Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Styczeń, 2020

OBOJĘTNOŚĆ?

To trudne. Często zastanawiałem się nad tym myśląc o Zagładzie Żydów, kiedy garstka strażników była w stanie zdominować tysiące ludzi. Dlaczego osaczeni nie podjęli obrony? Otóż, brak obojętności wymaga odwagi i gotowości do poświęceń, a to cechy unikalne lub dane tym, którzy niewiele mają do stracenia. Większość wierzy, że może się uda i nie reaguje. Chcąc wydobyć z ludzi brak obojętności, nie wystarczy powiedzieć: „Nie bądźcie obojętni”. Należy przekonać ich, że zwyciężą, a przy tym, że nie będąc obojętnymi nie zostaną pozostawieni samym sobie.

Praktycznie dowolna ludzka organizacja daje namiastkę takiego poczucia lub pewność. Czy tych, których dziś wzywa się do nieobojętności wiedzą, że ktoś opowie się za nimi? Nie sądzę. Zdecydowanie prościej powiedzieć w mediach społecznościowych „Nie bądźcie obojętni” i zasnąć z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku niż nie być obojętnym.

Lata temu, późnym wieczorem stałem na przystanku. Dwa metry dalej starszy człowiek z siatką, kilka kobiet w różnym wieku, ktoś z plecakiem, starszy ode mnie – ok. 20-letni – stał z tyłu wiaty. Panowała spokojna cisza, gdy z pobliskiej bramy wyłoniło się trzech czy czterech porykujących, podpitych i agresywnych.
Głupie szczęście, gdyż najwyraźniej uznali, że należy zacząć ode mnie.
– Masz szlugi? – padało pytanie, które zabrzmiało jak: „Chcesz po gębie?”.
Kręcę przecząco głową.
– Skąd jesteś?
Chwila namysłu:
– Stąd – kłamię
– Stąd??
– .. mam tu ciotkę.
– Na pewno nie masz szlugów? – zmniejsza dystans
– Nie mam.. poważnie
Pytający wskazuje palcem plamę krwi na swoim (kiedyś białym) podkoszulku:
– Wiesz, przed chwilą ożeniłem gościowi kosę, więc to dla mnie bez znaczenia
– Nie mam – powtórzyłem.
Trwające kilka sekund lub wieczność mierzenie wzrokiem. Odstąpili i poszli za wiatę gdzie stał dwudziestolatek. Dał się słyszeć podobny zestaw pytań, a po chwili dźwięk ciała uderzającego o wiatę, stłumiony odgłos ciosów, jęki, szarpanina. Kolejny na celowniku znalazł się starszy mężczyzna.
– Coś ci ch***u nie pasuje?
Starszy człowiek dostaje otwartą dłonią w twarz. Spadają mu sklejone plastrem okulary i pękają.
Kobiety odwracają głowy.
Ferajna odchodzi w poczuci tryumfu.
Nie zareagowałem, nikt nie zareagował.
Starszy człowiek skleja podniesione okulary, jest cały w nerwach. „Jak tak można, jak tak można?” powtarza, podchodzi do mnie i z wyrzutem przekonuje: „Ty, młody, silny!!” – obejmuje palcami mój biceps nastolatka i ściska jakby chciał coś potwierdzić – „Echh…” – kwituje.
Jest mi głupio, nie wiem co powiedzieć, milczę lecz w głowie kotłują się myśli: „przecież tylko wracałem od dziewczyny, mam dla kogo żyć, trzech czy czterech, starszych ode mnie kryminalistów w najgorszej (wrogiej wobec mojej) dzielnicy miasta, jeszcze ta historia z nożem, miałem dać się zaszlachtować? W imię czego?”.

I wiecie co? Ci wszyscy ludzie na przystanku łącznie ze mną, od lat słyszeli o tym, że nie można być obojętnym. Sądzę nawet, że gdyby o zdarzeniu dowiedzieli się od kogoś innego, to przedstawili by sto bohaterskich scenariuszy o tym, jak bardzo nieobojętni by byli. Ale praktyka wygląda inaczej.

Siłą tych trzech lub czterech było to, że jeden za drugim poszedłby w ogień, a tym chętniej, że nie było wśród oczekujących na przystanku nikogo, kto mógłby fizycznie ich jedność złamać lub przynajmniej wzbudzić zwątpienie. Żadna z kobiet nawet nie krzyknęła „Policja!!”. Każdy chciał przeżyć i nie eskalować konfliktu.

