Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Luty, 2019

HITLER RÓWNIEŻ OBIECYWAŁ I SPEŁNIAŁ

Wychodzę z dwóch założeń w stosunku do PiS: „Nie ma nic za darmo” oraz „Jak PiS mogłoby mnie przekonać, że nie idzie śladami Hitlera?” (oczywiście piszę tu o Hitlerze przedwojennym, kiedy jeszcze nikt nie wiedział dokąd prowadzi jego polityka, choć posiadała już pewne charakterystyczne cechy).

Hitler sporo obiecywał i robił dla ludzi (rodowitych Niemców!). Burzył w ten sposób mury braku zaufania kolejnych środowisk. Za niszczonym przez niego „starym ładem” roniono coraz mniej łez gdyż jak wspominała pewna Niemka „Za Hitlera naprawdę ludziom polepszyło się”. Kogo miał obchodzić los komunistów, Żydów, Romów, homoseksualistów, demokracja, parlamentaryzm, tolerancja? Większość społeczeństwa („czystej krwi niemieckiej”!) była w stanie przymknąć oczy na toczące się tuż obok procesy. Nawet początkowo sceptyczna inteligencja i mieszczaństwo powoli przestawały wzdragać się przed wywieszaniem flag ze swastykami i oddawaniem im honorów.

Gdybym dziś wyszedł na ulicę i przeprowadził ankietę wśród przypadkowych 100 osób, dowiedziałbym się, że większość współobywateli woli oddać głos na 500++ niż małżeństwa jednopłciowe, że zdecydowana większość nie chce komunizmu (nawet w postaci „dyscyplinowania najlepiej zarabiających” – co proponowała Razem), że większość pytanych jest wierząca nawet gdy nie całkiem wierząca w kościół i że większość woli dodatek do emerytury niż przyjmowanie uchodźców.

To potencjalnie trudna sytuacja. Nawet w piramidzie Masłowa świat wartości znajduje się nieco wyżej niż szeroko pojęte „podstawowe potrzeby”. Oczywiście można tu nie mieć najgorszych rokowań, gdyż zasobne i godne społeczeństwo o które werbalnie zabiega PiS staje się na ogół liberalne, tolerancyjne, przepełnione duchem indywidualizmu („wygoda usypia ideał” – Léon Degrelle), więc w jakimś sensie PiS kręci sznur na własną szyję. No ale to raczej kwestia długofalowa i nie tak całkiem oczywista, a wcześniej może wydarzyć się bardzo wiele.

Światy wartości takich jak humanizm, tolerancja, liberalizm, demokracja, ekologia – jakkolwiek to zabrzmi – odkrywane są po osiągnięciu pewnego pułapu mentalnego, intelektualnego i materialnego. Zainteresowanie wartościami pojawia się, gdy nie będąc już głodnymi możemy spokojnie zastanowić się nad tym jak ulepszyć otaczający świat, jak pochylić się nad tymi, którzy są w gorszej sytuacji. I można naprawdę stracić masę czasu na przekonywanie głodnego, że wartości to sens życia, jednak zauważalnych skutków oczekiwać nie należy. Zresztą, wątpliwe jest, by np. młody człowiek próbujący sił na rynku pracy dał się wciągnąć w takie dysputy.

Gdy wiodąca obecnie siła polityczna w Polsce kieruje się założeniem „koszula bliższa ciału” a pozostałe chcą tę koszulę wypełniać „postępowym człowieczeństwem” a bywa, że uznają owe człowieczeństwo za ważniejsze od koszuli…. trudno być optymistą.

Trwa kampania, w której partia przewodnia przekonuje jaka jest prodemokratyczna, wolnościowa, proeuropejska i może to być dodatkowo zwodnicze, ale co pozostaje? Potęgowanie strachu przed Chupacabrą? Mnie osobiście najgłębiej boli to, że oświecony świat w swej logice i mądrości nie jest w stanie poradzić sobie z sytuacją, w której ktoś zamierza się na innego kijem baseballowym a zapytany przez przypadkowego świadka o to co czyni, stwierdza: „Przecież ja żartuję!”. Bardzo bym nie chciał przekonać się, że mądrość i oświecenie są wyłącznie skutkiem refleksji nad katastrofą po katastrofie.

