Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Grudzień, 2019

CO ZROBIĆ Z POLAŃSKIM?

Nie raz starałem się zmierzyć z tematem, lecz to co spisywałem trafiało zawsze do szuflady ze „szkicami na później”. Działo się tak, gdyż miałem wrażenie, że nie dotykam sedna sprawy lub staram się opisać coś zbyt nieuchwytnego by zasłużyć na Waszą uwagę. Poszukując jakiegoś punktu zaczepienia (któregoś dnia) olśniło mnie. Zdałem sobie sprawę, że w ostatniej awanturze o Polańskiego podstawową rolę odegrał zgoła banalny element: efekt zaskoczenia, który wygenerował większość nieporozumień.

Nie tak dawno przypuszczono frontalny atak na psychologa społecznego P.Zimbardo. Zarzucono mu sfałszowanie badań, podważono wnioski którymi się dzielił, stwierdzono, że nie zasługuje na miano autorytetu. Czytałem i słuchałem tych doniesień oniemiały. Nie była to spontaniczna reakcja tłumu, która towarzyszy np. złapaniu nietrzeźwego posła za kierownicą. Uświadomiłem sobie, że był to dobrze przedyskutowany temat (choć za plecami publiczności), z którego wyłuskano najsilniejsze argumenty. W takich chwilach chce się powiedzieć: „Spokojnie, dajcie mi trochę czasu na zapoznanie się z zarzutami, argumentami, uzasadnieniami. Być może macie rację, ale uszanujcie to, że nie każdy jest zwolennikiem bezkrytycznego dołączania do krzyczącego tłumu”. Już samo takie zastrzeżenie spotykało się z pogardliwym: „O! Obrońca oszusta się znalazł!”. To budowało mój wewnętrzny opór, bo prymitywny szantaż wywołuje opór.
Godzina lub dwie wertowania źródeł zwróciły moją uwagę na nieobcą mi, perswazyjną formę krytyki. Na pierwszy plan nie wybijało się rzetelne uzasadnienie, lecz „co mamy myśleć” a także „co myśleliśmy wcześniej” (i przed czym demaskowana prawda miałaby nas uchronić). Niestety, ten mechanizm znałem bardzo dobrze. Nie zrozumcie mnie źle, ale większość propagandowych przekazów zaczyna się od „kłamstwa założycielskiego” mówiącego o tym jak wadliwe przekonania mieliśmy wcześniej (nawet gdy ich nie mieliśmy) i jaką odnowę niesie przekaz, który właśnie został nam dostarczony. Nie chcę tu imputować krytykom Zimbardo działania na rzecz wrogich, tajemnych wywiadów, a jedynie wspominam o charakterystycznym mechanizmie.
Bo:
– Czy ja uważałem P. Zimbardo za niekwestionowany autorytet??? (zdecydowanie odrzucam autorytety gdyż wolę specjalistów)
– Czy można sfałszować wyniki badań, skoro nie ukończono eksperymentu? (wiedza o tym była powszechna)
– Czy uczelnie w których Zimbardo wykłada lub gości posiadają gorsze źródła niż amerykański bloger i nieznany francuski reżyser socjolog, którzy uruchomili „krytyczną lawinę”?
Zarzuty wobec P. Zimbardo mogły być słuszne (jak wspomniałem, potrzebowałem czasu by się z nimi zapoznać – co zresztą zrobiłem), ale tym co utrudniało dyskusję, było poczucie, że to nie ja jestem adresatem przekazu, nie ja jestem przedstawicielem poglądów, które należy poddać egzorcyzmom.

