TRENERZY OSOBOWOŚCI

by romskey

Nie czujesz zadowolenia ze swojego życia? Nie dostajesz zleceń, kontraktów? Nie potrafisz poradzić sobie z poczuciem pustki? Takich pytań można zadać wiele, jednak nie myśl, że to sytuacje bez wyjścia. W samym internecie czekają na Ciebie tysiące ofert rozwiązania wszystkich Twoich problemów. Tak, hurtem.

Nie będę ukrywał, że zainspirował mnie dokumentalny materiał o … tu brakuje mi właściwego słowa .. sekcie, organizacji? -o nazwie NXIVM. Była to jedna z tysięcy firm zajmujących się niesieniem pomocy w mentalnym wychodzeniu na prostą (zapewne przez przypadek skierowana do ludzi nieszczególnie cierpiących biedę), która okazała się przedsięwzięciem wyjątkowo patologicznym.
Oglądając materiał, z rosnącą satysfakcją wyprzedzałem autorów w diagnozowaniu opisywanych zjawisk i nie posługiwałem się darem jasnowidzenia, lecz osobistym zbiorem obserwacji oraz doświadczeń. Zrozumiałem, że coś o tym mogę powiedzieć, dlatego zróbcie sobie dużą kawę. Dodam tylko, że dzisiejsza notka nie jest studium wspomnianego przypadku. Chcę podzielić się w Wami kilkoma ogólniejszymi myślami.

TY – JA – PODATNOŚĆ

Jedno z istotnych pytań, które sobie zadałem brzmiało: „Dlaczego nie potrzebuję usług trenerów osobowości i czym różnią się ode mnie osoby, które z takich usług korzystają?”.
Przyznam się, że nie znam jakiejś oczywistej odpowiedzi. Miewam dołki, zmiany nastrojów, mój wrodzony optymizm nie zawsze stoi na najwyższym poziomie, mam również łamiące doświadczenia, ale ostatnią rzeczą, którą bym zrobił, byłoby odwiedzenie guru d/s naprawy wszystkiego. Prawdopodobnie nie wierzę w to, że w ogóle ktoś taki istnieje lub że ktoś obcy (ktoś drugi!) mógłby rozwiązać moje problemy (o zmienianiu charakteru już nie wspomnę). Wierzę w siebie i oczywiście zdarza się mi (wcale nie tak rzadko) wysłuchać tzw. „mądrych ludzi”, którzy analizując ludzkie losy dokonują różnych ciekawych odkryć. Nie wyobrażam sobie jednak, uczestnictwa w jakimś kilkudniowym (lub dłuższym) samodoskonalącym seminarium, nawet gdyby koszt wynosił złotówkę (to nie skąpstwo, to świadomość istnienia konfliktu interesów, bo gdy ktoś chce mi pomóc za pieniądze, to najwyraźniej chce pomóc najpierw samemu sobie).

Kilka osób znających mnie lepiej przekonywało mnie, że posiadam jakąś wewnętrzną moc, siłę. Nic o tym nie wiem, choć możliwe, że z tego powodu nie korzystam zbyt pochopnie z zewnętrznej pomocy i zdecydowanie bliżej mi do reguły: „Gdy przegram z życiem, to znaczy, że nie nadawałem się do życia”.
Szukając korzeni tego nastawienia przypomniały mi się – wybaczcie prywatę – pytania babci o to, dlaczego się nie modlę? Nie chcąc zranić babcinych uczuć religijnych wyjaśniałem, że bóg ma zapewne więcej poważnych spraw na głowie niż moje sprawy. Szczerze zaś, chyba w wieku 6 lat empirycznie stwierdziłem, że modlitwy nawet małego, bezgrzesznego chłopca nic nie dają. To wtedy uznałem, że albo boga nie ma, albo nie ma mocy o które się go posądza, albo jest jakimś kapryśnym św. Mikołajem.
Nie było w tym niczego osobistego, zwyczajnie prosić się drugi raz nie zamierzałem.
Pomny rozczarowania z dzieciństwa, przez kilka kolejnych lat miałem osobliwe podejście do kwestii religijnych. Gdy w odległości kilkunastu metrów ode mnie uderzył piorun, wzniosłem oczy ku niebu dzieląc się ironiczną uwagą: „Pudło!”. Wkrótce, to bluźniercze podejście zastąpiłem innym: któregoś dnia słuchałem wywiadu z Eltonem Johnem. Artyście zadano pytanie: „Co byś chciał usłyszeć od boga stojąc u bram niebios?”. Muzyk odparł z uśmiechem: „Chciałbym usłyszeć: Właź stary!”.
Spodobało się mi. To jest lepsze. Bez żadnych zobowiązań. Każdy robi swoje, a wspomnę, że Elton nie należał do najgorliwszych chrześcijan.
Wróćmy do sedna.

