Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Sierpień, 2019

MASOWA INWIGILACJA – CZY ISTNIEJE

Gdyby ktoś starał się przekonać Was, że ukrywa słonia w pudełku po butach, to zapewne w większości uznalibyście taką deklarację za mocno naciąganą. Nasza niewiara wynikałaby ze zwykłej świadomości rozmiarów słoni i pudełek. Jednak w zetknięciu z pojęciem „masowej inwigilacji” dzieje się odwrotnie. Jest to zrozumiałe gdyż arkana technologii cyfrowych są wciąż postrzegane jako rodzaj czarnej magii. Brak danych o możliwościach sprzętu z którego na co dzień korzystamy zastępujemy różnorodnymi wyobrażeniami i tu mówiąc wprost – potrafimy nieco przeszacować. Gdybyśmy jednak potrafili dokonać w pełni miarodajnych szacunków, to – co czasem zdarza się – błędem byłoby wysnucie wniosku, że skoro w pudełku nie ma słonia to znaczy, że nie ma w nim zupełnie niczego.

Strona praktyczna

Kupujemy nową kamerę i kręcimy wszystko na co mamy ochotę. Zapewne dość szybko zdamy sobie sprawę z tego, że pamięć kamery jest ograniczona, dlatego zakupimy kolejne karty pamięci lub zaczniemy kasować to co uznaliśmy za zbędne. Miniaturyzacja potrafi miło zaskoczyć (skoro na karcie pamięci wielkości paznokcia możemy zapisać zawartość wielkiej biblioteki) dlatego możemy słusznie założyć, że filmy dokumentujące wybrane zdarzenia z 10 lat naszego życia zmieścimy bez problemu w paczce po zapałkach. To niewiele i zapis 10 lat życia miliona osób zająłby powierzchnię miliona paczek po zapałkach czyli gdyby ustawić je na sobie to powstałby słupek o wysokości 10 km. Zmagazynowanie takiej ilości danych jest osiągalne (np. dla rządów) zarówno pod względem miejsca przechowywania i kosztów. Zdecydowanie mniej osiągalny jest – zdałoby się banalny – cel pt.: „kto miałby to przeglądać?” (a wspomnijmy, że te milion osób każdego dnia dostarcza kilka nowych paczek). Oczywiście nie musimy zakładać, że rząd musiałby zatrudnić liczbę analityków równą (a nawet większą) liczbie inwigilowanej populacji, gdyż mamy przecież „sztuczna inteligencję”, tylko że możliwości sztucznej inteligencji również potrafimy nieco przeszacować. Uprzedzając zastrzeżenia, tak, owszem, „masowa inwigilacja” jest teoretycznie możliwa, jednak „możliwość” a więc prawdopodobieństwo np. wygranej w lotto to nie to samo co odebranie wygranej (tym także różni się matematyka od fizyki).

Czy wiecie, że na oceanach dryfują wyspy plastikowych śmieci, a jedna z takich wysp ma wielkość Francji? Nie jest to agitacja ekologiczna – choć tej również należałoby poświęcić trochę miejsca – tylko zwrócenie uwagi na to, że człowiek generuje całkiem sporo śmieci także w obszarze cyfrowym. Właściwie, to nie minąłbym się z prawdą, gdybym stwierdził, że produkujemy głównie śmieci, skoro np klienci serwisów komputerowych prosząc o „wgranie nowego systemu” zastrzegają, że można skasować wszystko, tylko jedynie zdjęcia z wesela zostawić. Ktoś, kto projektowałby masową inwigilację zetknąłby się z podobnymi uwarunkowaniami. Można podejrzewać, że służb specjalnych nie interesuje 50 milionów półgodzinnych filmików pt. „krowa je”, „pies się bawi” lub „pociąg jedzie”. Odsianie tego co interesujące od tego co nieinteresujące wymaga możliwości obliczeniowych większych niż było potrzebnych do ich stworzenia. Skutek taki łatwo opisać problemem CERN, gdzie dane ze zderzeń są stale zbierane (koszty zbierania i przechowywania sięgają miliardów euro), lecz ich analiza zderza się z problemem ich …zakorkowania. Czyli mówiąc wprost jest ich nieco więcej niż można sensownie czy na bieżąco przetworzyć.

