WŁADZA MOTŁOCHU

by romskey

Nie raz zdarzało się, że władzę sprawowali ludzie, których postawy bez trudu definiowano jako chamskie, prymitywne, bezczelne. Powiedzieć „motłoch u władzy” było łatwo, ale osoby te posiadały niejednokrotnie dobre wykształcenie, doskonale wiedziały czym jest kultura osobista, nierzadko ich dorobek zawierał pozycje zaprzeczające temu co o nich sądzono. Uważano, że odrzucenie przez nie statusu elity intelektualnej czy kulturowej na rzecz oficjalnie eksponowanego chamstwa, było efektem zadziałania prostej ludowej reguły: „człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z człowieka nigdy”. Dlaczego więc, w pewnym okresie ich życia ów rzekomy, wrodzony prymityw nie dawał o sobie znać?

Donald Trump, Nigel Farage, Paweł Kukiz, Janusz Korwin Mikke, Marian Kowalski, Zbigniew Stonoga, dziesiątki ludzi z PiS, dziesiątki dziennikarzy i artystów postanowiło stać się motłochem. Co ich do tego przekonało?
Świetnym przykładem dla zobrazowania tego zjawiska jest Nigel Farage, który swój kapitał polityczny zbił nie na wizerunku „establishmentowego inteligenta” (którym w rzeczywistości jest), lecz na wizerunku „kolesia”, z którym ogromna część Brytyjczyków chciałby pójść na piwo. Język pubu, gdzie mieszają się prawdy, nieprawdy, beknięcia i heroiczne wystąpienia stał się językiem zmniejszającym dystans pomiędzy kandydatem a jego wyborcami.

Bycie „swoim człowiekiem” budowano różnie. Bronisław Komorowski na czas kampanii stał się „Bronkiem”, Jarosław „Jarkiem”, Barack Obama spędzał setki godzin z mieszkańcami Chicago, których serca zdobywał swoją serdecznością i otwartością nawet gdy kojarzono go z tą negatywnie rozumianą „nieprzystępną elitą”.
Część polityków wybrało publiczny bar piwny (niektórzy w ogóle go nie opuszczali) czując, że właśnie tam tętni społeczne życie. Powie ktoś, że język pubu nie musi być jednoznacznie kojarzony negatywnie. I tu pełna zgoda, pub może tętnić tak życiem kulturalnym i grą w szachy jak główną pozycją menu mogą być bijatyki urżniętych kibiców. Od czego to zależy?

Pozwólcie na małą redefinicję znanego słowa:
Motłoch – zbiorowisko wykluczonych społecznie (kulturowo, edukacyjnie) jednostek, które odsunięte od „głównego nurtu” wytwarzają własną prymitywną kontrkulturę. W liberalnej demokracji, w przypadku gospodarczo-społecznej prosperity (nie chodzi jedynie o wzrost PKB) liczebność takiej grupy spada a w czasie kryzysu zwiększa się. Nawarstwienie takich problemów jak bezrobocie, inflacja, długi, frustracje wynikające z niemożności realizowania się mogą spowodować, że poparcie ze strony tej grupy może otworzyć drogę do władzy politykom, którzy zdobędą zaufanie tych osób.

Oszacowanie konkretnej liczby takich „niezadowolonych”, która podpowiedziałaby zainteresowanym politykom jakiego języka używać a nam kiedy mijamy ‚czerwoną linię’ między wyborczymi szansami demokracji a radykalnych, nieprzewidywalnych rządów populistów jest trudne z uwagi na wielowarstwowość problemów związanych z takim pojęciem. Można jednak dokonywać ostrożnych wyliczeń. Wejście do UE uchroniło praktycznie Polskę przed zwycięstwem tych drugich. Kilka milionów Polaków wyjechało z kraju, polepszyło swój byt, doświadczyło społecznego awansu i tym samym przestało zajmować się polską polityką. Gdyby zostali, stanowiliby kilkumilionową rzeszę frustratów żądnych krwi „zdrajców narodu” rzekomo odpowiedzialnych za ich niedolę. Do władzy doszła optymistyczna PO, która na podobieństwo rządu Republiki Weimarskiej czerpała pełnymi garściami z kredytów tradycyjnych i tych nazywanych ładniej dotacjami. Kraj – przynajmniej wizerunkowo rozkwitał, choć wiele problemów społecznych zostało odłożonych na „później”. Kryzys 2008 choć ominął Polskę, to jednak wyhamował gospodarkę europejską. Odpryski tego stanu rzeczy objawiły się m.in. problemami z zatrudnieniem. Polski pub nie zaczął grać w szachy.