KRAINA NARRACJI (STEFAN W. i nie tylko)

Gdy kilka lat temu pojawiały się zarzuty mówiące o polskim antysemityzmie oraz kolaboracji Polaków z III Rzeszą płynące ze strony władz Izraela czy ŚKŻ, starałem się nieco schładzać emocje. Starałem się przekonywać, że nie jest to takie czarno-białe, że władze w Izraelu sprawuje obecnie konserwatywna prawica, że Netanjahu to izraelski Kaczyński, który posługując się (rzekomą!) troską o prawdę historyczną uprawia najzwyklejszą politykę (w końcu lepiej mówić m.in. o Polakach mordercach niż dyskutować np. o Palestyńczykach). Uzasadniałem, że izraelski przekaz skierowany jest głównie do prawicowych wyborców w Izraelu, twierdziłem również, że nie istnieją dane, które uzasadniałyby stosowane generalizacje. Musiałem odczekać kilka lat, by to co było dla mnie oczywiste znalazło się w wypowiedziach znanych polityków czy serwisach informacyjnych. Przez kilka lat refleksji nie było, gdyż „walenie antysemityzmem w pisiory” uznawano za skuteczny oręż i wierzono, że przynosi to efekty. Nie przyniósł, dopiero po przegranych wyborach uciążliwy ból obitych demokratycznych tyłków przyczynił się – w imię starych ludowych zasad – do tego, że funkcje analityczne wróciły (z tylnej części ciała) w miejsce bardziej właściwe.
Niestety, tylko na chwilę i tylko w tej sprawie.

Jak okazuje się „walenie w pisiory” (z dowolnej okazji) wciąż uznawane jest za arcy-skuteczną metodę. I niech tam, miesiąc lub dwa rzucania kamieniami w dinozaury może przynieść efekt, tylko jeżeli ktoś w tej paranoi chce robić za istotę rozumną to oczekiwałbym jakiejś konsekwencji.

Kiedy Stefan W. dokonał zamachu w Gdańsku, jak każdy interesujący się polityką człowiek pomyślałem w pierwszej chwili, że „dobrze” byłoby gdyby zamachowcem okazał się narodowiec-katolik-patriota należący do PiS i sterowany zdalnie z Nowogrodzkiej. Być może powinienem się wstydzić takich oczekiwań, ale miewam takowe, podobnie jak zdarza się mi wierzyć w to, by kolejnym sprawcą zamachu na świecie okazał się już nie ten Arab-muzułmanin tylko np. biały chrześcijanin ze strzelbą. Moje modły zostają niekiedy wysłuchane, jednak nie siła modłów jest w tej chwili istotna.
Jak każdy interesujący się polityką człowiek, oceniam czasem potencjał różnych narracji, a konkretnie: „ile na danej narracji można ugrać?”. Chcąc ocenić taki potencjał należy oszacować, czy dana narracja (np. Mord Polityczny) utrzyma się po konfrontacji z faktami, a więc „ile w niej jest prawdy” lub „na ile to co myślę okaże się zgodne z tym czego się dowiem”.
Tuż po zamachu zrobiłem mały „research”. Dosłownie w godzinę lub dwie, zdobyłem więcej danych niż tzw. media informacyjne, które od pierwszych chwil upowszechniały wiedzę o tym kim był zamachowiec nie wiedząc nawet jak się nazywa (podziw z mojej strony!). Dowiedziałem się, że nie „Stefan Miłosz” lecz „Stefan W…..”, że nie „platforma mi dokopywała” tylko „platforma mnie torturowała”, itp. O samym sprawcy wiedziałem już, że odbywał karę więzienia za napady na banki, że lubił siłownię, że za młodu był dziwny ale potencjalnie niegroźny i dopiero w zakładzie karnym stan jego głowy znacznie się pogorszył. Poznałem kilka opowieści z jego życia, jego profile w mediach społecznościowych i choć były to skrawki danych, koncepcja „narodowca-katolika-patrioty z PiS sterowanego z Nowogrodzkiej” zaczęła upadać.
Moja diagnoza brzmiała okrutnie: „Ten osobnik nie będzie młotem na PiS”.