Powiecie, że obłudnie Was tutaj uspokajam, ale zadajmy sobie praktyczne pytanie, czy jakikolwiek rozumny inwigilator miałby ochotę ponosić koszty przeglądania wyspy śmieci o rozmiarach Francji w poszukiwaniu jednego patyczka higienicznego na którym znajduje się jakiś ślad w postaci DNA? Jeżeli przerzucenie takiej sterty odpadów kosztowałoby miliard dolarów to wcześniej czy później pojawi się myśl, czy nie byłoby łatwiej takiego patyczka zdobyć inną metodą np. za 10 dolarów? Jak słusznie domyślacie się, zmierzam do tego, że zdecydowanie łatwiej i taniej inwigilować jednego opozycjonistę, niż dwoić się i troić nad wyłuskaniem jednego opozycjonisty z danych kilkudziesięciu milionów ludzi (czyli w większości danych o których już wspomniałem, a więc typu „krowa je”, „pies się bawi” lub „pociąg jedzie”). Choć miały i mają miejsce pomysły masowego poszukiwania np. „niebezpiecznych słów” zostawianych np. w internecie (co z przyczyn technicznych jest o niebo prostsze niż analiza np. filmów lub audio), to osiągnięcia związane ze stosowania tej metody nie są spektakularne i nie będę już opisywał znanych (bo komicznych) przypadków w których FBI dopadło człowieka, który kupił szybkowar lub matkę przedszkolaka, która podzieliła się wrażeniem z bombowego przyjęcia w przedszkolu. Do tego, nikt przecież nie powiedział, że cel inwigilacji w ogóle korzysta z telefonu, komputera czy internetu w ramach realizowania swojej tajemnej misji. Oznacza to mniej więcej tyle, że w wyspie śmieci w ogóle nie musi znajdować się to czego szuka „wielki śledczy”. To zmienia trochę postać rzeczy – przyznajcie.

Pod lupą

Nośność mitu „masowej inwigilacji” ma nieco inne podłoże i wracamy tu do punktu: „w pudełku nie ma słonia, ale to nie znaczy, że nic w nim nie ma”. Uogólniając – internet zbiera o nas różne dane i jest to owe ziarno prawdy, na którym buduje się różne teorie. Do rozwoju tego obszaru przyczynił się rozwój „cyfrowego marketingu” i wprowadzić musimy tutaj nowe/stare pojęcie „śladu cyfrowego” (zetknąłem się również z nazwą „punkt informacji”). Nieszczególnie przepadam za spiskogennymi nazwami, w których można zmieścić wszystko, dlatego sprecyzujmy czym są i mogą być ślady cyfrowe. Śladem cyfrowym jest np. historia odwiedzanych witryn, śladem cyfrowym jest np. informacja o zakupionych produktach, oglądanych reklamach, polubieniach w Facebooku, dane o używanym oprogramowaniu. Śladem cyfrowym mogą być także nasze personalia, nasz wizerunek, PESEL, miejsce zamieszkania, stan zdrowia, powiązania rodzinne – czyli ogólnie wszystko co mądrze lub niemądrze zostawiamy w sieci. Takie dane nieco różnią się od danych na temat każdego naszego kroku o czym była mowa wcześniej. Danych tego rodzaju jest znacznie mniej a ich przetwarzanie jest stosunkowo proste.

