Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Kwiecień, 2016

WŁADZA MOTŁOCHU

Nie raz zdarzało się, że władzę sprawowali ludzie, których postawy bez trudu definiowano jako chamskie, prymitywne, bezczelne. Powiedzieć „motłoch u władzy” było łatwo, ale osoby te posiadały niejednokrotnie dobre wykształcenie, doskonale wiedziały czym jest kultura osobista, nierzadko ich dorobek zawierał pozycje zaprzeczające temu co o nich sądzono. Uważano, że odrzucenie przez nie statusu elity intelektualnej czy kulturowej na rzecz oficjalnie eksponowanego chamstwa, było efektem zadziałania prostej ludowej reguły: „człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z człowieka nigdy”. Dlaczego więc, w pewnym okresie ich życia ów rzekomy, wrodzony prymityw nie dawał o sobie znać?

Donald Trump, Nigel Farage, Paweł Kukiz, Janusz Korwin Mikke, Marian Kowalski, Zbigniew Stonoga, dziesiątki ludzi z PiS, dziesiątki dziennikarzy i artystów postanowiło stać się motłochem. Co ich do tego przekonało?
Świetnym przykładem dla zobrazowania tego zjawiska jest Nigel Farage, który swój kapitał polityczny zbił nie na wizerunku „establishmentowego inteligenta” (którym w rzeczywistości jest), lecz na wizerunku „kolesia”, z którym ogromna część Brytyjczyków chciałby pójść na piwo. Język pubu, gdzie mieszają się prawdy, nieprawdy, beknięcia i heroiczne wystąpienia stał się językiem zmniejszającym dystans pomiędzy kandydatem a jego wyborcami.

Bycie „swoim człowiekiem” budowano różnie. Bronisław Komorowski na czas kampanii stał się „Bronkiem”, Jarosław „Jarkiem”, Barack Obama spędzał setki godzin z mieszkańcami Chicago, których serca zdobywał swoją serdecznością i otwartością nawet gdy kojarzono go z tą negatywnie rozumianą „nieprzystępną elitą”.
Część polityków wybrało publiczny bar piwny (niektórzy w ogóle go nie opuszczali) czując, że właśnie tam tętni społeczne życie. Powie ktoś, że język pubu nie musi być jednoznacznie kojarzony negatywnie. I tu pełna zgoda, pub może tętnić tak życiem kulturalnym i grą w szachy jak główną pozycją menu mogą być bijatyki urżniętych kibiców. Od czego to zależy?

Pozwólcie na małą redefinicję znanego słowa:
Motłoch – zbiorowisko wykluczonych społecznie (kulturowo, edukacyjnie) jednostek, które odsunięte od „głównego nurtu” wytwarzają własną prymitywną kontrkulturę. W liberalnej demokracji, w przypadku gospodarczo-społecznej prosperity (nie chodzi jedynie o wzrost PKB) liczebność takiej grupy spada a w czasie kryzysu zwiększa się. Nawarstwienie takich problemów jak bezrobocie, inflacja, długi, frustracje wynikające z niemożności realizowania się mogą spowodować, że poparcie ze strony tej grupy może otworzyć drogę do władzy politykom, którzy zdobędą zaufanie tych osób.

Oszacowanie konkretnej liczby takich „niezadowolonych”, która podpowiedziałaby zainteresowanym politykom jakiego języka używać a nam kiedy mijamy ‚czerwoną linię’ między wyborczymi szansami demokracji a radykalnych, nieprzewidywalnych rządów populistów jest trudne z uwagi na wielowarstwowość problemów związanych z takim pojęciem. Można jednak dokonywać ostrożnych wyliczeń. Wejście do UE uchroniło praktycznie Polskę przed zwycięstwem tych drugich. Kilka milionów Polaków wyjechało z kraju, polepszyło swój byt, doświadczyło społecznego awansu i tym samym przestało zajmować się polską polityką. Gdyby zostali, stanowiliby kilkumilionową rzeszę frustratów żądnych krwi „zdrajców narodu” rzekomo odpowiedzialnych za ich niedolę. Do władzy doszła optymistyczna PO, która na podobieństwo rządu Republiki Weimarskiej czerpała pełnymi garściami z kredytów tradycyjnych i tych nazywanych ładniej dotacjami. Kraj – przynajmniej wizerunkowo rozkwitał, choć wiele problemów społecznych zostało odłożonych na „później”. Kryzys 2008 choć ominął Polskę, to jednak wyhamował gospodarkę europejską. Odpryski tego stanu rzeczy objawiły się m.in. problemami z zatrudnieniem. Polski pub nie zaczął grać w szachy.

