Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Maj, 2015

TO BYŁY LATA CZEKANIA

To były lata czekania, choć gdy patrzę na zawziętą, psychopatyczną twarz Kukiza, któremu chyba całkowicie odbiło, nie wiem czy to jest to na co czekałem. Nie wiem czy celem czekania był Duda, który wciąż jeszcze korzysta z limitu ochronnego dla nowej twarzy. Nie wiem w jakim kraju obudzimy się jesienią, gdy spoglądając na zdjęcie pomnika Jezusa dla Poznania (wyjątkowo ohydnego lub idealnego na okładkę płyty Slayera) dziwnie się czuję. Pod pomnikiem dwie osoby, rozpoznaję – rodzice przyszłego prezydenta, lecz ‚co’ właściwie oni markują, z czego są dumni? Czy to jest powierzenie przyszłości opatrzności czy nawiedzonym rzeźbiarzom i ich rzeźbom? – jakże łatwo zrozumieć dlaczego żydzi i muzułmanie zakazali tworzenia wizerunków boga.

Czuję się nieswój, bo chciałem zmiany ale władza specjalistów d/s dialogu łańcuchem i paloną oponą, nieśmiertelni obrońcy krzyża, lubujące się w marszowym kroku „łyski” to jakiś dziwny zestaw, bez precedensu na mapie świata. Są siłą a kto ma siłę ten bierze władzę, jednak jak Rydzyk niegdyś o A.Grodzkiej zapytam: „Do człowieka (ludzi) nic nie mam, jednak jakie wartości oni wnoszą?”. Czy ich samych to nie niepokoi? Istnieją różne poziomy natężenia ideowego, ale brygady Dirlewangera nie były traktowane przez Hitlera jako elita, która po wojnie przyjmie ministerialne teki.

W jakimś sensie pozwoliliśmy na to, nawet nie tyle ulegając sile i krzykowi, co zostaliśmy wyzuci z argumentów obrony tego co było. Przypominają się mi słowa Jeffersona (…pierwej sobie dadzą wyrwać serce z piersi niż władzę…). Nikt nie musiał nam wyrywać władzy, po prostu leżała bezpańsko na ulicy, porzucona jak niespełniona nadzieja, za to gdy „oni” zdobędą władzę wyrywanie nie pójdzie łatwo, będą gryźć.

A może nic się nie zmieni? Pozorowany liberalizm zastąpi pozorowany katolicyzm i patriotyzm, ot, szkopka, ku uciesze nikogo. Po lekcji religii dzieci zaśpiewają na dyskotece „pizda nad głową” i jakoś się zbilansuje. Zastanawia mnie jedynie to poczucie cofnięcia się o krok. Jakaś gęsta atmosfera, która sprawia, że co wrażliwsi mówią o „emigracji wewnętrznej” czy realnym wyjeździe. Nie emigrujcie. Żyjcie! Sam nigdzie nie wybieram się, mam to szczęście, że prowadzę interesy także z „super-patriotami”, dla których temat polityki czy wiary jest jedynie jakimś krzepiącym dodatkiem do codziennych zmagań. Oni są również anty-systemowcami, nie posiadają związków z władzą tą czy przyszłą. Dla nich wizja pozamykania „złodziei z góry” nie jest receptą na poprawę sytuacji, lecz zaledwie formą zadośćuczynienia, najprościej rozumianymi „prawem i sprawiedliwością”. Tym co nas łączy jest wzajemna pomoc, lojalność, wspólnie podzielana idea dążenia do szczęścia, materialnej niezależności, zaufanie, szacunek oraz sprzeciw wobec tych praw systemu, które nasze dążenia blokują. Potrafimy śmiać się, kląć i robić swoje. Nie ulegliśmy propagandzie nienawiści i pogardy do „tych po drugiej stronie”, którą – przyznajcie szczerze – nasączały społeczeństwo obie strony. Czasem rozmawiamy o prawach gejów, aborcji czy eutanazji i w spokojnej atmosferze jesteśmy w stanie zatrzymać się na stwierdzeniu, że to jednak bardzo trudne tematy są, że nie jest tylko czarno lub tylko biało. Są też tematy zgodne, jesteśmy w stanie zgodzić się z tym, że i katolik i lewak potrafią być kurwami lub porządnymi ludźmi, że Polakowi trzeba patrzeć na ręce, bo gdy odwrócisz wzrok to podpierdoli coś albo spartaczy robotę. „Dlaczego ludzie są tacy, co się z nimi porobiło?” – te pytania pojawiają się często, gdy ktoś nie odda pieniędzy, nie dotrzyma umowy, oleje coś. Powrót „wartości” dla wspólników z prawej strony jest w ich oczach jedynie jakąś namiastką nadziei naprawy, nadzieją na to, że będzie prościej i uczciwiej.