Praktycznie nie wiemy jak wiele „internet” wie o nas i tu jak z pojemnością mikro kart pamięci możemy zostać zaskoczeni. Algorytmy przetwarzające ślady cyfrowe są w stanie stworzyć nasz w miarę poprawny profil fizyczno-psychologiczny i to na podstawie tej bardzo małej ilości danych. Taki profil nie musi być w 100% prawdziwy (i pełny), gdyż oprócz tego, że strasznie śmiecimy to i prawdy o nas, które zostawiamy w sieci nie zawsze są całkiem prawdziwe. Jednak nie da się ukryć, że algorytm potrafi wyłonić co nieco na nasz temat jak i na temat pewnych zbiorowych trendów. Tworzenie profili i trendów nazywamy psychografią lub psychometrią (oczywiście chodzi o cyfrową odmianę tych dziedzin). Jeden z psychologów a zarazem współtwórca algorytmów stwierdził, że można dowiedzieć się więcej o nas poznając preferencje naszych znajomych niż nas samych. Brzmi ciekawie i trudno taką deklarację podważyć. Gdy mamy wśród znajomych Owsiaka, Frasyniuka, Rzeplińskiego, Biedronia i Sorosa to raczej mało prawdopodobne jest, że biegamy po mieście z flagą z krzyżem celtyckim i ryczymy coś o pedałowaniu. Takich historii o algorytmach jest wiele, ponoć stwierdzono m.in. związek np. antysemitów z sympatią do marki wafelków KiteKat.

Wielki regał zawierający skany naszych dowodów tożsamości z dopiętymi załącznikami o tym co lubimy a czego nie, stanowi jakieś źródło wiedzy o nas. Zaciera się granica pomiędzy danymi osobowymi, danymi prywatnymi lub niespersonalizowanymi identyfikatorami klienta ale podkreślmy jedno – trudno taki zbiór danych nazwać inwigilacją podobną do tej prowadzonej np. przez służby, które dysponują większością takich danych zanim w ogóle przystąpią do działań operacyjnych.
Nie oznacza to, że te dane to dane śmieciowe. Można wykorzystać je w kampaniach reklamowych a co ostatnio nieco smutne – także w kampaniach politycznych. Znając preferencje czy oczekiwania wyborców można uszyć np. „doskonały” program polityczny oraz wiedzieć komu podsunąć go pod nos, by wiedział na kogo głosować.

W pewnym sensie to nic nowego. Handlowcy i politycy od lat starają się poznać preferencje ludzi. Lata temu narzędziem służącym temu były sondaże, dziś narzędziem stał i staje się internet. Problematyczna różnica polega na tym, że dziś nie bardzo wiemy, że ktoś nas bada, jak i kiedy z tego korzysta. Pewne jest to, że zainteresowani nami nie wyciągają od nas więcej niż sami w sieci zostawiamy (celowo wyłączam tu działania hakerów, którzy działają raczej jak służby niż marketerzy).

Podsumowując. W pudełku nie ma słonia o imieniu „Masowa Inwigilacja”, natomiast jest w nim kot o imieniu „Masowe Profilowanie” i jest z nim trochę jak ze znanym kotem Schrödingera, o którym nie za bardzo wiemy czy jest żywy czy martwy. Jak dotąd nie udało się określić konkretnego wpływu jaki można za jego pomocą wywrzeć np. na proces wyborczy. Wiemy jedynie, że taki wpływ istnieje lub ma miejsce. Gdy znajdziemy odpowiedź na to pytanie, zdecydowanie łatwiej będzie stworzyć regulacje, określić ramy legalności.
Choć może będzie już za późno? 😉

Reklamy

ZAUFANIE

Nie wiem ile razy można odkrywać Amerykę, ale pewnie dość często, a tym częściej, gdy obserwowanie świata wokół odbiera pewność czy Amerykę na pewno odkryto. Być może brzmi trochę tajemniczo, jednak kilka sytuacji z kilku różnych obszarów znów ułożyło się w zgrabną historię, którą pozwolę sobie Wam przedstawić.