W zakładach karnych garstka grypsujących praktycznie sprawuje władzę nad znacznie liczniejszą grupą tzw. „frajerów”. Wiecie dlaczego? Dlatego, że grypsujący są gangiem, a reszta działa w pojedynkę i dba o własną skórę. I nawet gdyby jakiś rewolucjonista zorganizował „frajerski ruch oporu” to powstaje kolejny problem – brak szans na równą walkę z tymi, którzy nie mają nic do stracenia (gdyż co ma do stracenia ktoś kto odsiaduje dożywocie?), z tymi, którzy codziennie walczą, ćwiczą, nigdy nie są sami, dawno zapomnieli o tym czym są skrupuły a do tego mają swoją ideologię i dekalog: „Prawdziwy (git)człowiek nigdy się nie lęka, nigdy nie płacze i nigdy nie klęka”.
O ile mnie pamięć nie myli, odpór kryminalistom byli w stanie dawać jedynie więźniowie polityczni z okresu stanu wojennego, ale oni, wchodząc za mury stanowili już jakąś strukturę, darzyli się zaufaniem, walczyli o wspólną sprawę a przy tym mieli bardzo podobne do gitów nastawienie do systemu i strażników co mogło budować pewną wspólnotę interesów.

Żaden opór nie dokonuje się bez desperatów gotowych umierać za sprawę i nie „umierać męczeńsko i dla symbolu” ale umierać zabierając ze sobą kilka skalpów uśmierconych wrogów. I nie przeczę, mamy w Polsce kilku „partyzantów i partyzantek”, którzy nie są obojętni, choć zawsze gdzieś w pobliżu nich musi stać patrol policji, żeby im brak nieobojętności na zdrowie wyszedł.

Choć opisałem skrajne sytuacje, to naprawdę nie trzeba nadmiaru bystrości by dostrzec powtarzające się schematy. Potencjalnie, w demokratycznym państwie można nie być obojętnym biorąc udział w wyborach, ale nawet tu, członkowie odpowiedników kryminalnych gangów wykazują większą determinację, jedność, mobilność. Pod drugiej stronie, apele o brak obojętności są traktowane jak apele o jedność opozycji, a niby to drugie łatwiejsze.
Tak, Auschwitz może spaść z nieba, ale biorąc pod uwagę okoliczności przyrody, będziemy jak ci Żydzi na Umschlagplatzu, nawet gdy każdy sto razy napisał na fejsie „nie bądźmy obojętni”. Pobuczeliśmy sobie na Boska czy Perejrę? Pobuczeliśmy sobie na PiS? Ktoś wyszedł ze studia, słysząc że młody, przepełniony chrześcijańskim miłosierdziem kandydat na prezydenta też może mieć swoje zdanie na temat lewaka Turskiego w pasiaku?

Czasem myślę, że ta cała dyktatura i cała rebelia to jakiś cyrk, coś co wymknęło się wszelkiej logice albo służy zupełnie innym celom niż te oficjalnie głoszone. Jednak gdy się mylę, i gdy to wszystko cyrkiem nie jest, to brak obojętności jest możliwy tam, gdzie nieobojętnych jest więcej i wierzą w sprawę. Sondaże nie całkiem taki stan rzeczy potwierdzają. Kraj wciąż jest podzielony na pół, a każda połówka na ćwierci i jeszcze mniejsze części. Jedni nie chcą być obojętni wobec tego, co dla drugich jest najwyższym dobrem i słusznością samą w sobie. Jak tu robić demokrację?

TRENERZY OSOBOWOŚCI

Nie czujesz zadowolenia ze swojego życia? Nie dostajesz zleceń, kontraktów? Nie potrafisz poradzić sobie z poczuciem pustki? Takich pytań można zadać wiele, jednak nie myśl, że to sytuacje bez wyjścia. W samym internecie czekają na Ciebie tysiące ofert rozwiązania wszystkich Twoich problemów. Tak, hurtem.

Nie będę ukrywał, że zainspirował mnie dokumentalny materiał o … tu brakuje mi właściwego słowa .. sekcie, organizacji? -o nazwie NXIVM. Była to jedna z tysięcy firm zajmujących się niesieniem pomocy w mentalnym wychodzeniu na prostą (zapewne przez przypadek skierowana do ludzi nieszczególnie cierpiących biedę), która okazała się przedsięwzięciem wyjątkowo patologicznym.
Oglądając materiał, z rosnącą satysfakcją wyprzedzałem autorów w diagnozowaniu opisywanych zjawisk i nie posługiwałem się darem jasnowidzenia, lecz osobistym zbiorem obserwacji oraz doświadczeń. Zrozumiałem, że coś o tym mogę powiedzieć, dlatego zróbcie sobie dużą kawę. Dodam tylko, że dzisiejsza notka nie jest studium wspomnianego przypadku. Chcę podzielić się w Wami kilkoma ogólniejszymi myślami.