Gdzieś w tyle mojej głowy kołacze się wciąż myśl: po 2007 wydawało się, że nastąpi jakieś nowe otwarcie, że staniemy się krajem podobnym krajom rozwiniętym, krajom obywatelskim, że nowa władza zrównoważy dążenie do celów: „państwo i obywatel”. Zabrakło tego drugiego. Potraktowano wielomilionowy ogół jak szarą masę bez marzeń, bez duszy, masę, którą można zarządzać mediami. Choćby kultura, niechby nawet kontrowersyjna, ale ona zniknęła, kulturą w Polsce zajmuje się serwis YouTube, społeczeństwem obywatelskim Facebook i Twitter, polityczną analizą Radio Maryja.

jutro

Proszę, wydobądźcie z tego tekstu to co łączy a nie dzieli.

Reklamy

DZIEŃ DOBRY POLSKO!

Jednym z podstawowych wskaźników stanu demokracji jest wielkość tzw. aktywności obywatelskiej, którą finalnie ilustruje frekwencja wyborcza (dobrowolna!). Frekwencja na poziomie 100% stanowiłaby ideał gdyż oznaczałaby, że wszyscy uprawnieni do głosowania posiadają w kandydatach i ich programach swoją reprezentację. W wyborach prezydenckich 2015 w Polsce, połowa Polaków nie była w stanie utożsamić się zarówno z kandydatami jak i ich programami. Zamiast wielkiego narodowego święta i wydarzenia mieliśmy do czynienia ze średniej jakości politycznym ‚eventem’. 70% frekwencja w Niemczech (spadek z ok. 90% w latach 70-tych) została nazwana dramatem i dzwonem alarmowym, w USA poparcie dla urzędującego prezydenta na poziomie 30% jest uznawane za katastrofę. W Polsce, przy gorszych notowaniach wzruszamy ramionami.

Amerykanski pisarz, Ch.Bukowski dopytywany o politykę w jednym z wywiadów stwierdził, że wybór między ciepłym a zimnym gównem jest trudny. W Polsce stworzono system, w którym inny wybór nie jest możliwy, dlatego też nie dziwi to, że koncepcje JOW, referendów a nawet siłowe burzenie systemu stają się atrakcyjne dla tych, którzy mają jeszcze nadzieję. Działania w ramach „my z synowcem na przedzie i jakoś to będzie” budzą jednak wątpliwości lub opór tych, którzy dostrzegają głębszy sens w racji: „…że i przed szkodą i po szkodzie…”.

„Wszystkie rewolucje mają punkty wspólne. Choćby spontaniczne zaangażowanie zwykłych ludzi. Ale też wszystkie rewolucje popełniają jeden błąd. Zawsze oddają wielkie zwycięstwo (z braku kompetencji – przyp. moje) biurokratom i politykom”.
Lech Wałęsa

Można byłoby poprawiać istniejące, jednak idea poprawiania tego co wadliwe nie cieszy się wzięciem. Nie jest wyrazista, legitymizuje znienawidzoną władzę, zmusza do aktywności większej niż wycieczka do urny co kilka lat, nie prowadzi ludu na ulubione barykady, zmusza do dialogu z tymi, którym nie chce się podać nawet ręki. Ale…

„Tam, gdzie każdy ma wpływ na sprawy swojej lokalnej republiki i czuje, że bierze udział w zarządzaniu tymi sprawami, nie tylko przez głosowanie raz do roku, ale na co dzień, gdzie w całym państwie nie znajdzie się człowieka, który nie byłby członkiem jakiejś wielkiej czy małej rady, prędzej da on sobie wyrwać serce z piersi niż odebrać władzę.”
Thomas Jefferson

Demokracja w Polsce jest demokracją pozorów. Z jednej strony wyposażeni jesteśmy we wszystkie niezbędne narzędzia, z drugiej jednak, stan ten okazuje się czystą teorią. Chcąc uczynić krok napotykamy zupełnie nieprzewidziane komplikacje: biurokrację, brak środków, media, brak czasu. Pochłonięci codziennymi sprawami nie jesteśmy nawet w stanie rzetelnie przeanalizować napotykanych problemów by szukać dobrych rozwiązań, wypatrujemy kogoś kto zajmie się tym za nas, a nie znajdując schodzimy z boiska.