Radio TokFM, wzorując się na Guardianie, postanowiło zaostrzyć ton wypowiedzi związanych z ocieplaniem klimatu wierząc, że pomoże to w przełamaniu ludzkiego sceptycyzmu czy tzw. „denializmu”. Nie pamiętam już zaproponowanego słowniczka mającego wspomóc ten proces, ale chodziło mniej więcej o to, by zamiast „zmiany klimatyczne” stosować pojęcie „katastrofa klimatyczna”. Nie musiałem długo czekać, by pojawiły się komentarze – nie przeczę – bliskie mojemu nastawieniu do tego pomysłu. Ktoś ironicznie zagaił „a może klimatyczny holokaust?”.
Sam napisałem coś o utopijnej wierze radiowców w sprawczą moc słów, o tym, że podkręcanie „głośności” może robić wrażenie „czegoś robienia” choć to aktywność pozorna i wreszcie: „To jak ma to teraz być:
– Co zrobiliście dla walki z globalnym ociepleniem?
– Zaostrzyliśmy nazewnictwo!”.
Prawdę mówiąc przez chwilę miałem wrażenie że się czepiam, bo skąd wiem, że to nie przyniesie skutku, choć z drugiej strony czułem przez skórę, że sedno konfliktu tkwi gdzie indziej, że ludzi niepokoi wizja zamykania kopalń czyli związane z tym bezrobocie, zapaść gospodarcza górniczych regionów. Pomijanie tego tematu pogłębia tylko podejrzliwość, opór lub wyparcie. Dziad o gruszce a baba o pietruszce, trudno rokować sukces głośniejszego czy dosadniejszego mówienia o którymś z warzyw gdy nie ma płaszczyzny porozumienia. Ale to jeszcze nie najważniejsze w tym tekście.

By podbić nieco napięcie jak u Hitchcocka dodam, że podobnie potraktowałem decyzję jednego z przyjaciół-znajomych, który uznał, że czas skończyć z intelektualnym gadaniem a czas zacząć mówić wprost „PIS Wy****lać!!!”. Tu zaproponowałem wzmocnienie przekazu marszczeniem brwi co powinno zdecydowanie przyspieszyć upadek PiSu.

Bo na czym to właściwie polega? Otóż w obu przypadkach (i kilku innych, do których nawiążę) chodzi o bardzo proste słowo, o którym – jak o tym, że Ameryka została odkryta – nieco zapomnieliśmy. To słowo to „zaufanie”.
Osoba której ufam może mi powiedzieć coś szeptem i to wystarczy, gdy nawet darcie ze mnie pasów w celu przekonania mnie do jakiejś racji przez osobę, której nie ufam nie przyniesie skutku. Perswazja (podnoszenie głosu, niekiedy perswazja upaństwowiona) daje efekt krótkotrwały. Można kogoś zakrzyczeć, wyszydzić, zawstydzić, zastraszyć ale w głębi duszy on i tak będzie swoje wiedział, a gdy tylko poczuje okazję da temu upust.
Zupełnie inaczej dzieje się gdy perswazję zastąpi zaufanie, zaufanie otwiera zupełnie inne, głębsze wrota.

I owszem, tu i ówdzie dostrzegany jest ten element i przebąkuje się coś o konieczności odzyskania zaufania wyborców, pacjentów, uczniów, jednak ten proces idzie koślawo o ile w ogóle. Dzieje się tak, gdyż okoliczności są specyficzne. Można naprawdę robić wiele dla budowania swojego wiarygodnego wizerunku, ale niewiele należy oczekiwać, gdy wielokrotnie większa grupa ludzi będzie działać na rzecz unurzania tego wizerunku w błocie.

