CZY JA SIĘ CIESZĘ?

by romskey

Przyznam się Wam, że zaczynam chyba piątą notkę, w której chciałbym podzielić się z Wami jakimiś myślami, ale po kilku chwilach zapadam się w oparcie fotela i pytam sam siebie: „Ale co tu właściwie pisać? Książkę mam napisać? Co to zmieni?”. O wiele korzystniejszą opcją od próby streszczenia ponad 10 lat wydaje się włączenie ratunkowego „co-mnie-to-obchodziejstwa” i zajęcie się czymś prywatnie pożytecznym.

Dawno…

Polityczne emocje przestały mnie dotyczyć gdzieś po 2010 roku. Pamiętam ten przełom, kiedy na ulicach Warszawy rozpoczęły się przepychanki dwóch zwaśnionych plemion a służby porządkowe nie reagowały gdy grupa agresywnych, rozochoconych narodowo-konserwatywnych aktywistów huśtała oddzielającą plemiona barierką. Dopadała mnie myśl: „przecież gdy ta barierka runie i dojdzie do rękoczynów, nikt nie zareaguje, w co ja się pakuję?”. I nagle, za tą myślą spłynął na mnie jakiś trudny do opisania spokój, spojrzałem na wszystko z dystansu. Poczułem, że mógłbym teraz spokojnie wejść w tłum tych, których chwilę wcześniej postrzegałem jako wrogów. Stali się mi obojętni i vice versa. Wyłączyłem się. To było dziwne. Wściekłość na PO, która nie potrafi zareagować na napór agresywnej, wymachującej pięściami dziczy ryczącej coś o mordercach w kierunku zwykłych ludzi sprawiła, że pomiędzy mną a rządzącymi wyrósł mur. Przestałem być uczestnikiem.
– Czy rządzący są w stanie obronić demokrację, skoro nie są w stanie poradzić sobie z czymś takim?

Wielokrotnie próbowałem racjonalizować (a może usprawiedliwiać) zachowanie władzy. Być może nie chciano by porównano służby porządkowe do ZOMO, nie chciano by w świat popłynął obraz państwa, które pałuje obywateli, nie chciano eskalować agresji? Tylko znajmy granice! Czy władza chce udawać, że nic się nie dzieje, że jest świetnie, że mamy tylko sukcesy, że Polska to normalny, europejski kraj? Czy władza niczym dyrekcja szkoły robi wszystko, by nie wyszło na jaw, że w szkole jedne dzieciaki zatłukły innego dzieciaka? W gruncie rzeczy, czy odpowiedzi na te pytania powinny mnie obchodzić? Przecież wówczas miała miejsce atmosfera pogromowa, i to ja miałem być tym Żydem, żydokomuną i zdrajcą! Państwo nie robiło nic. Nie dało żadnego sygnału bojówkom, że państwo istnieje, że istnieją jakieś reguły, które będą twardo respektowane i egzekwowane.

Potem było tylko gorzej. Nie reagowano, gdy opozycyjne PiS wespół z kościołem głaskały swych nowych bohaterów, dawały im wsparcie, broniły, rozgrzeszały, przyznawały słuszność, „rozumiały emocje”, pochwalały, klepały po plecach i sugerowały „więcej, więcej”. Milcząca władza zdawała się przejmować narrację opozycji, że to jest właśnie demokracja bo to jest wolność słowa, wolność wyrażania przekonań. Czyżby? Na oczach władzy negowano prawo do polskości współobywatelom, nie widziano agresji, gróźb, zastraszania, rzucania fałszywych oskarżeń – czy to są przejawy demokracji? Kilku ludzi pytało mnie wówczas: „Czy to jest normalne, dlaczego nikt nie reaguje?”. Moja odpowiedź była niezwykle prosta: „Nie wiem, też tego nie rozumiem”.

Tam gdzie nie ma odpowiedzi pojawia się spiskowe myślenie i już wtedy przemykało mi przez myśl, że może na tym polega ta gra, by ludzie się bali, bo gdy ludzie przestaną się bać to przestaną głosować na PO! To wydawało się spójne, przecież zlikwidowanie zagrożenia sprawiłoby, że główny argument ochrony demokracji przez pisem runąłby, ludzie nie doświadczając „pisu” zapomnieliby o zagrożeniu i zaczęli głosować sobie na Palikotów czy innych. Ale „wróg wewnętrzny”? Wówczas i nawet dziś wydaje się mi to absurdalne, by potencjalnie demokratyczna partia sięgała po znane w ustrojach totalitarnych psychologiczne metody sprawowania władzy… jednak, to przecież polityka…