Rządy mniejszości – będące skutkiem tej sytuacji – nie są w Polsce niczym nowym.

democracy

PREZYDENCI NIE WSZYSTKICH POLAKÓW

Nie dziwi to, że obecnie trudno znaleźć osobę cieszącą się powszechnym zaufaniem. Podziały polityczne sięgnęły tak głębokich kwestii jak źródła życia, moralności, kultury, a to pozwala na dyskwalifikację kandydatów już na wstępie, na podstawie choćby cienia sympatii do jakichś przekonań wyrażonych przez nich dziesięciolecia temu. Wyborców nie satysfakcjonuje już genealogia, dorobek, szukamy wiarygodności w znacznie głębszych „rejestrach”. Cóż, zaufanie rzecz ulotna, a chcielibyśmy oddać głos i spokojnie zająć się własnymi sprawami wiedząc, że ktoś nie śpi aby spać mógł ktoś.

„My” brzmi zupełnie tak samo jak „My”

Kandydaci oprócz klasycznych obietnic lepszego życia Polaków, zawarli w swoich programach mniej lub bardziej jasne wyszczególnienia tych, którzy owych dobrodziejstw mieliby dotyczyć. „Mój prezydent” nie zabrzmi donośnie w każdych ustach, a czasem nie zabrzmi w ogóle.

Partia Prawdziwej Władzy

Platforma Obywatelska chce uchodzić za gwaranta pluralizmu w Polsce. Chcąc to osiągnąć nie realizuje różnorodnych pomysłów na zmiany po to, by mogli pojawiać się ludzie pokroju P.Kukiza, J.Palikota, M.Kowalskiego czy G.Brauna oferujących to czego akurat nie ma a co PO celowo dla pluralizmu zablokowała. Dzięki tej strategii widzimy jak wiele przekonań jest w Polsce.

II Tura

Kolejny raz umocniłem się w przekonaniu o tym, że jesteśmy narodem poetów i marzycieli. Poeci pięknie mówią, marzyciele pięknie obiecują. Niemal utoczyłem łezkę gdy B.Komorowski mówił o wolności. Gdy Duda marzył o wolnych kwotach, niskich podatkach i dodatkach marzyłem razem z nim, bo fajnie byłoby. Czy to są jednak argumenty wyborcze czy występy godne działalności artystycznej?

Mój wybór

Szukałem argumentów za i przeciw. Wyobraźnia podsunęła mi obraz Macierewicza jako ministra edukacji narodowej i zrozumiałem, że jednak mam oczekiwania i wymagania nieco odmienne. Nie mam problemów ze swoim poczuciem polskości, więc być może Duda powinien założyć jakiś niewielki ośrodek patriotycznej resocjalizacji na niewielką skalę. Nie sądzę by masowe patriotyzowanie patriotów było właściwym pomysłem, no chyba, że Duda ma jakieś ukryte plany, a tych nie ujawnił. Dodatkowo, nie chcę państwa wyznaniowego i państwa rządzonego przez pseudo związek zawodowy. Dlatego, nie zagłosuję na Dudę a raczej zagłosuję przeciwko Dudzie.

Chciałem żeby B.Komorowski trochę pobał się i rzucił jeszcze kilka sensownych propozycji a najlepiej wraz z politycznym zapleczem je spełnił, jednak rozpętało się takie piekło, że ta strategia wydaje się nie mieć przyszłości. Smuci mnie, że nie rozumiemy jeszcze tego, że warunki należy stawiać przed wyborami a nie po wyborach, kiedy na zmianach nie zależy już nikomu na górze. Przyszłości spodziewam się, więc z pokorą przyjmę zalew optymistycznych wieści o wzroście notowań naszej korporacji o nazwie Polska, czując jednocześnie osobistą jedność z tymi, którzy gdzieś na dole muszą pracować na ten sukces z pieluchą, gdyż nie mogą opuścić miejsca pracy.

racja_stanu

CZY BĘDĄ ZAMYKAĆ NIEWIERZĄCYCH?