TY – JA – PODATNOŚĆ

Jedno z istotnych pytań, które sobie zadałem brzmiało: „Dlaczego nie potrzebuję usług trenerów osobowości i czym różnią się ode mnie osoby, które z takich usług korzystają?”.
Przyznam się, że nie znam jakiejś oczywistej odpowiedzi. Miewam dołki, zmiany nastrojów, mój wrodzony optymizm nie zawsze stoi na najwyższym poziomie, mam również łamiące doświadczenia, ale ostatnią rzeczą, którą bym zrobił, byłoby odwiedzenie guru d/s naprawy wszystkiego. Prawdopodobnie nie wierzę w to, że w ogóle ktoś taki istnieje lub że ktoś obcy (ktoś drugi!) mógłby rozwiązać moje problemy (o zmienianiu charakteru już nie wspomnę). Wierzę w siebie i oczywiście zdarza się mi (wcale nie tak rzadko) wysłuchać tzw. „mądrych ludzi”, którzy analizując ludzkie losy dokonują różnych ciekawych odkryć. Nie wyobrażam sobie jednak, uczestnictwa w jakimś kilkudniowym (lub dłuższym) samodoskonalącym seminarium, nawet gdyby koszt wynosił złotówkę (to nie skąpstwo, to świadomość istnienia konfliktu interesów, bo gdy ktoś chce mi pomóc za pieniądze, to najwyraźniej chce pomóc najpierw samemu sobie).

Kilka osób znających mnie lepiej przekonywało mnie, że posiadam jakąś wewnętrzną moc, siłę. Nic o tym nie wiem, choć możliwe, że z tego powodu nie korzystam zbyt pochopnie z zewnętrznej pomocy i zdecydowanie bliżej mi do reguły: „Gdy przegram z życiem, to znaczy, że nie nadawałem się do życia”.
Szukając korzeni tego nastawienia przypomniały mi się – wybaczcie prywatę – pytania babci o to, dlaczego się nie modlę? Nie chcąc zranić babcinych uczuć religijnych wyjaśniałem, że bóg ma zapewne więcej poważnych spraw na głowie niż moje sprawy. Szczerze zaś, chyba w wieku 6 lat empirycznie stwierdziłem, że modlitwy nawet małego, bezgrzesznego chłopca nic nie dają. To wtedy uznałem, że albo boga nie ma, albo nie ma mocy o które się go posądza, albo jest jakimś kapryśnym św. Mikołajem.
Nie było w tym niczego osobistego, zwyczajnie prosić się drugi raz nie zamierzałem.
Pomny rozczarowania z dzieciństwa, przez kilka kolejnych lat miałem osobliwe podejście do kwestii religijnych. Gdy w odległości kilkunastu metrów ode mnie uderzył piorun, wzniosłem oczy ku niebu dzieląc się ironiczną uwagą: „Pudło!”. Wkrótce, to bluźniercze podejście zastąpiłem innym: któregoś dnia słuchałem wywiadu z Eltonem Johnem. Artyście zadano pytanie: „Co byś chciał usłyszeć od boga stojąc u bram niebios?”. Muzyk odparł z uśmiechem: „Chciałbym usłyszeć: Właź stary!”.
Spodobało się mi. To jest lepsze. Bez żadnych zobowiązań. Każdy robi swoje, a wspomnę, że Elton nie należał do najgorliwszych chrześcijan.
Wróćmy do sedna.

Na ogół, w bardzo wczesnym dzieciństwie jesteśmy włączani do różnych związków wyznaniowych. Od najmłodszych lat jesteśmy w nich przekonywani, że człowiek bez boga jest biedny, nieszczęśliwy, trzeba mu pomagać (nawet gdy on zdecydowanie nie chce). Natomiast żarliwe modły, uczestnictwo w mszach itd., itp. mają gwarantować niegasnące, niebiańskie wsparcie, pokrzepienie i sukcesy. Wiecie co myślę? Myślę, że to pierwszy krok ku pozbawieniu człowieka kontroli nad własnym życiem.

