OPOZYCJA WYKLĘTA

by romskey

Opozycja uliczna. Rzadko odnoszę się do działań tzw. „opozycji ulicznej”, gdyż nie uważam siebie za alfę i omegę dysponującą moralnym mandatem do osądzania zaangażowania innych, nie jestem też w stanie przewidzieć i zdiagnozować jakie stosowane przez nią środki posiadają właściwy potencjał. Owszem, mam swoje wątpliwości, gdyż z jednej strony działania opozycji ulicznej stają się paliwem dla rządowej propagandy (plotącej w nieskończoność o agresji przeciwników władzy), a z drugiej, nikogo innego na tej ulicy nie ma. Jeszcze nie tak dawno, była opozycja uliczna – w czasach KOD, była opozycja uliczna w obronie sądów, konstytucji, miały miejsce wielotysięczne zdarzenia, których znaczenia politycznego pominąć się nie da, nawet mając do dyspozycji czerwone paski w tvp. Jednak tej opozycji nie ma już na ulicy. Słyszymy o niej dopiero gdy do puszki prezydenta Adamowicza trafia kilkanaście milionów, gdy ECS ukazuje swoją odporność na oferty modernizacyjne ze strony ministerstwa.

Opozycja wyklęta

Jeden z żołnierzy wyklętych opowiadając swoją historię stwierdził, że zabrakło poparcia społecznego. Obwinił za ten stan rzeczy komunistyczną propagandę ale i prospołeczne działania władzy, które m.in. wyciągały polską wieś z cywilizacyjnej nory. Jego zdaniem ludzie odwrócili się od walczących i ideałów niepodległej ojczyzny, gdyż zostali przekupieni, zastraszeni lub zmanipulowani.
Dostrzegacie analogię?!

Czy rzeczywiście Polacy z dnia na dzień pokochali nowy „sowiecki ład”? Socjalizm w jakiejś mierze owszem, ale czy „sowiecki”? To była raczej trudna miłość, skoro powstało państwo w państwie, państwo szeptane, niezależne od oficjalnego. W domach, w tajemnicy, jak za okupacji rozmawiano o historii, Katyniu, Piłsudskim, Powstaniu Warszawskim, a każde złamanie nowo narzuconych reguł było uznawane za słuszny sabotaż (nawet gdy nie wszyscy i nie wszędzie). W ogólnym rozrachunku zarówno walka zbrojna jak i „państwo szeptane” podkopywały system, rozpuszczały go, nie pozwalały mu na spokojny sen.

Obecna, głośna choć nieliczna uliczna opozycja, nie posiada elementu „poparcia społecznego” (bardziej dla metod niż idei) pozwalającego zupełnie inaczej oceniać podejmowane przez nią działania. Gdy kilkutysięczny tłum wywozi na taczkach skorumpowanego urzędnika to nie powstaje dyskusja taka jak w przypadku gdy tegoż urzędnika usiłuje wywieźć kilka osób. Gdy nie ma robiącej wrażenia reprezentacji lub konkretnego mocodawcy rodzą się pytania: „kogo ci ludzie reprezentują (i tu pada brutalne – oprócz samych siebie)?”.
Wciąż nachodzą mnie skojarzenia z przeszłością, kiedy podobny brak synchronizacji miał miejsce gdy jednocześnie istniał rząd na uchodźstwie oraz szlachetny samograj Henryk „Hubal” Dobrzański. Cenimy „Szalonego majora” (jak nazywali go Niemcy) za honor, męstwo, hart ducha ale licząc spalone w ramach odwetu wsie zadajemy sobie pytania czy to była właściwa cena? Pozwólcie, że pominę w tej analogii wątek obecnego plebiscytu dotyczącego tego kto jest tym właściwym „rządem na uchodźstwie” – PO, PSL, SLD, Nowoczesna, Razem a może Wiosna Biedronia?

