KULTURA WOLNOŚCI

by romskey

11 września 2001 roku, dwa pasażerskie samoloty uderzają w wieżowce World Trade Center. Media na całym świecie przerywają programy by podawać na bieżąco informacje. Jestem w szoku, coś tak nieprawdopodobnego wywołuje u mnie absurdalny śmiech. Idąc do sklepu ze znajomym, mówię do jakiejś dziewczyny stojącej na przystanku: „ktoś zaatakował Amerykę”. Ona odpowiada na mój uśmiech myśląc, że żartuję. Przeciąga „nie” pytająco. Tak. Nie czuję potrzeby udowadniania, sama dowie się gdy wróci do domu. Kolejnego dnia kupuję Superekspress. Na pierwszej stronie obrazkowa historyjka: przed, w trakcie i po. Czuję, że zdarzył się jakiś koniec, koniec miejsca do którego czasem chciałoby się uciec, które kojarzyło się z wolnością, rozwojem, bezpieczeństwem… może Nowa Zelandia, Australia… ale to już nie to. Mijają dni, pojawia się coraz więcej spekulacji. Widzę całkowitą bezsilność decydentów i ekspertów szukających odpowiedzi na pytania: kto, jak, dlaczego, co robić? Podświadomie wyczuwam, że to odwet kogoś z Bliskiego Wschodu, wiem, że ten wewnętrzny głos słyszy wielu ludzi, a pojawiające doniesienia tylko potwierdzają przeczucie. Niecałe 2 tygodnie później, 21 września 2001 w Los Angeles odbywa się transmitowany przez największe media koncert charytatywny „Tribute of Heroes”. Występują największa amerykańskie gwiazdy kina, sceny i estrady. Oglądam. Irytuje mnie puder i lukier nałożony tonami na celebrytów, coś wewnątrz mnie kłóci się – koncert i żałoba w moim polskim odbiorze nie współgrają. Opór mija gdy na scenie pojawia się wokalista grupy Limp Bizkit wykonujący na co dzień energetyczną mieszaninę metalu i rapu (rapcore). Wraz z Johnn’ym Rzeznikiem z GoGo Dolls w blasku świec odgrywają akustycznie niesamowity utwór Pink Floyd „Wish You Were Here” (Chciałbym żebyś tu był). Coś we mnie trzaska i pęka. Gdy cała scena wypełnia się artystami z Willie Nelsonem na czele śpiewając America the Beautiful (Piękna Ameryka) wsłuchuję się w słowa: „/…/o piękna z przestronnym niebem, z bursztynowymi falami zbóż, z majestatem fioletowych gór wznoszących się nad sadami, Ameryka, Ameryka”. Jestem z nimi, duchem i sercem, czuję jedność w smutku, w sprzeciwie i nadziei. Bez nienawiści, bez „a nie mówiłem?”. „Ziemia pod moimi stopami przyjemnie nieruchomieje a chaos staje się kosmosem” – jak pisał Tomasz Stawiszyński w jednym ze swoich felietonów.

 

10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem, prezydencki Tu-154 uderza w ziemię. Karcę sam siebie za dziwną satysfakcję z nadnaturalnego rozwiązania politycznego problemu a górę bierze smutek i współczucie. Nie znałem i nie kochałem tych ludzi, byli mi zupełnie obcy, wyznawali obce mi wartości, w moim przekonaniu psuli państwo ale… może kilka osób. Zachowuję dystans. Wkrótce plac przed pałacem prezydenckim zaczyna tonąć w blasku tysięcy zapalanych zniczy. Rozumiem uczestników, rozumiem potrzebę jedności w takich chwilach, ale od udziału odpychają mnie aktorzy i czynni politycy, którzy wprowadzają w medialny przekaz „jedyną słuszną narrację” (mówiąc rzekomo w imieniu wszystkich). Nie chcę w tym uczestniczyć, nie mówią o mnie. Pojawia się krzyż. Żałoba bardzo szybko przeistacza się w politykę. Rozpoczynają się polskie wojny, oskarżenia, pikiety, interpretacje, doniesienia o usuwaniu w panice dokumentów z kancelarii prezydenta. Chaos nie stał się kosmosem. Oddaję się ze znajomymi analizie przyczyn, praktycznie na zimno, chcąc odpowiedzieć na kluczowe pytanie o to jak doszło do tragedii. Nie szukamy „winnych”, nie oskarżamy, chcemy wiedzieć jakie błędy popełniono, jak wyglądają procedury, bezpieczeństwo najwyższych osób w państwie, zaplecze techniczne. Wnioski nie są krzepiące. Środowisko PiS zaczyna krzewić teorię zamachu, chwytając się wszelkich metod i argumentów. Winny jest – brakuje tylko dowodów, więc pojawia się „Religia Smoleńska”. Naród ogarnia swoista histeria, właściwie tradycyjna.

Prawą ręką ci pogrożę, zdrajco, a nie lewą!
Zima wasza, wiosna nasza!
Czy widzisz to drzewo?
Zamiast liści będziesz właśnie tam wisiał!
Twoja kamienica, moja ulica!

