Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Grudzień, 2015

KOD: JEDNYM GŁOSEM

Demokracja deklaratywna jest terminem którego nie warto wyjaśniać, gdyż tego typu demokracją byliśmy w czasach PRL*. Polska znajduje się na prostej drodze ku takiej demokracji a temat ten coraz częściej podejmowany jest w mediach zachodnioeuropejskich (głównie za sprawą protestów KOD). Wg. zachodnich komentatorów władze „Nowej Unii” (czyli krajów byłego bloku wschodniego – postsowieckiego) borykają się z problemem dostosowania do fundamentalnych norm zachodnich demokracji. Z uwagi na to, że pojęcie „fundamentalne normy zachodnich demokracji” nie jest dla każdego jednakowo jasne, pozwólcie na maksymalnie krótkie omówienie różnic:

„WŁADZA WIĘKSZOŚCI”? FAŁSZ! – TO SCHEDA PO PRL
Artykuły 4 i 2 konstytucji PRL z roku 1952 mówią: „Lud pracujący sprawuje władzę państwową przez swych przedstawicieli” oraz „Prawa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej są wyrazem interesów i woli ludu pracującego”. Jak można domyślić się, prawo PRL powstawało w duchu założenia, że większość Polaków stanowią zadeklarowani komuniści, którzy jako lud robotników i chłopów sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli w PZPR. Wiedza o tym jak wyglądały wybory, kto je wygrywał i na ile władza reprezentowała lud jest wiedzą powszechnie znaną. Ugruntowana w PRL koncepcja „władzy większości” mówiła o rzekomej władzy większości komunistów nad marginalną resztą wywrotowców. Prawdziwym znakiem zapytania jest to, że w polskiej Wikipedii figuruje definicja demokracji jako władzy większości mająca swój rodowód we wspomnianym wyżej okresie, a co gorsze przypis kieruje nas do podręcznika WOŚ(!).

„WOLNOŚĆ POLITYCZNA OBYWATELA”
W modelu zachodnim podstawową kwestią jest nie tyle ustalenie kto kim rządzi i w jakich ilościach, lecz zagwarantowanie obywatelom wolności i równości (w myśl hasła Rewolucji Francuskiej „Liberté-Égalité-Fraternité:).

Wolność polityczna obywatela jest to ów spokój ducha pochodzący z przeświadczenia o własnym bezpieczeństwie. Aby istniała ta wolność, trzeba rządu, przy którym by żaden obywatel nie potrzebował się lękać drugiego obywatela – Monteskiusz

Z potrzeby obrony tego podstawowego dobra wynika koncepcja trójpodziału władzy zawarta w pracy Monteskiusza pt. „O duchu praw”:

TRÓJPODZIAŁ WŁADZY

„Wszystko byłoby stracone, gdyby jeden i ten sam człowiek lub jedno i to samo ciało magnatów, albo szlachty, albo ludu, sprawowało owe trzy władze: tworzenie praw, wykonywanie publicznych postanowień oraz sądzenie zbrodni lub sporów między obywatelami./…/Kiedy, w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele, władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności; ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał. /…/ Nie ma również wolności, jeśli władza sędziowska nie jest oddzielona od prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolna; sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela.”

(źródło cytatów: Montesquieu „O duchu praw” tłum. Tadeusz Boy-Żeleński. Rozdział VI. O ustroju angielskim.)

DEMOKRACJA ZACHODNIA
Demos (δῆμος) „lud” oraz krateo (κρατέω) czyli „rządy”. Jak łatwo zauważyć związek tych dwóch słów nie mówi nic o władzy większości lub mniejszości. Jest natomiast antonimem „arystokracji” czyli rządów elit (dosł: rządów kasty lepszych). Gdy weźmiemy pod uwagę tę różnicę, bardzo łatwo zrozumiemy, dlaczego zachodni model demokracji zmierza do jak najszerszego udziału społecznego w sprawowaniu władzy, sprzeciwiając się modelom ustrojów, które koncentrują się na kumulowaniu władzy w rękach hermetycznej elity czy jednego przywódcy (rządy autorytarne, dyktatura, totalitaryzm).