Na ogół, w bardzo wczesnym dzieciństwie jesteśmy włączani do różnych związków wyznaniowych. Od najmłodszych lat jesteśmy w nich przekonywani, że człowiek bez boga jest biedny, nieszczęśliwy, trzeba mu pomagać (nawet gdy on zdecydowanie nie chce). Natomiast żarliwe modły, uczestnictwo w mszach itd., itp. mają gwarantować niegasnące, niebiańskie wsparcie, pokrzepienie i sukcesy. Wiecie co myślę? Myślę, że to pierwszy krok ku pozbawieniu człowieka kontroli nad własnym życiem.

Jeżeli ktoś od urodzenia słyszy o tym, że częścią jego życia zajmuje się niebiańska istota i nagle następuje jakiś życiowy krach, przełom, który zasiewa zwątpienie (śmierć kogoś bliskiego, doświadczenie tępego okrucieństwa, Holokaust czy wszelkie inne makabry będące plonem ludzkiej pomysłowości), to taka osoba może zwątpić w boga, ale czy porzuca także zapotrzebowanie na wsparcie przez siły z zaświatów? Kultura w której dorastamy odciska na nas swoje piętno i nie zamierzam przeczyć twierdzeniom, że nawet radykalni, zachodni ateiści noszą w sobie niemałą dozę chrześcijańskich wartości a w tym, pewnych określonych „duchowych oczekiwań”. Nie twierdzę, że „religijne rozczarowanie jest głównym powodem zainteresowania sektami i treningami życia”, a jedynie zwracam uwagę na głębszy wątek, który nie jest zbyt często brany pod uwagę.

Z omawianą podatnością może być jak z wegetarianizmem. Wg. badań sprzed kilku lat, powody przejścia na dietę wege są różne, zdrowotne, religijne, etyczne, związane z gustami kulinarnymi, co oznacza, że ogółu wegetarian nie łączy nic, prócz tego, że nie jedzą mięsa. Podobnie może być z ludźmi, którzy szukają pomocy u różnorodnych specjalistów d/s wszystkiego. Wedle różnych opracowań, podatność na „zewnętrzną pomoc w życiu” wyrażają osoby zagubione, szukające sensu, niedoszli samobójcy, ludzie zmagający się z depresją, nałogami, przewlekłymi chorobami, starością, samotnością, zadające sobie pytania, które zamieściłem we wstępie. Z drugiej strony niemało jest osób, które są po prostu ciekawe świata, otwarte na nowe doświadczenia, szukające czegoś nowego, ekscytującego, są spragnione prostych odpowiedzi na trudne pytania, niekiedy może je cechować nieco wyższy stopień wrażliwości, naiwności lub niewiedzy. Możemy też mówić o trzeciej grupie. Rzeczywistość dostarcza nam bezliku powodów do zwątpienia we własne siły i gdy psychika nie zrobi tego sama to pomoże stres, bezsenność, wyczerpanie pracą, długotrwała ekspozycja na niepokoje związane ze specyficznym przekazem medialnym czy wszechobecną polityką. Wszyscy znajdują się w kręgu ryzyka.

ONI

Poświęćmy teraz kilka chwil tym, którzy starają się odpowiedzieć na popyt. Co o nich wiemy? Zapewne, podstawowym pytaniem, które należy sobie zadać jest: „kiedy **kończy** się psycholog a zaczyna szarlatan?” – tylko w ten sposób możemy ustalić granicę pomiędzy tym co bezpieczne a tym co ryzykowne. A odpowiedź nie jest prosta, gdyż bez wątpienia zdarzają się źli psychologowie i zdarzają się dobrzy guru, nie każda wizyta u lekarza zakończy się sukcesem i nie każda wizyta u leśnego dziadka skończy się śmiercią w męczarniach. Podpowiedzi w tym obszarze mogą nam udzielić jedynie statystyki, prawdopodobieństwa.