Nie zdziwiłem się, gdy moje wnioski pokryły się częściowo z diagnozą stworzoną po stronie PiS czyli: „zaburzony psychicznie bandyta a nie żaden tam mord polityczny!”. Zdarza się i nie ma w tym niczego dziwnego, gdyż PiS potrafi odwołać się do faktów, gdy akurat te są dla PiS wygodne. Oskarżenie o sprawstwo kierownicze (czego oczekiwała strona postępowa) musi być lepiej udokumentowane (udowodnione) niż tylko oczekiwaniami. Zbyt wiele tu nie pasowało, a choćby „torturowanie przez PO (w zakładzie karnym)” – wykrzyczane ze sceny mówi nam wystarczająco wiele o stanie umysłu zamachowca.

Moje nieczarno-białe wnioski zmierzały w stronę centrum. Nie wiedziałem powodu, by fakt zamachu dokonanego przez osobę mniej sprawną psychicznie (a więc potencjalnie bardziej podatną na propagandę lub podobne wpływy) miał być przyczynkiem do zamknięcia tematu „mowy nienawiści” czy atmosfery w Polsce. To, że nie zostanie skazany Kaczyński lub Kurski (wraz z całym PiSem) nie jest jeszcze powodem do odłożenia wszystkiego na bok. Nie podzielałem przy tym obaw tych, którzy uważali, że uznanie Stefana W. za chorego sprawi, że wyjdzie na wolność. Przecież tak czy owak czeka go izolacja.
Z każdym kolejnym dniem odkrywałem argumenty potwierdzające ów znienawidzony prawdopośrodkizm – znienawidzony podobnie jak „symetryzm” (znienawidzone dlatego, że każda koncepcja, która odbiera 100%-owy monopol na rację i nie pozwala radykalnie odróżnić się od politycznego wroga musi być znienawidzona – przynajmniej w tej upolitycznionej części świata).
Gdzieś w dyskusjach zastanawiałem się dlaczego nie stworzono równie intrygujących diagnoz i ciągów logicznych po zamachu w biurze poselskim PiS w Łodzi? Chociaż, właściwie stworzono, tylko po tamtej stronie. Jak sądzę, ocena zależy od preferencji politycznych i działa mechanizm: gdy „nasz” to „niepoczytalny”, gdy „ich” to „mord polityczny”; gdy można oberwać to katastrofa lotnicza, gdy trzeba dołożyć to zamach. Sprowadzenie sytuacji do postaci czarno-białej nie służy prawdzie, nie służy też bezpieczeństwu choć służy polityce.

Na próżno oczekiwałem, że moje wcale nie odosobnione wnioski (w różnych odcieniach szarości) znajdą jakieś odbicie na szczytach politycznych i medialnych czym wywołają coś pożytecznego. Jednak nie! Ledwie wczoraj, TVN24 znów przypomniała wypowiedź prezesa towarzystwa psychiatrycznego, który nawoływał by nie łączyć chorych z agresywnymi zachowaniami. Chwilę później położono akcent na pytanie: „Czy Stefan W. był poczytalny w trakcie zamachu?”. Łącząc oba przekazy uzyskujemy magiczną miksturę: „chorzy nigdy nie są agresywni, więc Stefan był zdrowy, a skoro Stefan W. był świadomy, to znaczy, że mord polityczny!”.

No piękny powrót do punktu wyjścia, ale to przecież „walenie w pisiory!” więc słuszne, jest cel i jasność, jest kolejny kamień w dinozaura. Tylko żal, że w polityce są wciąż ludzie, którzy wolą wygrywać urojeniami typu „zamach w Tupolewie” niż jakością – w jakiekolwiek dziedzinie. Wybaczcie ten mój symetryzm, ale gdy narracje z dwóch stron barykady stają się w równym stopniu oderwane od rzeczywistości (nawet gdy w różnych kierunkach) to robi się smutno, tym bardziej gdy przynajmniej jedna ze stron twierdzi, że przeciwko irracjonalizmowi wytacza racjonalizm. Nie wytacza.