Jeżeli ktoś od urodzenia słyszy o tym, że częścią jego życia zajmuje się niebiańska istota i nagle następuje jakiś życiowy krach, przełom, który zasiewa zwątpienie (śmierć kogoś bliskiego, doświadczenie tępego okrucieństwa, Holokaust czy wszelkie inne makabry będące plonem ludzkiej pomysłowości), to taka osoba może zwątpić w boga, ale czy porzuca także zapotrzebowanie na wsparcie przez siły z zaświatów? Kultura w której dorastamy odciska na nas swoje piętno i nie zamierzam przeczyć twierdzeniom, że nawet radykalni, zachodni ateiści noszą w sobie niemałą dozę chrześcijańskich wartości a w tym, pewnych określonych „duchowych oczekiwań”. Nie twierdzę, że „religijne rozczarowanie jest głównym powodem zainteresowania sektami i treningami życia”, a jedynie zwracam uwagę na głębszy wątek, który nie jest zbyt często brany pod uwagę.

Z omawianą podatnością może być jak z wegetarianizmem. Wg. badań sprzed kilku lat, powody przejścia na dietę wege są różne, zdrowotne, religijne, etyczne, związane z gustami kulinarnymi, co oznacza, że ogółu wegetarian nie łączy nic, prócz tego, że nie jedzą mięsa. Podobnie może być z ludźmi, którzy szukają pomocy u różnorodnych specjalistów d/s wszystkiego. Wedle różnych opracowań, podatność na „zewnętrzną pomoc w życiu” wyrażają osoby zagubione, szukające sensu, niedoszli samobójcy, ludzie zmagający się z depresją, nałogami, przewlekłymi chorobami, starością, samotnością, zadające sobie pytania, które zamieściłem we wstępie. Z drugiej strony niemało jest osób, które są po prostu ciekawe świata, otwarte na nowe doświadczenia, szukające czegoś nowego, ekscytującego, są spragnione prostych odpowiedzi na trudne pytania, niekiedy może je cechować nieco wyższy stopień wrażliwości, naiwności lub niewiedzy. Możemy też mówić o trzeciej grupie. Rzeczywistość dostarcza nam bezliku powodów do zwątpienia we własne siły i gdy psychika nie zrobi tego sama to pomoże stres, bezsenność, wyczerpanie pracą, długotrwała ekspozycja na niepokoje związane ze specyficznym przekazem medialnym czy wszechobecną polityką. Wszyscy znajdują się w kręgu ryzyka.

ONI

Poświęćmy teraz kilka chwil tym, którzy starają się odpowiedzieć na popyt. Co o nich wiemy? Zapewne, podstawowym pytaniem, które należy sobie zadać jest: „kiedy **kończy** się psycholog a zaczyna szarlatan?” – tylko w ten sposób możemy ustalić granicę pomiędzy tym co bezpieczne a tym co ryzykowne. A odpowiedź nie jest prosta, gdyż bez wątpienia zdarzają się źli psychologowie i zdarzają się dobrzy guru, nie każda wizyta u lekarza zakończy się sukcesem i nie każda wizyta u leśnego dziadka skończy się śmiercią w męczarniach. Podpowiedzi w tym obszarze mogą nam udzielić jedynie statystyki, prawdopodobieństwa.

Nie będę ukrywał, że zdarza się mi ulegać urokowi „mówców motywacyjnych”. Kiedy za wyrażanymi racjami i radami stoją twarde empiryczne dowody, to potrafię przez kilka chwil trwać w poczuciu, że coś robiłem źle, ale teraz wiem jak coś robić dobrze. Prosty przykład: ponoć największa chłonność umysłu ulokowała się w okresie około dwóch godzin(? – tak zapamiętałem) od przebudzenia. Oznacza to, że jakiś trudny temat lepiej pochłonąć w stanie rześkości niż pod koniec męczącego dnia. Sprawdza się – oczywistość właściwie. Drugi przykład: „Gdy czujesz, że przestajesz rozumieć to czym się zajmujesz, napotykasz jakiś upiorny opór, zrób sobie przerwę, daj mózgowi możliwość przyswojenia materiału. Prześpij się, a nawet wróć do tematu za tydzień czy miesiąc a zobaczysz, że to co wydawało się nie do przejścia, stanie się proste”. Działa, choć tu, działa też nieco odmienna racja pt. „bezwzględna determinacja przełamie każdą barierę”. Istnieją ogromne ilości dobrych, sprawdzonych rad i dzielenia się nimi nie można uznać za coś złego czy ryzykownego. Problem pojawia się w chwili, gdy głodny zostanie nakarmiony zatrutym jabłkiem.

