Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Listopad, 2015

DOKĄD IDZIESZ PIS-ie?

Oglądając program T. Lisa zacząłem zastanawiać się nad czymś. Nie potrafię wyobrazić sobie, by świat tych znanych, okrzepłych w zbiorowej świadomości jajogłowych ludzi miał zniknąć, że ma być jakaś inna Polska, irracjonalna, spiskowa, czy to jest w ogóle możliwe? Gdzie miałby ów świat podziać się, czy miałby rozpłynąć się we mgle?

Nie oglądałem dawno telewizji i przyznam się Wam, że moja ocena teraźniejszości różni się nieco od apokaliptycznego obrazu malowanego m.in. przez T.Lisa, jednak po obejrzeniu programu, naprawdę można poczuć niepokój. Jestem realistą i nie potrafię bać się na zapas (na podstawie gdybań czy wieszczeń), wolałbym konfrontację z rzeczywistym zagrożeniem, a wtedy (przynajmniej!) moja reakcja nie byłaby dyskusyjna – byłaby obroną własną. Ale…

Gnębi mnie to, że wciąż nie potrafię rozstrzygnąć tego, czy tzw. „strach przed pisem” jest tworem i narzędziem politycznym, preparowanym przez sympatyków minionej władzy (marzących o powrocie, itd, itp) czy rzeczywiście dzieje się coś złego, a jeżeli tak to co?

Gdy przyjmuję czarny scenariusz, to wydaje się mi, że żadna brutalna akcja władzy nie pozostanie bez odpowiedzi. Przyszłość zarysowywana w programach takich jak u T.Lisa mówi mi, że „Polska Pisowska” mogłaby stać się jedynie wylęgarnią antypaństwowego terroryzmu czego pis nie przetrzyma.
Obawiam się jednak tego, że gdy to nam puszczą pierwszym nerwy, po naszej stronie emocje sięgną zenitu to przegramy, damy argument przeciwnikowi który stwierdzi: „to oni nas zaatakowali a my musieliśmy zareagować!”. To pis musi poczuć wiatr, strzelić do protestującego, skazać, zamknąć czy pozbawić zajęcia osobę o nieposzlakowanej opinii, dziecko, piętnastolatkę w ciąży, osobę cieszącą się sympatią ludzi, człowieka zasłużonego.

Można mentalnie odizolować się od rzeczywistości, stwierdzić „to nie moja wojna, to wojna PiS i PO, jestem neutralny”, zajmować się własnymi sprawami. Wiem jednak, że z wojnami bywa tak, że niespodziewanie stają się także wojnami neutralnych.
PiS musi się z tym liczyć.

 

 

Reklamy

OPOWIEŚCI O CENZURZE

….czyli pała, pieniądz lub ciasteczko

Cenzura w Polsce kojarzy się z czasami PRL, kiedy to każdy prasowy materiał przeznaczony do publikacji trafiał na jakieś zaciszne biurko, przy którym siedział cenzor i wykreślał niewygodne dla władzy fragmenty (cenzurze podlegały również bardziej ogólne dziedziny kultury popularnej kojarzonej ze zgniłym kapitalizmem np. całkowitemu zakazowi podlegała pornografia). Wszystko to miało służyć wyplenieniu (także czysto fizycznemu) głosów i postaw opozycyjnych wobec systemu po to, by „jedyna słuszna linia” nie natrafiała na żaden opór.

W demokracji tak się nie da. Panuje wolność słowa, publikacji, a represjonowanie czy wywieranie nacisków na niezależne wydawnictwa jest postrzegane wyjątkowo negatywnie. Myliłby się jednak ten, kto uważa, że wraz ze zniesieniem oficjalnej cenzury zanikła również „jedyna słuszna linia”. Obecnie, linia ta nie jest już komunistyczna, ale może być np. lewicowa, konserwatywna, liberalna. Każdy obóz sprawujący władzę stara się krzewić wyznawane przez siebie wartości a tworzenie zakłóceń w tym procesie spotyka się z reakcją. Czy skoro nie zanikła „jedyna słuszna linia” to czy nie zanikła również cenzura?

