DOJRZEWANIE DO DEMOKRACJI

by romskey

Myślę, że każdy zetknął się przynajmniej z trzema znajdującymi się w powszechnym obiegu definicjami demokracji. Pierwsza z nich mówi o tym, że „demokracja to prawo większości”. Taką definicję zafundowały nieletnim podręczniki WOŚ, choć myślę, że Jerzy Urban byłby w stanie napisać więcej o religii katolickiej niż twórcy podręczników o systemie, w którym żyją. Druga definicja jest pochodną pierwszej i wynika z dyskusji nad problemem pod tytułem: „Czy demokracją jest ustrój, w którym dwaj obywatele głosują nad tym czy zjeść trzeciego?”. Tu przyjęto poszerzoną wersję: „Demokracja to prawo większości z poszanowaniem mniejszości”. Definicja ta w pewnym stopniu zbliża nas do ideału, z tym, że w zgodzie z konstytucją, wszyscy obywatele są równi wobec prawa, a więc kwestia mniejszości jest ze względów logicznych dyskusyjna (wszak nie ma odrębnych praw dla większości i odrębnych dla mniejszości). Trzecia jest najbardziej ‚skomplikowana’. Wciąż niewielu obywateli – w tym wielu na wysokich politycznych stanowiskach – nie dociera do etapu trzeciego pojmowania demokracji. Na tym etapie demokracji to „ustrój, w którym:
„Decyduje większość szanująca konstytucyjnie chronione prawa człowieka”. W tym punkcie Polska ma pewien problem. O ile autorom konstytucji udało się ustalić czym są np. prawa osób wierzących, to czym są prawa człowieka nadal pozostaje zagadką lub przestrzenią luźnych pogawędek.

Kawałeczek historii

Ostatnia definicja jest głęboko związana z pochodzeniem nazwy „demokracja” a dokładnie członem „demos” (δῆμος) – lud, ludzie. Dosłowne rozumienie prowadzi nas dość często do pojmowania demokracji jako „władzy ludowej”(a więc socjalizmu) niż „władzy ludu/ludzi”. To poważne wypaczenie. Problem z odnalezieniem właściwego sensu wynika z tego powodu, że na ogół nie zdajemy sobie całkiem sprawy, przeciwko któremu systemowi starożytni zaczęli w ogóle nad demokracja zastanawiać się. Systemem, nad którym miała wziąć górę demokracja była… arystokracja i spieszę tu z wyjaśnieniem: „ἄριστος (aristos) – znaczy najlepsi, elita”, a więc arystokracja to rządy elit (κρατέω krateo „rządzę” i ἄριστος aristos – „najlepsi”). Warto tutaj podkreślić, że władza arystokratyczna – we wszelkich swych odmianach – nie była odpowiedzialna przed narodem i podejmowała decyzje wg. własnego uznania. „Najlepsi” w kulturze greckiej nie stanowili mądrych, błyskotliwych, praktycznych, wykształconych reprezentantów społeczeństwa lecz po prostu warstwę (kastę) społeczną, do której przynależność zapewniały więzy krwi/dziedziczność lub ścisłe regulaminy podobne do wymogów w przetargach publicznych.
W świetle powyższego:
Demokracja nie jest (nigdy!) rządami elit, niezależnie od tego jak liczne, silne czy wpływowe są to elity.

Ku doskonałości

Nie chcąc narazić Was na podejrzenie wymądrzania się przeze mnie, pominę nazwiska światłych filozofów, którzy oddawali się rozważaniom nad tym jak stworzyć sprawiedliwy i wydajny ustrój, w którym władzę posiadają wszyscy obywatele. Część z nich skłaniała się ku tzw. demokracji bezpośredniej czyli demokracji, w której decyzje podejmowane są przez ogół, kolejni postulowali o demokrację przedstawicielską, w której decyzje podejmują wybrani reprezentanci grup zawodowych, lokalnych społeczności, itp. Z uwagi na techniczny problem z wykonalnością i trudne do gaszenia konflikty w pierwszym przypadku, drugi postulat okazał się bardziej konstruktywny a jego zwieńczeniem stała się demokracja parlamentarna (rządy przedstawicielskie) – system uśpiony na wieki.