CHCEMY DEMOKRACJI RZECZYWISTEJ A NIE DEKLARATYWNEJ

Brak rzeczywistego trójpodziału władzy można uznać bezdyskusyjnie za zamach na polityczną wolność obywateli. Monteskiusz nie przewidział rządów Prawa i Sprawiedliwości czy PRL kiedy zachowanie pozorów demokracji miało służyć jedynie zapewnieniu obecności państwa w gremiach podejmujących decyzje międzynarodowe lub pozyskiwanie kredytów/ dotacji.

K.O.D.

A.Duda w wywiadzie dla BBC stwierdził, że manifestacje w Polsce organizuje opozycja, nikt nie atakuje protestujących, policja zapewnia demonstrującym ochronę co znaczy, że demokracja działa dobrze (źródło: BBC).

K.O.D. jednoczy bardzo różne środowiska lecz jak sami widzicie, wznoszenie haseł typowo partyjnych (antypisowskich) jest wodą na młyn propagandy PiS, której zadaniem jest oskarżenie manifestujących o wyłącznie partyjne pobudki czyli mówiąc wprost: żale przegranego. Słowa „nikt nie atakuje protestujących, policja ich chroni” to w politycznym żargonie tzw. „ucieczka do przodu”, która ma na celu podważenie realizmu/obiektywizmu zarzutów stawianych przez protestujących, z pominięciem odniesienia się do ich treści. KOD nie jest partią, więc narzucanie jednomyślności aktywistom nie byłoby mile widziane, jednak możliwe jest osiągnięcie konsensusu w kwestii unikania tego co szkodzi KOD-owi a szkodzi nadawanie komitetowi partyjnego (np. pro-PO) charakteru. Możliwie jest osiągnięcie konsensusu również w tym, że K.O.D. nie jest przeciwnikiem konkretnej partii ale formy sprawowanych rządów  zagrażających demokracji.

Przygotowując transparenty i hasła warto brać pod uwagę odbiorców z Europy Zachodniej po to by powstała przeciwwaga dla narracji partii rządzącej (wyrażonej m.in. w wywiadzie dla BBC przez prezydenta). Skonkretyzowanie „demokratycznych reguł” w pierwszej części notki może pomóc w tym zadaniu. K.O.D. nie dysponuje narzędziami „promocji”, którymi dysponuje władza, dlatego warto przywiązywać szczególną uwagę do tego jaki przekaz płynie bezpośrednio od samych manifestujących.

treshold

* Pojęcie demokracja deklaratywna pojawiło się w ważnym wywiadzie udzielonym przez prof. Ludwika Turko portalowi racjonalista.pl do którego wysłuchania zachęcam tych, którzy posiadaja 48 minut wolnego (link tutaj: http://racjonalista.tv/nie-przyjalem-orderu-od-prezydenta-andrzeja-dudy-prof-ludwik-turko/).

SOROS! ODDAJ MOJE PIENIĄDZE!!!!!

Dowiedziałem się właśnie, że płaci mi Soros. Z uwagi na to, że sam finansowałem dotychczas swój udział w demonstracjach KOD-u czuję się oszukany podobnie jak przynajmniej 50-70 tys innych uczestników. Gdy nie zobaczę kasy, będę musiał podjąć kroki prawne o zwrot kosztów, pozostaje tylko pytanie: kto ukradł tę mamonę? Kijowski, Petru czy może nawet sam Soros?

Przeglądanie sieci bywa meczące, szczególnie gdy zechcemy dowiedzieć się co myślą tzw. polscy patrioci. Ilość pomyj, które wylewa się na ludzi takich jak ja, może przytłoczyć. Chciałbym się śmiać słysząc ich słowa, ale na dłuższą metę nie potrafię. Po prostu, normalny człowiek słysząc taką ilość oszczerstw, podejrzeń, inwektyw przestaje zastanawiać się nad treścią a zaczyna szukać odpowiedzi na pytanie: co im dolega? Rozumem, że nośnikiem niesprawiedliwej plotki może stać się każdy (choćby przez przypadek), jednak gdy zauważymy, że ktoś owe plotki z jakimś wyjątkowym zacięciem gromadzi to zaczyna zastanawiać owe zacięcie.

