MOJA INKWIZYCJA

by romskey

Po trosze z przypadku odkryłem w sobie inkwizytora. Wystarczyło kiść niedorzeczności uznać za herezję by ruszył proces torturowania czarownicy. Tym razem padło na Stasia, który oddał się z upodobaniem ezoterycznej samo-naprawie.

Ezoteryka to nie najlepsze słowo, gdyż jaką wiedzą tajemną jest pisanie o czymś w publicznym blogu? – jednak opisywanie rzeczywistości pod szyldem: „Prawda jest zupełnie inna niż myślicie. Ja ją znam i krzewię” – wzbudziło pewną ciekawość. Okulbaczyłem konia, w juki wetknąłem stare księgi i ruszyłem do odległej pustelni, by poddać głoszoną prawdę próbie zgodności z pismem świętym… tfu! z logiką i tzw. aktualnym stanem wiedzy. Proces badania trwał dosyć długo, więc nie przypomnę już sobie, które słowo było pierwsze, a które kolejne. O jednym przekonałem się najprędzej: „W pracy inkwizytorskiej poznałem zbyt wiele z głoszonych prawd, by uznać je za plon samodzielnych odkryć podejrzanego”:
– Zdradź Stasiu wspólników i to jak kontaktujesz się z diabłem, przyznaj się po dobroci, zanim wyciągnę straszliwe narzędzia!

Staś bez większych oporów wspomniał licznych, niewartych modlitwy skazanych na stos, szubienicę czy poćwiartowanie, którzy głosili podobne do jego przekonań lecz zastrzegł, że w osobiste kontakty z Lucyferem jak i pozostałymi nie wchodził. Podejrzany przyznał, że poznawał spisywane przez nich księgi magiczne, słuchał ich mów na miejskich rynkach ale brał z nich tylko to co osobiście mogło mu służyć. Wymienił zbawienne efekty różnorakich wywarów i zaklęć, które uwiarygodnił własnym uśmiechem i dobrym samopoczuciem.

Podjąłem kolejną kwestię:
– Chodzą słuchy o tym, że nauczasz ludzi a jednak część tez, które propagujesz nie są zgodne z doktryną!

Usłyszałem wiele gorzkich i nierzadko prawdziwych słów o „moim kościele” oraz samej doktrynie. O tym, że nie wszystkie modlitwy działają, nie wszyscy kapłani kierują się przypodobaniem stwórcy, nęci ich mamona, blask sławy, władza. Skoro tworzą tę wiarę tak mizerne persony, to jak wierzyć samej wierze? Zaoponowałem:

– W każdym stadzie odnajdziemy czarne owce, ale czy można na tej podstawie oskarżyć całe stado a co gorsza ideę? Wśród heretyków mamy stada pełne czarnych owiec! Zresztą, ja tu jestem inkwizytorem!

Im bardziej starałem się skupiać na wyłuskiwaniu podejrzanych założeń w naukach Stasia, które chciałem poddać dyskusji, tym narastał jego opór. Owe wyłuskiwane ziarna herezji starał się zakryć wielkim baldachimem dobra, serca, miłości co zdawało się się ucieczką od tematu. Ilekroć udawałem się na spoczynek, opowiadał ludziom zaglądającym przez okienko jego celi o tym jak bardzo się mylę.

Któregoś wieczora zapaliłem świecę, rozpostarłem na starym stole pergamin i zacząłem spisywać protokół: „Podejrzany przekonująco wyparł się relacji z diabłem. Nie potwierdziły się również doniesienia o jego zażyłych kontaktach z groźnymi heretykami. Nie kupczy z nimi, nie knuje, nie kaptuje. Podejrzany potępił nawet te działania wrogów „kościoła”, które wielu z nich zaprowadziły na stos”…
Zadumałem się:
– To do czego zmierza nie jest złe, ba! jest dobre, ścieżki jedynie nazbyt pokrętne…
Umoczyłem pióro w atramencie:

„Niewinny od najcięższych zarzutów” – podpisałem i przybiłem pieczęć.

Z nieuchwytnej przyczyny odetchnąłem z ulgą. Nie wiecie bowiem o tym, że łączyła nas onegdaj długotrwała przyjaźń, która z powodu zwiększenia się liczby moich obowiązków (nie tylko inkwizytorskich) została narażona na próbę rozłąki. Sam nie wiem czy bardziej martwiłem się o los przyjaciela czy świata i doktryny.
Może jedno i drugie, zawsze taka konstelacja stanowi kłopot.

Zacząłem przygotowywać się do powrotu. Gdy dosiadłem konia, spojrzałem przez ramię na Stasiową pustelnię. Pomyślałem o Hiszpanach, których armada zmierza ku naszym portom. Pomyślałem o tym, że gdy nie stawimy wespół oporu wyrżną w pień tak jego jak i mnie, wyplenią moją wiarę i jego, wymażą z historii i ludzkiej pamięci nasze ślady. Morze po horyzont było jednak ciche.

bilb

Advertisements