DEPRESJE POWYBORCZE I NIE TYLKO

by romskey

Przyznam się, że przytłoczyła mnie ilość upublicznianych w socjal-mediach „załamań nerwowych” związanych z ogłoszonymi wynikami wyborów 2019. Nawet w pewnym momencie, przemknęło mi przez myśl, że zacznę podrzynać gardła „załamanym” by uratować własne zdrowie psychiczne. Jednak zanim przeszedłem od słów do czynów przypomniałem sobie o czymś. Około miesiąca temu, wspomniano gdzieś, że wśród ludzi żywotnie zainteresowanych walką z globalnym ociepleniem, stwierdzono częstsze występowanie stanów depresyjnych będących skutkiem zderzenia świadomości zagrożeń płynących ze zmian klimatu z bezsilnością wywołaną biernością decydentów. Stan ten zyskał miano „depresji klimatycznej”.

Co ma wspólnego depresja powyborcza z klimatyczną? Otóż, w obu przypadkach występuje ten sam czynnik: długotrwały, spotęgowany lęk.
W świecie polityki, stosowanie strachu jako narzędzia nie jest niczym nowym. Zastraszeni ludzie szukają obrony, dlatego stają się bardziej otwarci na ofertę wybawienia ze strony konkretnego polityka, partii czy organizacji. Nie chcę tu mnożyć przykładów, ale np. strach przed uchodźcami w Europie skierował wielu w ramiona partii postulujących radykalne podejście do tego problemu i nie było wielkim zaskoczeniem, że animowaniem lęku zajmowali się sami wybawcy. Podobnie jest z marksizmem kulturowym, ideologią gender czy LGBT. Jednak nie oszukujmy się, narzędziowe stosowanie strachu nie jest jedynie domeną ludzi stojących po określonej stronie barykady. Jak doskonale wiemy, wg. pewnych ośrodków informacji, dyktatura PiS od czterech lat miała doprowadzić nie tylko do kryzysu ekonomicznego ale i humanitarnego. O ile rozumiemy pojęcie „incydent”, będziemy musieli przyznać, że oprócz niepokojących incydentów zagłada wciąż nie nastąpiła, a już przynajmniej w formie w jakiej ją prorokowano. Cztery lata to sporo, więc taki stan rzeczy powinien wywołać przynajmniej refleksję nad tym, na ile diagnozy odpowiadają rzeczywistości (sprawdzalność zapowiedzi) i czy nie należy się nam z tego powodu zdroworozsądkowa (bez ignorancji!) nuta dystansu?
Niestety, nie zawsze taka refleksja jest możliwa. Być może dlatego, że zorganizowany kolportaż lęków jest jak kampania reklamowa, która ma swój ustalony budżet, czas, przebieg i cel (nie każdy zauważył, że na drugi dzień po zwycięstwie wyborczym PiS w 2015 problem uchodźców przestał istnieć). Gdy taki ścisły proces wymyka się spod kontroli i kolporterami stają się zwykli ludzie, którzy np. dostrzegają podobieństwa wydarzeń obecnych z historycznymi, to skutki stają nie nieprzewidywalne, choć jeden ze skutków jesteśmy w stanie przewidzieć. Długotrwały lęk wiąże się ze stresem, a długotrwały stres prędzej czy później odbije się na każdej psychice.

Dlatego (zwracam się tu do chałupniczych ale i zawodowych siewców zagrożeń), zastanówcie się czy waszym celem, jest doprowadzenie masy pozytywnych ludzi do załamania nerwowego? Zastanówcie się czy bawiąc się w aktywizm lub politykę, posiadacie kompetencje do sterowania tym niewidzialnym żywiołem?

Strach potrafi mobilizować i niech tam, gdy rozwiązanie jest podane na tacy, można przymknąć oko. Jednak „zorganizowany strach”, który wymyka się spod kontroli i staje się „strachem szeptanym”, permanentnym, wzbogacanym przez każde kolejne ogniwo, skutki mogą być tragiczne. Propaganda Goebbelsa w oblężonym Berlinie (mniej lub bardziej słusznie demonizująca Rosjan) miała pchnąć mieszkańców do rozpaczliwej obrony, gdy realnym skutkiem było to, że setki a może tysiące Niemek popełniło samobójstwa.

P.S. Rozpalanie „entuzjazmu bez pokrycia” niesie również zagrożenie zwiększenia dotkliwości uderzania pupą o ziemię.