Ciemne wieki

Przez tysiąclecia nie działo się z demokracją nic, bo i jej właściwie nie było. O ile u schyłku ubiegłego tysiąclecia powstawały koncepcje reaktywacji tego ustroju, to pojęcie „demokracji” było w nich jedynie cieszącą oczy społeczeństw fasadą zasłaniającą działania władz uprawiających politykę mająca z demokracją niewiele wspólnego. Mało tego. Okazało się, że demokracje są dziurawe jak sito, skoro pozwalają dojść do władzy takim osobom jak Hitler, które demokrację chcą obalić. Coś najwyraźniej nie grało w dumnych Konstytucjach.

Tym co stanowiło w nich fałszywą nutę, było bardzo lokalne, post-narodowe podejście do procesu tworzenia prawa. Władza obywateli, konstytucja, przedstawiciele – wszystko to było, z tym, że dotyczyło wyłącznie obywateli rozumianych jako członków narodu (110%) a więc przedstawicieli „rasy” np. niemieckiej, polskiej czy brytyjskiej. Nie wspominam już szerzej o przesyceniu owych ustrojów głębokimi szowinizmami, czyli m.in. uniemożliwieniem udziału w wyborach kobietom, klasom niższym czy jednostkom rasowo lub religijnie niepewnym. Dopiero skutki II Wojny Światowej pozwoliły dostrzec te „niedociągnięcia” i postanowiono je jakoś naprawiać. (Proces zmian i refleksji ominął Polskę, która znalazła się pod opiekuńczymi skrzydłami ZSRR, kraju socjalistycznego, w którym „wszyscy są równi o ile mają chłopskie lub robotnicze pochodzenie”. Trudno nazwać taki stan demokratycznym ideałem, a radzenie sobie bez „wolnych wyborów” było przynajmniej dziwne)

Prawa człowieka w demokracji

W refleksji nad prawami człowieka ważną rolę odegrali weterani wojenni, którzy pochodzili nierzadko z wykluczonych warstw społecznych. Dzięki zasługom na polu walki i awansom zrównywali się z posiadającymi prawa ‚nabyte’ dzięki wspomnianej wcześniej „narodowej rasowości 110%”. Zasłużonych żołnierzy nie było już łatwo ignorować, choć przełamywanie lodów trwało lata. Mimo to, dostrzeżono wreszcie, że zasługi dla kraju mogą być także udziałem ludzi, którzy wcześniej nie byli traktowani poważnie. Okazało się, że dobrą pracę dla kraju może wykonywać kobieta, Żyd, Murzyn a nawet gej gdy uznawani wcześniej za narodowy kwiat (gwaranci poświęcenia i bohaterstwa) w obliczu walki o ojczyznę zachowywali się różnie. Równolegle pochylono się nad tragicznymi skutkami wojny a konkretnie skutkami umocowanej w prawie dyskryminacji. Miliony trupów obozów koncentracyjnych uświadamiały, że kwestie polityczne, religijne lub etniczne nie powinny nigdy więcej znaleźć się w prawie jako linie wyznaczające podziały społeczne. „Człowiek” zaczynał nabierać wartości.

Ideał?

Nie jest łatwo dokonać prostego podsumowania, choć wydaje się, że można stworzyć czwartą, jeszcze dojrzalszą definicję demokracji obejmującą także problem praw człowieka, w której: Nie wolno naruszyć praw i wolności obywatela, który zdrów na ciele i umyśle pracuje na rzecz kraju. Można dodać, że o tym jak wielki entuzjazm towarzyszyć mu powinien w tej pracy zaważy to jak wolny będzie, jak dumny będzie ze swojego państwa, panującej w nim sprawiedliwości, równości wobec prawa, bezpieczeństwa bez względu na jego wyznanie, polityczne przekonania, etniczne pochodzenie, rasę, zasobność czy wszelką inną odmienność od statystycznych norm. Skoro do obrony kraju można powołać wszystkich to i nikogo nie można pozbawiać praw czy wykluczać w czasie pokoju. Skoro można podatki zbierać od wszystkich to i wszyscy powinni posiadać jednolite prawa, itd. itp. Chodzi o odrzucenie możliwości narzucania powszechnego ładu, jakimś mętnym grupom nacisku.

Polska (kraj, w którym prawo zdaje się stanowić pieniądz, egoizm i kościół katolicki) nie wydaje się miejscem, w którym realizacja takiej wizji jest możliwa, ale może…. kiedyś.

demos

Reklamy