DWA ŚWIATY

by romskey

Internet. Początkowo było dużo radości, nareszcie każdy mógł mówić co chce, co myśli, jego problemy mogły zostać zauważone, rozwiązane. Wiedza, rozrywka, kultura – puls społeczeństwa – żyć nie umierać. Trudno powiedzieć kiedy zwykły blog zaczął wyglądać tak samo jak portal sądu i jedynie jakaś wewnętrzna busola mogła podpowiedzieć człowiekowi, które źródło jest oficjalne, poważne, które nas o czymś informuje.

Destrukcja autorytetów
„Oni kłamią, my mówimy prawdę” było jednym z pierwszych haseł, które kilka lat temu zwróciły moją uwagę. Źródła podpierające się takim credo były w stanie w ciągu kilku chwil rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące źródeł zła tego świata: nierówności, niesprawiedliwości, wyzysku, biedy, głodu, wykluczenia, wojny. Były w stanie odpowiedzieć na każde pytanie a do tego wskazać winnych z imienia, nazwiska, ardesu i życiorysu do 10 pokolenia wstecz. Co z tego, że największe autorytety tego świata, badacze, eksperci rozkładali wobec podejmowanych spraw ręce? Odpowiedź była prosta: „zostali przekupieni przez siły zła, wiedzą ale nie mówią, poprawność polityczna, dlatego my mówimy za nich”. O ile ktoś wziął pod lupę kompetencje owych wszystkowiedzących następców ekspertów, bardzo szybko pojmował, że podawane przez nich odpowiedzi są zwyczajnie z dupy wzięte, choć jakże słodkie dla rozkołatanej
i pogrążonej w chaosie duszy.

Kto nie z nami
Nie wolno mieć żadnych zastrzeżeń, gdyż oznacza to natychmiastowe przeistoczenie się w szpicla, ubola, komucha, zdrajcę, żydo-masona, pederastę czy opłacanego przez mroczne siły agenta (podobnie nikt nie kwestionował sukcesu systemu Berniego Madoff’a. Nawet cień wątpliwości wyrażony wobec tak zacnej i zasłużonej postaci degradował krytyka do roli błota, którego miejsce jest daleko za bramami salonów. Do czasu oczywiście). Kto nie chce z minuty na minutę stać się antypolakiem, wrogiem tradycji, narodu, kultury, zboczeńcem i przyjacielem gwałcicieli, na którego wylano by za chwilę najpodlejszy hejt (pełen ofert sposobów na zgon) ten rezygnuje z dyskusji – mając do wyboru „prawdę” lub „życie” zapewne dokonamy w większości podobnego wyboru. Owszem, pojawiał się „złoty pomysł” pt.: „Ignoruj! Karawana jedzie dalej! Róbmy swoje!” ale okazywał się działać na krótką metę, gdyż polityczne skutki ignorancji dawały się zauważyć po wyborach. „Ignorowane nie znika, rośnie w siłę” (Lemmy Kilmister).

Sława, pieniądze i wielka kariera
Gdzieś w tym wszystkim dawał się zauważyć element kariery niezbyt skutecznie maskowanej wzniosłymi hasłami. Kilka lat temu trendy było walenie w pis, dziś szczyty oglądalności zapewnia walenie w uchodźców. Cierpisz na wykluczenie, na niezauważenie? Bądź jak Max Kolonko, zdobędziesz sławę i chwałę, tylko musisz przeskoczyć w retoryce również jego. Sława budowana na gównie jest gówno-sławą, ale sławą zawsze. Zawsze będąc już na szczycie można powiedzieć: puszczałem się za pieniądze, ale to przeszłość, teraz opowiem wam o moralności. I myślicie, że ludzie tego nie kupią? Ileż razy, jakiś marginalny pozytywny epizod w życiu kanalii sprawiał, że ludzie zastanawiali się „a może to jednak nie jest taki zły człowiek? Przecież psy i koty lubi”. Klasyka z życia tyranów (także domowych): gdy zachowa się taki raz na rok jak człowiek, wszystkie grzechy zostają odpuszczone. Piękne to, tylko skąd śliwa pod okiem za dni kilka? Ja nie mówię że pamiętliwość jest dobra, że odkupienie nie istnieje, ale liczbę przebaczań może czasem warto limitować? Wróćmy do kariery. Na ogół jest tak, że np. krytykiem rządu nie zostaje jedna osoba, jakiś indywidualny odkrywca tajemnych przekrętów i machinacji. Takich krytyków jest na ogół całkiem sporo, więc pojawia się naturalna konkurencja pt. kto więcej kurew na rządzie powiesi. Czy to rozwiązuje problem? Wcale, ale wzrost oglądalności łagodzi ten ból. Publicystyczna działalność w internecie posiada również pewien techniczny wymóg – trzeba istnieć, stale i wytrwale bo ludzie zapomną, odejdą. Wymóg ten powoduje, że trzeba mieć temat, a gdy nie ma tematu… trzeba go zmyślić i ewentualnie wyjaśnić słowami: „w sieci przeczytałem”, bo przecież w sieci jest dokładnie wszystko. Ilu ze wszystkowiedzących to karierowicze, którzy nie mają najmniejszej świadomości skutków, ceny ich kariery? Trudno ocenić bo i trudno ich odróżnić od naturalnie zafrapowanych, od opłacanych i nieopłacanych propagandystów czy od zwykłych durni. Najczęściej jest pewnie wszystko naraz a różnice tkwią w proporcjach.

