Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Sierpień, 2015

MYŚLENIE NORMATYWNE – JAK ROZMAWIAĆ?

Myślę, że Każdy i Każda z Was spotkaliście się z rozmówcą, który przypominał mur niemożliwy do przebicia. Próby racjonalizowania poruszanego problemu, rzetelnie dobierane argumenty, przyczyny-skutki, wydawały się nie posiadać żadnej mocy oddziaływania. Zaczynaliście zastanawiać się na tym, czy rozmowy takie mają w ogóle sens, skoro ich finał stawał się punktem wyjścia?

Zetknęliście się z myśleniem normatywnym, w którym punkt widzenia rozmówcy nie wynika z logicznej analizy ‚za’ lub ‚przeciw’, ale z uznanych przez niego norm.

Bardzo prostym przykładem myślenia normatywnego może być przekonanie o treści „pies gryzie”. Przekonywanie takiej osoby do tego, że akurat pupil, którego przyprowadziliśmy jest łagodny jak owieczka, będzie trudne lub zaledwie chwilowe, wszak jeden wyjątek wiosny nie czyni. Zresztą, czy możemy mieć pewność w 100%, że nasz pupil nie przypomni sobie nigdy swojej psiej natury? Mówi się, że tego typu normy zostają zakorzenione w dzieciństwie (w każdym dzieciństwie nieco inaczej), choć uważam, że proces ich przyjmowania i uznawania może trwać znacznie dłużej.

Człowiek myślący normatywnie, nierzadko nie jest w stanie racjonalnie wyjaśnić przyczyn swojego punktu widzenia, gdyż posiada ściśle ustalony kanon wartości, który określa co jest dobre, co złe, co jest bezpieczne, itd. i w jego przekonaniu trwanie przy tym kanonie zapewnia mu bezpieczeństwo, przetrwanie.

Normatywne myślenie może dotykać tak poważnych kwestii, jak np. nasz stosunek do innych ludzi, obcych, emigrantów, nomadów. Wg. jednych, obecność „obcych” wiąże się z ryzykiem, dla drugich poprawna relacja z „obcymi”, daje pełne gwarancje bezpieczeństwa i zgodnego współistnienia. Burzliwa dyskusja pomiędzy zwolennikami obu racji niestety bywa też zderzeniem dwóch rodzajów normatywnego myślenia, w którym jeden zakłada bezdyskusyjną otwartość i gościnność a drugi bezdyskusyjne dystansowanie się i wrogość. Wymiana argumentów w takiej rozmowie nie służy na ogół poszerzeniu wiedzy, nie ma charakteru poznawczego, ale jest próbą gromadzenia jak największej liczby dowodów za własnym stanowiskiem.

Instytucje religijne, już w najmłodszych umysłach starają się zakorzeniać normy stosunku do przedstawicieli odmiennych  wyznań, ateistów, homoseksualistów, in-vitro i innych aspektów życia. W działaniu tym, główną rolę odgrywa argument strachu a nie argument wiedzy, której młody człowiek nie jest w stanie zweryfikować, gdyż jej nie posiada. „Gdy uczynisz źle, pójdziesz do strasznego piekła, stracisz miłość Jezusa” – to bardzo emocjonalny przekaz, z którym wielu ludzi pozostanie do końca życia. Nie można jednak podejść do kwestii zbyt prosto. Zasady religijne nie są „wyssane z palca”. Powstawały niejednokrotnie przez setki lub tysiące lat zbierania doświadczeń. Ich zadaniem było przygotować człowieka do życia w świecie, który nie jest wyłącznie przyjazny. Gdy dana religia jest w stanie poszczycić się bardzo długą historią udowadnia tym samym, że jej zasady są skuteczne, że można je przyjąć bez zbędnego zastanawiania się nad ich genezą, gdyż te zasady pozwalają przetrwać.

Jak widzimy, nawiązanie porozumienia z osobą myślącą normatywnie musi dotknąć zupełnie innych płaszczyzn, niż te do których przywykliśmy nazywając rozmowę rozmową. Osoba starająca się przebić pancerz nieufności wobec np. proponowanych zmian u osoby myślącej normatywnie, stoi przed bardzo złożonym zadaniem. Musi niejako udowodnić, że jej zasady również zapewniają bezpieczeństwo i przetrwanie. Takiego komfortu zwykle nie posiadamy.

