Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Lipiec, 2015

TEORIA ZARZĄDZANIA TERROREM

Ogromny wkład w powstanie niniejszego tekstu włożył profesor socjologii Clark McCauley, wieloletni badacz i ekspert w dziedzinie terroryzmu, którego prace dają nam zupełnie nową perspektywę spojrzenia na problem. Chcę podzielić się z Wami jego wnioskami dodając od siebie komentarze tylko tam gdzie uznałem je za bezwzględnie konieczne.

Dlaczego ofiarami terrorystów stają się przypadkowi ludzie?

Całkowita przypadkowość ofiar przemocy noszącej znamiona działań terrorystycznych ma miejsce jedynie w wąskim zakresie działań tzw. samotnych strzelców (nierzadko osób cierpiących na zaburzenia psychiczne), którzy choć posługują się nierzadko argumentami ideologicznymi to nie są związani z żadnymi zorganizowanymi grupami terrorystycznymi a dobór celów ich zamachów jest na ogół bezładny. Współczesna definicja mówi nam o tym, że Terroryzm to użycie przemocy lub groźby jej zastosowania, przez małe grupy przeciwko niewalczących dużym grupom w celu osiągnięcia korzyści politycznych lub ekonomicznych. „Samotnych strzelców” jak widać, musimy z tej definicji wykluczyć.

W zaplanowanych i skoordynowanych działaniach terrorystycznych przypadkowość nie ma miejsca. O ile nie istnieje konkretna, personalna lista osób, które powinny zginąć, to istnieje „zbiorowy cel”. Takim celem może być naród, przedstawiciele danej kultury, rasy, religii, przekonań politycznych. McCauley wyjaśnia, że po Rewolucji Francuskiej różnica pomiędzy żołnierzami a cywilami (ludźmi w mundurach i bez mundurów) uległa erozji. Walczącą stroną stał się od tamtego czasu naród (plemię, ród), którego każdy przedstawiciel jest zaangażowany w mniejszym lub większym stopniu w walkę. Skutki tej koncepcji obserwowaliśmy m.in. podczas II Wojny Światowej w działalności nazistów, ale też bombardowaniach Drezna, Hamburga, Tokio, Hiroszimy czy Nagasaki, w których celem stali się w większości cywile potraktowani jako „regularni” wrogowie.

Dlaczego ludzie sięgają po terror?

Terroryzm jest narzędziem słabych, którzy nie są w stanie osiągnąć swoich celów w konwencjonalny sposób.

Kto staje się terrorystą?

Analizy zaprzeczają stereotypom. „Zorganizowanymi” terrorystami nie stają się osoby upośledzone psychicznie, nieprzewidywalne, funkcjonujące na marginesie grupy. Wprost przeciwnie. Cechy, które na ogół przypisujemy terrorystom utrudniałyby im funkcjonowanie. Skoordynowane działania terrorystyczne wymagają udziału osób bezwzględnie zaufanych, zdecydowanych, o silnych charakterach, inteligentnych.

Czy terroryzm wynika z religii?

Nie istnieje specjalny związek. W XX w. większość organizacji terrorystycznych (m.in. radykalnie-socjalistyczne Czerwone Brygady we Włoszech, Frakcja Czerwonej Armii w Niemczech, Świetlisty Szlak w Peru) nie motywowały swoich działań argumentami religijnymi. Praktycznie, nawet walka o prawa zwierząt czy ratowanie środowiska mogą być przyczynami sięgnięcia po terroryzm. Terroryzm jest metodą, która funkcjonuje zarówno gdy terroryści wykazują zakorzenienie religijne jak i gdy takie zakorzenienie nie ma miejsca.

Jakie cele wyznaczają sobie terroryści?

Na ogół uważamy, że celem terrorystów jest wzbudzenie strachu, choć konkretna odpowiedź na pytanie o to, czemu ów strach ma służyć sprawia już kłopot, w końcu straszą nas filmowcy, media i trudno nazwać ich działania terrorystycznymi. McCauley zdradza mniej znane oblicze celów. Polityczno-gospodarcze, militarne, społeczne.


