstwo związane jest porządkiem konstytucyjnym, a władza wykonawcza i wymiar sprawiedliwości ustawami i prawem.
(4) Wobec każdego, kto usiłuje obalić ten porządek, wszystkim Niemcom przysługuje prawo do oporu, jeżeli inny sposób przeciwdziałania nie jest możliwy. /…/

P.S.
Mój, tekst powstał w dość krótkim czasie i jest bardziej – na ile to było możliwe – wnikliwą opinią, niż treścią „encyklopedyczną”. Liczę, że znający zagadnienie zgłoszą ewentualne poprawki, im zwięźlejsze tym lepsze.