Eksperymentowanie jest częścią natury, gdyż dzięki eksperymentom jesteśmy w stanie tworzyć lepsze modele współistnienia, przetrwania, itd. I tu, okazuje się, że nawet konserwatywny kościół był w stanie zaakceptować transplantacje narządów gdy uznał, że takie działanie na przestrzeni lat i liczby przypadków przyniosło ludzkości korzyść. Ile jednak transplantacji wykonywano niejako na złość kościołowi i czy oznacza to, że osoby myślące normatywnie należy ignorować i „robić swoje” wbrew ich zdaniu?

Niekoniecznie. Z własnego doświadczenia wiem, że niekiedy wystarczy uszanować źródła normatywnego myślenia, by zmienić nastawienie rozmówcy. Tocząc godzinne spory z pewnym teologiem, dokonałem przełomu stwierdzając, że nauka nie zaprzecza istnieniu boga, a jedynie nie jest w stanie za pomocą dostępnych jej narzędzi takiego istnienia stwierdzić lub potwierdzić. To proste stwierdzenie otworzyło drzwi do obopólnie zaakceptowanej tezy pt. „nauka i wiara nie muszą trwać w sporze, mogą współdziałać”. Zdałem sobie również sprawę z tego, że nie jest dla mnie (człowieka racjonalnego) wielkim problemem, zgodzić się z tym, że ktoś posiada jakąś „tajemnicę”, której nie posiadam ja. Wyraźnie podkreśliłem, że nie czuję się gorszy czy lepszy z tego powodu, jednocześnie hamując odruchową potrzebę skomentowania cudzego, negatywnego stanu umysłowego. Tu doszło do prostej wymiany: – „ja nie uważam ‚ciebie’ za głupca, a ty nie uważasz mnie za kogoś gorszego” (przynajmniej publicznie). Takimi drobnymi krokami można osiągnąć wiele. Rozmowa o demokracji, pluralizmie mediach, wzajemnym szacunku a nawet gospodarce przestają być rozmowami o spiskach i ciemnych siłach, ale rozmowami bardzo konkretnymi. Nawet dyskusja o „życiu poczętym” lub eutanazji może zmienić się w dyskusję o bardzo konkretnych i trudnych przypadkach nad którymi warto pochylić się, dyskusja taka może zmienić postrzeganie homoseksualistów nawet przy pozostaniu przez rozmówcę przy własnej negatywnej ocenie samego homoseksualizmu.

Chcąc porozumienia także ponosimy koszt. Jaki to koszt? Osoba myśląca normatywnie musi czuć się bezpieczna, musi czuć, że nie podkopujemy źródeł jej wartości i przekonań, z którymi czuje się dobrze i bezpiecznie. Nie może czuć się zagubiona i zaganiana w narożnik poprzez poddawanie jej seriom pytań „o przyczyny”, na które nie jest w stanie natychmiast i bez przygotowania odpowiedzieć. Nawet znacznej ostrożności wymaga weryfikowanie argumentów, które przytacza, gdy te są ewidentnie zafałszowane lub fałszywe.

Zapytałem pewną wierzącą homoseksualistkę mającą głębokie moralne dylematy o to czy rozmawia z bogiem?
Odpowiedziała:
-Tak
-Czy bóg w tych rozmowach potępił Cię za to kim jesteś?
-Nie
-A więc potępiają Cię konkretni ludzie i to oni są przyczyną Twoich problemów.

genius

(graph:genius.com)

PRACOWNIK CZY TANIA DZIWKA?

Przeglądając niedawno strony porno natrafiłem na filmik, w którym jakiś obywatel uwiecznił swoje seksualne podboje. Prawdopodobnie korzystał z usług prostytutek, którym dobrze zapłacił, gdyż żadna oficjalna partnerka czy aktorka porno nie zgodziłaby się na podobne traktowanie. Obiekty swojego pożądania bił, poniżał, wyzywał, straszył. Dziewczyny godziły się na wszystko, choć pierwszy rzut oka zdradzał, że nie była to zabawa w „sado-maso”, pana i sukę czy inne tego typu. Dziewczyny dusiły się, krzywiły z bólu, ich oczy i twarze wyrażały jedno: „niech ten świr-kutas wreszcie skończy, zapłaci i idzie w diabły”. Kutas nie kończył długo, a nawet kiedy kończył wciąż wydawał rozkazy grożąc paluchem: „uśmiechaj się suko!” a one wykrzywiały twarz w dziwacznym grymasie. Bez dwóch zdań, lubił kutas mieć władzę i chyba bardziej kręciło go to niż sam seks, który w sferze jakości można byłoby porównać do gwałcenia dziury w płocie, kaloryfera czy kozy. Liczyły się „one”, poniżenie ich, na ogół wątłych dziewczyn, które przy jego gabarytach wydawały się całkowicie bezbronne.