Nagłe uderzenie w bezbronny cywilny cel prowadzi do zachwiania zbiorowym poczuciem bezpieczeństwa, co zmusza polityków do podjęcia działań skoncentrowanych na eliminacji źródeł zagrożenia. W przypadku terroryzmu takie przeciwdziałania mogą przypominać wyłącznie walkę z wiatrakami, gdyż potencjalnym terrorystą może być każdy, może uderzyć w dowolnym miejscu i czasie. Tworzenie zabezpieczeń, objęcie np. masową inwigilacją ogółu obywateli, pociąga za sobą nie tylko monstrualne koszty budżetowe (przyczyniające się do osłabienia gospodarczego), ale wzrasta również niezadowolenie społeczeństwa, np. wobec technik kontroli naruszających ich prywatność. Odłożenia na bok ważnych społecznie spraw (w imię walki z terroryzmem) wywołuje dodatkowe nasilenie niezadowolenia. W kraju, w którym np. zaufanie społeczne do władzy oscyluje w granicach 50% przechylenie szali na niekorzyść władz staje się wyjątkowo proste i może prowadzić do zmian politycznych.

Radykalne odwetowe posunięcia władz pozwalają terrorystom w ustawieniu się w pozycji ofiar i umotywowaniu swoich działań szlachetnymi obronnymi pobudkami. Odświeżenie w zaatakowanych społeczeństwach negatywnych stereotypów, pozwala terrorystom na posługiwanie się argumentem „odpowiedzi na nienawiść”. Wywoływanie i pobudzenie zbiorowej społecznej nienawiści konsoliduje przedstawicieli napiętnowanej grupy i sprawia, że sympatykami działań terrorystów stają się nawet dotychczas neutralni jej przedstawiciele. Poszerzanie kręgu sympatyków ma znaczenie nie tylko propagandowe (jest nas wielu) ale służy także rekrutacji czynnych terrorystów.

Kto jest realnym zagrożeniem dla terrorystów?

Okazuje się, że największym i bezpośrednim zagrożeniem terrorystów są sami terroryści. Nie istnieje żadna organizacja terrorystyczna wolna od wewnętrznych konfliktów ambicjonalnych (związanych z przywództwem) czy dotyczących np. doboru metod umiarkowanych bądź radykalnych. Jako społeczeństwo, nie zdajemy sobie sprawy, jak wielki wpływ na te konflikty ma nasza postawa, że od tej postawy zależy to, czy terroryści uznają swoje działania za nieefektywne lub przeciwnie odczują zwiększenie poparcia. Zorganizowany terroryzm posiada cel polityczny lub ekonomiczny, nie jest więc w stanie istnieć bez grupy popierającej go, na obronę której powołuje się. Dlatego też, gdy przestaniemy poruszać się ścieżkami wyznaczanymi przez terrorystów (nie będziemy reagować tak jak tego spodziewają się), możemy dać im wyraźny sygnał, że ich metody oddalają ich od osiągnięcia swoich celów. Nie wiem na ile pobudzam Waszą wyobraźnię, ale musimy wiedzieć, że nawet tak proste kwestie jak nasz stosunek do uczciwości tzw. „wojny z terroryzmem” postawić nas może w szeregu potencjalnych sympatyków terrorystów lub ich przeciwników. Clark Mc.Cauley jest autorem bardzo sugestywnego schematu nazywanego „piramidą McCauleya”, który pozostawiam Wam do wglądu.

pmac

Reklamy

CIEBIE TEŻ TAM KURWA NIE BYŁO!