Nie uważam, że najpodlejsi manipulanci rozpoczynali swoją działalność mając złe intencje. Zbawianie świata jest ambicją dość popularną w naszym kręgu kulturowym. Myślę, że bliski prawdy był Rousseau, który miał uważać, że ludzie rodzą się dobrzy tylko później system ich psuje. Początkowo, intencje możemy mieć szlachetne, dopiero gdy pojawiają się komplikacje i korzyści związane z realizowaniem szlachetnych ambicji, nie każdy potrafi sobie z nimi poradzić (nie wiem nawet czy ktokolwiek potrafi).
Przykładem patologii wyrosłej na glebie dobrych intencji bywają np. fundacje. Fundacja zobowiązuje się zwalczać np. jakieś negatywne zjawisko, ale zarząd szybko zdaje sobie sprawę, że zjawisko nie jest aż tak powszechne jak wydawało się, więc by nie powstrzymywać dopływu środków i pozostać w głównym nurcie, fundacja rozdmuchuje jakiś problem, coś pomajstruje przy statystkach, a gdy okaże się, że wypracowany stan rzeczy pozwala się utrzymać… to co w tym (subiektywnie) złego? Przykład może być wrażliwy (zależnie od tego o której fundacji pomyślimy), ale opisany mechanizm nie jest osobliwością i występuje w wielu dziedzinach publicznego życia.
Wybijanie się na niepodległość i widoczność w przepełnionym rynku ofert prowadzi do najzwyklejszej walki konkurencyjnej i tu zasady etyczne zostają poddane bardzo ciężkim próbom. Chcąc być zauważonym należy coś mówić głośniej, dobitniej, z większym przekonaniem, naginając fakty lub kłamiąc i nie wolno pobłażać konkurencji. To tu zaczyna ścielić się trup, to tu pojawiają się leki na wszystko, rady na wszystko, wszystko wszystkim i lepsze od wszystkiego.

Z pewnością, problemem jest to, że nie posiadamy naturalnych lub technicznych możliwości zaglądania w cudze umysły. Z tego powodu tracimy możliwość szybkiego i prostego odkrycia w co się pakujemy. To co początkowo wydaje się pozytywne może przerodzić się w koszmar i póki co, nic nie zapowiada poprawy tego stanu rzeczy. Cywilizacja generuje zagubionych i niekoniecznie należy ich szukać wyłącznie wśród biednych, naiwnych i pozbawionych podstawowej wiedzy o rzeczywistości.
Istnieje jednak nadzieja. Gdy nie masz wystarczającej wiary w siebie, możesz być zwyczajnie mniej ufnym człowiekiem. A jeżeli macie jeszcze siły, poczytajcie o Link tu: NXIVM i dzielcie się myślami.


(graph.educateinspire)

CZY WSZYSTKO JEST POLITYKĄ?

Lata temu pojawiła się dyskusja o tym czy dziennikarz powinien mieć poglądy? Jedna ze stron przekonywała, że jak najbardziej, gdyż taki dziennikarz staje się wyrazisty, realizuje to czego oczekują od niego widzowie czy słuchacze, do tego każdy ma jakieś poglądy. Druga strona nie dawała za wygraną i pytała, co z obiektywizmem, rzetelnością? Niestety. Tak abstrakcyjne pojęcia jak obiektywizm czy rzetelność zabrzmiały.. nijako, bo przecież każdy jakieś poglądy ma, więc udawanie, że się ich nie ma ma prawo budzić wątpliwości. Pamiętam, że główkowałem nad tym jakiś czas i sobie, na własny użytek wyjaśniłem rzecz tym, że można mieć poglądy ale można jednocześnie potrafić oddzielić je życia zawodowego. Dziennikarz może być stronnikiem danej partii, ale przekazując informacje może być po prostu uczciwy, podobnie sędzia rasista może „zapomnieć”, że oskarżony ma inny kolor skóry a naukowiec-fizyk czy biolog, że jest wierzący. Taka umiejętność jest moim zdaniem tym co nazywamy „wzniesieniem się ponad”. I powiecie teraz, że jest to w jakiś sposób oczywiste, więc zachęcę Was do rozejrzenia się wokół i zwrócenie uwagi na to jak takie oczywistości sprawdzają się w przestrzeni publicznej. Ano, nie sprawdzają się w ogóle, a konkretnie przestały się sprawdzać. Czasy dumania nad tym czym jest „wznoszenie się ponad” stały się odległą i niejasną przeszłością.