O niszczeniu zaufania

Możecie się nie zgadzać, ale powtórzę swoją starą mantrę: „winny jest internet”. Żadne inne medium nie wpłynęło tak głęboko na podważenie zaufania do ludzi czy instytucji cieszących się jako takim autorytetem i zaufaniem. Ucierpiały polityka, państwo, medycyna, nauka. W internecie plotka nabrała prędkości turbo i stała się faktem, to w internecie ludzie znikąd i bez dorobku stali się przewodnikami tłumów a manipulacja sięgnęła perfekcyjnych poziomów. Wyobraźcie sobie człowieka, który poświęca 20 lat na badanie zmian klimatycznych, który dzieli się swoją wiedzą, gdy pada magiczne: „ale przecież ten gość donosił na katolików w PRL”. Wyobraźcie sobie lekarza z 30-letnim stażem, który mówi o tym co myśli i co wie o szczepionkach, gdy pada magiczne: „ten gość jest skorumpowany przez przemysł farmaceutyczny!”. Mógłbym wymienić tu wiele podobnych zarzutów dając pod namysł ich niezwykłą lepkość (skuteczność).

Gra polskimi (a może ogólnoludzkimi) uprzedzeniami, lękami, jest naprawdę skuteczna. Niegdyś, wystarczało wskazanie na Żydów jako nosicieli tyfusu i wszawicy, by zbudować lub pogłębić społeczny dystans lub wprost odrazę. Ale to nie koniec, ta operacja zataczała kolejne kręgi działając już niczym perpetuum mobile, gdyż ci którzy w imię honoru i zasad postanawiali trwać przy Żydach, stawali się dla otoczenia potencjalnymi nosicielami zarazy przez sam kontakt ze „źródłem zła”. Dziś rolę wszy i tyfusu pełnią „podejrzane idee”: gender, LGBT, ekologia za którymi ma stać sam Lucyfer i apokalipsa, a więc cały ten spisek – „marksizm kulturowy”.
Kto zna listę polskich uprzedzeń ten zna klucz do polskich serc (statystycznych) i jest w stanie spokojnie zarządzać społecznym zaufaniem. Korupcja, donosicielstwo, żydostwo, „lewactwo”, niepowszechne preferencje seksualne, zdradzieckość. Fenomenalne w swojej prostocie zarzuty, nie do obalenia, gdyż jak obalić zarzut brania w łapę? Przecież to tak jak tłumaczyć się z tego, że nie miało się kontaktów cielesnych z diabłem.

O budowaniu zaufania

Smuci, że XXI w. wszystko co zostało powiedziane wcześniej działa, ale czy są wyjścia? Poszukiwania sposobu odbudowy zaufania w obecnych realiach przypominają poszukiwania świętego Graala. W jakimś stopniu zrozumiała jest towarzysząca temu bezsilność, która podpowiada, że może dałoby się zakrzyczeć swoją niemoc, zaostrzyć kurs, zakląć los pozorem działania na rzecz tego co ważne, ale to chroni chyba tylko przed szaleństwem.

Wbrew pozorom święty Graal istnieje, tylko musimy sięgnąć do podstaw, podstaw które logika nie wiedzieć czemu omija. Zastanówcie się, komu i dlaczego łatwiej nam zaufać? Na płaszczyźnie czysto ludzkiej zaufamy tym którzy podali nam rękę w trudnej chwili, którzy uczynili jakiś niewielki gest, którzy wzięli nas w obronę, byli obecni, zapewnili bezpieczeństwo, którzy zostali przy nas nawet gdy zrobiliśmy coś złego. Nie zaufamy tym, którzy napinają się i krzyczą, że są warci zaufania (tym jeszcze mniej skłonni będziemy zaufać), nie zaczniemy ufać tym, którzy szantażują nas twierdząc, że nasz brak zaufania do nich jest skutkiem naszych problemów z piątą klepką. Jesteśmy gotowi zaufać tym, którzy coś dla nas bezpośrednio zrobili lub przynajmniej potrafili nas przekonać, że to zrobili a do tego z potrzeby serca. Obecnie i nierzadko mamy ufać tym, którym nie powierzylibyśmy kluczy od domu.
Jest nad czym popracować.

Zostań bohaterem codzienności.
Na zdjęciu nowojorski policjant kupił buty bosemu bezdomnemu.

NA WŁASNĄ RĘKĘ…?