Czasem wydaje się mi, że ja i moja rodzina nie posiadamy uczuć wyższych. Choć część moich bliskich krewnych mieszkała na Wołyniu i cudem uniknęła śmierci w 1943 roku, to pamięć o Rzezi Wołyńskiej ograniczała się głównie do wymienianej raz na kilka lat wzmianki w stylu „Ukraińcy to rezuny” – szczególnie gdy temat schodził na oceny nacji. Nie odwiedzali kresowych cmentarzy pełnych bliskich im osób, nie odwiedzali bezimiennych mogił, nie uczestniczyli w obchodach czy pielgrzymkach. Po części dlatego, że w czasach ZSRR wspominanie o zbrodniach ukraińskich było zakazane skoro bardzo łatwo przejść od takich do zbrodni radzieckich lub odrodzenia ducha narodowego, to nawet w czasach gdy już było wolno nie znajdowano czasu, zdrowia, jakiegoś motywu. „Było, minęło”.
Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja tych, którzy z Wołyniem lub Katyniem związek posiadają mniejszy (choćby ze względów pokoleniowych). Wydaje się, że im większy dystans dzieli ich od zdarzenia tym większa w nich pamięć i poczucie wyrządzonej krzywdy, jakby ich emocjonalny związek z faktem rósł proporcjonalnie do zwiększania się praktycznej i fizycznej odległości od faktu. Zjawisko nie jest nowe, lata analizowania martyrologii solidarnościowej Jarosława Kaczyńskiego i jego otoczenia dały nam wniosek, że „zapotrzebowanie upamiętniania” u osób, których nawet nie internowano jest znacznie większe niż u tych, którzy przesiedzieli w PRL-owskich więzieniach lata, doświadczając wszelkich atrakcji związanych z tym pobytem. Zapewne jest tak dlatego, że człowiek który doświadczył niegodziwości stara się od niej odizolować, zamknąć w niepamięci, podnieść się, zacząć od nowa. Natomiast człowiek, który nie doświadczył jest niegodziwości ciekaw, a może nawet ma poczucie bycia kimś gorszym, skoro jej nie doświadczył. Z pewnością wiecie, jak wielki problem z odwiedzeniem obozów zagłady miały tysiące ocalałych więźniów, jak wielu obiecało sobie, że ich noga nigdy w tych miejscach nie postanie. To naturalny odruch człowieka, który doświadczył niewyobrażalnego zła. Nawet współczesne ofiary brutalnych przestępstw decydują się na przeprowadzki do miejsc, w których odżywanie traumatycznych wspomnień stanie się trudniejsze. Manifestacja nie wchodzi w grę.

Ktoś wspomni jednak: „co z pamięcią, zachowaniem świadectwa po to, by zło nigdy więcej nie powtórzyło się?”. Zaspawanie wieka trumny na wieki i milczenie nie staną się przestrogą dla nas i potomnych. Posiadając wiedzę o złych doświadczeniach możemy zgłębiać ich genezę, reagować wcześniej i wiedzieć, że „salut rzymski” jest symptomem a nie wygłupem. Nie zawsze udaje się osiągnąć taki cel. Źle rozumiana „pamięć” jest w stanie wyzwolić nienawiść – o zgrozo – tą samą nienawiść, która była przyczyną zła, którego ofiary chcemy upamiętniać. Czyż to nie źle pojęte argumenty historyczne wywarły wpływ na wydarzenia na Wołyniu? Czyż siepacze z UPA lub OUN nie rozpamiętywali polskiej okupacji, katolizacji, ograniczania praw, wyzysku, niewoli, śmierci, dyskryminacji, prześladowań, niszczenia cerkwi oraz symboli ukraińskiej tożsamości i kultury? Mordowali z historią na ustach, niczym ich poprzednicy hajdamacy, którzy wieki wcześniej wymordowali nawet 150 tys. Polaków, Żydów, Rosjan oraz innych „obcych”. W czym tkwi błąd? Otóż, gdy źle pojmiemy pamięć celem staje się narodowość winnych a nie winni i winy! Celem stają się Polacy a nie ciemiężyciele, Żydzi a nie wyzyskiwacze, Rosjanie a nie najeźdźcy. Dziś, wielu, dzięki złej pamięci podobnie nie dostrzega już różnicy pomiędzy Ukraińcem a mordercą.

