KRAINA NARRACJI (STEFAN W. i nie tylko)

by romskey

Gdy kilka lat temu pojawiały się zarzuty mówiące o polskim antysemityzmie oraz kolaboracji Polaków z III Rzeszą płynące ze strony władz Izraela czy ŚKŻ, starałem się nieco schładzać emocje. Starałem się przekonywać, że nie jest to takie czarno-białe, że władze w Izraelu sprawuje obecnie konserwatywna prawica, że Netanjahu to izraelski Kaczyński, który posługując się (rzekomą!) troską o prawdę historyczną uprawia najzwyklejszą politykę (w końcu lepiej mówić m.in. o Polakach mordercach niż dyskutować np. o Palestyńczykach). Uzasadniałem, że izraelski przekaz skierowany jest głównie do prawicowych wyborców w Izraelu, twierdziłem również, że nie istnieją dane, które uzasadniałyby stosowane generalizacje. Musiałem odczekać kilka lat, by to co było dla mnie oczywiste znalazło się w wypowiedziach znanych polityków czy serwisach informacyjnych. Przez kilka lat refleksji nie było, gdyż „walenie antysemityzmem w pisiory” uznawano za skuteczny oręż i wierzono, że przynosi to efekty. Nie przyniósł, dopiero po przegranych wyborach uciążliwy ból obitych demokratycznych tyłków przyczynił się – w imię starych ludowych zasad – do tego, że funkcje analityczne wróciły (z tylnej części ciała) w miejsce bardziej właściwe.
Niestety, tylko na chwilę i tylko w tej sprawie.

Jak okazuje się „walenie w pisiory” (z dowolnej okazji) wciąż uznawane jest za arcy-skuteczną metodę. I niech tam, miesiąc lub dwa rzucania kamieniami w dinozaury może przynieść efekt, tylko jeżeli ktoś w tej paranoi chce robić za istotę rozumną to oczekiwałbym jakiejś konsekwencji.

Kiedy Stefan W. dokonał zamachu w Gdańsku, jak każdy interesujący się polityką człowiek pomyślałem w pierwszej chwili, że „dobrze” byłoby gdyby zamachowcem okazał się narodowiec-katolik-patriota należący do PiS i sterowany zdalnie z Nowogrodzkiej. Być może powinienem się wstydzić takich oczekiwań, ale miewam takowe, podobnie jak zdarza się mi wierzyć w to, by kolejnym sprawcą zamachu na świecie okazał się już nie ten Arab-muzułmanin tylko np. biały chrześcijanin ze strzelbą. Moje modły zostają niekiedy wysłuchane, jednak nie siła modłów jest w tej chwili istotna.
Jak każdy interesujący się polityką człowiek, oceniam czasem potencjał różnych narracji, a konkretnie: „ile na danej narracji można ugrać?”. Chcąc ocenić taki potencjał należy oszacować, czy dana narracja (np. Mord Polityczny) utrzyma się po konfrontacji z faktami, a więc „ile w niej jest prawdy” lub „na ile to co myślę okaże się zgodne z tym czego się dowiem”.
Tuż po zamachu zrobiłem mały „research”. Dosłownie w godzinę lub dwie, zdobyłem więcej danych niż tzw. media informacyjne, które od pierwszych chwil upowszechniały wiedzę o tym kim był zamachowiec nie wiedząc nawet jak się nazywa (podziw z mojej strony!). Dowiedziałem się, że nie „Stefan Miłosz” lecz „Stefan W…..”, że nie „platforma mi dokopywała” tylko „platforma mnie torturowała”, itp. O samym sprawcy wiedziałem już, że odbywał karę więzienia za napady na banki, że lubił siłownię, że za młodu był dziwny ale potencjalnie niegroźny i dopiero w zakładzie karnym stan jego głowy znacznie się pogorszył. Poznałem kilka opowieści z jego życia, jego profile w mediach społecznościowych i choć były to skrawki danych, koncepcja „narodowca-katolika-patrioty z PiS sterowanego z Nowogrodzkiej” zaczęła upadać.
Moja diagnoza brzmiała okrutnie: „Ten osobnik nie będzie młotem na PiS”.