Honor lub pokój

Po stronie „wyklętych” nie jest łatwo. Ten kłopot wiązał ręce przywódcom, rebeliantom od wieków. Uwikłani w konflikt często szukali odpowiedzi na pytanie jak osiągnąć pokój (zatrzymać przelew krwi) a jednocześnie nie być zwyciężonym? Tu niekiedy pomagała dyplomacja, niekiedy przedziwne sojusze choć w gruncie rzeczy była to całkowita loteria. I tak, dla chwały można być wiecznie tym ostatnim Mohikaninem, Powstańcem Warszawskim czy obrońcą Masady. Dla sprawy zaś, należy być kimś zupełnie innym. Co wybrać?

Protest – prawo wirtualne?

Gdy spróbujemy odpowiedzieć na pytanie o to, co jest dopuszczalne w trakcie protestu, dojdziemy do wniosku, że nic. Okaże się że nie można krzyczeć, nie można siedzieć na ulicy, nie można mieć transparentów, ulotek i nie można ich zostawić na chwilę na chodniku, gdyż zostanie to uznane za zaśmiecanie prywatnego terenu. To jakiś konstytucyjny absurd, który od dawna powinien być uporządkowany. Nie wiem czy wiecie, ale nawet prawo do strajku było swojego czasu podważane przez przedsiębiorców, którzy powoływali się na to, że strajk jest utrudnianiem gwarantowanej konstytucyjnie wolności prowadzenia działalności gospodarczej(!). W takim razie, które prawo podstawowe jest ważniejsze? Ilu ludzi musi brać udział w strajku/proteście by uznać że interes publiczny usprawiedliwia podjęte środki? A może nie ilość ma znaczenie lecz idea (jaka?)? To należy koniecznie uporządkować.

Moja bierność

Bywa, że po prostu nie mam ochoty odzywać się czy uczestniczyć. Nie popieram, nie potępiam, gdyż nie potrafię rozstrzygnąć które racje, motywy lub działania są właściwe, dopuszczalne. Nie znajduję stabilnego punktu odniesienia, systemu wartości do którego mógłbym odwołać się (moralności? prawa? obyczaju? sumienia?) by rozgryźć ten przeplataniec. Wielu nie ma z tym problemu, jest takich najwyższych sędziów wielu – szczególnie w sieci, szkoda tylko, że nie mówią jednym głosem, czym zmuszają do zadania pytania o to czy sprawiedliwość jest pojęciem aż tak elastycznym? To wszystko zniechęca a wynikająca z tego bierność boli.

Społeczne poparcie

Jednego z amerykańskich prezydentów odwiedził człowiek proponujący jakąś zmianę w prawie pracy czy podobnej dziedzinie – nie pamiętam. Prezydent wysłuchał gościa, przyznał mu rację, ale by za postulatem poszły konkretne działania prawne prezydent potrzebował czegoś więcej i padły wówczas znamienne słowa:
– Teraz przekonaj mnie, że powinienem to zrobić.
Kolejnego dnia na ulice wyległy dziesiątki tysięcy ludzi, co rozwiązało wątpliwości dotyczące wielkości poparcia społecznego dla zaproponowanej zmiany.

Jestem demokratą.

Opór
Nikt mi nie każe, więc nie oglądam telewizji publicznej, nawet nie wiem co w niej obecnie jest. Kiedy ostatnio do niej zajrzałem zobaczyłem:

Pomijając wszelkie wzniosłe argumenty, upartyjnienie mediów publicznych jest zwyczajnie nieuczciwe względem zróżnicowanych ideowo abonentów. Czy skupienie braku zgody na taki stan rzeczy i pokojowe(!) wyładowanie frustracji na M.Ogórek i jej samochodzie jest adekwatnym działaniem, które jest w stanie zmienić telewizję? A może zdarzenie to należy rozpatrywać pod kątem presji, czyli rzucaniem kamieniami w dinozauro-mamuta, które ma przynieść efekt za dwa miesiące? Nie wiem. Wydaje się mi, że skuteczną formą dyscyplinowania mediów publicznych byłby po prostu sprzeciw abonentów, ale taka idea nie pojawia się – być może ze względu na jakąś telenowelę.

Rzućcie okiem:

.
.
.
.
.

Reklamy