Od strony politycznego marketingu rzecz jest prosta. Obrzydzenie   politycznego rywala służy temu, by ten nie zyskał lub nie powiększył poparcia (a najlepiej takowe stracił). Tak już mamy w genach, że z czymś budzącym wstręt nie chcemy mieć do czynienia nawet gdy chodzi o idee, więc kolegowanie się z kapusiami, zdrajcami i innym gorszym sortem dla świętego spokoju zakończymy (by nie zarazić się).

Obrzydzanie to stara SB-ecka metoda. Wykorzystuje się zarzuty, które trudno udowodnić a łatwo „przykleić” np. rozpuszczanie w kolejce plotki o tym, że ktoś ma nieślubne dzieci, jest alkoholikiem, donosicielem, prowadzi jakieś kombinowane interesy czy jest spowinowacony z kimś niedarzonym szacunkiem. Właściwie można zmyślić cały życiorys niewinnego człowieka wiedząc o tym, że większość odbiorców takiej fałszywki nie ruszy do klinik badających DNA czy urzędów by sprawdzać akta, adresy, kontakty, przelewy. Do takiej dogłębnej analizy potrzebny jest nie tylko czas, uprawnienia, pieniądze i odrobina mózgu ale i trud poszukiwawczy może nie przynieść żadnych efektów. „Zainteresowany” jak łatwo domyślić się, także nie będzie dobrym źródłem wiedzy, gdyż nikt normalny do nazbyt podłego życiorysu nie przyznałby się. W preparowaniu kalumnii znaczenie ma powszechna moralność, w której należy szukać inspiracji. Gdy owa powszechna moralność nakazuje np. wykluczać gejów z towarzystwa, to rozpuszczenie plotki o tym, że ktoś jest gejem załatwia sprawę.

Można byłoby przyjąć, że nie ma sposobu na tego typu błoto, pod warunkiem, że ktoś nie zapyta:

– A co mnie to obchodzi? Nie należę do ludzi studiujących cudze życiorysy, gdyż zajęty jestem głównie pisaniem własnego.

Istotnie, część polityków chciała trochę polansować się przy KOD, ba, nawet samo grono tych którzy zapewnili M.Kijowskiemu wsparcie w początkach jego drogi (niektórzy uważają, że tylko psuli wewnętrzną demokrację ruchu) to grono o bardzo konkretnym partyjno-ideologicznym profilu. Obserwuję tę inicjatywę od zarania i nie są mi obce wspomniane środowiska, dlatego mój prawdziwy ubaw wywołuje wysyp ekspertów d/s KOD-u, którzy w życiu nie słyszeli o Studiu Opinii czy „Stop Gwałtom” Kijowskiego. Jakiś podły riserdż im wyszedł, żeby od razu do samego Sorosa trafić, który swoją tajemną misję budowania masońsko-lewackiego NWO na świecie zdradza akurat najbardziej antysemickim i zbydlęconym polskim portalom. Jeżeli to wyciek, to ilu narodowców robi za sekretarki w jego biurze, U ŻYDA!!!???

Sram na to kto finansuje KOD. Jak tysiące innych ludzi uczestniczę gratis z przyczyn osobistych i będę uczestniczył niezależnie od tego, czy KOD będzie istniał czy nie. Nawet gdy z KOD-u wyrośnie jakaś partia to udział w manifestacjach nie ma najmniejszego związku z tym na kogo oddam głos. Podoba się mi idea „Obywatele dla demokracji”, gdyż w Polsce wiele jest do zrobienia. Sukcesy KOD-u są widoczne: opublikowanie znanego wyroku, pojawia się jakiś zaczyn międzypartyjnego dialogu i konsultacji w sejmie. Jak widać czasem „demokracja” musi trochę pomóc motywować polityków, którzy bez tego oddechu na plecach łatwo o demokracji zapominają. Owszem, żałuję, że KOD nie działał za czasów PO i niczym protest ACTA nie powstrzymywał decydentów od podejmowania kroków nie całkiem zgodnych ze społecznym duchem. Kiedyś jednak warto zacząć. Gdy solą protestów KOD-u przestanie być antykaczyzm a stanie się rzetelna kontrola procesów demokratycznych będę szczęśliwy. Piłka jest po stronie PiS a Kukizowi przypominam, że KOD to dokładnie to o co walczył.