Dwa przykłady społecznej fizyki

Niemcy w początkach ubiegłego wieku, obciążone kosztami przegranej pierwszej wojny stają się krajem, w którym życie jest wyjątkowo trudne. Bezrobocie, szalejąca inflacja, społeczne niepokoje, bieda, wykluczenie. Bez trudu ziejący nienawiścią i prostactwem radykał Hitler zdobywa serca pozbawionych dumy dziczejących rodaków (nie przez przypadek w piwiarniach będących centrami kultury masowej). Wkrótce dokonuje zamachu stanu. Republika Weimarska potrafi jednak obronić się. Hitler trafia do więzienia, pisze swoje Mein Kampf, a po wyjściu na wolność spotyka go inna rzeczywistość. Rząd chcąc zabezpieczyć się przed powtórką z historii zaciąga ogromne kredyty w amerykańskich bankach dzięki którym kraj i gospodarka rozkwitają, wielkie projekty budowy dróg dają zatrudnienie, bezrobocie maleje, ludzie odzyskują nadzieję. Argumenty Hitlera jak i on sam tracą na znaczeniu. Zły los przynosi niespodziewany obrót wypadków. Krach na giełdzie amerykańskiej sprawia, że gospodarkę niemiecką dotyka istny kataklizm. Wszystkie problemy wracają ze spotęgowaną siłą, Hitler – żerujący na kryzysie – może znów rozwinąć skrzydła i robi to. Jego argumenty stają się znów aktualne.

Podobnym przykładem wpływu gospodarki na kondycję społeczeństwa jest wspomniane kiedyś w blogu Detroit. Rozkwit przemysłu m.in. motoryzacyjnego i wojennego przyciąga do fabryk rzesze niewykwalifikowanych robotników (mówi się nawet o 250 tys. polskich emigrantów). Po wprowadzeniu kwot emigracyjnych do miasta przybywają tańsi i niewykwalifikowani Afroamerykanie z południa USA. Boom sprzyja powstawaniu klasy średniej. Afroamerykanie i emigranci kupują domy, samochody, kształcą dzieci, którym chcą zapewnić lepszy start, starają się ‚doszusować’ do wizerunkowej poprawności, uczestniczą w życiu kulturalnym. Prosperity mija. Automatyzacja, zmniejszenie produkcji lub przenoszenie jej w tańsze regiony świata załamuje społeczny rozwój. Ludzie, którzy spędzili pół życia na wkręcaniu określonej śrubki w określony otwór nie są nikomu potrzebni, nie mówiąc już o ich dzieciach. Potrzebują osłon socjalnych, które jeszcze bardziej pogrążają kondycję miasta. Detroit zamienia się w getto, rośnie przestępczość, część ludzi ucieka, zostają ci, najbardziej pozbawieni perspektyw. Detroit w rezultacie zbankrutowało.

Powyższe przykłady ukazują nie tylko to kiedy społeczeństwo prze naprzód i kiedy spada w przepaść. Mówią nam również o języku, którym posługują się ludzie aspirujący do klasy średniej (kiedy gospodarka umożliwia im to) i języku, którym posługują się „socjalne” getta, w których panuje bieda, bezprawie. Jakiego rodzaju polityk byłby w stanie pozyskać głosy mieszkańców gett, którzy w jakimś sensie są ofiarami systemu: „establishmentowy inteligent” – który kojarzony byłby ze wszelkim złem, czy „koleś z dzielnicy”, mówiący „otwartym tekstem”, śmiało pokazujący palcem rzeczywiste czy urojone źródła zła, obiecujący złote góry? Grupa niezadowolonych najwyraźniej stała się w Polsce na tyle liczna i obiecująca, że skłoniła część populistycznych polityków do sprzedania swojego wizerunku za cenę zdobycia władzy.

Pobocza

Mimo wszystko, gdzieś obok a jednak wspierająco na proces kulturowego regresu w dziedzinie języka i postaw części osób publicznych wpływa aspekt, który nazwałbym „welmanizacją”. Welmanizacja (od nazwiska znanej dziennikarki) to odrzucanie „poprawności” przez osoby uczestniczące w kształtowaniu kultury masowej w imię wyrażania szczerych emocji „w słusznej sprawie”. Kilka lat temu pojawiła się moda na słowo „zajebisty” wśród studentów i można przytoczyć wiele przykładów (łącznie z moim własnym). Nawet gdy Dorota Wellman czy ja jesteśmy w stanie uznać swoje wystąpienia za „wpadki”, zwalić wszystko na emocje to otwieraliśmy pewne drzwi, tak jak otwierało je polskie kino typu PSY, pisarze mówiący „dupa” czy zasłużeni intelektualiści opowiadający o „rzyganiu”. Jednak to od kondycji społecznej zależy, czy np. wulgaryzmy odbierane są pozytywnie (jako swojski język burzący bariery) czy negatywnie i z odrazą. „Politycy ustawiają się do wiatru wiejącego od społeczeństwa”.