„Model amerykański”

Gdy dowiedziałem się o amerykańskiej cenzurze wojskowej nadziwić się nie mogłem: „Jak to, cenzura w kraju bez cenzury?”. A jednak, cytując klasyka: „Morzna? morzna”. Model amerykański funkcjonuje na prostej zasadzie: „Jeżeli chcesz nakręcić film wojenny, w którym zechcesz wykorzystać żołnierzy, wojskowych ekspertów, sprzęt, infrastrukturę, dużą pirotechnikę – to nie możesz ukazać armii w złym świetle. Gdy chcesz armię krytykować, rób film własnym sumptem i dobrze gdy masz jakieś finansowe zaplecze, bo raczej takiej produkcji ‚NIKT’ dotować nie będzie, o promocji już nie wspominając.”. Jak widzicie – cenzura jest i jej nie ma.
Gdy wyrazisz zgodę na współpracę z armią, to sam proces uzgadniania np. dialogów żołnierzy wyglądał będzie jak w opisie cenzury PRL-u ze wstępu, tyle, że samodzielnie (jako wolny człowiek) podejmujesz decyzję o współpracy a więc o tym czy chcesz być ocenzurowanym/ą. Oto tajemny miks wolności i cenzury w jednym.

„Model izraelski”

O wiele ciekawsza jest izraelska odmiana cenzury i nazwijmy ją „Modelem izraelskim”. Wyobraźcie sobie następującą sytuację: jesteście w rządzie, lecz jako władze kraju demokratycznego chcące zachować dobre imię, nie możecie wpłynąć (naciskać) na media a jednocześnie chcecie by sprawująca władzę formacja polityczna (czyli Wy) była ukazywana w pozytywnym świetle a jej idee szeroko krzewione. Owszem, pomyślicie pewnie o wsadzaniu własnych ludzi czy przekupywaniu dziennikarzy, jednak przy takiej opcji – gdyby sprawa wyszła na jaw – doświadczylibyśmy przynajmniej wizerunkowej katastrofy. Odpada również liczenie na lizusostwo, które w Polsce jest akurat popularne, ale w tzw. „wolnych mediach” jest powodem wstydu i hańby. Co pozostaje?
Oto cichy i niezawodny współpracownik: Autocenzor!
Po co cenzurować kogoś oficjalnie, przekupywać, naciskać i ryzykować, gdy ktoś ocenzuruje się sam i zrobi to z dumą, gdyż wierzy w to, że taka autocenzura jest dowodem spełnienia obywatelskiego i patriotycznego obowiązku? Oczywiście należy wcześniej takiego dziennikarza ukształtować, zaprosić do wpływowych środowisk, dla których los ojczyzny jest najwyższym i najgłośniej wyrażanym priorytetem, mile widziane są państwowe odznaczenia, nagrody czy grille z przywódcą. Istnieje bardzo nikłe prawdopodobieństwo, że tak spreparowany „dziennikarz patriotyczny” wyłamie się choćby o milimetr od zakreślonej na górze linii. Nawet gdy jego osobisty patriotyzm będzie posiadał jakieś wady, to wizja utraty wielko-prasowego blichtru, bycia osobą zagłaskiwaną, wpływową, nazywaną wybitną itd., zdecydowanie zniechęci do liberalnych czy buntowniczych pomysłów. (Źródłem jest izraelski dziennikarz, któremu dobrze życzę i jego personaliów nie ujawnię)

* * *

Nie jestem jasnowidzem, ale kilka słów o współczesności. Poczynania Prawa i Sprawiedliwości pozwalają sądzić, że partia ta nie sięgnie po typową cenzurę, lecz zastosuje model hybrydowy (amerykańsko-izraelsko-rosyjski) z wykorzystaniem dużej dozy automatycznie wydzielanej u wielu wazeliny.

