SEKCIZM

by romskey

Mam taką refleksję o „bańkach informacyjnych” i ich wpływie na tzw. dogadywanie się.
Wyobraźcie sobie, że zbiera się gdzieś w sieci kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt osób, które zajmują się jakimś problemem. Nie trwa to „jedną notkę”, ale kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt. Bywa że w jakiejś sprawie lub sprawach zostaje osiągnięty konsensus, powstają różne oczywiste oczywistości, rodzi się wewnętrzny slang, stosowane są skróty (literowe i myślowe), niejednokrotnie stanowisko w różnych sprawach zostaje wyostrzone (w ramach „wśród swoich można wykładać kawę na ławę”). Przechodzi się z tym wszystkim dalej i dalej.
W którymś momencie, dołącza do grupy osoba z zewnątrz i przestaje rozumieć nie tylko o czym mowa, ale przestaje wyczuwać emocje panujące w grupie – powody śmiechu, złości, gwaru, milczenia. Z jednej strony wydaje się jej, że rozumie a jednak panuje jakby inny język, inne znaczenia pojęć, tajemnicze komunikaty.

Właściwie to nic nowego w naszym gatunku, gdyż w każdej zbiorowości, zawodzie, firmie, grupie znajomych wykształca się pewna odrębność a nawet bariera komunikacyjna z innymi grupami. Oprócz wspomnianego języka, powstają unikalne kodeksy zachowań dozwolonych i niedozwolonych, tworzą się niewidoczne z zewnątrz hierarchie, skomplikowane sieci relacji. O ile byłaby to fajna teoria dotycząca powstawania np. narodów a może nawet i gatunków, to gdy taki proces zachodzi w realiach jednego społeczeństwa (nacji, grupy kulturowej), to zatraca się możliwość współdziałania, wytwarzania jakiegoś wspólnego frontu, nurtu.

Znamy historie państw w których dokonywał się podział dzielnicowy, albo tzw. „państwo” tworzyły niezliczone autonomiczne księstewka. Takie państwa stawały się bezwolne, bezbronne, skłócone, wyłącznie formalne.

Ludzie funkcjonujący w „bańkach informacyjnych” (a może powinienem użyć słowa „sekta”?) zaczynają żyć w przeświadczeniu, że skoro jest ich kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu to tak myślą wszyscy, że poglądy ich grupy są znane na całym świecie i są oczywiste (skoro podejmowano je publicznie np. w sieci). Trwa to do chwili gdy grupa zechce ogłosić światu jakiś swój manifest – wtedy pojawiają się rozczarowania np. z powodu braku reakcji (i raczej nie – jakby chcieliby grupowicze – z powodu głupoty zewnętrznego świata lub zdrady ze strony tegoż, ale po prostu z powodu braku zrozumienia. Uniwersalny przykład: czy rozumiemy problemy Kurdów? Powszechnie nie, ale powszechnie słyszymy, że warto ginąć za Rojavę). Nawet gdy idea danej grupy jest jak najbardziej poprawna, to może posiąść taki stopień – nazwijmy – „zaawansowania” (niezrozumiałości), że ogłoszona zewnętrznemu światu nie wywoła ciekawości lub poparcia ale co gorsze, może wywołać sprzeciw.

Na poziomie prawidłowo funkcjonującego państwa, zacieraniu takich powstających naturalnie różnic służy państwowa edukacja, państwowe media, państwowa symbolika w przestrzeni publicznej. Państwo za sprawą swoich instytucji scala i cementuje idee. Gdy tych mechanizmów brakuje lub działają nieprawidłowo dokonuje się szybszy lub wolniejszy proces rozbicia, rozkładu, anarchii, marsz ku otwartemu konfliktowi czy konfliktom.

Społeczny aktywizm w Polsce (choć niestety, nie tylko on!) nierzadko przypomina funkcjonowanie hermetycznych sekt a nie działalność publiczną/polityczną/popularyzatorską. Wnioski są w zasadzie dwa: warto dbać o trwałą(!) klarowność i zrozumiałość przekazu (tak na potrzeby wewnętrzne jak i zewnętrzne) oraz sprawdzać czasem, czy istnieją jeszcze jakieś pokrewieństwa lub formy komunikacji z przedstawicielami podobnego do naszego gatunku spotykanego np. na ulicach.

Reklamy