Prawdę mówiąc, pisanie o niezorganizowanym oporze, ma w obecnej chwili wiele wspólnego z „Polak mądr po szkodzie…”, jednak na swoje usprawiedliwienie mam to, że szkoda do póki nie zaistnieje jest tylko możliwością, gdy szkoda zaistniała staje się faktem. Z faktami pracuje się zdecydowanie lepiej, dlatego pozwólcie, że pozostawię kilka myśli.

Choć od wielu lat wspomina się tu i ówdzie o wątpliwej skuteczności „pospolitego ruszenia” zgrabnie opisanego przez klasyka: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i? – jakoś to będzie!”, to wciąż nie podchodzimy do instytucji „pospolitego ruszenia” z rozsądną dozą dystansu, wciąż traktujemy takie „zrywy” z pewnym szacunkiem i sentymentem. Poniekąd rzecz można zrozumieć, gdyż w każdej dobrej bajce w odpowiedniej chwili przybywa kawaleria, odsiecz lub co w tym tekście ważniejsze „ludzie się ruszą” czyli nie pozwolą na to czy na tamto. Jednak tylko w bajkach wszystkie takie historie kończą się zwycięstwem. W życiu bywa różnie i w pewnym sensie zabawne jest, że samo podważanie „husarskiej natury i zdolności” Polaków, wiązać się może z podejrzeniami o antypatriotyzm, agenturalność czy postradanie zmysłów. Mimo to zaryzykuję.

Moje wątpliwości związane ze skutecznością „ludowych zrywów” wynikły m.in. z dość banalnego powodu. W opracowaniach historycznych dotyczących różnych konfliktów zbrojnych (nie tylko polskich), zawsze intrygowało mnie coś czego wcześniej w ogóle nie brałem pod uwagę, a były to kwestie zaopatrzenia. Napotykając dokumenty związane z tą kwestią, przestawałem widzieć wojnę z perspektywy heroizmu pola walki a zaczynałem rozumieć, jak żołnierze na pole walki w ogóle trafili a do tego skąd brali do walki siły. Gdzieś za pięknymi ideałami stał ściśle zorganizowany „przemysł”, którego rozmiary uświadamiały mi, że przeciętna wojna lub bitwa nie były skutkiem skrzyknięcia się przypadkowych ludzi stojących w obliczu jakiegoś zagrożenia. Tuż obok kwestii zaopatrzenia pojawiał się temat propagandy (w tym neutralnym znaczeniu) – również magiczny obszar. Niemal każda organizacja była zaopatrzona w „wydział propagandy”, który szczegółowo określał co mówić, czego słuchać i co myśleć a przekaz był kierowany tak do „swoich” jak i „obcych” (choć oczywiście nie ten sam). Moja idealistyczna naiwność przechodziła trudną próbę.

Nie chcę tu powiedzieć, że „my tego nie wiemy”. Wiemy, wiemy o tym, że ktoś pociąga za sznurki, tylko mało wiemy o tym z czego te sznurki są zrobione i co siedzi w głowie animatorów. Chcąc lepiej zilustrować problem odpowiedzcie sobie intuicyjnie na pytanie, kto stworzył ISIS (Państwo Islamskie)? W dość popularnym rozumieniu jest to zryw przepełnionych fanatyczną nienawiścią, tępych i niecywilizowanych sympatyków kóz, którym zamarzyło się panowanie nad światem. Gdy dołączmy pytanie o przywództwo tu będzie już trudniej, choć wykręcimy się wskazaniem na religię, natomiast pytanie o „strukturę” pozostanie poza zasięgiem większości. Scalmy teraz ten obraz z rzeczywistością, w której tępy (choć religijny) sympatyk kóz posługuje się najnowszą wojskową technologią komunikacyjną i bronią, potrafi przez lata wodzić za nos najlepsze armie świata, wydaje technicznie bezbłędną prasę, potrafi wstrząsnąć internetem, przejmuje kontrolę nad znajdującym się w jego zasięgu przemysłem wydobywczym a do tego potrafi plony wydobycia sprzedać na całym świecie. Trochę dużo, jak na nierozgarniętego sympatyka kóz.