W odpowiedzi można usłyszeć argument: „Mamy prawo przypominać bez względu na niuanse. Nie uwolnimy demonów, my Polacy nie posunęliby się do takiego bestialstwa!”. Nie posunęlibyśmy się? A kto do jasnej cholery mordował 5 i 7 letnie dzieci w Pogromie Kieleckim? Cudzoziemcy? Gdyby nawet ówczesny motyw rzekomo świętego odwetu był uzasadniony faktami, to nie potrafię sobie wyobrazić porywania polskich dzieci przez 5-letnich Żydów. Kto zgasił światła umysłów? Zapadły mi w pamięci słowa jednego z aktywistów serbskiej bojówki paramilitarnej (wojna w b.Jugosławii): „Zabijaliśmy wszystkich. Mężczyzn – nie sprawdzając czy mają broń, kobiety skoro mogły rodzić tych, którzy wbiją nam kiedyś nóż w plecy, dzieci skoro mogły wyrosnąć na tych, którzy będą chcieli nas zabić. Mordowaliśmy każdego, bo każdy Bośniak to żądne krwi zwierzę, mniej warte niż g. i dziś, gdyby wybuchła znów wojna robiłbym dokładnie to samo.”.

Internet stał się nośnikiem „złej pamięci”, miejscem, w którym każdy może wirtualnie stać się tym jedynym szlachetnym i moralnym, który pamięta, przestrzega i przypomina gdy inni milczą. A jednak trudno pozbyć się wrażenia, że w wielu przypadkach nie różni się ta postawa od buczenia na cmentarzu, od przypominania Francuzom nielojalności we wrześniu 1939 w chwili gdy oni opłakują ofiary zamachu na redakcję Charlie Hebdo, od przypomnienia dziecku, które przyniosło świadectwo z czerwonym paskiem o tym, że ma raka.

pam

POCZUJ SIĘ JAK GEJ!

Kilka dni temu, portal społecznościowy Facebook zaoferował użytkownikom możliwość „przemalowania” swoich zdjęć profilowych na tęczowo w ramach poparcia decyzji Sądu Najwyższego USA o legalizacji małżeństw jednopłciowych. Gdy tylko poznałem sposób wprowadzenia zmiany (a przez kilka chwil technicznej niewiedzy czułem się dyskryminowany) natychmiast dołączyłem do entuzjastów upatrując w swoim działaniu głębokiego i nie tylko edukacyjnego sensu. O dziwo! – wbrew przewidywaniom nie usłyszałem przykrych uwag czy analiz osobowości, choć doświadczenia bardziej aktywnych w dyskusjach znajomych i moje przypadkowe obserwacje ukazały, że nie wszędzie było tak sielsko. „Zmień profil koleżko” – zalecał jeden rozmówca drugiemu (kolorowemu), który odważył się skrytykować Korwina-Mikkego. „Wszystko o tobie” – zauważył inny spec d/s podprogowego przekazu płynącego z sieciowych avatarów. Nie mam nawet ochoty wymienić wszelkich „zakazów pedałowania” i innych uprzejmych epitetów, które runęły w sieć niczym wodne masy z wysadzonej w powietrze tamy.
Ciekawie jest być gejem.

O ile przy okazji takich tekstów jak dzisiejszy pada deklaracja ‚nie jestem gejem ale uważam ich prawa… itd.’ to nie usłyszycie tego ode mnie. Bycie gejem a do tego lewackim zwyrolem jest głęboko pouczające. Prawdziwe olśnienie. Fejsbukowa akcja okazała się fenomenalnym i dostępnym dla wszystkich sposobem wejścia w skórę geja, ateisty, Żyda, świadka Jehowy czy każdego innego odbiegającego od „obowiązującego” standardu. Poznanie reakcji zewnętrza i własnych myśli zdominowanych świadomością „oni wiedzą, że jestem inny” dają wysokiej wartości doświadczenia.