Pozostaje jeszcze pytanie o to, jakie długofalowe skutki może przynieść wizerunkowe zeszmacenie się, skoro kiedyś takie osoby stracą władzę czy pracę w telewizji? Otóż, jak ukazuje historia – żadne. Ludzie mają słabą pamięć i lubią wybaczać, gdyż lubią gdy im się wybacza. Sam Lech Wałęsa przekonywał obrażonego Geremka, że ludzka (społeczna) pamięć trwa dwa tygodnie. W Polsce nie wykształcono pewnego mechanizmu obecnego wciąż w niektórych krajach, który zamykał praktycznie dożywotnio za określone występki możliwość dalszej kariery – nie ma więc odpowiedzialności. Napisanie inteligentnego artykułu, książki, zmiana barw politycznych „ze złych na dobre” wyzwala w Polakach ogromne pokłady skłonności do wybaczania
i niepamięci.

angry-mob
fot.źródło:jeffrutherford.com

CZY PAŃSTWO POTRZEBUJE KOŚCIOŁA?

O praktycznej roli kościoła i religii w państwie rozmawialiśmy tu w blogu nie raz, choć głównie spoglądaliśmy w przeszłość. Dostrzegaliśmy to, że narzucenie jednej wiary odmiennym kulturowo społeczeństwom (najczęściej podbitym) pomagało w ich jednoczeniu. Religia stawała się spoiwem (niekiedy jedynym) – częścią wspólną, dzięki której można było odwoływać się do wspólnej (jednoczącej) wartości. Dostrzegaliśmy rolę instytucji religijnych we wspieraniu państwowej polityki (propagandy), kiedy to monarcha za sprawą kapłanów mógł docierać do rzesz wierzących obywateli ze swoimi inicjatywami. Dostrzegaliśmy to, że kościoły z powodzeniem reprezentowały lub zastępowały administrację państwową w obszarach przez świeckie władze zaniedbanych (np. ze względu na wysokie koszty czy niedobory urzędników – patrz: wsie). Kościół sprawował w tych miejscach rolę instytucji edukacyjnych, socjalnych, sądowniczych, podatkowych.

Gdy przeniesiemy się do teraźniejszości zauważymy, że wiele z tych ról – o ile nie wszystkie – straciły na znaczeniu. Żyjemy w Europie stabilnych państw narodowych (), których populacje nie mają problemów tożsamościowych. Nawet gdy przebąkuje się czasem o kosmopolityzmie (piętnowanym przez środowiska konserwatywne) to kosmopolityzm ów jest raczej wyrazem otwartości na pozytywne relacje z sąsiadami zapewniające swobodny przepływ ludzi, idei, technologii, towarów czy usług niż czymś co miałoby sprzyjać zerwaniu więzi z własnym językiem, tożsamością, historią, pochodzeniem. Podupadła propagandowa rola kościoła z powodu pojawienia się powszechnie dostępnych środków masowego przekazu. Kościół stracił również rolę administratora państwowego – obecnie nie narzekamy na brak urzędników i etatów dla nich.

Praktyczna użyteczność kościoła dla państwa stoi obecnie pod dużym znakiem zapytania, choć czynione są starania by wypełnić tę lukę nowym a zarazem starym argumentem: religii jako nośnika i gwaranta zbiorowej moralności. Cóż, nawet w tym obszarze, w kulturze zachodniej ukorzeniła się postawa areligijnej „przyzwoitości”. Na pierwszy plan wysunął się „good moral character” a nie to, jakie wyznanie dany człowiek reprezentuje (co miałoby w domyśle o jego przyzwoitości świadczyć). Osiągnęliśmy etap, w którym moralność chrześcijańska w kontekście etycznym coraz częściej ustępuje moralności „świeckiej”. Skandaliczne orędzia grup duchownych czy ich interpretacje przesłania chrześcijaństwa prowadzić dziś mogą raczej do demoralizacji społeczeństwa nie wspominając już o tym, że przyczyniają się rozbijaniu wspólnoty a nie jej scalaniu.

