SAMOPOŻERAJĄCA SIĘ MASA

by romskey

Nałęcz zasugerował Cenckiewiczowi, żeby zajął się całokształtem biografii Wałęsy a nie tylko wybranym fragmentem i tymi słowami trafił w punkt. Co jest z tą polskością? Jestem daleki od używania wobec pewnych postaw stwierdzeń typu: „naród to k***y”, „polactwo”, „Polacy mordowali Żydów”, bo jest to nieuprawnione i prymitywne, jednak zachowania jakiejś części naszego społeczeństwa zasługują na najgorsze oceny. Wobec zmiany ustrojowej (lat 80-tych) można zadać pytanie:
– Dlaczego nie wyszło to tak jak tego oczekiwaliśmy?
– Ale jak miało wyjść??! – odpowiadam sam sobie – jeszcze nie opiliśmy zwycięstwa a już jakaś mdła zgraja zajęła się podkopywaniem dorobku przywódców i samych zmian!
Podobna rzecz dotyka KOD-u. Działacze odsunięci na margines błąkają się w internecie, jątrzą, narzekają, marudzą, krytykują. Jeszcze KOD nie powstał w pełni a już ma swojego Gwiazdę i Walentynowicz. To samo spotkało kilka lat temu Ruch Palikota – jakiż straszny był płacz tych, którzy z jakichś (nie przesądzam czy słusznych czy niesłusznych) powodów zostali odsunięci. Ich rola w późniejszym „upadku” nie była bez znaczenia. To jest chore. Budujemy sobie obraz samopożerającej się masy i rzecz nie dotyczy jednego pokolenia ale dokładnie wszystkich.

Kontestacja

Nie jestem ślepy, dostrzegam powody negatywnych postaw. A to brak wewnętrznej demokracji, a to nadużycia jakichś pomniejszych funkcyjnych, jakieś mini kulty jednostki, spór ambicji – to wszystko może wkurzać i prowokować, ale czy nie warto spojrzeć pełniej na całą „linię czasu”? Dokonywanie ocen „tu i teraz” z poziomu urażonego ego nazywa się w polityce „żalami przegranego”. W Stanach Zjednoczonych taka postawa jest powodem wstydu, w Polsce zaś – powodem natchnienia i motywacji.
Nawet amator psychologii wie, że poczucie „skrzywdzenia” nie sprzyja racjonalnemu myśleniu. Tak jak spór w związku, często ludzie kłócąc się są przekonani, że „tu i teraz” (czyli stan sporu) jest odwieczny i trwały, przebąkują o rozstaniu a gdyby tylko popatrzyli na związek jako całokształt zauważyliby, że konflikt to zaledwie ułamek na ogół udanej relacji. Emocje mają straszną moc i doskonale wiem jak trudno sobie z nimi radzić, jednak dostajemy często szansę na opamiętanie. Nie zawsze z niej korzystamy.

Pisanie o psychologii skazuje ten tekst na niebyt, ale spójrzcie na rzeczywistość szeroko: relacje z narodami, kulturami, innymi ludźmi… to zwykle dziesiątki, setki czy tysiące lat bardzo różnych stosunków, a nie pojedyncze wycinki, które często traktujemy jako reprezentatywne dla całokształtu. Propaganda żeruje na tej naszej skłonności do zapominania o całym świecie w chwilach wzburzenia, na skłonności do „kumulowania” zła.

Spór o drogę

Jak świat światem, konflikt pt. „jaką drogę do celu wybrać?” jest obecny, różne są jedynie formy rozwiązywania takiej sytuacji (o ile rozwiązywania). W Polsce, jakby zapominamy o tym, że podcięcie rywala przez jego konkurenta (który został zepchnięty na margines) oddala wszystkich od osiągnięcia samego celu(!). Rywal zwykle nie jest bez winy, ale czy warto zrezygnować z celu w imię wymierzenia rywalowi „sprawiedliwości”? Wyobrażacie sobie bójkę żołnierzy z jednego oddziału, którzy zaczynają walczyć pomiędzy sobą tuż po tym jak ruszyli do ataku przeciwko wspólnemu wrogowi – czy to ma sens?

Jest w nas skłonność do tego typu zachowań. Polskie podziemie II Wojny Światowej: jeszcze nie pokonało okupantów a już skakało sobie do gardeł. W imię walki o wspomnianą już „sprawiedliwość” czy „którą drogę wybrać” jedni zawierali sojusze z hitlerowcami, drudzy ze stalinowcami, jakby honor, jedność państwa, Polaków, niepodległość nie miały żadnego znaczenia. Fakt, nie zawsze okoliczności sprzyjają „szlachetnym postawom”, a nawet nigdy nie sprzyjają, ale czasem warto zatrzymać się.

„Świat bez granic”

Kilka razy podejmowałem ten wątek, starając się zwrócić uwagę na to, że tak my jak politycy mamy prawo wyciągać sobie najgorsze brudy ale nie powinniśmy odbierać sobie prawa do polskości, godności, człowieczeństwa. Nawet w boksie istnieją jakieś zasady, więc nie mówmy, że w polityce czy w życiu nie da się. Nie mam pomysłu na to jak moglibyśmy nauczyć się tego, że przekraczając pewne granice przestajemy być żołnierzami wspólnej sprawy a stajemy się jej wrogami. Oczywiście, nasze trzymanie się reguł może być naszą słabością gdy stykamy się z bezwzględnym i agresywnym przeciwnikiem, ale nikt nie odbiera nam prawa do adekwatnej obrony. Liczy się „potem”, nawet strzelając w pusty łeb terrorysty z ISIS nie musimy fikać kozłów z radości i obsikać jego truchła – możemy uznać obronę za smutną i niechcianą konieczność, podejść do sprawy z godnością i pochować tego, który przestał być groźny. Z klasą i rzetelnością można oceniać Wałęsę i Żołnierzy Wyklętych.

Społeczna moralność ma ogromne znaczenie, to ona generuje przyzwolenie lub sprzeciw wobec danych działań. To ta powszechna moralność stoi u podstaw prawa. Niestety, jak obserwujemy ostatnimi czasy, dzięki „społecznej inżynierii” a nawet siły można próbować (z sukcesami) na tę moralność wpływać po to by zmieniać prawo i czynić legalnym to co było jeszcze chwilę wcześniej odrażającym. Jak skutecznie przeciwstawić się takim praktykom? Jak sprawić by sprzeciw był odczuwalny dla adresatów? Jak wiedzieć, kiedy należy powiedzieć samemu sobie „dosyć”? Wierzę, że jest to wykonalne.

Jeżeli masz chwilę na zastanowienie, nie trać tej szansy

cockfight

Reklamy