Groźby utraty dotacji skierowane m.in. do Leszka Jażdżewskiego czy Krzysztofa Mieszkowskiego, trudno nawet nazwać „ograniczeniem wolności słowa” skoro państwo nie zobowiązuje się wspierać każdego jej przejawu. Potencjalnie, żadnemu z panów pieniądze nie należą się „jak psu micha”, więc chodzi raczej o zablokowanie aktu dobrej woli czy to ze strony ministerstwa, czy jury konkursowego (obsadzonego jak Trybunał Konstytucyjny ludźmi PiS, którzy mają zastąpić ludzi PO). Zadziała „model amerykański” czyli pieniądz. Udowodnienie, że nieprzyznanie dotacji jest aktem cenzury jest praktycznie niemożliwe, bo zawsze ktoś inny dostanie, choćby dla dobrego wrażenia. Jak się bronić? Cóż, wszelkie pieniądze, które oddajecie państwu przestają być Wasze, więc nie macie najmniejszego wpływu na to kto je dostanie. Pozostają start-upy (finansowanie społeczne) skuteczne pod warunkiem, że coś Wam zostanie gdy swoją działkę zabierze państwo.

Etap drugi to obsadzenie mediów publicznych, nad którymi państwo posiada jeszcze jakąś władzę. Tu zadziała model izraelski. Odpadną już na wstępie niewystarczająco patriotyczni (Cejrowski, Pospieszalski?), za to znajdzie się z pewnością miejsce dla ociekającego wazeliną Karnowskiego i podobnych…. chociaż może nie, Karnowski nawet prezesa zniesmaczył. Dzielni, wierni, zagłaskiwani, patriotyczni, odznaczani i zapraszani. Kasting i kształtowanie trwa (choćby „List gratulacyjny Prezydenta Andrzeja Dudy nadesłany do Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu z okazji VIII Międzynarodowego Kongresu: Katolicy i Sztuka: szanse i zagrożenia” na dobry początek).

Istnieje mały problem. PiS w swoich śmiałych planach nie wzięło pod uwagę zbyt poważnie internetu, który zasadniczo trudno kontrolować. Co jednak zrobiłby PiS bez Władka Putina ikony świata demokratycznego i swobód obywatelskich? W Rosji, również cenzury nie ma, za to każdy kto przyciągnie uwagę więcej jak ok. 3 tys osób musi się zarejestrować i przestrzegać norm ustalonych dla takiego rodzaju działalności. Oczywiście nie chodzi o żadne ograniczanie wolności słowa, a jedynie uporządkowanie statusu blogera czy właściciela portalu, który jako „osoba publiczna” musi czuć pewną odpowiedzialność za to co pisze, bo jak nie wyczuje to.

Tak całkiem na marginesie, jako ciekawostkę historyczną przedstawię Wam punkt 3 z 21 postulatów strajkowych, który udowodni Wam, że nawet w PRL cenzury nie było:
3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.

cenzur

ZRZESZENIA made in RP

Jak zawsze, po ważniejszych wydarzeniach politycznych, powstają w naszym kraju stowarzyszenia, ruchy oporu lub obrony, wirtualne czy niewirtualne i choć organizowanie się jest jak najbardziej pozytywną formą działania, to postępujemy (statystycznie) niejako wbrew własnym oczekiwaniom, planom. Ludzie nie za bardzo chcą się zrzeszać.

Niechęć do angażowania się nie ma jednolitego podłoża i najsensowniej byłoby zapytać każdego niezrzeszonego Polaka o to dlaczego nie zaangażował się by stworzyć pełny obraz przyczyn. Póki co nie dysponujemy takimi danymi, ale dysponujemy danymi o aktywności obywatelskiej (do której nie wiedzieć czemu wliczana jest także działalność w organizacjach religijnych – pewnie dla podbicia statystyk). Opierając się na tych danych, możemy powiedzieć, że obywatelskie zaangażowanie wykazuje (pośrednio lub bezpośrednio) co piąty Polak (20% społeczeństwa), częściej ludzie z wyższym wykształceniem (53%) niż z niższym (31%), kobiety (37%) bardziej niż mężczyźni (31%), a przy tym interesujemy się bardzo ale angażujemy minimalnie. O wiele chętniej wybieramy samodzielne działanie, niż działanie w ramach zorganizowanej, zarejestrowanej struktury. 40% Polaków nie potrafi zdefiniować terminu „organizacja pozarządowa” a zaledwie kilkanaście (13% w roku 2014) procent miało z takową styczność w ciągu roku. Jedyne pocieszenie, a może wręcz odwrotnie – to fakt, że póki co organizacjom pozarządowym ufamy dwukrotnie bardziej niż… rządowi. Odpowiedzi na pytanie o zaufanie do różnych przejawów działalności publicznej przedstawiały się następująco (w 2014): fundacjom ufa: 56% ankietowanych, kościołowi: 53%, stowarzyszeniom: 50%, samorządowi: 44%, rządowi: 22%.