Przyjrzyjmy się jednak argumentom, z którymi polemika jest możliwa. W Polsce nie brakuje zwolenników przekonania o treści: „ale po co się obnosić? Po co wymachiwać ludziom wibratorem przed oczami? Rób co chcesz w domu itd., itp.”. Owszem – religia, preferencja seksualna, przekonania polityczne, karta zdrowia, NIP czy PESEL – to rzeczywiście nasze prywatne sprawy. Z drugiej strony, trudno zauważyć szczególną powściągliwość w wyrażaniu przekonań religijnych w przestrzeni publicznej przez lud wierzący, trudno np. u narodowców dostrzec niepodkreślanie ich heteroseksualnej (choć jak podejrzewam – nigdy nie sprawdzonej) preferencji. Nie twierdzę, że należy odpowiadać pięknym na nadobne, ale jaki właściwie mamy punkt wyjścia? Narzucona, obowiązująca „społeczna norma” zakłada, że wszyscy jesteśmy identyczni i wycięci z jednej matrycy o nazwie: „Polak-Katolik-Heterseksualista-Patriota”, więc co w takim przypadku należy nazwać akcją a co reakcją? W kwestii samego „obnoszenia” sięgnę po banalny przykład. Wyobraźcie sobie klub, w którym dziewczyna zauważa atrakcyjnego chłopaka i nawiązuje z nim kontakt. Rozmowa nie klei się za bardzo, on jakiś dziwny, ona myśli, że coś z nią nie tak… a wystarczyłoby gdyby chłopak obnosił się, założył czarny lateks i kilka łańcuchów na szyję, by dać wyraźny sygnał, że „tradycyjna polska” randka nie wchodzi w grę. Czy widok „obnoszącego się” geja rzeczywiście wywołuje większy sprzeciw Polaków niż widok pijanego wsiadającego za kółko?

Wśród zabierających głos w dyskusji, opór powoduje również to, że np. objaśnianie dzieciom słowa „homoseksualizm” przy okazji parad równości nie jest ‚najlepszym czasem i miejscem’. No cóż, plakaty „antyaborcyjne”, „zakaz pedałowania”, zaszczani menele lub opowieści o krzyżowaniu na lekcjach religii nie są chyba bardziej wychowawcze. Wchodzenie w szczegóły i opowiadanie np. o tym co i gdzie trzeba włożyć pani, żeby uśmiercić życie poczęte mogłoby stanowić kłopot, choć może to po prostu myśli zostają skierowane w nie całkiem pożądane rejony? To prawdziwy paradoks, że wzrost cnotliwości w naszym kraju wzrasta proporcjonalnie do zainteresowania genitaliami i opisywaniem człowieka od strony dupy.

Ostatnia rzecz, o której chciałem Wam powiedzieć, to pewien globalny skutek zmiany wprowadzonej w USA. Świat nie jest spokojny, „żyjemy w ciekawych czasach” zderzenia cywilizacji (a raczej cywilizacji i jej braku). Byłem trochę przytłoczony biernością „zachodu” wobec działań głęboko wierzących osobników budujących krainę swoich marzeń w Syrii, Iraku i Libii, dlatego też, oczekiwałem jakiegoś gestu przywracającego względne poczucie równowagi. Moje oczekiwania ralizują się, gdyż oto my, przedstawiciele wolnego świata, nadajemy prawa tym, których „oni” nienawidzą, szanujemy i chronimy tych, których „oni” chcą ścinać, zrzucać z budynków i kamienować. Przeciwko ich prawu śmierci, terroru i dyktatu postawiliśmy prawo do szczęścia, wolności, prawo do bycia sobą. I to jest szlachetne. W tym globalnym starciu warto odpowiedzieć sobie na pytanie, po której stronie jesteśmy lub w którą stronę zmierzamy, nawet gdy wybór nie jest całkiem komfortowy…. choć czy w podobnych sytuacjach był takim kiedykolwiek?

village
(fot. Village People)