 

Od roku 1994, George Soros wspiera oddolne ruchy walczące o legalizację marihuany w ramach budowania alternatyw dla polityki narkotykowej. Na ten cel przeznaczył co najmniej 80 mln. dolarów.

POLAKU! POKAŻ, ŻE JESTEŚ!

„M. Kijowski zauważa, że zarzuca im się działanie na rzecz każdej z większych formacji opozycyjnych. Twierdzi, że muszą z nimi współpracować, bo tego wymaga sytuacja. Jego zdaniem obecnie trzeba odrzucić programy, różnice i razem walczyć z PiS-em, który uderza nie w postulaty jakiejś innej formacji, ale w same podstawy demokratycznych reguł gry” (za: naTemat)

Tylko jaka jest gwarancja, że po zwycięstwie polskiej Wiosny władzy nie przejmie rodzime „Bractwo Muzułmańskie” złożone ze skompromitowanych i przegranych, które dziś również nie mówi o różnicach ale wspólnym wrogu?
Lech Wałęsa powiedział kiedyś:

/…/wszystkie rewolucje mają punkty wspólne. Choćby spontaniczne zaangażowanie zwykłych ludzi. Ale też wszystkie rewolucje popełniają jeden błąd. Zawsze oddają wielkie zwycięstwo biurokratom i politykom. ./…/

i to czeka KOD, gdy skromny człowiek M.Kijowski nie zrozumie czasu, roli i miejsca, w których się znalazł.

Nie wiem co powinien zrobić. Piszę jedynie o podobieństwie do czegoś co ktoś już kiedyś zrobił i do czego to prowadziło. Wciąż nie mogę rozstrzygnąć czy w ten sposób od tysięcy lat robi się politykę i nie ma na to rady, czy po prostu brakuje pomysłu i odwagi na wyłamanie się z wydeptanych już ścieżek.

Na ulice wychodzić trzeba, by udowadniać ilekroć jest to potrzebne, że zależy nam na Polsce Wolnych Ludzi, by podkreślić to, że nie potrzebujemy niańki do każdej czynności, że jesteśmy w stanie sami decydować o umeblowaniu swoich domów, o własnym sumieniu i o tym jakie trudne decyzje w życiu podejmiemy. Manifestacje KOD posiadają ogromny potencjał psychologiczny, udowadniają to, że nie istnieje pojęcie monopolu na polskość po który to argument sięgają obecne władze. Ta rola KOD-u jest bezcenna i dlatego warto być a nawet czasem wygwizdać niektórych mówców, by im przypomnieć że „To my tworzymy Polskę a nie partie polityczne”.