Niejeden post-peerelowski polski kapitalista – oceniając także taki jak opisany wyżej rynek pracy – stwierdziłby, że kto jaką pracę sobie bierze taką ma i nikt nikogo za uszy nie ciągnie. Owszem. Czy jednak zawsze człowiek staje się kurwą z wyboru? A gdy dziewczyna pojechała do pracy w restauracji a potem ktoś zabrał jej paszport? A może dziewczyna jest jeńcem wynajmowanym żołnierzom z pokojowych kontyngentów? A może po prostu ojciec gwałcił ją od najmłodszych lat, więc było jej bez różnicy w bezrobotnym kraju?

Prawa pracownicze

Nie mam zamiaru odwoływać się do czyjegokolwiek sumienia (to bezcelowe), nie będę nawet odwoływał się do „praw człowieka” czy humanizmu bo za długo by o tym pisać. Chce zwrócić uwagę na to, że nie zawsze jest wybór. Czasem o podjęciu pracy decyduje nędza, długotrwałe nieumyślne bezrobocie (bankructwo lokalnej fabryki, gospodarstwa rolnego) czy inna trudna sytuacja np. wczesne założenie rodziny. Umowa zawierana z pracodawcą w takich sytuacjach jest tylko potencjalnie „suwerenną zgodą i porozumieniem stron”. Strona słabsza, działa w okolicznościach przymusu, więc czy jej zła pozycja startowa powinna mobilizować pracodawcę do szybkiego przejścia z „pana” na „ty” do pracownika, bezkarnego „darcia ryja”, chamstwa, składania mu różnych ofert (gdy pracownik jest np. seksowną dziewczyną), wymagania zwiększonej dyspozycyjności, stosowania odpowiedzialności zbiorowej, szantażowania utratą pracy w przypadku nie wzięcia darmowych nadgodzin? Prawo nie ureguluje wszystkich kwestii, ale to, że powinno istnieć i chronić jest chyba poza dyskusją?

Czytając lub słysząc niektórych post-peerelowskich polskich kapitalistów (na ogół byłych lub teoretyków-radykałów thatcheryzmu szczekających z wygodnej wersalki) wykładających „facebookowo” twarde reguły rynku pracy i rozwoju gospodarki odnoszę wrażenie, że nie mówią oni o przedsiębiorczości a już na pewno nie o poszukiwaniu pracownika, gdyż pracownik to brzmi dumnie.
Poszukują parobka niechluja, taniej dziwki, psa, „czarnucha”, więźnia. Nie rozumieją, że w odróżnieniu od „więźnia” pracownika można zostawić samego w miejscu pracy mając pewność, że będzie pracował, że pracownik nie wyniesie niczego z miejsca pracy w ramach rekompensaty niskich zarobków a nawet coś przyniesie, że pracownik nie urżnie się w robocie lub przed robotą nie dlatego, że obawia się kary, ale dlatego, że nie wypada, że pracownik czuje dumę z tego, że jest współtwórcą prestiżu i sukcesu firmy oraz wie, że jego zaangażowanie w jej rozwój przełoży się na wzrost jego dochodów. Jak stworzyć taki ideał?

Jakaś fundamentalna sprawa u samego zarania tworzenia relacji pracodawca-pracownik w Polsce to wzajemny SZACUNEK. Tego brak nagminnie. Kolejna to świadomość, że zaszczuty, zestresowany i poniżony pracownik pracuje gorzej, mniej angażuje się w działanie firmy jako zespołu a więc nie sprzyja rozwojowi. Następna, to świadomość tego, że pracownik potrafi wnieść do firmy więcej niż „robol” do wniesienia określonego wkładu zmuszony szantażem czy krzykiem.

„Zadowolony pracownik jest lepszym pracownikiem” – trzeba wyjątkowo złej woli by temu zaprzeczyć.

Strach polskich bezrobotnych przed podjęciem pracy w ogromnej mierze nie dotyczy wysokości płac, limitu godzin czy kompetencji ale braku szacunku, groźby zaszczucia, wykorzystania, zablokowania wszelkiego rozwoju. Polski bezrobotny nie startuje też z równego pułapu z pracodawcą, co skłania tych drugich do nadużyć. Strach polskiego bezrobotnego to strach przed wszelkimi patologiami, które wynalazł polski nuworysz, korzystający z chaosu przemian lat 80-90.

