Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Maj, 2019

CZY JA SIĘ CIESZĘ?

Przyznam się Wam, że zaczynam chyba piątą notkę, w której chciałbym podzielić się z Wami jakimiś myślami, ale po kilku chwilach zapadam się w oparcie fotela i pytam sam siebie: „Ale co tu właściwie pisać? Książkę mam napisać? Co to zmieni?”. O wiele korzystniejszą opcją od próby streszczenia ponad 10 lat wydaje się włączenie ratunkowego „co-mnie-to-obchodziejstwa” i zajęcie się czymś prywatnie pożytecznym.

Dawno…

Polityczne emocje przestały mnie dotyczyć gdzieś po 2010 roku. Pamiętam ten przełom, kiedy na ulicach Warszawy rozpoczęły się przepychanki dwóch zwaśnionych plemion a służby porządkowe nie reagowały gdy grupa agresywnych, rozochoconych narodowo-konserwatywnych aktywistów huśtała oddzielającą plemiona barierką. Dopadała mnie myśl: „przecież gdy ta barierka runie i dojdzie do rękoczynów, nikt nie zareaguje, w co ja się pakuję?”. I nagle, za tą myślą spłynął na mnie jakiś trudny do opisania spokój, spojrzałem na wszystko z dystansu. Poczułem, że mógłbym teraz spokojnie wejść w tłum tych, których chwilę wcześniej postrzegałem jako wrogów. Stali się mi obojętni i vice versa. Wyłączyłem się. To było dziwne. Wściekłość na PO, która nie potrafi zareagować na napór agresywnej, wymachującej pięściami dziczy ryczącej coś o mordercach w kierunku zwykłych ludzi sprawiła, że pomiędzy mną a rządzącymi wyrósł mur. Przestałem być uczestnikiem.
– Czy rządzący są w stanie obronić demokrację, skoro nie są w stanie poradzić sobie z czymś takim?

Wielokrotnie próbowałem racjonalizować (a może usprawiedliwiać) zachowanie władzy. Być może nie chciano by porównano służby porządkowe do ZOMO, nie chciano by w świat popłynął obraz państwa, które pałuje obywateli, nie chciano eskalować agresji? Tylko znajmy granice! Czy władza chce udawać, że nic się nie dzieje, że jest świetnie, że mamy tylko sukcesy, że Polska to normalny, europejski kraj? Czy władza niczym dyrekcja szkoły robi wszystko, by nie wyszło na jaw, że w szkole jedne dzieciaki zatłukły innego dzieciaka? W gruncie rzeczy, czy odpowiedzi na te pytania powinny mnie obchodzić? Przecież wówczas miała miejsce atmosfera pogromowa, i to ja miałem być tym Żydem, żydokomuną i zdrajcą! Państwo nie robiło nic. Nie dało żadnego sygnału bojówkom, że państwo istnieje, że istnieją jakieś reguły, które będą twardo respektowane i egzekwowane.

Potem było tylko gorzej. Nie reagowano, gdy opozycyjne PiS wespół z kościołem głaskały swych nowych bohaterów, dawały im wsparcie, broniły, rozgrzeszały, przyznawały słuszność, „rozumiały emocje”, pochwalały, klepały po plecach i sugerowały „więcej, więcej”. Milcząca władza zdawała się przejmować narrację opozycji, że to jest właśnie demokracja bo to jest wolność słowa, wolność wyrażania przekonań. Czyżby? Na oczach władzy negowano prawo do polskości współobywatelom, nie widziano agresji, gróźb, zastraszania, rzucania fałszywych oskarżeń – czy to są przejawy demokracji? Kilku ludzi pytało mnie wówczas: „Czy to jest normalne, dlaczego nikt nie reaguje?”. Moja odpowiedź była niezwykle prosta: „Nie wiem, też tego nie rozumiem”.

Tam gdzie nie ma odpowiedzi pojawia się spiskowe myślenie i już wtedy przemykało mi przez myśl, że może na tym polega ta gra, by ludzie się bali, bo gdy ludzie przestaną się bać to przestaną głosować na PO! To wydawało się spójne, przecież zlikwidowanie zagrożenia sprawiłoby, że główny argument ochrony demokracji przez pisem runąłby, ludzie nie doświadczając „pisu” zapomnieliby o zagrożeniu i zaczęli głosować sobie na Palikotów czy innych. Ale „wróg wewnętrzny”? Wówczas i nawet dziś wydaje się mi to absurdalne, by potencjalnie demokratyczna partia sięgała po znane w ustrojach totalitarnych psychologiczne metody sprawowania władzy… jednak, to przecież polityka…