Podobnie stało się z Polańskim. Tym razem, w prowadzonych rozmowach zdążyłem zastrzec, że nie posiadam w domu ołtarzyka z wizerunkiem Polańskiego (choć lubię kilka jego filmów), że wizyta w macierzystej uczelni to jeszcze nie wręczenie Nagrody Nauczyciela Wszech Czasów Trynkiewiczowi czy budowanie Polańskiemu pomnika. Do tego, moja dość lakoniczna znajomość prawa i biologii zmusiły mnie do refleksji nad tym, że sięganie po słowa „gwałt” i „pedofil” wywołane jest (bądź) przeoczoną przeze mnie kardynalną zmianą w prawie i biologii, bądź… słowa te zostały użyte celowo i wyłącznie dla wzmocnienia psychologicznego efektu. Oczywiście nie odbieram ludziom prawa do używania w mowie potocznej np. określenia „ludobójstwo”, ale zwykle staram się zwrócić uwagę na to, że stosowanie tego terminu w obszarze prawa dowolne (czy intuicyjne) nie jest.
Podzielenie się tego typu uwagami wystarczyło, by nazwano mnie „obrońcą pedofilów”, choć pomny „bycia obrońcą oszustów” w sprawie Zimbardo, przyjąłem ten zarzut już jedynie z ironicznym uśmiechem. Najtrudniejsze w prowadzonych rozmowach było udowodnienie, że sam nie jestem pedofilem. Mogłem wielokrotnie twierdzić, że nie jestem zwolennikiem gwałcenia i sypiania z dziećmi, ale najwyraźniej moje wyjaśnienia miały moc słów czarownicy tłumaczącej się przed Trybunałem Świętej Inkwizycji.

Nie czekałem także długo by pojawiły się argumenty typu: „teraz pomyślmy co czuła ta biedna gwałcona dziewczynka!!” i tu straciłem cierpliwość, gdyż nie mam skłonności do wyrokowania na podstawie tego co sobie wyobrażam. Dotarło do mnie, że „przeciwnicy gloryfikacji Polańskiego” odpuścili sobie jakiś głębszy research na co mieli blisko 50 lat. Gdyby to zrobili, dowiedzieliby się, że dziewczynka – o czym sama wspomniała w swojej książce – nie czuła, że był to gwałt i Polański nie czuł się gwałcicielem, choć oboje mieli świadomość tego, że zaistniała sytuacja ze względów prawnych, moralnych, ale i tych związanych z najzwyklejszymi relacjami międzyludzkimi nie powinna mieć miejsca. Tak, nic nie było w tym zdarzeniu w porządku. Jednak skąd wzięło się słowo „gwałt”? Otóż, w ówczesnej Kalifornii, gdyby dowolny X spotkał się z dowolną 13-letnią Y to nawet przy obopólnej aprobacie dla podjętych przez X i Y działań, w świetle prawa amerykańskiego byłby to gwałt. W Polsce, kwalifikacja tego rodzaju czynów opiera się na nieco innej (świeckiej) filozofii, dlatego jestem daleki od tego by definicję amerykańską bezkrytycznie przenosić na nasz grunt, a warto wspomnieć, że ostatnim z kilku zarzutów postawionych Polańskiemu była sodomia (stosunek analny – ówcześnie penalizowany w Kalifornii, nawet gdyby miał miejsce w małżeńskiej alkowie(!)).

Powyższy etap dyskusji był trudny, gdyż żadna ze stron awantury nie była tam, nie była w umyśle sprawcy, nie była w umyśle ofiary, nie towarzyszyła im niczym Big Brother każdego kolejnego dnia analizując jak zmieniają się ich myśli. Mogliśmy jedynie spekulować na ten temat i było to ryzykowne. Jednak w trakcie akurat tych rozmów, pojawiła się moja poważna wątpliwość co do szczerości protestu. Upór oskarżycieli okazał się mieć drugie dno. W kilku rozmowach wybijał się wątek konieczności jednolitego traktowania pedofilii, niezależnie czy ma miejsce w kościele czy gdziekolwiek indziej. Zrozumiałem przez to, że przymknięcie oka na Polańskiego byłoby dla protestujących wyrazem niekonsekwencji lub nawet hipokryzji. To miało sens, choć w praktyce oznaczało, że należy Polańskiego dopasować do napiętnowanego już wzorca księdza-pedofila. I wszystko zaczęło pasować. Autorytet, gloryfikacja…
Tylko, ja nie mam takiej wyobraźni. Polański nie jest księdzem (moralnym autorytetem, który rości sobie prawa do mówienia ludziom co jest dobre a co złe, który uważa, że jego wykładnia dobra i zła powinny zostać odzwierciedlone w prawie karnym i konstytucji), uczelnia nie jest kościołem, nie jest też pracą z dziećmi dla których Polański byłby zagrożeniem, wykład nie jest tym samym co postawienie kilkumetrowego pomnika w Łagiewnikach.

