NA WŁASNĄ RĘKĘ…?

by romskey

Prawdę mówiąc, pisanie o niezorganizowanym oporze, ma w obecnej chwili wiele wspólnego z „Polak mądr po szkodzie…”, jednak na swoje usprawiedliwienie mam to, że szkoda do póki nie zaistnieje jest tylko możliwością, gdy szkoda zaistniała staje się faktem. Z faktami pracuje się zdecydowanie lepiej, dlatego pozwólcie, że pozostawię kilka myśli.

Choć od wielu lat wspomina się tu i ówdzie o wątpliwej skuteczności „pospolitego ruszenia” zgrabnie opisanego przez klasyka: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i? – jakoś to będzie!”, to wciąż nie podchodzimy do instytucji „pospolitego ruszenia” z rozsądną dozą dystansu, wciąż traktujemy takie „zrywy” z pewnym szacunkiem i sentymentem. Poniekąd rzecz można zrozumieć, gdyż w każdej dobrej bajce w odpowiedniej chwili przybywa kawaleria, odsiecz lub co w tym tekście ważniejsze „ludzie się ruszą” czyli nie pozwolą na to czy na tamto. Jednak tylko w bajkach wszystkie takie historie kończą się zwycięstwem. W życiu bywa różnie i w pewnym sensie zabawne jest, że samo podważanie „husarskiej natury i zdolności” Polaków, wiązać się może z podejrzeniami o antypatriotyzm, agenturalność czy postradanie zmysłów. Mimo to zaryzykuję.

Moje wątpliwości związane ze skutecznością „ludowych zrywów” wynikły m.in. z dość banalnego powodu. W opracowaniach historycznych dotyczących różnych konfliktów zbrojnych (nie tylko polskich), zawsze intrygowało mnie coś czego wcześniej w ogóle nie brałem pod uwagę, a były to kwestie zaopatrzenia. Napotykając dokumenty związane z tą kwestią, przestawałem widzieć wojnę z perspektywy heroizmu pola walki a zaczynałem rozumieć, jak żołnierze na pole walki w ogóle trafili a do tego skąd brali do walki siły. Gdzieś za pięknymi ideałami stał ściśle zorganizowany „przemysł”, którego rozmiary uświadamiały mi, że przeciętna wojna lub bitwa nie były skutkiem skrzyknięcia się przypadkowych ludzi stojących w obliczu jakiegoś zagrożenia. Tuż obok kwestii zaopatrzenia pojawiał się temat propagandy (w tym neutralnym znaczeniu) – również magiczny obszar. Niemal każda organizacja była zaopatrzona w „wydział propagandy”, który szczegółowo określał co mówić, czego słuchać i co myśleć a przekaz był kierowany tak do „swoich” jak i „obcych” (choć oczywiście nie ten sam). Moja idealistyczna naiwność przechodziła trudną próbę.

Nie chcę tu powiedzieć, że „my tego nie wiemy”. Wiemy, wiemy o tym, że ktoś pociąga za sznurki, tylko mało wiemy o tym z czego te sznurki są zrobione i co siedzi w głowie animatorów. Chcąc lepiej zilustrować problem odpowiedzcie sobie intuicyjnie na pytanie, kto stworzył ISIS (Państwo Islamskie)? W dość popularnym rozumieniu jest to zryw przepełnionych fanatyczną nienawiścią, tępych i niecywilizowanych sympatyków kóz, którym zamarzyło się panowanie nad światem. Gdy dołączmy pytanie o przywództwo tu będzie już trudniej, choć wykręcimy się wskazaniem na religię, natomiast pytanie o „strukturę” pozostanie poza zasięgiem większości. Scalmy teraz ten obraz z rzeczywistością, w której tępy (choć religijny) sympatyk kóz posługuje się najnowszą wojskową technologią komunikacyjną i bronią, potrafi przez lata wodzić za nos najlepsze armie świata, wydaje technicznie bezbłędną prasę, potrafi wstrząsnąć internetem, przejmuje kontrolę nad znajdującym się w jego zasięgu przemysłem wydobywczym a do tego potrafi plony wydobycia sprzedać na całym świecie. Trochę dużo, jak na nierozgarniętego sympatyka kóz.