Dwa przykłady społecznej fizyki

Niemcy w początkach ubiegłego wieku, obciążone kosztami przegranej pierwszej wojny stają się krajem, w którym życie jest wyjątkowo trudne. Bezrobocie, szalejąca inflacja, społeczne niepokoje, bieda, wykluczenie. Bez trudu ziejący nienawiścią i prostactwem radykał Hitler zdobywa serca pozbawionych dumy dziczejących rodaków (nie przez przypadek w piwiarniach będących centrami kultury masowej). Wkrótce dokonuje zamachu stanu. Republika Weimarska potrafi jednak obronić się. Hitler trafia do więzienia, pisze swoje Mein Kampf, a po wyjściu na wolność spotyka go inna rzeczywistość. Rząd chcąc zabezpieczyć się przed powtórką z historii zaciąga ogromne kredyty w amerykańskich bankach dzięki którym kraj i gospodarka rozkwitają, wielkie projekty budowy dróg dają zatrudnienie, bezrobocie maleje, ludzie odzyskują nadzieję. Argumenty Hitlera jak i on sam tracą na znaczeniu. Zły los przynosi niespodziewany obrót wypadków. Krach na giełdzie amerykańskiej sprawia, że gospodarkę niemiecką dotyka istny kataklizm. Wszystkie problemy wracają ze spotęgowaną siłą, Hitler – żerujący na kryzysie – może znów rozwinąć skrzydła i robi to. Jego argumenty stają się znów aktualne.

Podobnym przykładem wpływu gospodarki na kondycję społeczeństwa jest wspomniane kiedyś w blogu Detroit. Rozkwit przemysłu m.in. motoryzacyjnego i wojennego przyciąga do fabryk rzesze niewykwalifikowanych robotników (mówi się nawet o 250 tys. polskich emigrantów). Po wprowadzeniu kwot emigracyjnych do miasta przybywają tańsi i niewykwalifikowani Afroamerykanie z południa USA. Boom sprzyja powstawaniu klasy średniej. Afroamerykanie i emigranci kupują domy, samochody, kształcą dzieci, którym chcą zapewnić lepszy start, starają się ‚doszusować’ do wizerunkowej poprawności, uczestniczą w życiu kulturalnym. Prosperity mija. Automatyzacja, zmniejszenie produkcji lub przenoszenie jej w tańsze regiony świata załamuje społeczny rozwój. Ludzie, którzy spędzili pół życia na wkręcaniu określonej śrubki w określony otwór nie są nikomu potrzebni, nie mówiąc już o ich dzieciach. Potrzebują osłon socjalnych, które jeszcze bardziej pogrążają kondycję miasta. Detroit zamienia się w getto, rośnie przestępczość, część ludzi ucieka, zostają ci, najbardziej pozbawieni perspektyw. Detroit w rezultacie zbankrutowało.

Powyższe przykłady ukazują nie tylko to kiedy społeczeństwo prze naprzód i kiedy spada w przepaść. Mówią nam również o języku, którym posługują się ludzie aspirujący do klasy średniej (kiedy gospodarka umożliwia im to) i języku, którym posługują się „socjalne” getta, w których panuje bieda, bezprawie. Jakiego rodzaju polityk byłby w stanie pozyskać głosy mieszkańców gett, którzy w jakimś sensie są ofiarami systemu: „establishmentowy inteligent” – który kojarzony byłby ze wszelkim złem, czy „koleś z dzielnicy”, mówiący „otwartym tekstem”, śmiało pokazujący palcem rzeczywiste czy urojone źródła zła, obiecujący złote góry? Grupa niezadowolonych najwyraźniej stała się w Polsce na tyle liczna i obiecująca, że skłoniła część populistycznych polityków do sprzedania swojego wizerunku za cenę zdobycia władzy.

Pobocza

Mimo wszystko, gdzieś obok a jednak wspierająco na proces kulturowego regresu w dziedzinie języka i postaw części osób publicznych wpływa aspekt, który nazwałbym „welmanizacją”. Welmanizacja (od nazwiska znanej dziennikarki) to odrzucanie „poprawności” przez osoby uczestniczące w kształtowaniu kultury masowej w imię wyrażania szczerych emocji „w słusznej sprawie”. Kilka lat temu pojawiła się moda na słowo „zajebisty” wśród studentów i można przytoczyć wiele przykładów (łącznie z moim własnym). Nawet gdy Dorota Wellman czy ja jesteśmy w stanie uznać swoje wystąpienia za „wpadki”, zwalić wszystko na emocje to otwieraliśmy pewne drzwi, tak jak otwierało je polskie kino typu PSY, pisarze mówiący „dupa” czy zasłużeni intelektualiści opowiadający o „rzyganiu”. Jednak to od kondycji społecznej zależy, czy np. wulgaryzmy odbierane są pozytywnie (jako swojski język burzący bariery) czy negatywnie i z odrazą. „Politycy ustawiają się do wiatru wiejącego od społeczeństwa”.

Pozostaje jeszcze pytanie o to, jakie długofalowe skutki może przynieść wizerunkowe zeszmacenie się, skoro kiedyś takie osoby stracą władzę czy pracę w telewizji? Otóż, jak ukazuje historia – żadne. Ludzie mają słabą pamięć i lubią wybaczać, gdyż lubią gdy im się wybacza. Sam Lech Wałęsa przekonywał obrażonego Geremka, że ludzka (społeczna) pamięć trwa dwa tygodnie. W Polsce nie wykształcono pewnego mechanizmu obecnego wciąż w niektórych krajach, który zamykał praktycznie dożywotnio za określone występki możliwość dalszej kariery – nie ma więc odpowiedzialności. Napisanie inteligentnego artykułu, książki, zmiana barw politycznych „ze złych na dobre” wyzwala w Polakach ogromne pokłady skłonności do wybaczania
i niepamięci.

angry-mob
fot.źródło:jeffrutherford.com

Reklamy