KONSERWATYŚCI vs EKOLODZY

by romskey

Pamiętam, że dawno temu popełniłem tekst o tym, że nasz relatywny/względny dobrobyt okupiony jest ceną, o której wolimy nie mówić lub o niej nie wiedzieć. Kupując w sklepie czekoladę cieszymy się, że jest tania. W Polsce, w której wcale nie tak dawno czekolada była towarem luksusowym, jesteśmy wciąż gotowi wyjść na ulice w obronie tego by Polaka było na nią stać. Nie mamy pomysłu na to, jak zwiększyć dochody, więc chcemy czekolady, która nie zrujnuje nam portfela.

Czy gotowi bylibyśmy zapłacić 1.60 PLN więcej za tabliczkę w imię polepszenia warunków pracy i płacy na plantacjach kakao w Afryce? Teoretycznie tak, choć natychmiast pojawia się pytanie czy pieniądze z takiej podwyżki trafiłyby do zainteresowanych (a nie utknęły gdzieś po drodze) lub czy spadek popytu wywołany podwyżką cen nie wepchnie w jeszcze głębszy kryzys afrykańskich pracowników – niejednokrotnie dzieci?
Gdy Gazeta Wyborcza opisywała niedawno jak działają firmy zatrudniające przy obieraniu cebuli, trudno było uwierzyć, że to dzieje się w Polsce i w XXI w. Jednak dziennikarz miał usłyszeć od ludzi z „terenu”:
– Po co pan to rusza? Tu w byłych PGR-ach nie ma żadnej pracy, więc te 50 czy 70 zł to dla ludzi i tak jakaś szansa na przetrwanie. Chcecie odebrać im nawet to? Gdy cena wzrośnie zostaniemy zalani cebulą chińską.
Zasypiamy więc spokojniej, bo może i niewolnictwo, może i w skrajnych warunkach, ale przecież kupując relatywnie tanią obraną cebulę nie skazujemy innych na śmierć głodową, chronimy lokalny rynek, a zresztą, przecież ci ludzie mogli skończyć studia i wyjechać gdzieś za chlebem. Wymówek znajdziemy wiele by pozostawić świat takim jakim jest.

Temat „ukrytych kosztów” powrócił przypadkiem w dyskusji o ekologii. Okazało się bowiem, że każdy smartfon czy elektryczny samochód musi posiadać baterię a bateria to kobalt a kobalt to znów Afryka. Dwa lata temu (2017) stacja Sky News przedstawiła dziennikarski raport ukazujący niechcianą prawdę o wydobyciu tego surowca. Temat został odgrzebany z czeluści internetu i rzucony w twarz ekologom z pytaniem: „Jak wasze morale?”.
Powszechnie wiadomo, że aktywizm w XXI w. polega w dużej mierze na klikaniu w klawiatury (niejednokrotnie smartfonów), więc zamieszanie wybuchło nieuchronnie. Ktoś zapyta: „Co ma ekologia do warunków pracy w Afryce?” – jednak nie zabrzmi taki argument zbyt dobrze. Skoro jakaś grupa ludzi staje w obronie ludzkości i planety a jednocześnie nieszczególnie interesuje ją los obecnie żyjących to jakoś trudno uniknąć skojarzenia z podejściem aktywistów pro-life, którzy interesują się bezpieczeństwem życia jedynie do chwili narodzin.

Konserwatyści szybko odnaleźli się w roli obrońców współczesnego człowieka z Bangladeszu, Afryki (ale i ze Ślaska) przed złymi ekologami. Zgodnie z konserwatywną tradycją przypuszczono m.in. atak na Gretę Thunberg, która (wg. konserwatywnych źródeł) „straciła dzieciństwo” i na drogim jachcie pływa po świecie, gdy dzieci w bangladeskiej kopalni tracą zdrowie i życie. Choć trudno sobie przypomnieć, kiedy wcześniej konserwatystów interesował los bangladeskich dzieci to jednak moralny argument działa i jakoś należy się wytłumaczyć czymś lepszym niż udawaniem, że zarzut nie padł.
Cóż, problem jest taki, że na płaszczyźnie moralnej nie da się przed takim zarzutem obronić, można jedynie odbić piłeczkę i przypomnieć, że konserwatyści pozbywając się ekologów nie zajmą się dziećmi z Bangladeszu, co zresztą w wielu przypadkach – począwszy od pro-life (troska do chwili narodzin) po uchodźców – udowodniali.

Rozpoczęła się więc próba sił… a raczej próba moralności pt. „kto świętszy i kto ma świętsze idee”. Próba dokonywana w obliczu tego, że obie strony mają swoje niechciane prawdy, o których rozmawiać lub wiedzieć nie chcą, gdy racjonalnie podchodząc do tematu, to właśnie te „niechciane prawdy” są najpilniejszym problemem do rozwiązania, to one są piaskiem w trybach bardziej ambitnych zamierzeń.
O dziwo, dyskusja o tych aspektach jest obecna, choć poza granicami naszego kraju. Unijni eksperci starają się wiązać wątki, które w Polsce wyznaczają oś konfliktu. Powstają propozycje rozwiązań, które można streścić słowami: „Idziemy twardo po eko, ale nie po trupach, lecz po zachętach, bo kto zechce być eko dostanie fundusze”.
No tak, tylko co ma teraz zrobić konserwatysta, który już trzyma za gardło ekologa lecz słyszy, że gdy zostanie ekologiem dostanie niezłą sumkę? Ekolog w analogicznej sytuacji (trzymania za gardło konserwatysty) również trafia w sytuację daleką od komfortowej, bo gdy ktoś chce przekupić ludzkość „na ekologię” to nie ze składek dzieci uczestniczących w Strajkach Klimatycznych, a więc walka o eko nie jest wystarczająco czysta i czerwona. I dochodzimy do zaskakującego punktu. Zarówno najaktywniejsi ekolodzy i konserwatyści, czują że ktoś może rozwiązać problem za nich i bez nich; co gorsze, czuć na odległość woń liberałów, którym władzy dać przecież nie wolno! Cóż, liberalna wersja eko również nie jest bezgrzeszna, gdyż polega na tym, że jakieś niebiedne konsorcjum wybuduje Polakom wiatraki lub atom, dzięki czemu Polacy dostaną świeże powietrze a konsorcjum pieniądze, a dzieci w Bangladeszu.. no cóż.. jakoś to będzie. My w tym wszystkim musimy coś wybrać. Bez kosztów chyba się nie da, no może dla lepszego snu możemy coś wpłacić na Unicef.


kopalnia kobaltu (źr.graf.culturebanx.com)