Nikt chyba nie ma wątpliwości co do tego, że będącym dziś na fali siłom politycznym bliżej jest do kościelnych konserwatywnych porządków niż jakichkolwiek innych. Przy słowach Michalika, który przestrzega przed słuchaniem „nieochrzczonych” rodzi się odruchowe pytanie: „Co by było gdybyś ty miał władzę?”.
Władza „Michalika” staje się dość rzeczywista perspektywą, dlatego nie są pozbawione podstaw dociekania typu: czy w związku z tym „nieochrzczeni” będą trafiać do rejestru ‚złych doradców’, stracą prawa wyborcze, prawo publikowania, stracą prawa do opieki nad dziećmi, będą przymusowo resocjalizowani, zamykani do więzień lub zsyłani na jakąś odległą wyspę? Kandydaci na prezydentów reprezentujący bliskie kościołowi siły polityczne przemilczali te kwestie dzieląc się zdawkowo tym, że „gdy zdobędziemy władzę i zmienimy konstytucje, to wtedy zobaczycie”. Co zobaczymy? Czytając i słuchając komentarzy ich zwolenników typu: „neobolszewicy pakujcie walizki, niedługo się zacznie” – trudno zachować humor i optymizm.

Paradoksem jest to, że trzem czwartym orędowników oczyszczania, gazowania, wysiedlania, etc. można skutecznie udowodnić, że są również „neobolszewikami” jako i my. Ów gładko nazwany „neobolszewizm” jest niczym innym jak najzwyklejszą potrzebą ochrony własnej, osobistej suwerenności. Czy obecni antyneobolszewicy chcieliby, by ich prywatne i publiczne życie regulował np. mułła z Pakistanu? Słysząc to zaprotestowaliby: „Islam nie jest polską tradycją i kulturą!” – jednak powołując się na europejskie trendy, można dodać: „Ale przecież może być! Czy nie chcieliby aby prawo chroniło ich przed taką ewentualnością?”.

Przeciwnicy „neobolszewizmu” doskonale zdają sobie sprawę z tego, czym była ingerencja obcych idei w rodzimą kulturę (tworzenie „nowego człowieka” przez zaborców i okupantów) i nie chodzi tu o porównanie np. Watykanu do Moskwy ale rodzaj wywieranego wpływu. Czy oni rzeczywiście chcą „kościelnego ładu” we własnych głowach, alkowie, lodówce i przedpokoju? Czy chcą za to dodatkowo płacić?

Owszem, można niczym aktor Zelnik twierdzić, że czuje się wolnym, że państwo i wiara mogą współistnieć i uzupełniać się. Jednak czy takie poczucie wolności wynika z Zelnika czy tylko z tego na co mu kościół pozwala? Czy przeciwnicy „neobolszewizmu” rzeczywiście chcą by kościół decydował o tym jakie filmy mają oglądać, jakiej muzyki słuchać, w co grać, co czytać, co tworzyć, czego mają się uczyć ich dzieci w szkołach, kiedy mają mieć wolne a kiedy mogą pracować budując swój kapitał? Czy są gotowi zwolnić własne sumienia, głowy i ciała z samodzielnego decydowania oddając je dzierżawę kościołowi, którego w tym akurat przypadku nie należy tak całkiem uosabiać z Jezusem?

Wbrew pozorom państwo i kościół to siły sprzeczne. Nie ma silnego państwa z silnym kościołem i odwrotnie. To dwie moce wyrażają jednakową ambicję regulowania prawa, życia społecznego, stanowienia rządu dusz, zarządzania zbiorowym majątkiem. Różnica tkwi w tym, że państwo jest w stanie zapewnić wolność w różnorodności (w tym kościołowi), gdy religia oferuje jednorodny dyktat, do którego na siłę zechce dopasować tych, którzy z jakichś względów zostaną uznani za niedopasowanych i nie oznacza to wyłącznie „innowierców” czy ateistów, bo lista możliwych grzechów jest bardzo długa.

bilbypdalgyte_deviantart_com
(graf:bilbypdalgyte)