Z pewnością nie brak nam chęci angażowania się i wpływania na kształt otaczającej nas rzeczywistości. Pospolite ruszenie jest bardzo polskim i częstym sposobem aktywowania się, choć w wielu przypadkach zachodzi w myśli mickiewiczowskiego „Ja z synowcem na czele, i? – jakoś to będzie!”, a więc wiąże się z określonymi sromotnymi skutkami. Bardzo chętnie zapisujemy się do licznych inicjatyw np. w Facebooku, choć potem to zaangażowanie przeradza się w sporadyczną emisję memów lub grupy takie stają się praktycznie martwe. Dlaczego tak się dzieje, czy cierpimy na słomiany zapał, dlaczego nie radzimy sobie z etapem „jakoś to będzie”?

Byłem świadkiem powstania i rozkładu kilku ambitnych przedsięwzięć: portale, partia polityczna, stowarzyszenia, grupy w internecie. O ile we wczesnej fazie wywoływały potężny entuzjazm i aktywowały tysiące ludzi, to wystarczał niekiedy nawet rok, by entuzjazm i zaangażowanie spadły do poziomów niskich lub niewykrywalnych i to samo działo się ze skutecznością tychże inicjatyw. Bywało oczywiście, że inicjatywa doświadczała rozkwitu tyle, że po zmianie ideowego profil o 180 stopni a więc związek pomiędzy tzw. mitem założycielskim a późniejszą działalnością łączyła jedynie nazwa.

Przyjrzyjmy się newralgicznym punktom. We wszystkich wymienionych formach działalności najczęściej i bardzo szybko pojawiał się zarzut „nie-reprezentacji” czyli braku demokracji w strukturze. „Zarządy” (pozwólcie na używanie tej ogólnej nazwy) bardzo często uznawały zdobyte poparcie jako akceptację dla zakreślania przez nie wiodących nurtów i poglądów, przyjmowały, że to na nich spoczywa obowiązek tworzenia strategii, wyznaczania kierunków działania, podejmowania wszelkich decyzji. Głośno wyrażane ambicje działania we wspólnocie z czasem przybierały formę rządów autorytarnych, nietransparentnych, działających wg. niejasnych reguł, unikających wszelkich konsultacji, stawiających na posłuszeństwo a nie dialog, traktujących wszystkich wyrażających obiekcje jako przedstawicieli wrogiego, zewnętrznego wpływu. Gdy inicjatywa „wszystkich” stawała się „inicjatywą jednego” i głos zarządów zaczynał znacznie różnić się od głosu uczestników powstawały pęknięcia i taki model trudno uznać za ideał współpracy. Nieodpowiedzialność i nieobliczalność liderów prowadziła nierzadko do nie dostrzegania przez nich skutków, na które narażają sympatyków/zrzeszonych (np. promując siebie lub inicjatywę): szykany w pracy, utrata klientów, wykluczanie ze środowisk, a nawet stworzenie zagrożenia dla ich zdrowia lub życia. Nie zawsze wykształci się „beton” wiernych żołnierzy, gotowych umrzeć za sprawę, zresztą za jaką dokładnie gdy lider jest nieprzewidywalny? Stworzenie w strukturze dystansu do liderów przez samych liderów jest bardzo proste a zaufanie, nadwątlone przez nich zwiększa podatność na zewnętrzne ataki, próby deprecjacji animatorów, uczestników czy samych inicjatyw (wątpliwości rodzą się też w samej strukturze). Budowanie wspólnoty opartej na wzajemnym zaufaniu, zapewnianiu sobie wzajemnie bezpieczeństwa i pomocy nie jest mocną stroną rodzimych przywódców.