Powraca wspomnienie „Tribute of Heroes”. Dlaczego my tak nie potrafimy? My, społeczeństwo, bo nie mówię o amerykańskich republikańskich politykach, którzy zachowali się dokładnie jak PiS odnajdując w zamachu 9/11 pretekst do ataku na Irak. Dlaczego nie potrafimy zjednoczyć się w refleksji, uporządkować emocji, poczuć magicznego zespolenia, zebrać się gdzieś na stadionie, na wielkim charytatywnym koncercie i uronić dobrą łzę, trzymając świece, nucąc ważne dla nas utwory?
Nie potrafimy gdyż tak naprawdę nie mamy wspólnej kultury, nie mamy praktycznie kultury. Przechodząc wczoraj obok afiszu teatralnej imprezy, zatrzymałem się na chwilę, by przeczytać całkiem spore wyjaśnienia dotyczące tego co artyści chcą swoimi dziełami przekazać. W kulturze alternatywnej, rewolucyjnej, dziwacznej czy niepojętej jesteśmy dobrzy. Gonimy jakieś globalne trendy zapominając o tym, że „tam” skąd czerpiemy coś było przed, coś było pod spodem. To jeszcze nic, z drugiej strony wali w nas buraczana kultura wciskana na siłę jako narodowy składnik tożsamości. Nie utożsamiam się i z jednym i drugim, nie czuję tego, nie szukam społecznego awansu przez udawanie, że rozumiem to czego zrozumieć się nie da i nie potrzebuję czerwonych korali pod wielkim krzyżem by poczuć się Polakiem. Jestem nim.

Kultura medialna mierzona wielkością szczerby między zębami u promowanego artysty również nie napawa nadzieją. Dzieje się tak, gdyż kultura od wieków kojarzona jest w Polsce z buntem. Sprawujący władzę przejęli od zaborców i okupantów tendencję do kontrolowania indywidualnej twórczości jako źródła zagrożenia – nie tylko dla krzewionej linii ideologicznej, z której kultura siłą rzeczy wyłamywała się – ale i doskonale wiedząc, że taka kultura zaraża. Kultura ku aprobacie jej odbiorców wdziera się w umysły, jest blisko nich, jako obraz na ścianie, czy płyta w odtwarzaczu, kultura jednoczy. Nie trzeba nigdzie po nią chodzić, wymadlać. Tak blisko nie jest w stanie być  polityka i religia. Kultura niesie ze sobą przekaz, często metaforę rzeczywistości, chaos zamienia w kosmos, nieważne czy jest to kultura patriotyczna czy masowa.
Jeden z fanów Boba Dylana zapytany o to dlaczego słucha artysty, którego umiejętności gry na instrumentach pozostawiają wiele do życzenia odparł: „Bo wielu z nas czuje, ale nie potrafi wyrazić tego co myślimy, a Bob właśnie to robi”. Czy możecie sobie wyobrazić większy zamach stanu, niż to, że niekierowany przez żadne siły władzy artysta mówi to co leży na sercu ludziom gdy wedle władzy powinien raczej mówić ludziom co ma im na sercu leżeć? Czy artysta mówiący o miłości do ludzi nie staje się wrogiem nr. 1 gdy wyznaczony w parlamencie trend określił właśnie kogo należy nienawidzić?

Historie jednoczących społeczeństwa hymnów miewają przewrotną historię. „Rule, Britannia” odegrana gdzieś ku dworskim uciechom wylała się za mury. Zaczęto śpiewać ją w pubach, na ulicach, na statkach, śpiewały ją wszystkie stany, bo jakże nie podchwycić najprostszych słów: „Brytyjczycy nigdy nie będą niewolnikami!”?

Kultura jest kluczem wolności. W niewoli jednoczy powstańców a w czasie spokoju odstrasza tych, którzy wolności chcą zagrozić. Żaden cywilizowany kraj nie wypowiada wojny kulturze, władza ostrożnie ceni ją i hołubi, znając jej siłę a zarazem – niczym jej dawni mecenasi – liczy na choć jeden werset o niej. Machiavelli w „Księciu” przestrzegał przed walką z kulturą, nakazywał wprost by artystów wspierać, nie tylko dlatego, że lud ich kocha, ale kto jak nie artyści stworzy wieczne dowody świetności?

Kultury o której piszę nie da się narzucić. Ona wynika z ludzkich wnętrz. Jest dorobkiem a nie projektem marketingu politycznego. Kto ją niszczy niczym chwasty by narzucić własną, kręci sznur na własną szyję lub buduje świat bezwolnych szczurów, w którym nikt nie chce żyć. Władza nie raz najmowała twórców by ich talent wykorzystać politycznie, podrywać ludzi do walki, by dawali się zarzynać w imię jej interesów lecz zawsze też znalazł się jakiś Tuwim, który pisał „Twoja jest krew, a ich jest nafta!”. I tym poruszał serca i stąd pancerny mur wokół wolności słowa i wypowiedzi artystycznej w wolnym świecie. Wiem, że w obecnych okolicznościach przyrody, pisanie o kulturze jako narzędziu wolności brzmi nierozsądnie. Spora część współobywateli woli dostęp do broni. Jednak takie epizody, jak wielki koncert U2 w Paryżu kilka dni temu, praktycznie tuż po terrorystycznych zamachach daje ludziom coś więcej, niż możliwość pogibania się w rytm muzyki. To manifest pt.: „Za naszą wolność gotowi jesteśmy umrzeć, jesteśmy gotowi dla niej ryzykować i nie zrezygnujemy z niej”.

partia

 

 

Advertisements