Byłem jednym z pierwszych kontestatorów straszenia pisem. Nie dlatego, że pis nie stwarzało zagrożeń dla demokracji, ale dlatego, że straszenie to stawało się nudne, żenujące, tym bardziej gdy miało zasłaniać wszystkie inne problemy. Gdy w chwilach spokoju, ludzie zaczynali przebąkiwać o tym, że to czy tamto nie działa najlepiej, że można coś zrobić inaczej lub zmienić, byli ignorowani, uciszani, pojawiał się generalny argument: „siedźcie cicho, bo przyjdzie pis!”. Niezły patent. W jakimś sensie działał, w jakimś sensie Platformie udało się zbudować mitologiczny związek „PO = demokracja” (brak PO = brak demokracji).
Jednak gdzieś obok, poczucie bezruchu w marszu po europejskość gęstniało. Choć politycy obozu rządzącego i prorządowe media zalewały nas grafikami rosnących słupków PKB i PKB per-capita, opowiadały o zielonej wyspie a wokół rozrastały się drogi, to obywatel średnio odczuwał to na stanie własnego portfela i w swoim osobistym życiu. Sam liberalizm PO stawał pod znakiem zapytania gdy podniesiono VAT, gdy rosła biurokracja. Nie chcę tu opisywać wszystkich czynników, które potęgowały zwątpienie i które można uznawać za uzasadnione lub nieuzasadnione. Lista mogłaby być bardzo długa, każdy jest w stanie taką listę stworzyć.

Strach i propaganda sukcesu przestawały działać. Próbą ratowania sytuacji i dostarczenia ludziom jakiejś idei były nowe „unijne” (a nawet globalne) liberalne pomysły. Brzmiało to mniej więcej tak: Słuchajcie kochani, klimat się ociepla, musimy chronić planetę (piękny dalekosiężny cel), więc zamknijmy kopalnie. Górnicy jakoś tam się przebranżowią albo pójdą na bezrobocie (przecież i tak mają dobrze), a my wtedy dokoptujemy do ich dzielnic 50 tys uchodźców (bo przecież z każdym tonącym na Morzy Śródziemnym Europa traci część swojej duszy). Gdy już sobie będą radośnie mieszkać razem, urządzimy im paradę równości (bo przecież równość to też piękna idea).
To chyba przerosło możliwości, nawet Niemców. I możemy mówić o tym, że siły „antydemokratyczne” nie próżnowały, że potęgowały lęki, że Rosja nie spała, jednak nie da się zaprzeczyć, że liberałowie stracili kontakt z rzeczywistością, przestali widzieć rzeczywistość z perspektywy przechodnia.
Choć głęboko szanuję i wierzę w piękną demokrację, w to że ludzie czują się wolni, różnorodni, solidarni, że rozwijają się, itd, itp. to widziałem jak nowe koncepcje działały na społeczeństwo, zarówno tych z szukających społecznego awansu, jak i tych którzy awansowali, ale utknęli w błocie. Gdyby ktoś zapytał: „Jak rozjuszyć ludzi, to właśnie tak”. Temat uchodźców, walki z kopalniami, „związki partnerskie” i szereg innych czynników stały się kluczowymi elementami kampanii wyborczych, dały wystarczającą motywację, w Polsce zwyciężyło PiS a w USA Trump. Wygrało najprostsze antidotum: zero uchodźców, ochrona miejsc pracy i energetyka oparta na węglu, żadnych zwyrodnialców. Znacie to skądś, z czyjegoś programu?

Dziś…

„Liberalny projekt na demokrację” został zweryfikowany przez rzeczywistość. Aspiracje klasy średniej nie doczekały się realizacji. Trwa właśnie prezentacja projektu „konserwatywno-narodowego”, powstaje nowa klasa średnia, w stylu tureckim czy Orbanowskim, socjalna, nie liberalna. PiS ma osiągnięcia, gospodarka nie runęła, nie powstały obozy koncentracyjne, ubytki na wolności czy sumieniu zostają skutecznie zapychane socjalnymi podarunkami, rzesza ludzi zaangażowała się politycznie (frekwencja) – to już cztery lata! Czasem słyszę: „Kurcze, żeby oni jeszcze tacy kościelni nie byli, parę groszy ludziom dali, więc idzie przeżyć”. Nietrudno o wniosek, że ogromna część zwolenników „dobrej zmiany” została stracona przez liberałów, którzy za mocno skoncentrowali się na czubkach własnych nosów.
Wbrew alarmistycznym zapowiedziom, władza PiS nie okazała się brakiem demokracji, oznacza inną demokrację, inny model. Ten również kiedyś dojdzie do ściany, dlatego pozostaję ze swoim marzeniem o demokracji, ale wreszcie bez przymiotników.