Trudno pogodzić się z tym, że zrozumienie czym jest obiektywizm i rzetelność najlepiej wychodzi gdy obiektywizmu i rzetelności nie ma. Gnając za nośnym nurtem „trzeba mieć poglądy i je wyrażać” pozbawiliśmy się praktycznie dostępu do informacji.
Nie szukajmy daleko: Rozbił się Boeing. Ukraina oskarżyła Rosję, USA oskarżyły Iran, a Iran lada dzień oskarży USA – bo może oskarżyć, bo nie udostępni czarnych skrzynek, które traktuje jak znany płaszcz w publicznej szatni czyli „Płaszcza nie ma i co mi pan zrobisz?”. Taki przekaz kolportują media, w zależności od upodobań (poglądów). Skażenie to, jest dziś powszechne i wyliczyłem sobie, że chcąc zabrać głos na dowolny temat należy odczekać tak z 3-5 dni, by stworzyć jakąś w miarę niechwiejną hipotezę dotyczącą rzeczywistości. Tak, hipotezę, bo prawda zdaje się być już całkowicie poza naszym zasięgiem.
Chcąc lepiej oddać sytuację dorzucę kolejny świeży przykład. Putin podzielił się swoją wersją historii, lecz zamiast jakiejś weryfikującej historycznej analizy otrzymujemy z wszelkich źródeł opinie na temat tego co Putin chciał uzyskać i tu dodać należy, że na 100 tytułów, które o tym piszą wszystkie zawierają stwierdzenie: „Prawda jest taka, że” (podkreślić warto, że każdy przedstawia inną wersję). Czy poszło o Białoruś, o obchody wyzwolenia Auschwitz w Izraelu, rozbicie Europy, a może napięcia USA i Iranu? Mija kolejny dzień i jedyna sensowna odpowiedź, która się nasuwa brzmi: „A Putin go wie!”. Chcecie więcej? Klimat. Modele klimatyczne są na tyle złożone i nudne, że zdecydowanie lepiej dyskutować o tym czy walka ze zmianami klimatycznymi to marksizm kulturowy. W polityce lokalnej, czy znacie kondycję gospodarczą państwa? Z jednych źródeł dowiemy się, że jest świetnie a z drugich, że jest katastrofa i oczywiście „my dobrze wiemy, które źródła mówią prawdę”, tylko że tak myślą i mówią wszyscy, a mamy demokrację i te preferencje znajdują później odzwierciedlenie w wyborach.

Brakuje mi trochę czasów, w których znaczenie poglądów w przekazywaniu informacji było mniejsze. Byłem w stanie zajrzeć do jakiejś gazety i wiedziałem, że ludzie, którzy piszą w niej artykuły trochę się pilnują (nawet gdy doskonałość przekazów nie miała stężenia 100%, ale przynajmniej kierunek był). Mijał czas i musiałem zacząć sięgać do źródeł zagranicznych, by dowiedzieć się czegoś o Polsce, bo przyznajcie, tacy Niemcy nie utożsamiali się z jedną czy drugą stroną polsko-polskich wojenek, choć… utożsamiali się w Niemcami i to też nie dobrze. Proces trwał. Przestałem korzystać z mediów.

W świecie, w którym informacja niej jest już nawet towarem deficytowym (jest znacznie gorzej), liczy się siła. Trump może wysłać na tamten świat irańskiego generała w Iraku za pomocą drona (a pojawiła się już wersja, że to robota Izraela – a jakże) i jest jak z tym płaszczem w publicznej szatni, którego nie ma „I co mi pan zrobisz?”. Człowiek z nostalgią spogląda za tzw. „normalnością”, a więc czasami, w których coś było w miarę poukładane, że jakiś głos rozsądku się liczył, ale tego już nie ma. Może popytu nie ma, a może nawet nasze pojęcia normalności osadzone są w jakichś nieuniwersalnych wartościach, więc można otwierać kolejne fronty. Nie jestem pesymistą i wierzę, że istnieje jakaś granica-ściana o którą współczesny porządek świata głowę sobie rozbije, ale kilka już razy przekonałem się, że ten Miś to to tak naprawdę nie jest jeszcze ostatnie słowo.

Pozdrawiam Noworocznie:)


(graf.blog.soprasteria.co.uk)