OPOZYCJA WYKLĘTA

Opozycja uliczna. Rzadko odnoszę się do działań tzw. „opozycji ulicznej”, gdyż nie uważam siebie za alfę i omegę dysponującą moralnym mandatem do osądzania zaangażowania innych, nie jestem też w stanie przewidzieć i zdiagnozować jakie stosowane przez nią środki posiadają właściwy potencjał. Owszem, mam swoje wątpliwości, gdyż z jednej strony działania opozycji ulicznej stają się paliwem dla rządowej propagandy (plotącej w nieskończoność o agresji przeciwników władzy), a z drugiej, nikogo innego na tej ulicy nie ma. Jeszcze nie tak dawno, była opozycja uliczna – w czasach KOD, była opozycja uliczna w obronie sądów, konstytucji, miały miejsce wielotysięczne zdarzenia, których znaczenia politycznego pominąć się nie da, nawet mając do dyspozycji czerwone paski w tvp. Jednak tej opozycji nie ma już na ulicy. Słyszymy o niej dopiero gdy do puszki prezydenta Adamowicza trafia kilkanaście milionów, gdy ECS ukazuje swoją odporność na oferty modernizacyjne ze strony ministerstwa.

Opozycja wyklęta

Jeden z żołnierzy wyklętych opowiadając swoją historię stwierdził, że zabrakło poparcia społecznego. Obwinił za ten stan rzeczy komunistyczną propagandę ale i prospołeczne działania władzy, które m.in. wyciągały polską wieś z cywilizacyjnej nory. Jego zdaniem ludzie odwrócili się od walczących i ideałów niepodległej ojczyzny, gdyż zostali przekupieni, zastraszeni lub zmanipulowani.
Dostrzegacie analogię?!

Czy rzeczywiście Polacy z dnia na dzień pokochali nowy „sowiecki ład”? Socjalizm w jakiejś mierze owszem, ale czy „sowiecki”? To była raczej trudna miłość, skoro powstało państwo w państwie, państwo szeptane, niezależne od oficjalnego. W domach, w tajemnicy, jak za okupacji rozmawiano o historii, Katyniu, Piłsudskim, Powstaniu Warszawskim, a każde złamanie nowo narzuconych reguł było uznawane za słuszny sabotaż (nawet gdy nie wszyscy i nie wszędzie). W ogólnym rozrachunku zarówno walka zbrojna jak i „państwo szeptane” podkopywały system, rozpuszczały go, nie pozwalały mu na spokojny sen.

Obecna, głośna choć nieliczna uliczna opozycja, nie posiada elementu „poparcia społecznego” (bardziej dla metod niż idei) pozwalającego zupełnie inaczej oceniać podejmowane przez nią działania. Gdy kilkutysięczny tłum wywozi na taczkach skorumpowanego urzędnika to nie powstaje dyskusja taka jak w przypadku gdy tegoż urzędnika usiłuje wywieźć kilka osób. Gdy nie ma robiącej wrażenia reprezentacji lub konkretnego mocodawcy rodzą się pytania: „kogo ci ludzie reprezentują (i tu pada brutalne – oprócz samych siebie)?”.
Wciąż nachodzą mnie skojarzenia z przeszłością, kiedy podobny brak synchronizacji miał miejsce gdy jednocześnie istniał rząd na uchodźstwie oraz szlachetny samograj Henryk „Hubal” Dobrzański. Cenimy „Szalonego majora” (jak nazywali go Niemcy) za honor, męstwo, hart ducha ale licząc spalone w ramach odwetu wsie zadajemy sobie pytania czy to była właściwa cena? Pozwólcie, że pominę w tej analogii wątek obecnego plebiscytu dotyczącego tego kto jest tym właściwym „rządem na uchodźstwie” – PO, PSL, SLD, Nowoczesna, Razem a może Wiosna Biedronia?

