Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Kwiecień, 2015

DEMOKRACJA czyli WSZYSTKO WOLNO

Obejrzałem ciekawy film dokumentalny o Berlinie lat 20-30-tych. W owym czasie, miasto stało się europejską, a może nawet światową stolicą „grzechu”. Powojenny kryzys zmusił ludzi do poszukiwania wszelkich możliwych form zarobkowania i m.in. prostytucja okazała się potencjalnie uczciwą a zarazem powszechnie dostępną profesją. Berlin oferował spełnienie dowolnych seksualnych zachcianek i pozostawał otwarty na szerokie, możliwe w dziedzinie eksperymenty. Do Berlina ściągali seks-turyści z całego świata, co z gospodarczego punktu widzenia nie było wcale takie złe. Setki klubów gejowskich, lesbijskich, transseksualnych, seks publiczny, przesycona seksem prasa, sztuka, teatry, rewie, kabarety, radio. W pewnym momencie zaczęto nawet podejrzewać, że przyczyną powszechnej rozpusty był fakt wzniesienia miasta na terenach bagiennych, z których opary oddziałują na mieszkańców niczym seksualny narkotyk. Narkotyki zresztą też były. Berlin lat 20-30-tych sprawiał wrażenie raju lewicowców oraz liberałów, którzy zresztą, stanowili większość populacji miasta łącznie z władzami. Oczywiście, nie można powiedzieć, że Berlin był klasyczną Sodomo-Gomorą – obok całego seksualnego wieczorno-nocnego rozpasania, za dnia rozkwitały niemieckie uczelnie, nauka, sztuka. Jak do tego doszło? Lektor informuje nas chłodnym rzeczowym tonem: „Po I Wojnie Niemcy miały stać się państwem demokratycznym, a że z demokracją nie miały żadnych doświadczeń przyjmowano, że demokracja to ustrój, w którym wolno wszystko”.

Przyznam się Wam, że skala berlińskiej „rozpusty” zawstydziła nawet mnie, choć tylko do chwili, gdy nie wspomniano o znanym już powszechniej kapralu. Ze swoją ideologią i metodami działania, wydał się prostackim, zakompleksionym, małomiasteczkowym dewotem, który trafiwszy do miasta świateł postanowił w imię wpojonych mu w domu i otoczeniu wartości naprawić zastane zło. Dość szybko zrozumiał, że berliński świat, który odkrył jest całkowicie bezbronny. Dostrzegł, że sprowadzenie spoza miasta kilku czy kilkuset mu podobnych prostaków z pałami, daje całkowitą przewagę nad liberalno-lewicowym – nawet wielomilionowym – społeczeństwem. A. Hitler, jak wiemy, swoje spostrzeżenia i doświadczenia rychło wykorzystał ze skutkiem wiadomym.

Ideologia hitleryzmu została w istocie oparta na nienawiści do wszystkiego tego, co reprezentował ówczesny Berlin. Za czasów hitlerowskiej reformacji zakazano słuchania jazzu, na cenzurowanym znaleźli się inteligenci, „płciowi odmieńcy” jak i „psujący gospodarkę Żydzi” (A.Einstein wyjechał dość szybko). Z lewicowcami zaczęto staczać regularne uliczne wojny, likwidowane burdele i kabarety zamieniano w siedziby NSDAP a na liczącym setki tytułów rynku prasy znalazło się zaledwie kilka hitlerowskich gadzinówek. Wszelkie swoje fobie i namiętności kapral mógł bez problemu leczyć i realizować dzięki użyciu pały, której zalet wcześniej nie doceniał.

Nie zdawałem sobie sprawy, że kontrast pt. „Berlin-Hitler” może dać tak żałosny dla tego drugiego skutek. Wyreżyserowana mimika i pozy führera kreującego się na obrońcę wartości, zasad oraz patriotyzmu były w istocie błazeńskim teatrzykiem małomiasteczkowego kołtuna, odbiciem tego jak rozumiał ‚wielki świat’, postęp, kulturę, wszystko.

Dziś martwię się o to, że na wielu obecnych, polskich, podobnych Hitlerowi klaunów (niektórzy wystawili swoje kandydatury w prezydenckich wyborach), stan naszej liberalizującej się demokracji działa jak czerwona płachta na byka (nawet gdy rodzimej demokracji daleko jeszcze do niemieckiej z okresu Republiki Weimarskiej). Posiadamy również bardzo podobny do niemieckiego defekt: budujemy demokrację, choć nie mieliśmy z nią żadnych doświadczeń!
Dziwić się więc, rzeczywistości….

Owocnych rozmyślań, poszukiwania analogii i propozycji rozwiązań Wam życzę:)


Jedno z zakazanych zdjęć Hitlera

Marlene-Morroco-3_1930-Photofest
Marlene Dietrich

JEBIE SIĘ LUDZIOM W GŁOWACH

Siedzi kilku Polaków pod pomnikiem Stalina. Wokół flagi z sierpem i młotem łopoczą radośnie, z głośników na latarniach dobywają się skoczne dźwięki rosyjsko-ojczyźnianej muzyki. Jeden z Polaków spogląda na nazwy ulic pisane po rosyjsku, na drogową tablicę informacyjną „Варшава”, wzdycha rzewnie i mówi do pozostałych:
– Aleśmy wreszcie obalili te wredne PO!