Byłem jednym z pierwszych kontestatorów straszenia pisem. Nie dlatego, że pis nie stwarzało zagrożeń dla demokracji, ale dlatego, że straszenie to stawało się nudne, żenujące, tym bardziej gdy miało zasłaniać wszystkie inne problemy. Gdy w chwilach spokoju, ludzie zaczynali przebąkiwać o tym, że to czy tamto nie działa najlepiej, że można coś zrobić inaczej lub zmienić, byli ignorowani, uciszani, pojawiał się generalny argument: „siedźcie cicho, bo przyjdzie pis!”. Niezły patent. W jakimś sensie działał, w jakimś sensie Platformie udało się zbudować mitologiczny związek „PO = demokracja” (brak PO = brak demokracji).
Jednak gdzieś obok, poczucie bezruchu w marszu po europejskość gęstniało. Choć politycy obozu rządzącego i prorządowe media zalewały nas grafikami rosnących słupków PKB i PKB per-capita, opowiadały o zielonej wyspie a wokół rozrastały się drogi, to obywatel średnio odczuwał to na stanie własnego portfela i w swoim osobistym życiu. Sam liberalizm PO stawał pod znakiem zapytania gdy podniesiono VAT, gdy rosła biurokracja. Nie chcę tu opisywać wszystkich czynników, które potęgowały zwątpienie i które można uznawać za uzasadnione lub nieuzasadnione. Lista mogłaby być bardzo długa, każdy jest w stanie taką listę stworzyć.

Strach i propaganda sukcesu przestawały działać. Próbą ratowania sytuacji i dostarczenia ludziom jakiejś idei były nowe „unijne” (a nawet globalne) liberalne pomysły. Brzmiało to mniej więcej tak: Słuchajcie kochani, klimat się ociepla, musimy chronić planetę (piękny dalekosiężny cel), więc zamknijmy kopalnie. Górnicy jakoś tam się przebranżowią albo pójdą na bezrobocie (przecież i tak mają dobrze), a my wtedy dokoptujemy do ich dzielnic 50 tys uchodźców (bo przecież z każdym tonącym na Morzy Śródziemnym Europa traci część swojej duszy). Gdy już sobie będą radośnie mieszkać razem, urządzimy im paradę równości (bo przecież równość to też piękna idea).
To chyba przerosło możliwości, nawet Niemców. I możemy mówić o tym, że siły „antydemokratyczne” nie próżnowały, że potęgowały lęki, że Rosja nie spała, jednak nie da się zaprzeczyć, że liberałowie stracili kontakt z rzeczywistością, przestali widzieć rzeczywistość z perspektywy przechodnia.
Choć głęboko szanuję i wierzę w piękną demokrację, w to że ludzie czują się wolni, różnorodni, solidarni, że rozwijają się, itd, itp. to widziałem jak nowe koncepcje działały na społeczeństwo, zarówno tych z szukających społecznego awansu, jak i tych którzy awansowali, ale utknęli w błocie. Gdyby ktoś zapytał: „Jak rozjuszyć ludzi, to właśnie tak”. Temat uchodźców, walki z kopalniami, „związki partnerskie” i szereg innych czynników stały się kluczowymi elementami kampanii wyborczych, dały wystarczającą motywację, w Polsce zwyciężyło PiS a w USA Trump. Wygrało najprostsze antidotum: zero uchodźców, ochrona miejsc pracy i energetyka oparta na węglu, żadnych zwyrodnialców. Znacie to skądś, z czyjegoś programu?

Dziś…

„Liberalny projekt na demokrację” został zweryfikowany przez rzeczywistość. Aspiracje klasy średniej nie doczekały się realizacji. Trwa właśnie prezentacja projektu „konserwatywno-narodowego”, powstaje nowa klasa średnia, w stylu tureckim czy Orbanowskim, socjalna, nie liberalna. PiS ma osiągnięcia, gospodarka nie runęła, nie powstały obozy koncentracyjne, ubytki na wolności czy sumieniu zostają skutecznie zapychane socjalnymi podarunkami, rzesza ludzi zaangażowała się politycznie (frekwencja) – to już cztery lata! Czasem słyszę: „Kurcze, żeby oni jeszcze tacy kościelni nie byli, parę groszy ludziom dali, więc idzie przeżyć”. Nietrudno o wniosek, że ogromna część zwolenników „dobrej zmiany” została stracona przez liberałów, którzy za mocno skoncentrowali się na czubkach własnych nosów.
Wbrew alarmistycznym zapowiedziom, władza PiS nie okazała się brakiem demokracji, oznacza inną demokrację, inny model. Ten również kiedyś dojdzie do ściany, dlatego pozostaję ze swoim marzeniem o demokracji, ale wreszcie bez przymiotników.

Reklamy