chain

KULTURA WOLNOŚCI

11 września 2001 roku, dwa pasażerskie samoloty uderzają w wieżowce World Trade Center. Media na całym świecie przerywają programy by podawać na bieżąco informacje. Jestem w szoku, coś tak nieprawdopodobnego wywołuje u mnie absurdalny śmiech. Idąc do sklepu ze znajomym, mówię do jakiejś dziewczyny stojącej na przystanku: „ktoś zaatakował Amerykę”. Ona odpowiada na mój uśmiech myśląc, że żartuję. Przeciąga „nie” pytająco. Tak. Nie czuję potrzeby udowadniania, sama dowie się gdy wróci do domu. Kolejnego dnia kupuję Superekspress. Na pierwszej stronie obrazkowa historyjka: przed, w trakcie i po. Czuję, że zdarzył się jakiś koniec, koniec miejsca do którego czasem chciałoby się uciec, które kojarzyło się z wolnością, rozwojem, bezpieczeństwem… może Nowa Zelandia, Australia… ale to już nie to. Mijają dni, pojawia się coraz więcej spekulacji. Widzę całkowitą bezsilność decydentów i ekspertów szukających odpowiedzi na pytania: kto, jak, dlaczego, co robić? Podświadomie wyczuwam, że to odwet kogoś z Bliskiego Wschodu, wiem, że ten wewnętrzny głos słyszy wielu ludzi, a pojawiające doniesienia tylko potwierdzają przeczucie. Niecałe 2 tygodnie później, 21 września 2001 w Los Angeles odbywa się transmitowany przez największe media koncert charytatywny „Tribute of Heroes”. Występują największa amerykańskie gwiazdy kina, sceny i estrady. Oglądam. Irytuje mnie puder i lukier nałożony tonami na celebrytów, coś wewnątrz mnie kłóci się – koncert i żałoba w moim polskim odbiorze nie współgrają. Opór mija gdy na scenie pojawia się wokalista grupy Limp Bizkit wykonujący na co dzień energetyczną mieszaninę metalu i rapu (rapcore). Wraz z Johnn’ym Rzeznikiem z GoGo Dolls w blasku świec odgrywają akustycznie niesamowity utwór Pink Floyd „Wish You Were Here” (Chciałbym żebyś tu był). Coś we mnie trzaska i pęka. Gdy cała scena wypełnia się artystami z Willie Nelsonem na czele śpiewając America the Beautiful (Piękna Ameryka) wsłuchuję się w słowa: „/…/o piękna z przestronnym niebem, z bursztynowymi falami zbóż, z majestatem fioletowych gór wznoszących się nad sadami, Ameryka, Ameryka”. Jestem z nimi, duchem i sercem, czuję jedność w smutku, w sprzeciwie i nadziei. Bez nienawiści, bez „a nie mówiłem?”. „Ziemia pod moimi stopami przyjemnie nieruchomieje a chaos staje się kosmosem” – jak pisał Tomasz Stawiszyński w jednym ze swoich felietonów.

 

10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem, prezydencki Tu-154 uderza w ziemię. Karcę sam siebie za dziwną satysfakcję z nadnaturalnego rozwiązania politycznego problemu a górę bierze smutek i współczucie. Nie znałem i nie kochałem tych ludzi, byli mi zupełnie obcy, wyznawali obce mi wartości, w moim przekonaniu psuli państwo ale… może kilka osób. Zachowuję dystans. Wkrótce plac przed pałacem prezydenckim zaczyna tonąć w blasku tysięcy zapalanych zniczy. Rozumiem uczestników, rozumiem potrzebę jedności w takich chwilach, ale od udziału odpychają mnie aktorzy i czynni politycy, którzy wprowadzają w medialny przekaz „jedyną słuszną narrację” (mówiąc rzekomo w imieniu wszystkich). Nie chcę w tym uczestniczyć, nie mówią o mnie. Pojawia się krzyż. Żałoba bardzo szybko przeistacza się w politykę. Rozpoczynają się polskie wojny, oskarżenia, pikiety, interpretacje, doniesienia o usuwaniu w panice dokumentów z kancelarii prezydenta. Chaos nie stał się kosmosem. Oddaję się ze znajomymi analizie przyczyn, praktycznie na zimno, chcąc odpowiedzieć na kluczowe pytanie o to jak doszło do tragedii. Nie szukamy „winnych”, nie oskarżamy, chcemy wiedzieć jakie błędy popełniono, jak wyglądają procedury, bezpieczeństwo najwyższych osób w państwie, zaplecze techniczne. Wnioski nie są krzepiące. Środowisko PiS zaczyna krzewić teorię zamachu, chwytając się wszelkich metod i argumentów. Winny jest – brakuje tylko dowodów, więc pojawia się „Religia Smoleńska”. Naród ogarnia swoista histeria, właściwie tradycyjna.