Pogoń za sensacją i egzotyczne kierunki Choć wiadomo, że „polityk, który nie przesadza nie jest widoczny, dlatego przesadzają wszyscy”, to granice akceptacji dla tej przesady są różne. Nie jest tajemnicą, że we współczesnym świecie niezbędnymi elementami promocji jest widoczność i stała obecność. Jednak, nasza jakże ciekawa rzeczywistość nie dostarcza nam oczekiwanej ilości sensacji by zapełnić codziennie łamy tematycznego portalu czy dać motyw do działania (np. oporu) ściśle ukierunkowanej organizacji. Liderzy w imię promocji „biorą się za wszystko” i metaforycznie: obrona określonego gatunku zwierząt może bardzo szybko zmienić się w rozpaczliwą obronę wszystkiego co się rusza. Kolorowość polskich partii lub organizacji pod tym względem nie dziwi. Czy za każdą sprawę dająca rozgłos, widoczność lub poparcie należy się brać? Być może takie uwarunkowania stwarza rynek, ale zabieranie głosu w każdej kwestii nie zawsze opłaca się i nie jest zawsze akceptowane przez strukturę.

Brak zaplecza eksperckiego. Grupowanie się w sprzeciwie jest niezwykle proste, jednak proponowanie i wdrażanie rozwiązań wymaga nieco więcej. Obawa liderów o utratę autorytetu i przewodniej roli, prowadziła nierzadko do tworzenia rozwiązań domorosłych, choć z historii polityki znamy przypadki, kiedy do „obsługi” pewnych działań ściągano ekspertów związanych ze skrajnie odmiennych ideologicznie środowisk, co skutkowało swoistym zatruciem finalnego efektu.

Kameleonizm. Ten obszar zasługuje na gromy. Ile razy pod popularnymi i atrakcyjnymi hasłami chowali się ludzie ze skompromitowanych środowisk politycznych, którzy uznawali, że zmiana nazwy jest niemal tym samym co ponowne narodzenie? Równość, wolność, demokracja, prawa dla, informacja. Ludzie, którzy angażowali się, dostrzegali po czasie, że przystępując/współtworząc grupę np. sympatyków racjonalizmu stawali się sympatykami nacjonalizmu, zwolennicy etyki w biznesie dowiadywali się, że są przeciwnikami homoseksualistów, zwolennicy świeckiego państwa w magiczny sposób stawali się dowodem poparcia nawet zagranicznych działań politycznych, militarnych czy gospodarczych.

Można powiedzieć, że Polacy bardzo często przejawiają przywódczą niedojrzałość. Chcą być zarówno liderem jak i członkiem, chca korzystać jednocześnie z praw lidera jak i członka, nie są w stanie zbudować atmosfery współpracy wszystkich uczestników, gubią się w tym o co walczą, za co zdobyli poparcie. Oczywiście, Polak jako „członek zrzeszenia” również jest dość trudnym materiałem i podobnie jak liderzy nie bardzo rozumie czym jest wewnętrzna demokracja, współdziałanie, jaki w ogóle jest zakres działalności inicjatywy, w której uczestniczy – nierzadko członkowie wchodzą w skórę liderów. Zarówno liderów i uczestników cechuje brak odpowiedzialności za siebie, całokształt, za innych i za sprawę. Nie są rzadkością kuriozalne sytuacje, w których wewnętrzne statuty stowarzyszeń skrajnie odbiegają od idei popularyzowanych przez te stowarzyszenia (np. cenzura prowadzona nie wiadomo przez kogo i w imię jakich konkretnych reguł na portalach popularyzujących wartości demokratyczne:)

Podsumujmy:

-brak demokracji w strukturze (brak wewnętrznej komunikacji, umiejętności przeprowadzania konsultacji, moderowania dyskusji, brak poczucia współuczestnictwa członków w wyznaczaniu kierunków działania grupy)
-nieobliczalność i nieodpowiedzialność liderów – w efekcie wywoływanie spadku zaufania, dystansowanie się członków, odchodzenie z grupy.
-niejasność stosowanych norm, reguł, ograniczeń (nierzadko sprzeczna z ideałami/misją grupy)
-autorytaryzm uznawany za jedyną formę utrzymania „ładu i porządku”.
-brak transparentności sprzyjający powstawaniu teorii spiskowych
-wilk w owczej skórze (np. sięganie przez nacjonalistycznych populistów po hasła demokratyczne. Dzięki hasłom antysemickim trudno zdobyć władzę, więc dlaczego nie sięgnąć po hasła demokracji i wolności?).
– nielojalność liderów/zarządów/członków

W Polsce nie wykształciła się tradycja obywatelskiej aktywności. Piętno partyjniactwa czy bycia czyjąś V kolumną wciąż poważnie zniechęca do udziału. Zanim polskie stowarzyszenia i inne inicjatywy stworzyły podwaliny społeczeństwa obywatelskiego, wygenerowały bardzo nieprzyjemną ilość odstręczających patologii. Nierzadko problemem stają się pieniądze (zależność od, brak lub ich rozdział), polskie organizacje toczy również choroba wewnętrznych ambicjonalnych wojenek, które są w stanie przyćmić misję i sens stworzonej struktury. Nie zawsze jest jasne „o co walczymy” co skutkuje powstawaniem lewicowych prawic, czy konserwatywnych postępowców.
Czy cierpimy na deficyt przywódców z prawdziwego zdarzenia? Myślę, że nie. To raczej liderzy mają problem z poskramianiem własnych ułańskich fantazji, samookreśleniem czyli rozumieniem swojej roli, egzekwowaniem wewnętrznych ale akceptowanych przez ogół reguł, brakuje im umiejętności prowadzenia dialogu, przekonywania i uzasadniania racji. Liderzy nierzadko dopuszczają się działań całkowicie samodzielnych, gdy odpowiedzialność za nie spada na cały ruch. Często liderzy i uczestnicy – bardzo indywidualnie rozumieją sens idei i haseł pod którymi występują, na które powołują się, o które walczą.

-Dlaczego chcesz się przyłączyć?
-Czy rozumiesz wokół jakich idei czy programu skupiamy się?
-Czy zgadzasz się z regulaminem/statutem, czy w ogóle go znasz?
-Co wiesz o organizatorze?
-W jakim zakresie chcesz wesprzeć inicjatywę?

Tych pytań nie warto unikać. Już nawet (paradoks) ISIS ankietuje zainteresowanych współpracą o to co lubią, jak spędzają wolny czas, czym się interesują, w czym są dobrzy. To wszystko ma znaczenie dla tworzenia struktury scalonej czymś więcej niż podpisem czy kliknięciem „dołącz”. Ludzie zaczynają spędzać razem czas, pomagają sobie, buduje się realna więź i współuczestnictwo, współpraca, wspólnota. Uczestnicy nie stają się bezimienną magmą.

org

JACY NARODOWCY???

Zasadniczo, zawsze wprawiało mnie w wesoły nastrój spajanie idei narodowej i kościelnej. Jak świat światem, komunikacja pomiędzy nacjonalistami a religijnymi fanatykami miała charakter dość chropowaty o ile nie kończyła się wzajemną, regularną rzezią. Oba nurty rościły pretensje do sprawowania władzy a jak wiadomo władza nie lubi się dzielić.
Jedną z kluczowych cech nacjonalizmu jest uznawanie wyłącznie władzy „stąd”, sprawowanej przez ludzi „stąd”, w okolicznościach posiadania przez ludzi „stąd” wszelkiego miejscowego (narodowego) kapitału, przemysłu, usług. itd. – czyli w myśl założenia pt. „Tylko sami najlepiej zadbamy o siebie, swoje rodziny i nasze zbiorowe (narodowe) interesy”.
Niepodległość oraz suwerenność są kamieniami węgielnymi ideologii narodowej, dlatego trudno w niej szukać zgody na sytuację, w której np. „Polak w Polsce odrabia pańszczyznę w majątku kościelnym podlegającym realnie zwierzchnictwu Watykanu (obcego państwa) i przynoszącym obcemu państwu korzyść”. Sprzeczność interesów narodowych i kościelnych dostrzegano na całym świecie co skutkowało na ogół sekularyzacją, która różniła się do współcześnie uznawanej definicji tym, że oznaczała również „przejmowanie majątku, urzędów lub innych sfer życia publicznego od władzy lub kontroli kościelnej na rzecz władz świeckich„. Ustalając właściwą hierarchię wartości, wg. polskiego nacjonalisty fraza „Bóg, Honor, Ojczyzna” brzmiałaby „Ojczyzna, Honor (lojalność wobec ojczyzny i narodu) i ewentualnie Bóg jako dodatek związany z zagospodarowaniem potrzeb duchowych w przypadku braku rodzimych kultów”.