447

Widząc plakietki z przekreśloną liczbą „447” na piersiach czołowych aktywistów prawicowych uznałem, że odkryto jakiegoś nowego demona, którym należy postraszyć ludzi. Jak wiadomo, bez straszenia, obronna rola prawicy byłaby mało przekonująca, dlatego podtrzymywanie różnych napięć leży w jej żywotnym interesie. Postanowiłem dowiedzieć się co w prawie… przepraszam, w trawie piszczy.

W 2009 roku, 46 państw (w tym Polska) podpisało tzw. „Deklarację Terezińską” [1]. Deklaracja zobowiązywała sygnatariuszy do uporządkowania problemów związanych z zadośćuczynieniem krzywdom oraz stratom materialnym ofiar Holokaustu oraz pilniejszą reakcję na odradzające się zjawisko antysemityzmu, rasizmu, nietolerancji poprzez edukację, upamiętnienia, badania, etc. Deklaracja ma niewiążący prawnie charakter, choć realizację jej postanowień można określić „obowiązkiem moralnym”.

W ubiegłym roku, Kongres USA postanowił monitorować postępy w realizacji zapisów Deklaracji Terezińskiej poprzez stworzenie raportu w tej sprawie a którego opublikowanie ma nastąpić pod koniec roku 2019. O tym mówi niespełna dwustronicowa ustawa (prawidłowa nazwa: „Justice for Uncompensated Survivors Today” – w skrócie „JUST”. 477 to numer druku senackiego /nie ustawy/) [2].

Prawdopodobnie z uwagi na to, że z „obowiązkami moralnymi” (głównie w Europie Środkowo-Wschodniej) bywa różnie, postanowiono podeprzeć autorytet Deklaracji autorytetem USA. Czy był to dobry pomysł? Część analityków uważa, że nie i nie należy dopatrywać się tu antysemickich konotacji. Podobnie zareagowano by gdyby np. polski sejm przyjął ustawę o monitoringu postępów w naprawianiu krzywd Indian lub niewolników przez Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Eksperci zgadzają się, że zdecydowanie lepiej gdyby tego typu rozliczaniem zajmowało się międzynarodowe gremium, najlepiej naukowe. Sęk – jak można domyślić się – tkwi w tym, że takie gremia znacznie słabiej pobudzają moralność niż USA dysponujące zdecydowanie większym arsenałem argumentów.

Biorąc pod uwagę zapisy i status prawny obu dokumentów (Deklaracja Terezińska oraz „JUST”), lęki wzbudzane po skrajnie prawej stronie sceny politycznej dotyczą raczej ryzyk i może niekoniecznie uzasadnionych ryzyk co „możliwych ryzyk” (można m.in. usłyszeć, że jest to pierwszy krok do przejęcia polskiego majątku przez Żydów, a więc wyrzucania Polaków na bruk). Trudno dyskutować z takimi obawami, gdyż ocena ich ważkości zależy od kroków, które jeszcze nie nastąpiły i nic nie wiadomo o kolejnych (warto też dodać, że Polska nie podlega jurysdykcji USA o czym skrajna prawica zdaje się wciąż nie wiedzieć). Choć liderzy oraz liderzy opinii skrajnej prawicy starają się wypełnić zaistniałe luki własnymi projekcjami, tak w naszym porządku prawnym tego typu argumenty są bez znaczenia. Dodajmy również, że jakieś postępy w realizacji Deklaracji Terezińskiej mają miejsce (miały miejsce także przed jej podpisaniem i były związane z naturalnym wykonywaniem prawa). Raport w tej sprawie (do czego zobowiązuje „JUST”) zapewne rzuci więcej światła na temat.

Z pewnością warto monitorować sytuację.