Przewartościowanie
„My mamy swoich ekspertów” to hasło usłyszałem kiedyś dzięki PiS, ale chętnie podchwyciły je w praktyce wszystkie ugrupowania. Dziwne, gdyż samo stwierdzenie „mamy swoich ekspertów” powinno wywołać gromy ze strony racjonalnie myślących, lecz niebo pozostało ciche. Mieć swoich ekspertów to przecież nic innego jak mieć ich w mocy, jak mieć własną wersję prawdy, jak mieć Trybunał Konstytucyjny, prokuraturę czy policję. Przyzwolenie na istnienie „własnych ekspertów” zmusiło ludzi do zastanawiania się nad tym, którzy eksperci są ich a którzy nie ich i to stawało się kluczową sprawą o ocenie (eksperckiej [a jakże!], bo przecież „chłopak z getta” jest w stanie zweryfikować kompetencje profesora fizyki kwantowej – najlepiej po pochodzeniu). Stopniowo zacierano różnice pomiędzy tym co racjonalne a co wygodne, tak jak rozmywano to czy naród stoi ponad prawem czy odwrotnie. Ludzie dostali demokratyczny wybór. Pięknie wyśpiewuje sedno jeden z hiphopowców: „spowiadaj się przed bogiem a nie policją”. No i jak…kto ważniejszy, bóg czy kodeks karny?

Propaganda (w sieci). Gdybym miał podać prostą, subiektywną definicję, jest to nachalne (bez liczenia się z odbiorcą) wciskanie kłamstw, przeinaczeń, selektywnie dobranych wiadomości zawierających gotowy punkt widzenia, który należy bezwarunkowo przyjąć, bo ktoś obrazi się albo wyklnie. To było dla mnie najtrudniejsze. Nie chciałem tracić znajomych, gdyż cenię sobie przyjaźń bardziej od poglądów, ale dopiero po jakimś czasie zadałem sobie pytanie: „Liczę się z ich reakcją, ale czy oni liczą się z moją?”. Odpowiedź była wyjątkowo prosta: „moją polityczną wrażliwość mają głęboko w dupie. Nie pytają mnie o zdanie, po prostu walą mnie swoim w psyk i liczą na owacje”. Dziwna przyjaźń.

Poszukiwanie prawdy. Wszystko co dzieje się jest wielkim zbiorowym poszukiwaniem prawdy. Różne ścieżki, różne systemy, reguły, czasem brak reguł. Sen może być uznany za równie wiarygodny co fizyczny dowód. I nie ma nic złego w tym, że dany problem możemy próbować rozwiązać różnymi metodami, kłopot w tym, że to co wydarza się odbywa się bez krzty wzajemnego szacunku, bez cienia szansy na uznanie racji lub niezbitych dowodów przedstawionych przez drugą stronę (a więc konkurencję). Prawdę traktujemy dziwnie, zdobywamy ją sobie sami dla siebie, a wrogiem może stać się nawet ktoś kto osiągnie identyczne wnioski – stanie się tak dlatego, gdyż uważamy, że prawda jest niepodzielna, nie może być dwóch prawd, nawet takich samych, ktoś musi mieć rację większą! (Ponoć kora mózgowa odpowiedzialna za myślenie to dość świeże osiągnięcie matki natury, przez co nie całkiem doskonałe).

Chaos
Idee kontra interesy, emocje kontra rozum – te sprzeczności są w nas samych, nic dziwnego że ulegamy im także masowo. Dwa światy to naprawdę mało powiedziane, tych światów jest więcej, zazębione, zakleszczone, związane i jednocześnie rozdarte. „Czy może istnieć lepszy świat, jak uporządkować chaos, przywrócić normalność i równowagę?”. Rozkładam bezradnie ręce. Gdy nie ma poważnej diagnozy nie ma leczenia. Homeopatia górą, dziś swoje 5 min mają alternatywnie myślący. Chyba, że…. chaos uznamy za stan naturalny i zaczniemy przystosowywać się do chaosu a nie stabilności, której poczucie okazuje się być zawsze budowane niezbyt szlachetnymi metodami. Reżimy potrafią zapewnić stabilność (zamykając czy zabijając „niestabilnych”) choć płacą później za to straszliwą cenę. Oszustwo wymaga podatnego gruntu. Określić nieprzekraczalne ramy niestabilności, dopuszczalnego chaosu? Może to kiedyś poskładam.

To sobie pogadałem.
Dobrego dnia.

www_leoscheer_com

Advertisements