Pracujący człowiek powinien odzyskać dumę a nie ją stracić!

violence
(graph:henshalls.com)

ZABOBON

Magiczne moce i właściwości od wieków znajdowały się w centrum żywego zainteresowania. Nie znamy wszystkich odpowiedzi, dlatego napotykając ścianę własnej niewiedzy, niemocy lub niepewności staramy się ją przeskoczyć za sprawą alternatywnych rozwiązań. Zainteresowani zwiększeniem prawdopodobieństwa osiągnięcia szczęścia w miłości, finansach, spełnienia ambicji, utrzymania zdrowia, często spotykamy ludzi lub instytucje oferujące nam magiczne i odpłatne spełnienie naszych – ładnie nazwanych – „potrzeb duchowych”.

Zabobon jest wiarą w to, że ktoś lub coś może spełnić nasze oczekiwania, rozwiązać nasze problemy lub rozwiać nasze obawy nie posiadając ku temu, żadnych racjonalnych, mierzalnych możliwości.

Nie raz padało pytanie, gdzie leży granica pomiędzy religią a zabobonem? W tym kontekście, określenie roli i popularności wielkich zorganizowanych religii nie jest trudne. Bazowanie na wierze w to, że alternatywne metody mogą rozwiązać wiele problemów człowieka pozwala zagospodarować ten rynek ofertą „magicznej pomocy”. W kościele katolickim rolę bóstw i amuletów przejęli „święci”. Św. Krzysztof jest patronem podróżników, św. Agapit jest patronem ciężarnych kobiet, św. Blandyna – patronką pomocy domowych, dziewic, św. Brygida Królowa – patronką dobrej śmierci, św. Filomena – patronką szczęśliwych narodzin dzieci, etc. Długoterminowy, ekonomiczny sukces dystrybutora gwarantuje to, że owe lęki i oczekiwania można z pełnym powodzeniem stwarzać lub pogłębiać. Zarówno wizja pośmiertnego pozyskania 72 hurys, jak i perspektywa pogrążenia się w ogniu piekielnym pobudzają wyobraźnię i zainteresowanie wiernych, którzy zazwyczaj otrzymują równoległy i wyraźny sygnał dotyczący tego, co należy zrobić, jak postępować i gdzie zapłacić aby trafić lub nie trafić, do któregoś z wymienionych miejsc.

Czy zabobon jest elementem ciemnogrodu? To niełatwe pytanie, gdyż szukanie alternatywnych rozwiązań nie zawsze musi ocierać się o kwestie magiczne. Popyt na poradniki typu „Jak zarobić miliard w tydzień” cieszą się ogromną popularnością, podobnie jak szkolenia mające uczynić z gospodyń domowych byki i niedźwiedzie Wall Street. Dlaczego wierzymy? Jeżeli na rynkach finansowych traci 95% zainteresowanych, to przecież możemy być w tych zwycięskich 5%.

W zrozumieniu mechanizmów zarobkowania na zabobonie najlepsze są proste przykłady. Jerzy Ficowski, autor książki „Cyganie polscy” (1953), wędrując przez dwa lata z taborem cygańskim posiadł wiedzę, za której upublicznienie został przez cygańską społeczność wyklęty. Na str. 85 swojej książki napisał: „Cygańskie wróżbiarstwo i magia – główne źródła utrzymania większości grup tego ludu – polegają na umiejętnym, kultywowanym od stuleci wykorzystywaniu zabobonności niecygańskiego otoczenia”. Opisał jak Cyganie za sprawą niskobudżetowych, woskowych figurek „diabełków”, „trupków” czy „włochatych krzyży” wywoływali zabobonny lęk u Polaków oferując odpłatną pomoc w odczynianiu uroków: (Cyganka) prosi chłopkę o kurze jajko i zawija je w chustkę, umieszczając obok niego niepostrzeżenie ukrytego „diabełka”. Prosi klientkę o rozbicie jajka, poczem rozwija chustkę i wydobywa ze skorup – złowróżbną figurkę. Cyganka wyjaśnia ogrom niebezpieczeństwa: w jajku mieszka diabeł.(źródło cyt. „Cyganie Polscy” J.Ficowski)

Czytając takie opisy naprawdę trudno określić kto jest bardziej winny, głupi czy ten, który na nim zarabia lub czy w ogóle mamy prawo zwalczać lub ingerować w zwykle dobrowolny, świadomy i samodzielny wybór „wierzeń” a więc i to, kto na co wydaje swoje pieniądze? E.Bieńkowska skorzystała z usług numerolożki, J.Palikot radzi się u indyjskiego guru, który czyta energie i wskazuje trendy. Z pewnością wielu polityków trzyma w kieszeni szczęśliwego słonika lub układa sobie pasjansa.