Nie będę ukrywał, że zdarza się mi ulegać urokowi „mówców motywacyjnych”. Kiedy za wyrażanymi racjami i radami stoją twarde empiryczne dowody, to potrafię przez kilka chwil trwać w poczuciu, że coś robiłem źle, ale teraz wiem jak coś robić dobrze. Prosty przykład: ponoć największa chłonność umysłu ulokowała się w okresie około dwóch godzin(? – tak zapamiętałem) od przebudzenia. Oznacza to, że jakiś trudny temat lepiej pochłonąć w stanie rześkości niż pod koniec męczącego dnia. Sprawdza się – oczywistość właściwie. Drugi przykład: „Gdy czujesz, że przestajesz rozumieć to czym się zajmujesz, napotykasz jakiś upiorny opór, zrób sobie przerwę, daj mózgowi możliwość przyswojenia materiału. Prześpij się, a nawet wróć do tematu za tydzień czy miesiąc a zobaczysz, że to co wydawało się nie do przejścia, stanie się proste”. Działa, choć tu, działa też nieco odmienna racja pt. „bezwzględna determinacja przełamie każdą barierę”. Istnieją ogromne ilości dobrych, sprawdzonych rad i dzielenia się nimi nie można uznać za coś złego czy ryzykownego. Problem pojawia się w chwili, gdy głodny zostanie nakarmiony zatrutym jabłkiem.

Nie uważam, że najpodlejsi manipulanci rozpoczynali swoją działalność mając złe intencje. Zbawianie świata jest ambicją dość popularną w naszym kręgu kulturowym. Myślę, że bliski prawdy był Rousseau, który miał uważać, że ludzie rodzą się dobrzy tylko później system ich psuje. Początkowo, intencje możemy mieć szlachetne, dopiero gdy pojawiają się komplikacje i korzyści związane z realizowaniem szlachetnych ambicji, nie każdy potrafi sobie z nimi poradzić (nie wiem nawet czy ktokolwiek potrafi).
Przykładem patologii wyrosłej na glebie dobrych intencji bywają np. fundacje. Fundacja zobowiązuje się zwalczać np. jakieś negatywne zjawisko, ale zarząd szybko zdaje sobie sprawę, że zjawisko nie jest aż tak powszechne jak wydawało się, więc by nie powstrzymywać dopływu środków i pozostać w głównym nurcie, fundacja rozdmuchuje jakiś problem, coś pomajstruje przy statystkach, a gdy okaże się, że wypracowany stan rzeczy pozwala się utrzymać… to co w tym (subiektywnie) złego? Przykład może być wrażliwy (zależnie od tego o której fundacji pomyślimy), ale opisany mechanizm nie jest osobliwością i występuje w wielu dziedzinach publicznego życia.
Wybijanie się na niepodległość i widoczność w przepełnionym rynku ofert prowadzi do najzwyklejszej walki konkurencyjnej i tu zasady etyczne zostają poddane bardzo ciężkim próbom. Chcąc być zauważonym należy coś mówić głośniej, dobitniej, z większym przekonaniem, naginając fakty lub kłamiąc i nie wolno pobłażać konkurencji. To tu zaczyna ścielić się trup, to tu pojawiają się leki na wszystko, rady na wszystko, wszystko wszystkim i lepsze od wszystkiego.

Z pewnością, problemem jest to, że nie posiadamy naturalnych lub technicznych możliwości zaglądania w cudze umysły. Z tego powodu tracimy możliwość szybkiego i prostego odkrycia w co się pakujemy. To co początkowo wydaje się pozytywne może przerodzić się w koszmar i póki co, nic nie zapowiada poprawy tego stanu rzeczy. Cywilizacja generuje zagubionych i niekoniecznie należy ich szukać wyłącznie wśród biednych, naiwnych i pozbawionych podstawowej wiedzy o rzeczywistości.
Istnieje jednak nadzieja. Gdy nie masz wystarczającej wiary w siebie, możesz być zwyczajnie mniej ufnym człowiekiem. A jeżeli macie jeszcze siły, poczytajcie o Link tu: NXIVM i dzielcie się myślami.


(graph.educateinspire)