Gdy wspomnimy o tradycji chrześcijańskiej (internacjonalnej), w najmniejszym stopniu mówimy o tradycji polskiej, niemieckiej czy szwedzkiej. Znamy szereg historycznych faktów niszczenia (szczególnie przez kościół katolicki) miejscowych tradycji, kultury, wierzeń. Pojawienie się w Europie tzw. „tradycji katolickiej”, było przedłużeniem kolonialnej polityki Rzymu. Państwa Europy nie stawały się wolnymi, niepodległymi i suwerennymi państwami a jedynie pół-autonomicznymi prowincjami ‚zreformowanego religijnie’cesarstwa, w których rodzime kulty, kultury, prawa, zwyczaje, tradycje miały ulec unicestwieniu. Czy narodowca nie powinno zastanowić to, że jego króla namaszczał i mianował ktoś z zewnątrz, ktoś kto dyktował mu jakieś warunki, rościł sobie pretensje do jego ziemi a do tego ściągał z niego haracz? Powinno. Skandale w łonie kościoła ujawnione przez m.in. M.Lutra uruchomiły przełom. „Zachodnia Europa” w ramach reformacji uwolniła się od papiestwa i mało kto dziś jest w stanie zaprzeczyć temu, że zachodził ów proces w atmosferze narodowo-niepodległościowych zrywów. Rodząca się idea narodowa okazała się w owych czasach jedyną skuteczną siłą mogącą przeciwstawić się umacnianej setki lat sile kościoła ( inkwizycja – o czym zdarzało się mi już wspomnieć – wygasła nie z powodu pojawiania się wyrzutów sumienia inkwizytorów ale z powodu niechęci europejskich monarchów do podziału władzy i autorytetu, a więc istnienia dwóch wymiarów sprawiedliwości – państwowego oraz kościelnego).

Weźmy bardziej współczesne problemy takie jak aborcja, eutanazja, antykoncepcja, in-vitro. Czy promotorzy zakazów zabiegają o interesy kościelnej instytucji mającej swoje centrum w Watykanie czy interesy swoich najbliższych, bliskich, sąsiadów, współplemieńców (członków ich narodu i samego państwa)? Dla wielu ta różnica jest mętna, choć i ją można dość prosto zilustrować: Polak może być katolikiem, ale zdecydowana mniejszość katolików na mapie świata to Polacy – działanie w katolickim interesie nie jest tym samym co działanie w interesie polskim czy Polaków. Zakusy wprowadzania religijnego dyktatu do prawa państwowego a więc ambicje odbierania wolności rodakom w imię zewnętrznych reguł nie powinno zmieścić się w sumieniu żadnego narodowca. Tu warto przypomnieć o tym, że o kształt tego sumienia zabiegali również komuniści, którzy kościelny model kształtowania sumień chcieli zastąpić nowym, przymusowym sumieniem komunistycznym – czyli praktycznie „na odwyrtkę” (z życia Pawlika Morozowa: zakapuj tatę kułackiego spiskowca). O ile polskim tzw. „narodowcom” bezbłędnie udaje się demaskować komunistyczne ambicje wpływania na polską niepodległość i suwerenność, to zupełnie nie radzą sobie z odkrywaniem podobnego wpływu z opisanej w tekście strony. Nic dziwnego, każda polska organizacja nacjonalistyczna zaczyna swój dzień od mszy w kościele, więc kto wie, czy nie zrodziły się te ruchy w samej zakrystii?

polskiewojsko
(zdj:polskieradio.pl)