Sędzia Laurence J. Rittenband początkowo nie chciał umieścić Polańskiego w zakładzie karnym. Jak wynika z relacji prowadzonych przez niego rozmów, nie chciał go mieć na sumieniu, gdyż doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak Polański zostanie potraktowany przez współwięźniów. Optował za ugodą, obserwacją psychiatryczną. Czy miał wątpliwości co do „skali” winy Polańskiego czy może bardziej obawiał się reakcji społeczeństwa gdyby Polański został w zakładzie karnym zabity? – tego nie dowiemy się nigdy. Wiemy, że postępowanie Polańskiego, który chciał uniknąć konsekwencji rozsierdziło sędziego, który poczuł się ośmieszony (i nie tylko on, lecz cały amerykański wymiar sprawiedliwości, któremu „zbieg” zdawał się grać na nosie). Ten element wpłynął na to, że ambicją i celem życia Rittenbanda stało się zamknięcie Polańskiego na długie lata (sędzia zapowiadał najwyższy możliwy wyrok, czyli ok. 50 lat), natomiast dla amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, skazanie Polańskiego było kwestią wizerunkową.

Polański stał się banitą przygarnianym z większą lub mniejszą gościnnością to przez Francję, Szwajcarię czy Polskę. W trakcie swojej banicji nakręcił kilka ważnych filmów (docenianych także w USA). Czy w trakcie ich kręcenia myślał o tym, by przekazać coś ludziom, że coś jednak było „dawniej” nie w porządku? Nie wiem, choć uważam, że Polański trafiając pod medialny ostrzał nie potrafi się bronić. Zachowuje się jak szczur zapędzony przez kota w ciemny róg, gryzie, warczy, za chwilę nieruchomieje starając się wtopić w otoczenie. Rozpaczliwa obrona generuje błędy. Zapewne dzieje się tak, gdyż naturalnym językiem Polańskiego, którym porozumiewa się ze światem jest kino.

graf: Sony Pictures Classics/Supplied by LMK / Bulls

P.S.
Nie czytałem wywiadu w G.Wyborczej i nie zamierzam czytać. Bardziej zaniepokoiło mnie pozytywne zainteresowanie Polańskim z przeciwnej strony sceny politycznej.

KONSERWATYŚCI vs EKOLODZY

Pamiętam, że dawno temu popełniłem tekst o tym, że nasz relatywny/względny dobrobyt okupiony jest ceną, o której wolimy nie mówić lub o niej nie wiedzieć. Kupując w sklepie czekoladę cieszymy się, że jest tania. W Polsce, w której wcale nie tak dawno czekolada była towarem luksusowym, jesteśmy wciąż gotowi wyjść na ulice w obronie tego by Polaka było na nią stać. Nie mamy pomysłu na to, jak zwiększyć dochody, więc chcemy czekolady, która nie zrujnuje nam portfela.

Czy gotowi bylibyśmy zapłacić 1.60 PLN więcej za tabliczkę w imię polepszenia warunków pracy i płacy na plantacjach kakao w Afryce? Teoretycznie tak, choć natychmiast pojawia się pytanie czy pieniądze z takiej podwyżki trafiłyby do zainteresowanych (a nie utknęły gdzieś po drodze) lub czy spadek popytu wywołany podwyżką cen nie wepchnie w jeszcze głębszy kryzys afrykańskich pracowników – niejednokrotnie dzieci?
Gdy Gazeta Wyborcza opisywała niedawno jak działają firmy zatrudniające przy obieraniu cebuli, trudno było uwierzyć, że to dzieje się w Polsce i w XXI w. Jednak dziennikarz miał usłyszeć od ludzi z „terenu”:
– Po co pan to rusza? Tu w byłych PGR-ach nie ma żadnej pracy, więc te 50 czy 70 zł to dla ludzi i tak jakaś szansa na przetrwanie. Chcecie odebrać im nawet to? Gdy cena wzrośnie zostaniemy zalani cebulą chińską.
Zasypiamy więc spokojniej, bo może i niewolnictwo, może i w skrajnych warunkach, ale przecież kupując relatywnie tanią obraną cebulę nie skazujemy innych na śmierć głodową, chronimy lokalny rynek, a zresztą, przecież ci ludzie mogli skończyć studia i wyjechać gdzieś za chlebem. Wymówek znajdziemy wiele by pozostawić świat takim jakim jest.