Nie podlega dyskusji to, że zabobon może pełnić pozytywną psychologiczną rolę, działać niczym placebo, dawać wiarę w powodzenie tam gdzie wcześniej dominował lęk i niepewność. Kontrowersje wywołuje cena. Wiele oczekiwalibyśmy od oferujących alternatywne rozwiązania, bo czy etyczne jest pobieranie opłat za produkt, którego wartość jest zerowa (nawet gdy przynosi korzyść niczym fałszywy banknot)? Czy etyczne jest stwarzanie lęków, oczekiwań, wpływanie na polepszenie samopoczucia bez jasnych oznak poprawy fizis? Wielu oferujących alternatywne usługi zdaje się być przekonana o swoich niezwykłych możliwościach i zdolnościach a występy Brashbory pozwalają utrzymać Stadion Narodowy.

Ciemnogród wydaje się być zjawiskiem, w którym wiara w „magiczność” nie zanika, być może zabobon sam w sobie jest częścią nas i czasem tylko nazywamy go nadzieją.

wwwonlinecrystalballcom

GOŁĘBIE

Zawsze lubiłem gołębie. Szczególnie te zasymilowane, czujące się na chodniku jak jego pełnoprawni użytkownicy. W duchu śmieszyło mnie to, kiedy kulturalnie ustępowałem im drogi lub wymijałem, żeby nie przeszkadzać w ich spacerach, randkach czy wyszukiwaniu okruchów. Świat „pierzastych braci mniejszych” i ludzi wydawał się w pełni zintegrowany, dlatego trudno było mi zrozumieć tych, którzy nie pałali do tych stworzeń szczególną sympatią, ganili staruszki dokarmiające ptaki, tupali, hałasowali, montowali na parapetach jakieś makabryczne konstrukcje z ostrych drutów. „To nieludzkie” – myślałem.

Któregoś pięknego dnia wróciłem do domu i szybko zdałem sobie sprawę z konsekwencji niezamknięcia okien. Kuchnia i sypialnia zostały mówiąc delikatnie obsrane i nawet gdy pierwsza myśl była pełna dobrotliwego zrozumienia: „przecież można było sobie pozwiedzać, ale dlaczego srać?!” to konieczność niedzielnego sprzątania po wesołym i wyczerpującym grillu była katorgą.

Gołębie w mojej okolicy stały się tego roku bardziej ciekawskie by nie powiedzieć nachalne. Powstał problem: uczynić z domu wędzarnię czy w jakiś sposób przekazać gołębiom co jest a co nie jest „na miejscu”? Może zamontować moskitiery, kraty, czujniki emitujące hałas po wykryciu ruchu? Broń! W jednym z pierwszych odruchów pomyślałem o broni – tylko jakiej? Próba dopasowania narzędzia do przewiny pchnęła moje myśli w stronę papierowego rulonu stojącego w kącie pokoju. Teraz czas na zasadzkę i edukację na temat „nienaruszalnego prawa własności”. Otworzyłem okno, zaczaiłem się z boku i czekałem. Szybko zdałem sobie sprawę, że metoda może nie zdziałać, gdyż mało prawdopodobne jest to, że gołąb, który zostanie pouczony podzieli się swoimi doświadczeniami z braćmi i siostrami. Nie wziąłem także pod uwagę mniej spodziewanego skutku a konkretnie tego, że stanę się obiektem drwin. Jeden z gołębi wpadł w moje sidła i po chwilowym poczuciu „trudnego tryumfu” odkryłem, że nauczył się zupełnie czegoś innego niż zamierzałem. Piętnaście minut później dostrzegłem, że siedzi w kącie parapetu i przez szparę w żaluzjach obserwuje moją przyczajoną osobę, zapewne czekając aż sobie pójdę.

Najlepszą obroną okazało się otwieranie okien w opcji „lufcik”. Nawet gdy naruszenie chronionego terytorium było potencjalnie możliwe, to wizja przeciskania się przez szparę w kształcie klina najwyraźniej zniechęciła gołębich turystów.

AAAA