O HISTORII PISANEJ NA NOWO

Lech Kaczyński pił wódkę z Kiszczakiem w Magdalence (ale się nie fraternizował), wybory 4 czerwca odbyły się (ale to nie były wybory, lecz kontrakt polityczny z Jaruzelskim, w którym elity gotowe były unieważniać wybory, których wyniki nie odpowiadały elitom), Komorowski rzeczywiście został skazany za zorganizowanie obchodów Święta Niepodległości w 1979 (ale aresztowanie Komorowskiego było jedynie przykrywką dla przeprowadzenia z nim kontaktu operacyjnego, który w innych warunkach mógłby wzbudzić podejrzenia)…

Można wymieniać długo i przyznam się, że w jakiejś części przypadków (a może we wszystkich?) pozostaję bezradny, nie byłem w danym miejscu, nie słyszałem rozmów, nie siedziałem w czyjejś głowie, nie wiem które dokumenty służb zostały sfałszowane a które są prawdziwe. Stosowanie „argumentum ad ignorantiam” czyli odwoływanie się do niewiedzy adresata przekazu – a w tym przypadku mające na celu (przynajmniej) zasianie wątpliwości – to technika święcąca obecnie swój złoty okres. Stosują ją nagminnie wszelkiej maści szarlatani i naciągacze, którzy doskonale wiedzą, że ludziom niewyspecjalizowanym w danej dziedzinie, potencjalnie można wcisnąć wszystko. Jednak to nie jest takie proste, a przynajmniej w każdym przypadku.

Czasem trudno znaleźć specjalistę, który potwierdzi lub zaprzeczy słowom pani A, która w prywatnej rozmowie powiedziała pani B, że amerykańska partia komunistyczna wprowadziła (w pierwszej połowie ubiegłego wieku) do amerykańskiego kościoła katolickiego 1100 gejów, ateistów i zwykłych niemoralnych ludzi, by dokonywali rozkładu kościoła od środka. Pani A była znaczącą postacią w amerykańskim ruchu komunistycznym, więc wedle norm które powszechnie uznajemy jest wiarygodna, nawet gdy o opisanej operacji nie zachował się żaden inny ślad. Gdy pani A, zeznając nieco wcześniej przed senacką komisją twierdziła pod przysięgą, że amerykański ruch komunistyczny infiltrował w ten sposób związki zawodowe i środowiska nauczycielskie, to teza o ewentualnym choć przemilczanym infiltrowaniu kościoła nabiera jeszcze silniejszej „aury” wiarygodności…
Zastanawiając się nad tym (pytając o cel wyciągnięcia przez kogoś tego tematu teraz, w Polsce), można odnieść wrażenie, że sensem spiskowej opowieści jest wykazanie, że za wszelkie potknięcia kościoła odpowiada komunistyczna agentura działająca w jego wnętrzu a nie sam kościół, a więc realny wróg jest gdzieś indziej, poza kościołem, gdzieś w bijącym ukrytym źródle marksizmu kulturowego, a więc wśród „zdrajców narodu”, a więc opozycji.
Chyba prawdziwym szczęściem w nieszczęściu jest to, że opowieść pani A, nie przebiła się z drugiego obiegu do głównego nurtu, zapewne z tego powodu, że agenturalność należałoby przypisać także hierarchom, którzy tuszowali przypadki m.in. pedofilii, a tu należałoby dotknąć kilku „uświęconych” nazwisk.

Zdecydowana większość takich opowieści opiera się na identycznym schemacie (pełna lista nielojalnych chwytów erystycznych, błędów logicznych, użycie fałszywego autorytetu). Choć potrafimy ów schemat wypatrzyć – co zapewne pozytywnie wpływa na zbudowanie umiarkowanego sceptycyzmu wobec tego typu rewelacji – to właściwie nie mamy nic więcej, dotykamy zaledwie powierzchni i na jej podstawie budujemy osąd.
O ile walka z wyjątkowo prymitywnymi mitami przynosi jakieś efekty (łatwo je podważyć), tak z bardziej przemyślanymi mitami politycznymi jest znacznie trudniej, nie potrafimy dotrzeć do prawdy. Co właściwie wiemy o ustaleniach zachodzących w zaciszu gabinetów? Co wiemy o rozmowach dwóch polityków siedzących w łódce pośrodku jeziora? Co wiemy o działalności wywiadów? Skąd możemy wiedzieć, czy ktoś pijąc wódkę mentalnie fraternizował się lub nie ze współbiesiadnikiem?

W amerykańskim sądownictwie, decydujący głos posiada ława przysięgłych. Obiektywnie, ława przysięgłych nie przesądza o zgodności werdyktu z faktycznym stanem rzeczy (prawdą), jej werdykt zasadniczo odzwierciedla to, która ze stron sporu (oskarżenie/obrona) wzbudziła jej większe zaufanie, która za stron bardziej przekonała przysięgłych. To nie jest najbardziej komfortowa czy satysfakcjonująca sytuacja. Niekiedy niezwykle dobry materiał dowodowy stawał się bezużyteczny wobec „narracji” obrońców, choć zdarzało się też, co w przypadku podjętego dziś tematu jest szczególnie ważne, że o werdykcie przesądziło pytanie: dlaczego w takim razie, tak szlachetny i nieskazitelny oskarżony tyle razy kłamał w trakcie składania zeznań?

My, jako obywatele jesteśmy taką ławą przysięgłych. W przypadku, gdy nie możemy dotrzeć do pełnej prawdy, to odwołując się do poszlak, dowodów pośrednich, życiorysów, sumień czy wyznawanych wartości możemy stwierdzić, co uważamy za wiarygodne i dlaczego uważamy nasz osąd za sprawiedliwy. Zawsze, nawet gdy nasz osąd okaże się chybiony, możemy przypomnieć o argumencie, który za nim stał: dlaczego kreujący się na tego nieskazitelnego kłamał tak wiele razy?

Reklamy