cultures

ZMIANY, ZMIANY, ZMIANY

Mało kto odważa się pisać lub mówić o tym, że internet to zło, gdyż politycy gotowi byliby go zamknąć, jednak ważenie plusów i minusów sprawia, że minusy coraz trudniej pomijać. Natknąłem się na ankietę – mniejsza o konkretny temat – w której należało oddać głos na coś najlepszego w 2016 roku. Na długiej liście pretendentów wymieszano przedstawicieli starego świata i nowego (‚młode lwy’). W reprezentacji starego świata znalazła się legenda, heros, gigant, mistrz, wzór, obiekt swoistego kultu i wieloletniego podziwu. Nowy świat wystawił w zawodach absurdalny miszmasz, bez wątpienia przykuwający wzrok, bez wątpienia wsparty najwyższą i najlepszą techniką…. ale:
– Z czym do ludzi? – zapytałem w duchu sam siebie.
Nie miałem tzw. „racji”. Nowy świat zaoferował produkt azjatycki, który pierwszego dnia wyprzedził stary świat o kilkanaście milionów głosów a mówiąc jeszcze prościej: osiągnął liczbę głosów, której stary świat nie osiągnął w całej swojej historii. To co przez dziesięciolecia zachwycało, wypełniało energia, łączyło pokolenia, co doczekało się niemal religijnego kultu, zostało zredukowane do poziomu żyjątka pełzającego po dnie przez miliardowe legiony azjatyckich 12-latków ze smartfonami.

Zacząłem zastanawiać się nad demokracją, nad tym o czym mówili znajomi, że „w demokracji głos profesora jest równy głosowi lumpa”. Czy podobny proces, choć w znacznie mniejszej skali nie wydarzył się w Polsce? Oto nagle technologia pozwoliła ludziom powiedzieć co myślą (często że nie myślą, ale mniejsza). Głos w sieci – niczym głos w wyborach – stał się równy każdemu innemu głosowi i gdy większość ustali, że coś jest g… to uznając reguły demokracji za g… trzeba uznać. Kunszt? Warsztat? Praca? Mózg? – to bzdury! Internetowa demokracja bezpośrednia! Komu nie podoba się, ten zwolennik establishmentu, oszustów i cwaniaków – i to – również przegłosują, choćby zarzut dotyczył Ciebie Czytelniku a miałbyś zdanie inne.

Za wczesnego Hitlera, każda niemiecka partia do swojego rozwoju i istnienia potrzebowała trzech ważnych elementów: piwiarni do wygłaszania mów, ulicznej bojówki i barwnej populistycznej gazety. Zamieńmy real w wirtual a uzyskamy: Facebook, bandę hejterów i własny portal.

Nie bez kozery o Hitlerze wspominam, gdyż dzięki kanałowi National Geographic doznałem „wtórnego” olśnienia. Przypomnijmy kilka kwestii:
Kto tworzył SA (sturmabteilung czyli „brunatne koszule”)? WYRZUTKI. Bezrobotni, skorzy do zadymy kolesie zakochani w piwie (najlepiej od rana do wieczora). Skąd w Niemczech wzięły się wyrzutki? Otóż w liberalnej demokracji i kapitalizmie dotkniętych kryzysem, dla pewnych ludzi nie było miejsca – oczywiście oprócz partii nazistowskiej, która panujący niesprawiedliwy ustrój obiecywała zmieść z powierzchni ziemi.

Drugie wtórne olśnienie z NG dotyczyło nowej i bardzo precyzyjnej definicji nazizmu. Hitler planując odrodzenie upokorzonych Niemiec, starał się powiązać idee bliskiego sercom robotników socjalizmu z ideami narodowo konserwatywnymi bliskimi sercom starszych pokoleń (m.in. weteranów). Dołączając idee rasistowskie uzyskał również coś bliskiego sercom bezrobotnych i niezbyt rozgarniętych opojów. Można powiedzieć, że stworzył program dla wszystkich – oczywiście oprócz… inteligencji, która była już zrzeszona w partiach lewicowych, liberalnych i demokratycznych.

Mógłbym w filmie NG (polski tytuł „Naziści: Spisek wyrzutków” – The Rise of the Nazi Party: Nazism Is Born) doszukiwać się propagandowych podtekstów gdyby nie to, że nakręcono go w 2014 roku, a więc jakiś czas przed dobrymi zmianami w Polsce.