I oczywiście tu również możemy powiedzieć, że o tym wiemy, ale to wciąż tylko piana na wierzchu kufla. Weźmy Ukrainę, bardzo szybko zrozumieliśmy, że spontaniczny zryw utożsamiających się z Rosją górników w Donbasie to mało przekonująca opcja, gdy owi górnicy nagle stają się specjalistami w obsłudze nowoczesnego wojskowego sprzętu. Tu nie mieliśmy problemu ze zlokalizowaniem „siły sprawczej” czyli Rosji, ale pojawił się mały problem, gdyż tej oczywistości za nic nie jesteśmy w stanie udowodnić, ba, nie tylko my, bo i decydenci tego świata mają z tym problem. (W przypadku ISIS, dopiero po latach ustalono, że w grupie pociągających za sznurki znajdują się kompleksowo wyszkoleni – także w dziedzinie propagandy – byli oficerowie armii irackiej).

Mógłbym wymienić całą masę przykładów (także pozytywnych np. Ruch Praw Obywatelskich M.L.Kinga), w których pozornie spontaniczne pospolite ruszenia okazywały się skutecznie dowodzonymi i zorganizowanymi akcjami. Tu oczywiście trafiamy na „śliski grunt”, gdyż może pojawić się zarzut, że „Solidarność”, „Euromaidan”, „KOD”, etc. były organizowane przez ciemne siły z USA, Niemiec czy innych podejrzanych ośrodków. Cóż, przy tym punkcie poznajmy jeden z kluczowych w propagandzie elementów: „zarzuć przeciwnikowi to co sam robisz” (a każdy chyba słyszał o tym, że KOD – a nawet cała opozycja – to organizacja terrorystyczna finansowana i zarządzana przez Sorosa?).

Zestawmy teraz to co zostało pokrótce powiedziane z naszą polską rzeczywistością. Jeszcze nie tak dawno, tysiące pełnych zapału ludzi wychodziło na ulice, krzyczało do obojętnych „chodźcie z nami!”, lecz mijał dzień lub dwa i ten zapał zanikał, o braku efektów nie wspominając. Nagle okazywało się, że pospolite ruszenie znacznie lepiej miałoby się gdyby posiadało środki transportu, namioty lub żywność potrzebną na dłuższy protest czy choćby wodę mineralną na upalne dni. Nagle okazywało się, że nie ma jakiejś wiodącej idei, choć nawet gdy namiastka takowej istniała to nie istniała „bibuła” (prasa podziemna), nie istniał nikt kto potrafił przekonująco powiedzieć ludziom „wytrwajcie” a wsłuchując się w żarliwe wystąpienia mówców, można było zadać sobie pytanie: „wszystko pięknie, tylko kto mi da wolne?”. Można powiedzieć, że wszelkie wymienione i niewymienione braki próbowano łatać na bieżąco (tu dopiero można wspomnieć o udziale partii opozycyjnych, które starały się przejąć kontrolę nad owym „pospolitym ruszeniem” – autobusy, estrady, itd).
Potencjalnie rzecz można porównać do planu zbrojnego przejęcia miasta z myślą, że broń konieczną do tego przejęcia pozyska się na miejscu np. atakując jakiś miejscowy magazyn broni. Czy ma to szanse powodzenia? W teorii.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja „po drugiej stronie barykady”, kiedy statystyczny kibic doskonale wie co krzyczeć i mówić widząc kamerę, jak reagować na wrogich dziennikarzy czy dokumentalistów, jak zachowywać się w przypadku zatrzymania, jak uzasadniać swoje zachowanie, jakie transparenty nosić przez przypadek przechodząc w przypadkowym miejscu, itd, itp. Nawet niedawny Białystok był imponującym spektaklem socjotechnik. Z uwagi na to, że materiałów wystarczyłoby na książkę, wspomnijmy człowieka, który stanął z wózkiem z dzieckiem naprzeciw gotowego do interwencji kordonu policji lub rozpłakaną dziewczynę, która widząc aresztowanie jednego z gorliwych uczestników zawodziła „zostawcie ojca!” a do ludzi za plecami „policja znów ukradnie mu pieniądze”. Jeżeli ktoś zestawi takie działania z potocznym obrazem idącego na żywioł tępego kibola, to chcąc nie chcą będzie zmuszony nieco swoje poglądy zweryfikować.
Oczywiście pojawiło się domniemanie tzw. „sprawstwa kierowniczego” ze strony kilku działaczy PiS, tyle że zarzut ten oparto na zdjęciu, na którym ktoś stoi obok kogoś, gdy dla ewentualnego śledztwa lepsze byłoby nagranie co wówczas mówiono lub raczej co mówiono na długo przed tym zanim do protestów doszło. Nie dziwmy się jednak takim brakom, „tajemnica jest siostrą konspiracji”.