Prawą ręką ci pogrożę, zdrajco, a nie lewą!
Zima wasza, wiosna nasza!
Czy widzisz to drzewo?
Zamiast liści będziesz właśnie tam wisiał!
Twoja kamienica, moja ulica!

Powraca wspomnienie „Tribute of Heroes”. Dlaczego my tak nie potrafimy? My, społeczeństwo, bo nie mówię o amerykańskich republikańskich politykach, którzy zachowali się dokładnie jak PiS odnajdując w zamachu 9/11 pretekst do ataku na Irak. Dlaczego nie potrafimy zjednoczyć się w refleksji, uporządkować emocji, poczuć magicznego zespolenia, zebrać się gdzieś na stadionie, na wielkim charytatywnym koncercie i uronić dobrą łzę, trzymając świece, nucąc ważne dla nas utwory?
Nie potrafimy gdyż tak naprawdę nie mamy wspólnej kultury, nie mamy praktycznie kultury. Przechodząc wczoraj obok afiszu teatralnej imprezy, zatrzymałem się na chwilę, by przeczytać całkiem spore wyjaśnienia dotyczące tego co artyści chcą swoimi dziełami przekazać. W kulturze alternatywnej, rewolucyjnej, dziwacznej czy niepojętej jesteśmy dobrzy. Gonimy jakieś globalne trendy zapominając o tym, że „tam” skąd czerpiemy coś było przed, coś było pod spodem. To jeszcze nic, z drugiej strony wali w nas buraczana kultura wciskana na siłę jako narodowy składnik tożsamości. Nie utożsamiam się i z jednym i drugim, nie czuję tego, nie szukam społecznego awansu przez udawanie, że rozumiem to czego zrozumieć się nie da i nie potrzebuję czerwonych korali pod wielkim krzyżem by poczuć się Polakiem. Jestem nim.

Kultura medialna mierzona wielkością szczerby między zębami u promowanego artysty również nie napawa nadzieją. Dzieje się tak, gdyż kultura od wieków kojarzona jest w Polsce z buntem. Sprawujący władzę przejęli od zaborców i okupantów tendencję do kontrolowania indywidualnej twórczości jako źródła zagrożenia – nie tylko dla krzewionej linii ideologicznej, z której kultura siłą rzeczy wyłamywała się – ale i doskonale wiedząc, że taka kultura zaraża. Kultura ku aprobacie jej odbiorców wdziera się w umysły, jest blisko nich, jako obraz na ścianie, czy płyta w odtwarzaczu, kultura jednoczy. Nie trzeba nigdzie po nią chodzić, wymadlać. Tak blisko nie jest w stanie być  polityka i religia. Kultura niesie ze sobą przekaz, często metaforę rzeczywistości, chaos zamienia w kosmos, nieważne czy jest to kultura patriotyczna czy masowa.
Jeden z fanów Boba Dylana zapytany o to dlaczego słucha artysty, którego umiejętności gry na instrumentach pozostawiają wiele do życzenia odparł: „Bo wielu z nas czuje, ale nie potrafi wyrazić tego co myślimy, a Bob właśnie to robi”. Czy możecie sobie wyobrazić większy zamach stanu, niż to, że niekierowany przez żadne siły władzy artysta mówi to co leży na sercu ludziom gdy wedle władzy powinien raczej mówić ludziom co ma im na sercu leżeć? Czy artysta mówiący o miłości do ludzi nie staje się wrogiem nr. 1 gdy wyznaczony w parlamencie trend określił właśnie kogo należy nienawidzić?

Historie jednoczących społeczeństwa hymnów miewają przewrotną historię. „Rule, Britannia” odegrana gdzieś ku dworskim uciechom wylała się za mury. Zaczęto śpiewać ją w pubach, na ulicach, na statkach, śpiewały ją wszystkie stany, bo jakże nie podchwycić najprostszych słów: „Brytyjczycy nigdy nie będą niewolnikami!”?