Nie zdziwiłem się, gdy moje wnioski pokryły się częściowo z diagnozą stworzoną po stronie PiS czyli: „zaburzony psychicznie bandyta a nie żaden tam mord polityczny!”. Zdarza się i nie ma w tym niczego dziwnego, gdyż PiS potrafi odwołać się do faktów, gdy akurat te są dla PiS wygodne. Oskarżenie o sprawstwo kierownicze (czego oczekiwała strona postępowa) musi być lepiej udokumentowane (udowodnione) niż tylko oczekiwaniami. Zbyt wiele tu nie pasowało, a choćby „torturowanie przez PO (w zakładzie karnym)” – wykrzyczane ze sceny mówi nam wystarczająco wiele o stanie umysłu zamachowca.

Moje nieczarno-białe wnioski zmierzały w stronę centrum. Nie wiedziałem powodu, by fakt zamachu dokonanego przez osobę mniej sprawną psychicznie (a więc potencjalnie bardziej podatną na propagandę lub podobne wpływy) miał być przyczynkiem do zamknięcia tematu „mowy nienawiści” czy atmosfery w Polsce. To, że nie zostanie skazany Kaczyński lub Kurski (wraz z całym PiSem) nie jest jeszcze powodem do odłożenia wszystkiego na bok. Nie podzielałem przy tym obaw tych, którzy uważali, że uznanie Stefana W. za chorego sprawi, że wyjdzie na wolność. Przecież tak czy owak czeka go izolacja.
Z każdym kolejnym dniem odkrywałem argumenty potwierdzające ów znienawidzony prawdopośrodkizm – znienawidzony podobnie jak „symetryzm” (znienawidzone dlatego, że każda koncepcja, która odbiera 100%-owy monopol na rację i nie pozwala radykalnie odróżnić się od politycznego wroga musi być znienawidzona – przynajmniej w tej upolitycznionej części świata).
Gdzieś w dyskusjach zastanawiałem się dlaczego nie stworzono równie intrygujących diagnoz i ciągów logicznych po zamachu w biurze poselskim PiS w Łodzi? Chociaż, właściwie stworzono, tylko po tamtej stronie. Jak sądzę, ocena zależy od preferencji politycznych i działa mechanizm: gdy „nasz” to „niepoczytalny”, gdy „ich” to „mord polityczny”; gdy można oberwać to katastrofa lotnicza, gdy trzeba dołożyć to zamach. Sprowadzenie sytuacji do postaci czarno-białej nie służy prawdzie, nie służy też bezpieczeństwu choć służy polityce.

Na próżno oczekiwałem, że moje wcale nie odosobnione wnioski (w różnych odcieniach szarości) znajdą jakieś odbicie na szczytach politycznych i medialnych czym wywołają coś pożytecznego. Jednak nie! Ledwie wczoraj, TVN24 znów przypomniała wypowiedź prezesa towarzystwa psychiatrycznego, który nawoływał by nie łączyć chorych z agresywnymi zachowaniami. Chwilę później położono akcent na pytanie: „Czy Stefan W. był poczytalny w trakcie zamachu?”. Łącząc oba przekazy uzyskujemy magiczną miksturę: „chorzy nigdy nie są agresywni, więc Stefan był zdrowy, a skoro Stefan W. był świadomy, to znaczy, że mord polityczny!”.

No piękny powrót do punktu wyjścia, ale to przecież „walenie w pisiory!” więc słuszne, jest cel i jasność, jest kolejny kamień w dinozaura. Tylko żal, że w polityce są wciąż ludzie, którzy wolą wygrywać urojeniami typu „zamach w Tupolewie” niż jakością – w jakiekolwiek dziedzinie. Wybaczcie ten mój symetryzm, ale gdy narracje z dwóch stron barykady stają się w równym stopniu oderwane od rzeczywistości (nawet gdy w różnych kierunkach) to robi się smutno, tym bardziej gdy przynajmniej jedna ze stron twierdzi, że przeciwko irracjonalizmowi wytacza racjonalizm. Nie wytacza.

Reklamy