Ostatnia kwestia, którą chciałem poruszyć to propaganda uprawiana na własną rękę. Chyba każdy obecny opozycjonista miał w rodzinie kogoś, kto należał do zwycięskiej Solidarności (lub sam należał), co w mniemaniu niektórych jest równoznaczne z posiadaniem właściwych kompetencji i cech koniecznych do prowadzenia wielkich ruchów społecznych. Prawdę powiedziawszy, taki stan rzeczy jest spójny z dość popularnym przekonaniem o tym, że Polacy znają się na wszystkim, niezależnie czy jest to pilotowanie Tupolewa czy wchodzenie na szczyty Himalajów. W tak utalentowanym społeczeństwie przywódcą może zostać każdy, każdy może zostać wieszczem, każdy może zostać wielkim organizatorem i… zostaje. Problem w tym, że rzeczywistość często, szybko i dotkliwie weryfikuje takie kompetencje.

Odchodząc nieco od tematyki politycznej, ale pozostając przy propagandzie, Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne w 2017 zwróciło uwagę na pojawienie się nowego zaburzenia, które można byłoby roboczo nazwać „eko-depresją”. (…) Lęk ten wynika z rosnącej świadomości ekologicznej społeczeństwa oraz rosnącej troski o środowisko i otoczenie. Długotrwały stan bezradności wobec zachodzących zmian klimatycznych często prowadzi do fobii lub depresji.(…) i dalej (…) W badaniach skoncentrowano się na opisaniu objawów, jakie towarzyszą lękom – od zmartwień o losy świata, aż po gwałtowne ataki paniki. Psychologowie zaalarmowali, że w cięższych przypadkach lęk może przypominać stany, w których znajdują się ofiary klęsk żywiołowych (…).
Podając ten przykład chcę zwrócić uwagę na negatywny wpływ niekompetentnej, rozproszonej (chaotycznej) propagandy, która może mieć działanie przeciwskuteczne i zamiast motywować może obniżać morale – czy jest lepszy sposób na uziemienie wyznaczonych celów? Nie warto już chyba szerzej wspominać o tym, że straszenie potworem czającym się za rogiem jest skuteczne tylko kilka razy, a dość szybkim efektem jest zobojętnienie lub ironiczne traktowanie takich ostrzeżeń. W kraju, w którym każdy jest zawodowym propagandystą (bo ma internet) jest to poważny problem.

Można oczywiście powiedzieć, że opozycyjna nieudolność jest także jej pancerzem przed zarzutem sterowania i organizowania przez obce i wrogie siły, bo gdyby takie siły istniały i posiadały wystarczający potencjał to zapewne obecna polityczna rzeczywistość naszego kraju byłaby zupełnie inna. Jest to jednak szukanie szczęścia w nieszczęściu.


(źr. gr. IAAC Blog)