I oczywiście tu również możemy powiedzieć, że o tym wiemy, ale to wciąż tylko piana na wierzchu kufla. Weźmy Ukrainę, bardzo szybko zrozumieliśmy, że spontaniczny zryw utożsamiających się z Rosją górników w Donbasie to mało przekonująca opcja, gdy owi górnicy nagle stają się specjalistami w obsłudze nowoczesnego wojskowego sprzętu. Tu nie mieliśmy problemu ze zlokalizowaniem „siły sprawczej” czyli Rosji, ale pojawił się mały problem, gdyż tej oczywistości za nic nie jesteśmy w stanie udowodnić, ba, nie tylko my, bo i decydenci tego świata mają z tym problem. (W przypadku ISIS, dopiero po latach ustalono, że w grupie pociągających za sznurki znajdują się kompleksowo wyszkoleni – także w dziedzinie propagandy – byli oficerowie armii irackiej).

Mógłbym wymienić całą masę przykładów (także pozytywnych np. Ruch Praw Obywatelskich M.L.Kinga), w których pozornie spontaniczne pospolite ruszenia okazywały się skutecznie dowodzonymi i zorganizowanymi akcjami. Tu oczywiście trafiamy na „śliski grunt”, gdyż może pojawić się zarzut, że „Solidarność”, „Euromaidan”, „KOD”, etc. były organizowane przez ciemne siły z USA, Niemiec czy innych podejrzanych ośrodków. Cóż, przy tym punkcie poznajmy jeden z kluczowych w propagandzie elementów: „zarzuć przeciwnikowi to co sam robisz” (a każdy chyba słyszał o tym, że KOD – a nawet cała opozycja – to organizacja terrorystyczna finansowana i zarządzana przez Sorosa?).

Zestawmy teraz to co zostało pokrótce powiedziane z naszą polską rzeczywistością. Jeszcze nie tak dawno, tysiące pełnych zapału ludzi wychodziło na ulice, krzyczało do obojętnych „chodźcie z nami!”, lecz mijał dzień lub dwa i ten zapał zanikał, o braku efektów nie wspominając. Nagle okazywało się, że pospolite ruszenie znacznie lepiej miałoby się gdyby posiadało środki transportu, namioty lub żywność potrzebną na dłuższy protest czy choćby wodę mineralną na upalne dni. Nagle okazywało się, że nie ma jakiejś wiodącej idei, choć nawet gdy namiastka takowej istniała to nie istniała „bibuła” (prasa podziemna), nie istniał nikt kto potrafił przekonująco powiedzieć ludziom „wytrwajcie” a wsłuchując się w żarliwe wystąpienia mówców, można było zadać sobie pytanie: „wszystko pięknie, tylko kto mi da wolne?”. Można powiedzieć, że wszelkie wymienione i niewymienione braki próbowano łatać na bieżąco (tu dopiero można wspomnieć o udziale partii opozycyjnych, które starały się przejąć kontrolę nad owym „pospolitym ruszeniem” – autobusy, estrady, itd).
Potencjalnie rzecz można porównać do planu zbrojnego przejęcia miasta z myślą, że broń konieczną do tego przejęcia pozyska się na miejscu np. atakując jakiś miejscowy magazyn broni. Czy ma to szanse powodzenia? W teorii.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja „po drugiej stronie barykady”, kiedy statystyczny kibic doskonale wie co krzyczeć i mówić widząc kamerę, jak reagować na wrogich dziennikarzy czy dokumentalistów, jak zachowywać się w przypadku zatrzymania, jak uzasadniać swoje zachowanie, jakie transparenty nosić przez przypadek przechodząc w przypadkowym miejscu, itd, itp. Nawet niedawny Białystok był imponującym spektaklem socjotechnik. Z uwagi na to, że materiałów wystarczyłoby na książkę, wspomnijmy człowieka, który stanął z wózkiem z dzieckiem naprzeciw gotowego do interwencji kordonu policji lub rozpłakaną dziewczynę, która widząc aresztowanie jednego z gorliwych uczestników zawodziła „zostawcie ojca!” a do ludzi za plecami „policja znów ukradnie mu pieniądze”. Jeżeli ktoś zestawi takie działania z potocznym obrazem idącego na żywioł tępego kibola, to chcąc nie chcą będzie zmuszony nieco swoje poglądy zweryfikować.
Oczywiście pojawiło się domniemanie tzw. „sprawstwa kierowniczego” ze strony kilku działaczy PiS, tyle że zarzut ten oparto na zdjęciu, na którym ktoś stoi obok kogoś, gdy dla ewentualnego śledztwa lepsze byłoby nagranie co wówczas mówiono lub raczej co mówiono na długo przed tym zanim do protestów doszło. Nie dziwmy się jednak takim brakom, „tajemnica jest siostrą konspiracji”.