Kultura jest kluczem wolności. W niewoli jednoczy powstańców a w czasie spokoju odstrasza tych, którzy wolności chcą zagrozić. Żaden cywilizowany kraj nie wypowiada wojny kulturze, władza ostrożnie ceni ją i hołubi, znając jej siłę a zarazem – niczym jej dawni mecenasi – liczy na choć jeden werset o niej. Machiavelli w „Księciu” przestrzegał przed walką z kulturą, nakazywał wprost by artystów wspierać, nie tylko dlatego, że lud ich kocha, ale kto jak nie artyści stworzy wieczne dowody świetności?

Kultury o której piszę nie da się narzucić. Ona wynika z ludzkich wnętrz. Jest dorobkiem a nie projektem marketingu politycznego. Kto ją niszczy niczym chwasty by narzucić własną, kręci sznur na własną szyję lub buduje świat bezwolnych szczurów, w którym nikt nie chce żyć. Władza nie raz najmowała twórców by ich talent wykorzystać politycznie, podrywać ludzi do walki, by dawali się zarzynać w imię jej interesów lecz zawsze też znalazł się jakiś Tuwim, który pisał „Twoja jest krew, a ich jest nafta!”. I tym poruszał serca i stąd pancerny mur wokół wolności słowa i wypowiedzi artystycznej w wolnym świecie. Wiem, że w obecnych okolicznościach przyrody, pisanie o kulturze jako narzędziu wolności brzmi nierozsądnie. Spora część współobywateli woli dostęp do broni. Jednak takie epizody, jak wielki koncert U2 w Paryżu kilka dni temu, praktycznie tuż po terrorystycznych zamachach daje ludziom coś więcej, niż możliwość pogibania się w rytm muzyki. To manifest pt.: „Za naszą wolność gotowi jesteśmy umrzeć, jesteśmy gotowi dla niej ryzykować i nie zrezygnujemy z niej”.

partia

 

 

KRUCHOŚĆ DEMOKRACJI

Pamiętacie o rozmowie, o której wspominałem kiedyś w blogu, prowadzonej z byłym prominentem PRL, ideowcem, który nigdy nie pogodził się z upadkiem minionego systemu? Zakończył rozmowę mniej więcej tymi słowy: „Cóż, nie udało się nam zbudować socjalizmu – mówił z nostalgią – gdyż nad ideami górę wzięły ludzkie namiętności. /…/ Teraz wygraliście wy – młodzi, budujcie więc swój świat, nie będziemy wam przeszkadzać”. Podaliśmy sobie dłonie. Pozostawione słowa były krzepiące – dostaliśmy wolną rękę, a przestroga przed zgrabnie nazwanymi „ludzkimi namiętnościami” dawała wiedzę o tym, gdzie można spodziewać się błędu. Czy dziś – obserwując wydarzenia – należałoby powiedzieć komuś młodszemu: „Nie udało się nam zbudować demokracji”?

Kruchość polskiej demokracji nie wynika tylko z jej młodego wieku. Newralgicznym punktem, który stosunkowo dawno dostrzegłem, było to, że powierzono w niej zbyt wiele ‚indywidualnym decyzjom’. Moja obserwacja dotyczyła pierwotnie sędziów wydających niekiedy skrajnie odmienne wyroki na podstawie tego samego materiału dowodowego. Pytałem sam siebie: „Jak to możliwe, że to samo prawo może być tak zaskakująco odmiennie interpretowane?”.