źródła:
[1] (pl) https://www.prchiz.pl/storage/app/media/pliki/Deklaracja_Terezinska_2009.pdf
[2] (en):
https://www.congress.gov/bill/115th-congress/senate-bill/447/text?overview=closed

ZAGROŻENIA XXI WIEKU – INTERNET

Na ile telefony komórkowe czy internet można nazwać „nowoczesnymi” rozstrzygać nie zamierzam, jednak nie ulega wątpliwości, że uruchomiony potencjał tych technologii zaskoczył wielu. Praktycznie po dziś dzień, nie udało się wypracować akceptowalnych powszechnie norm, które przywracałyby coraz bardziej wyczekiwane (bo właśnie tracone) poczucie normalności i bezpieczeństwa. Świat zmieniał się zawsze, jednak skala zachodzących przemian nie znajduje analogii w przeszłości. Wynalazek Gutenberga czy rewolucja przemysłowa blakną przy możliwościach które dała nieskrępowana komunikacja. Pół wieku temu, bardziej byliśmy skłonni uwierzyć w telepatię niż to, że pół wieku później każde dziecko będzie posiadało i obsługiwało technologię niedostępną (ówczesnym) centrom badań kosmicznych.

Otwierając się ufnie na nowe, nie wzięliśmy pod uwagę tego, że dostęp do zaawansowanych technologii nie będzie wymagał zaawansowanych umysłów. Obsługi smartfona jesteśmy w stanie nauczyć dziś nawet szympansa. I pół biedy, kiedy ów szympans spełnia się jedynie jako widz filmików z własnego dzieciństwa. Prawdziwy problem pojawia się gdy szympans dzięki przystępności technologii staje się nadawcą publicznym, a może się takim stawać, gdyż bycie nadawcą jest nie tylko proste, ale wymaga budżetu, który posiada przeciętny szympans.

Społeczeństwo otrzymało wolność i sposobność uwolnienia swojego potencjału. Obszary dostępne dotychczas tylko dla elit znalazły się w zasięgu jednego kliknięcia, dla każdego. Każdy zyskał możliwość realizacji swoich ambicji, każdy może stać się dziś ekspertem, dziennikarzem i redakcją telewizji, radia czy prasy, każdy może prowadzić działalność naukową, terapeutyczną czy rozrywkową i to wszystko o zasięgu globalnym. Liberalizm jest piękny, o ile nie zostaniemy zmuszeni przestać wierzyć w pozytywnie-samoregulującą wszystko niewidzialną rękę rynku, a kiedyś przestać wierzyć musimy.

Mroczna strona internetu odkrywała swoje oblicze stopniowo, niepozornie, właściwie „prywatnie”, być może wtedy, kiedy pierwszy user nazwał drugiego kanalią. Nagle okazało się, że nic co do tej pory znaliśmy nie funkcjonuje. Kolejnym razem user skłamał na temat drugiego usera i tu również nie funkcjonowało nic co znaliśmy. Innym razem user podżegał by skrzywdzić drugiego usera, następnym podzielił się fałszywą informacją, jeszcze innym razem hydraulik podszył się pod lekarza i zajął się świadczeniem usług medycznych on-line, a ktoś kolejny zaczął uczyć jak skonstruować bombę. Zaczynaliśmy przeczuwać, że jakiś wirus wymknął się z laboratorium, a my nie znamy zarówno szczepionki jak i metody leczenia.

Choć zdecydowana większość internautów zajmowała się dorabianiem psiej mordki do własnego zdjęcia i ignorowała niemiłe „incydenty”, tak ciemna strona nie znikała lecz rosła w siłę. Dzięki internetowi lub z wielkim jego udziałem dokonywały się niekoniecznie szlachetne rewolty, powstawały i nabierały znaczenia niekoniecznie szlachetne ruchy społeczne i polityczne, pojawiło się uporczywe nękanie i samobójstwa. Wirtualność zaczęła wpływać na realność i tu musieliśmy przestać udawać, że nic się nie dzieje. Czy przestaliśmy? Okazało się, że nie byliśmy już w komfortowej sytuacji. „Ciemna strona” zdążyła ukuć pancerz z „dobrej strony”: „regulacje? Toż to atak na wolność, polityk, który dotknie internetu będzie skończony!” a najgłośniejszy sprzeciw wobec jakiejkolwiek ingerencji zaczęły wykrzykiwać indywidua zajmujące się szerzeniem nieocenzurowanej (a jakże!) propagandy, siewcy nienawiści, teorii spiskowych, sekciarze, szarlatani. „Ludzie przecież mają prawo mówić co myślą!!!” – twierdzono, opowiadając jednocześnie o depopulacji ludzkości realizowanej przez służbę zdrowia.

Wyjścia są trzy: albo przestaniemy być szympansami, albo ktoś chwyci internet za… twarz, albo nie stanie się nic. W tym ostatnim przypadku nie stracę źródła inspiracji do pisania, którą to pisaninę – być może – ktoś kiedyś wykopie w bańkach po mleku niczym… kroniki Ringelbluma.