WŚRÓD WYBORCZEJ CISZY

by romskey

Im dłużej się temu wszystkiemu przyglądam tym więcej mam powodów by nie głosować, ale podjąłem już decyzję, zagłosuję wbrew sobie, natomiast to co sobie teraz popiszę to moje.

1. Skąd wiatr wieje?
Kwestią, która mnie wyjątkowo wpienia jest oferowany szerokiej publiczności schemat rodem z dowcipu o Leninie czyli „Powiedz którego przywódcę najbardziej cenisz i dlaczego jest to Lenin?”. Czy ktoś zapytał mnie kiedyś o moje potrzeby lub o ludzi, którym ufam? Nigdy. Lista moich potrzeb (i moich kandydatów) powstaje „odgórnie” a następnie poświęca się ok. 4 lata na wbijanie mi do głowy, że to są MOJE WŁASNE życiowe potrzeby (i moi kandydaci) i żyć bez nich nie jestem w stanie. Ten wiatr nie wieje od społeczeństwa.

2. Moje priorytety?
Czy słyszeliście kiedyś w restauracji, by po zamówieniu obiadu kelner zapytał was: ale wybieracie państwo zupę, drugie czy deser, gdyż można zamówić tylko jedną z tych opcji?
Tak działa współczesna polityka a wszelka publicystyka koncentruje się na przekonywaniu, że drugie a nie deser to najlepszy wybór. Zabrzmi to niepoprawnie, ale dlaczego mam wybierać pomiędzy związkami partnerskimi a obniżeniem podatków? Czy mam w imię solidaryzmu społecznego (który zasadniczo cenię) zagłosować na partię postulującą związki partnerskie i odłożyć na bok np. obniżenie danin państwowych, które bardziej mnie dotyczą a które obiecuje inna partia? Dlaczego u diabła, muszę wybierać, czy jedno wyklucza drugie??? Takich przypadków można wymieniać bez końca i stawianie ludzi przed wyborem między wódką a zakąską jest wyjątkową paranoją. Nawet czasem zastanawiam się dlaczego ludzie nie widzą tej paranoi choć widzę, że widzą. A może wiedzą, że nie mogą tego zmienić i znów, z podkulonym ogonem podrepczą (jako i ja) do wyborów wydeptanymi ścieżkami, bo tak trzeba, bo zupa wygra z deserem?

3. „Moje” poglądy?
Spójrzmy na pojawiające się często testy preferencji wyborczych, które mają podpowiadać do kogo nam bliżej… Padam na kolana przed przenikliwością autorów, którzy zajrzeli w moją duszę, gdyż po prostu codziennie od lat budzę się zlany zimnym potem gdyż dręczy mnie pytanie czy powinniśmy zacieśniać sojusz gospodarczy z UE, USA czy Chinami? A może lepiej zapytać maklera giełdowego o to jak leczyć raka? Albo prostszy temat: czy in-vitro powinny finansować samorządy czy budżet państwa? Przecież to tak jak pytać: czy Murzyn będzie lepszym hydraulikiem od Hindusa? Nie mam zielonego pojęcia, gdyż to zależy od wielu czynników, kondycji budżetu państwa, samorządów, itp.., a tak w ogóle to mnie g… obchodzi kto za to zapłaci, bo interesuje mnie by ludzie mogli mieć dzieci, choć oczywiście nie poprę finansowania in-vitro gdy zaczną padać SOR-y.
Mamy zupełnie nowe czasy, wszystko co stare i oklepane zostaje poddane poważnej próbie, próbie którą jest pytanie o sens. Ideologie i doktryny gospodarcze są przeżytkiem, są jak Dekalog, który nagle staje się problematyczny gdy zapytamy o obronę konieczną albo rodziców, którzy gwałcą swoje dzieci.
Czy jesteśmy za przyjmowaniem uchodźców wraz z 12 tys. członków ISIS, którzy jak zapewnia Trump mają wpaść do Europy? Mam to rozstrzygać sercem czy rozumem? Nie ma nic na 100 czy 1000 lat. Rzeczywistość stale się zmienia, pojawiają się nowe problemy i czas zastanowić się czy w ogóle istnieją ponadczasowe reguły, które pozwolą wyznaczyć kierunki które nie zawiodą? PiS osiągnęło przewagę m.in. dzięki stworzeniu ideologicznego miksu, który zaspokaja zarówno oczekiwania zwolennika realnego socjalizmu PRL jak i katolickiego mnicha: „Wszystkim Wszystko”. Natomiast oferowane przez formacje opozycyjne trwanie przy „fundamentalnych” wizjach i receptach jest jak ustalanie płacy minimalnej przy całkowitym zignorowaniu faktu, że rynek nie poddaje się życzeniom ustawodawców (wierząc, że tak to działa, można byłoby prawem zakazać kryzysów!).

4. Kuźnia przekonań?
Oglądam sobie politykę w mediach społecznościowych i najlepsze są kampanie reklamowe prowadzone przez zwolenników deseru dla zwolenników deseru. Ludzie pozamykani w swoich bańkach informacyjnych ładują w siebie przekaz: „Idź głosuj, nie świruj!” jakby ktoś miał nie iść lub nie wiedział na kogo. Z takim przekazem to raczej do tych, którzy nie chcą głosować, tyko gdzie oni są? Może to ci, którzy oglądają memy z kotami, szerują dowcipy o teściowych, a jutro do roboty i byle do piąteczku? A może ci, do których przyszli przedstawiciele wszystkich politycznych religii i postanowili ich nawracać, co skończyło się kulturalnym „wy***dalać” lub przeciwnie, uległością: „tak ogólnie to jestem wierzącym ateistą, który preferuje kapitalistyczny socjalizm w kosmopolitycznym państwie narodowym”?

Pójdę, pójdę wbrew sumieniu i logice.