Szukając odpowiedzi, sięgnąłem do prac filozofów prawa, historyków ‚przemian’, konstytucjonalistów, karnistów, którzy wyjaśnili moją wątpliwość. Otóż, tworząc prawo i procedury po upadku PRL starano się dokonać dwóch kluczowych zmian: pierwsza miała polegać na uniemożliwieniu powrotu dyktatury („w wyniku czego, władzę rozsmarowano tak szeroko, że nie wiadomo obecnie kto jest za co odpowiedzialny”), druga zmiana: ‚prawo totalitarne (na sztukę) zastąpiono prawem humanistycznym”. W drugim przypadku, chodziło o to, że za czasów PRL, czy ktoś ukradł przysłowiową bułeczkę czy traktor, był wsadzany do więzienia (np. na kilka lat) jako złodziej – nietrudno domyślić się, że taki system sprawdzał się doskonale w dziele eliminowania lub wywierania wpływu na opozycję, której działaczom zawsze coś można było zarzucić i pozbawić nie tylko wolności, ale i dobrego imienia. Po upadku PRL uznano, że w wyrokowaniu musi być więcej „człowieka” i tu pojawił się kłopot. Eksperci zgodzili się w tym, że po czasie doszło do nieprzewidzianej patologii: więcej zaczęło zależeć od sędziego jako człowieka, niż od prawa. I nie sam „człowiek” stał się problemem – gdyż założenie było dobre, tylko twórcy prawa jakby „nie przewidzieli”, że człowiek miewa poglądy, niekiedy bardzo polityczne, ktoś go mianuje, ktoś decyduje o jego awansie, człowiek ów miewa ambicje i potrzeby. Wiara i nadzieja w zakładany bezdyskusyjnie silny kręgosłup moralny czy odpowiedzialność urzędników państwa okazała się płonna.

czym u diabła jest demokracja?

Być może to jest bardzo polskie, że lubimy utożsamiać ludzi z ideami na zasadzie „dobry człowiek = dobra demokracja” a właściwie: „jeżeli dobry człowiek = każdy ustrój będzie dobry”). Tylko czym u diabła jest demokracja? Doprowadziliśmy do sytuacji, w której na podstawie ocen ludzi sprawujących władzę oceniamy stan demokracji a nawet jej istnienie(!) nie wiedząc o demokracji praktycznie nic (bo w końcu, skąd?). Jak myślicie, ilu Polaków byłoby w stanie wymienić choćby 10 elementów zdrowej demokracji? Ilu potrafiłoby powiedzieć „ALE!” przy próbie popularnego definiowania demokracji jako prawa większości nad mniejszością?

Od lat zwracałem uwagę na to, że bezpieczeństwo demokracji nie zależy od przedłużania kolejnych kadencji danej „bezpiecznej” partii i jakości ludzi, którzy ją tworzą, lecz stworzeniu takich norm prawnych, które uniemożliwią zniszczenie demokracji niezależnie od tego kto będzie sprawował władzę.

Samo posiadanie konstytucji o demokracji również nie świadczy. Konstytucja musi chronić demokratyczne reguły, gdy współczesna konstytucja RP chroni praktycznie interesy poszczególnych ugrupowań, które sprawowały kolejno władzę, wprowadzały w niej zmiany czy wywierały taki czy inny na nią wpływ. Konstytucja nie jest prostytutką – zauważył drzewiej klasyk – a parlament to nie burdel! Polak mądr po szkodzie?
Czym są demokratyczne reguły: można powiedzieć, że jest ich przynajmniej 60 i obejmują bardzo różne dziedziny funkcjonowania demokratycznego kraju. Wolne wybory, wolność słowa, równość wobec prawa, neutralność światopoglądowa instytucji państwa. Te kwestie nie są tematami do dowolnego interpretowania przez panów z białymi śliniakami i śmiesznymi perukami (czyli dysput o tym co znaczą wymienione pojęcia), to nienaruszalne podstawy, których mają strzec i karać każdy zamiar ich naruszenia.

Kruchość naszej demokracji wynika z pozornej klarowności Konstytucji, której interpretacja zapisów zależy jednak od ludzi, których ktoś powołuje, ktoś decyduje o ich awansie, ludzi, którzy mają indywidualne potrzeby i ambicje. Ci ludzie nie są narodem, społeczeństwem, obywatelami w pełnym tych słów rozumieniu – to osoby powoływane na ogół wg…. partyjnego klucza. Władza ludu? Odmienne opinie konstytucjonalistów stały się chlebem powszednim naszej rzeczywistości. Czy dziwić powinny działania PiS (choć nie tylko), które zauważyło, że nie ważne jest co mówi konstytucja, tylko kto interpretuje jej zapisy (a w perspektywie: kto je tworzy)?

Nie można zrobić zamachu na coś, czego wciąż nie było.

democracy