Podsumujmy:
– kulturę powoli zastępuje internet i to co było wartościowe jeszcze wczoraj, dziś może nie mieć znaczenia (liczą się argumenty ilościowe a nie jakościowe lub definicja jakości została przegłosowana).
– liberalna demokracja w czasie kryzysu nie ma nic do zaoferowania kibolom.
– jakie skutki może mieć łączenie idei socjalistycznych z konserwatywno-narodowymi wspartymi niechęcią do niezbyt białych, którzy mogą roznosić zarazki.

Czy na powyższej liście nie znajdujemy wielu ważnych podpowiedzi (niekoniecznie tylko analogii)?

Dołączam stylowy obrazek z epoki przypominając, że wówczas swastyka była starohinduskim symbolem szczęścia i pomyślności w działaniu.
Nazisci-Zyskac-Szacunek

WIERZĘ W LEPSZY ŚWIAT

Zdałem sobie sprawę tego, że u podstaw sporów, tych naszych polskich i tych międzynarodowych leży zupełnie banalna kwestia. Po prostu jedni wierzą w lepszy świat a inni wierzą w katastrofę. Na każde słowo tych pierwszych, drudzy wytaczają sto argumentów mających uzasadnić niepowodzenie. Czy świat zmierza do upadku czy wprost przeciwnie? O ile nawet jestem świadom różnych zagrożeń odpowiadam: „nie wiem, staram się by było lepiej”. Lepiej?! To działa jak płachta na byka. Mój pogląd zostaje natychmiast zmiażdżony buldożerem defetyzmu: „Świat zaleją obcy i wściekli, ludzi będą ginąć na ulicach, krew się będzie lała, kobiety będą gwałcone, staniemy się niewolnikami, cywilizacja upadnie”.
Do licha, trudno snuć pozytywne plany w takiej atmosferze. Zdrowy rozsądek nie pozwala odrzucić wszystkich tych złowieszczeń, gdyż jakiś tam procent spełnialności posiadają. Zatrzymujemy się, rozmawiamy, dociekamy by nagle uświadomić sobie, że propagujący „złą wizję” więcej robią dla jej urzeczywistnienia niż sam „los”, gdyż zatrzymują tych, którzy wierzą w powodzenie, sukces, w rozwiązanie i chcą dla tej sprawy coś zrobić.

Niejednokrotnie podejmowałem próby przekabacenia defetystów na swoją stronę, ale z wątpliwym powodzeniem. Oni po prostu tym żyją, żyją urojeniem o posiadaniu jakiejś nad-prawdy, sprawiają wrażenie, że wieszczenie totalnej katastrofy dodaje im skrzydeł. Nie racjonalizują swoich obaw, karmią się nimi. Bombardują stu tuzinami argumentów z różnych dziedzin i źródeł, aby tylko być na wierzchu, zagadać, zakrzyczeć, za-zło-wieścić. Czy chodzi o to, że zwracają tym na siebie uwagę, że nareszcie są w centrum? Rany!

Natrafiłem na rozmowę nacjonalisty z umiarkowanym nacjonalistą.
Ten drugi zapytał w pewnym momencie:
– Okej, ale wy tak cały czas o tej historii, a jakieś pomysły na przyszłość?
– Kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku, teraźniejszości ani prawa do przyszłości – odpowiada Piłsudskim pierwszy.
– No dobra, znam, ale jakiś plan macie?
– Jak ty nic nie rozumiesz – odfuknął się pierwszy – bez poznania własnej historii i prawdy nie można budować przyszłości.

Jak widać nawet nacjonalizm może być postępowy, ale czy jest w stanie pociągnąć za sobą tych, którym do najwyższego szczęścia potrzebne jest stworzenie pełnej listy esbeckich agentów z żydowskimi korzeniami do miliona pokoleń wstecz? Rzut oka na przepastne archiwa IPN uświadomił mi, że „gruba kreska” miała jednak bardzo praktyczny walor bo czy miałbym/mielibyśmy ryć, zmuszać dzieci, społeczeństwo do analizowania tego studium cywilizacyjnej patologii? Czy zajmując się tym, znaleźlibyśmy czas na cokolwiek innego? Czasem wydaje się mi, że smakosze katastrof nie zajmują się niczym innym. Może zamiast wdawać się w bezproduktywne dyskusje z nimi, warto pogłaskać psa, pójść na spacer, odetchnąć świeżym powietrzem? Przynajmniej jakaś korzyść z tego, pod warunkiem, że gdy popatrzymy w błękitne niebo, nie dopadnie Nas jakiś spec od chemtrails.

blue2

(graph:allthingsapocalypse.tumblr.com)