Ostatnia kwestia, którą chciałem poruszyć to propaganda uprawiana na własną rękę. Chyba każdy obecny opozycjonista miał w rodzinie kogoś, kto należał do zwycięskiej Solidarności (lub sam należał), co w mniemaniu niektórych jest równoznaczne z posiadaniem właściwych kompetencji i cech koniecznych do prowadzenia wielkich ruchów społecznych. Prawdę powiedziawszy, taki stan rzeczy jest spójny z dość popularnym przekonaniem o tym, że Polacy znają się na wszystkim, niezależnie czy jest to pilotowanie Tupolewa czy wchodzenie na szczyty Himalajów. W tak utalentowanym społeczeństwie przywódcą może zostać każdy, każdy może zostać wieszczem, każdy może zostać wielkim organizatorem i… zostaje. Problem w tym, że rzeczywistość często, szybko i dotkliwie weryfikuje takie kompetencje.

Odchodząc nieco od tematyki politycznej, ale pozostając przy propagandzie, Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne w 2017 zwróciło uwagę na pojawienie się nowego zaburzenia, które można byłoby roboczo nazwać „eko-depresją”. (…) Lęk ten wynika z rosnącej świadomości ekologicznej społeczeństwa oraz rosnącej troski o środowisko i otoczenie. Długotrwały stan bezradności wobec zachodzących zmian klimatycznych często prowadzi do fobii lub depresji.(…) i dalej (…) W badaniach skoncentrowano się na opisaniu objawów, jakie towarzyszą lękom – od zmartwień o losy świata, aż po gwałtowne ataki paniki. Psychologowie zaalarmowali, że w cięższych przypadkach lęk może przypominać stany, w których znajdują się ofiary klęsk żywiołowych (…).
Podając ten przykład chcę zwrócić uwagę na negatywny wpływ niekompetentnej, rozproszonej (chaotycznej) propagandy, która może mieć działanie przeciwskuteczne i zamiast motywować może obniżać morale – czy jest lepszy sposób na uziemienie wyznaczonych celów? Nie warto już chyba szerzej wspominać o tym, że straszenie potworem czającym się za rogiem jest skuteczne tylko kilka razy, a dość szybkim efektem jest zobojętnienie lub ironiczne traktowanie takich ostrzeżeń. W kraju, w którym każdy jest zawodowym propagandystą (bo ma internet) jest to poważny problem.

Można oczywiście powiedzieć, że opozycyjna nieudolność jest także jej pancerzem przed zarzutem sterowania i organizowania przez obce i wrogie siły, bo gdyby takie siły istniały i posiadały wystarczający potencjał to zapewne obecna polityczna rzeczywistość naszego kraju byłaby zupełnie inna. Jest to jednak szukanie szczęścia w nieszczęściu.


(źr. gr. IAAC Blog)

Reklamy