Temat „ukrytych kosztów” powrócił przypadkiem w dyskusji o ekologii. Okazało się bowiem, że każdy smartfon czy elektryczny samochód musi posiadać baterię a bateria to kobalt a kobalt to znów Afryka. Dwa lata temu (2017) stacja Sky News przedstawiła dziennikarski raport ukazujący niechcianą prawdę o wydobyciu tego surowca. Temat został odgrzebany z czeluści internetu i rzucony w twarz ekologom z pytaniem: „Jak wasze morale?”.
Powszechnie wiadomo, że aktywizm w XXI w. polega w dużej mierze na klikaniu w klawiatury (niejednokrotnie smartfonów), więc zamieszanie wybuchło nieuchronnie. Ktoś zapyta: „Co ma ekologia do warunków pracy w Afryce?” – jednak nie zabrzmi taki argument zbyt dobrze. Skoro jakaś grupa ludzi staje w obronie ludzkości i planety a jednocześnie nieszczególnie interesuje ją los obecnie żyjących to jakoś trudno uniknąć skojarzenia z podejściem aktywistów pro-life, którzy interesują się bezpieczeństwem życia jedynie do chwili narodzin.

Konserwatyści szybko odnaleźli się w roli obrońców współczesnego człowieka z Bangladeszu, Afryki (ale i ze Ślaska) przed złymi ekologami. Zgodnie z konserwatywną tradycją przypuszczono m.in. atak na Gretę Thunberg, która (wg. konserwatywnych źródeł) „straciła dzieciństwo” i na drogim jachcie pływa po świecie, gdy dzieci w bangladeskiej kopalni tracą zdrowie i życie. Choć trudno sobie przypomnieć, kiedy wcześniej konserwatystów interesował los bangladeskich dzieci to jednak moralny argument działa i jakoś należy się wytłumaczyć czymś lepszym niż udawaniem, że zarzut nie padł.
Cóż, problem jest taki, że na płaszczyźnie moralnej nie da się przed takim zarzutem obronić, można jedynie odbić piłeczkę i przypomnieć, że konserwatyści pozbywając się ekologów nie zajmą się dziećmi z Bangladeszu, co zresztą w wielu przypadkach – począwszy od pro-life (troska do chwili narodzin) po uchodźców – udowodniali.

Rozpoczęła się więc próba sił… a raczej próba moralności pt. „kto świętszy i kto ma świętsze idee”. Próba dokonywana w obliczu tego, że obie strony mają swoje niechciane prawdy, o których rozmawiać lub wiedzieć nie chcą, gdy racjonalnie podchodząc do tematu, to właśnie te „niechciane prawdy” są najpilniejszym problemem do rozwiązania, to one są piaskiem w trybach bardziej ambitnych zamierzeń.
O dziwo, dyskusja o tych aspektach jest obecna, choć poza granicami naszego kraju. Unijni eksperci starają się wiązać wątki, które w Polsce wyznaczają oś konfliktu. Powstają propozycje rozwiązań, które można streścić słowami: „Idziemy twardo po eko, ale nie po trupach, lecz po zachętach, bo kto zechce być eko dostanie fundusze”.
No tak, tylko co ma teraz zrobić konserwatysta, który już trzyma za gardło ekologa lecz słyszy, że gdy zostanie ekologiem dostanie niezłą sumkę? Ekolog w analogicznej sytuacji (trzymania za gardło konserwatysty) również trafia w sytuację daleką od komfortowej, bo gdy ktoś chce przekupić ludzkość „na ekologię” to nie ze składek dzieci uczestniczących w Strajkach Klimatycznych, a więc walka o eko nie jest wystarczająco czysta i czerwona. I dochodzimy do zaskakującego punktu. Zarówno najaktywniejsi ekolodzy i konserwatyści, czują że ktoś może rozwiązać problem za nich i bez nich; co gorsze, czuć na odległość woń liberałów, którym władzy dać przecież nie wolno! Cóż, liberalna wersja eko również nie jest bezgrzeszna, gdyż polega na tym, że jakieś niebiedne konsorcjum wybuduje Polakom wiatraki lub atom, dzięki czemu Polacy dostaną świeże powietrze a konsorcjum pieniądze, a dzieci w Bangladeszu.. no cóż.. jakoś to będzie. My w tym wszystkim musimy coś wybrać. Bez kosztów chyba się nie da, no może dla lepszego snu możemy coś wpłacić na Unicef.


kopalnia kobaltu (źr.graf.culturebanx.com)