GOŁĘBIE

by romskey

Zawsze lubiłem gołębie. Szczególnie te zasymilowane, czujące się na chodniku jak jego pełnoprawni użytkownicy. W duchu śmieszyło mnie to, kiedy kulturalnie ustępowałem im drogi lub wymijałem, żeby nie przeszkadzać w ich spacerach, randkach czy wyszukiwaniu okruchów. Świat „pierzastych braci mniejszych” i ludzi wydawał się w pełni zintegrowany, dlatego trudno było mi zrozumieć tych, którzy nie pałali do tych stworzeń szczególną sympatią, ganili staruszki dokarmiające ptaki, tupali, hałasowali, montowali na parapetach jakieś makabryczne konstrukcje z ostrych drutów. „To nieludzkie” – myślałem.

Któregoś pięknego dnia wróciłem do domu i szybko zdałem sobie sprawę z konsekwencji niezamknięcia okien. Kuchnia i sypialnia zostały mówiąc delikatnie obsrane i nawet gdy pierwsza myśl była pełna dobrotliwego zrozumienia: „przecież można było sobie pozwiedzać, ale dlaczego srać?!” to konieczność niedzielnego sprzątania po wesołym i wyczerpującym grillu była katorgą.

Gołębie w mojej okolicy stały się tego roku bardziej ciekawskie by nie powiedzieć nachalne. Powstał problem: uczynić z domu wędzarnię czy w jakiś sposób przekazać gołębiom co jest a co nie jest „na miejscu”? Może zamontować moskitiery, kraty, czujniki emitujące hałas po wykryciu ruchu? Broń! W jednym z pierwszych odruchów pomyślałem o broni – tylko jakiej? Próba dopasowania narzędzia do przewiny pchnęła moje myśli w stronę papierowego rulonu stojącego w kącie pokoju. Teraz czas na zasadzkę i edukację na temat „nienaruszalnego prawa własności”. Otworzyłem okno, zaczaiłem się z boku i czekałem. Szybko zdałem sobie sprawę, że metoda może nie zdziałać, gdyż mało prawdopodobne jest to, że gołąb, który zostanie pouczony podzieli się swoimi doświadczeniami z braćmi i siostrami. Nie wziąłem także pod uwagę mniej spodziewanego skutku a konkretnie tego, że stanę się obiektem drwin. Jeden z gołębi wpadł w moje sidła i po chwilowym poczuciu „trudnego tryumfu” odkryłem, że nauczył się zupełnie czegoś innego niż zamierzałem. Piętnaście minut później dostrzegłem, że siedzi w kącie parapetu i przez szparę w żaluzjach obserwuje moją przyczajoną osobę, zapewne czekając aż sobie pójdę.

Najlepszą obroną okazało się otwieranie okien w opcji „lufcik”. Nawet gdy naruszenie chronionego terytorium było potencjalnie możliwe, to wizja przeciskania się przez szparę w kształcie klina najwyraźniej zniechęciła gołębich turystów.

AAAA

Advertisements