Honor lub pokój

Po stronie „wyklętych” nie jest łatwo. Ten kłopot wiązał ręce przywódcom, rebeliantom od wieków. Uwikłani w konflikt często szukali odpowiedzi na pytanie jak osiągnąć pokój (zatrzymać przelew krwi) a jednocześnie nie być zwyciężonym? Tu niekiedy pomagała dyplomacja, niekiedy przedziwne sojusze choć w gruncie rzeczy była to całkowita loteria. I tak, dla chwały można być wiecznie tym ostatnim Mohikaninem, Powstańcem Warszawskim czy obrońcą Masady. Dla sprawy zaś, należy być kimś zupełnie innym. Co wybrać?

Protest – prawo wirtualne?

Gdy spróbujemy odpowiedzieć na pytanie o to, co jest dopuszczalne w trakcie protestu, dojdziemy do wniosku, że nic. Okaże się że nie można krzyczeć, nie można siedzieć na ulicy, nie można mieć transparentów, ulotek i nie można ich zostawić na chwilę na chodniku, gdyż zostanie to uznane za zaśmiecanie prywatnego terenu. To jakiś konstytucyjny absurd, który od dawna powinien być uporządkowany. Nie wiem czy wiecie, ale nawet prawo do strajku było swojego czasu podważane przez przedsiębiorców, którzy powoływali się na to, że strajk jest utrudnianiem gwarantowanej konstytucyjnie wolności prowadzenia działalności gospodarczej(!). W takim razie, które prawo podstawowe jest ważniejsze? Ilu ludzi musi brać udział w strajku/proteście by uznać że interes publiczny usprawiedliwia podjęte środki? A może nie ilość ma znaczenie lecz idea (jaka?)? To należy koniecznie uporządkować.

Moja bierność

Bywa, że po prostu nie mam ochoty odzywać się czy uczestniczyć. Nie popieram, nie potępiam, gdyż nie potrafię rozstrzygnąć które racje, motywy lub działania są właściwe, dopuszczalne. Nie znajduję stabilnego punktu odniesienia, systemu wartości do którego mógłbym odwołać się (moralności? prawa? obyczaju? sumienia?) by rozgryźć ten przeplataniec. Wielu nie ma z tym problemu, jest takich najwyższych sędziów wielu – szczególnie w sieci, szkoda tylko, że nie mówią jednym głosem, czym zmuszają do zadania pytania o to czy sprawiedliwość jest pojęciem aż tak elastycznym? To wszystko zniechęca a wynikająca z tego bierność boli.

Społeczne poparcie

Jednego z amerykańskich prezydentów odwiedził człowiek proponujący jakąś zmianę w prawie pracy czy podobnej dziedzinie – nie pamiętam. Prezydent wysłuchał gościa, przyznał mu rację, ale by za postulatem poszły konkretne działania prawne prezydent potrzebował czegoś więcej i padły wówczas znamienne słowa:
– Teraz przekonaj mnie, że powinienem to zrobić.
Kolejnego dnia na ulice wyległy dziesiątki tysięcy ludzi, co rozwiązało wątpliwości dotyczące wielkości poparcia społecznego dla zaproponowanej zmiany.

Jestem demokratą.

Opór
Nikt mi nie każe, więc nie oglądam telewizji publicznej, nawet nie wiem co w niej obecnie jest. Kiedy ostatnio do niej zajrzałem zobaczyłem:

Pomijając wszelkie wzniosłe argumenty, upartyjnienie mediów publicznych jest zwyczajnie nieuczciwe względem zróżnicowanych ideowo abonentów. Czy skupienie braku zgody na taki stan rzeczy i pokojowe(!) wyładowanie frustracji na M.Ogórek i jej samochodzie jest adekwatnym działaniem, które jest w stanie zmienić telewizję? A może zdarzenie to należy rozpatrywać pod kątem presji, czyli rzucaniem kamieniami w dinozauro-mamuta, które ma przynieść efekt za dwa miesiące? Nie wiem. Wydaje się mi, że skuteczną formą dyscyplinowania mediów publicznych byłby po prostu sprzeciw abonentów, ale taka idea nie pojawia się – być może ze względu na jakąś telenowelę.

Rzućcie okiem:

.
.
.
.
.