Putin jest patriotą, wysoko ceni rolę cerkwi w nowoczesnym społeczeństwie, aktywnie działa na rzecz niezapomnienia martyrologicznej historii, daje swojemu narodowi poczucie siły nawiązując do tradycji imperialnych Rosji. To naprawdę zastanawiające, że człowiek o takich przekonaniach stał się idolem części polskiej lewicy. Niechęć do PO rozumiem, ale Władymir? Wiem, wiem, dla skrajnego lewicowca to bez znaczenia, bo „proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, tylko gdzie ten proletariat? Oligarchowie z Kremla tworzą międzynarodowe biznesy, trzymają pieniądze w kapitalistycznych bankach i kupują domy na Lazurowym Wybrzeżu. Konto Putina jest bynajmniej socjalistyczne, córka mieszka (lub mieszkała) w Holandii, a „komunizm” w Rosji wykorzystywany jest tak jak w wielu miejscach na świecie religia, ot, opium dla ludu ku sentymentalnym rozmowom przy wódce i kawałku słoniny.

Gdy wypomni się polskiemu lewicowcowi, że robi laskę przywódcy obcego kraju, to natychmiast oburzy się i złoży deklarację polskiego patriotyzmu. Pewnie, tylko to trochę tak, jak mówić „stop islamowi” i oferować stancję bojownikom państwa islamskiego. Jeżeli jako opozycja jesteśmy zbyt słabi by dać wpierdol Platformie, to czy bratanie się z kim popadnie służy naszej sprawie? Powiem Wam, są sojusznicy, którzy pomagają i wracają do siebie i są sojusznicy, którzy zostają. Na przykład Krzyżacy, o ile ktoś nie pamięta, to również sprowadziliśmy ich do pomocy w zwalczaniu pewnych problemów, a jak było dalej to dokładnie wiemy. Podobnie szukanie sojuszy wyglądało przy zdarzeniu, które znamy pod nazwą „Targowica”. Czy było lepiej? Chuja było.

Jakaś część Kresowiaków z patriotycznym ADHD odkryła w roku 2014 istnienie nowego kraju – Ukrainy. O ile miliony Polaków i Ukraińców przez przynajmniej ostatnie ćwierć wieku łączyły dość zażyłe relacje towarzyskie, biznesowe i kulturalne, to nagle Kresowiacy z ADHD postanowili nas ostrzec stwierdzając z trwogą w głosie:
– To banderowcy, oni wyrzynają Polaków na śniadanie, nienawidzą nas.
„No kurwa” – myślę – miałem szczęście! Tak nierozsądnie chodziłem po targu a mogłem zginąć w każdej chwili! Mało tego, muzycy z grupy Enej podstępnie zwodzą naszą młodzież, a po koncertach, cichaczem obrzynają swoim fanom łby. Albo taki Waglewski – antypolak – śpiewa z Ukraińcami, więc albo on jakiś UB-ek jest albo sam Ukrainiec.

Dlaczego patriotyczne ożywienie Kresowiaków z ADHD nabrało rumieńców, dopiero gdy pogorszyło się między Rosją a Ukrainą? Jakieś kuriozum, że Kresowiacy (z ADHD) wielbiący żołnierzy wyklętych i orła w koronie z krzyżem, stają nagle po stronie tego, kto im kraj na pół wieku zajebał i z kim usilnie wojowali. No fakt, Ukraińcy rezuny, lepszy ruski pan niż hajdamaki za płotem.

Właśnie. Pan. Przeczytałem gdzieś tekst pewnego historyka, który zwrócił uwagę na to, że Polacy byli tak często pod czyimś butem, że nawet gdy jakimś cudem wybijali się na niepodległość, to jedną z pierwszych myśli wolnościowych było szukanie protekcji – oczywiście za granicą (z Watykanem włącznie). Polakowi bez pana jebie się w głowie, czuje się jak zaszczute zwierzę, nieufne i lękliwe, rozgląda się jedynie za jakimś lwem czy niedźwiedziem, za którym skryć się można i któremu można zapłacić haracz za opiekę. W niechęci do rodaka gotów sprzymierzyć się z każdym, CIA, krzyżakami, KGB czy innymi, oby tylko temu ziomkowi gorzej było. „Pogoda taka piękna, że aż się chce podpierdolić sąsiada do skarbówki” czytam w jednym z memów i coś w tym jest.

Owszem, były czasy, w których byliśmy mocni. Polska od morza do morza i te sprawy, w apetycie nie ustępowaliśmy Rosji, Niemcom czy Brytyjczykom. Tylko coś nie grało, skoro z wymienionych tylko my znikaliśmy z mapy świata. Co robiliśmy źle?

rus

DOJRZEWANIE DO DEMOKRACJI

Myślę, że każdy zetknął się przynajmniej z trzema znajdującymi się w powszechnym obiegu definicjami demokracji. Pierwsza z nich mówi o tym, że „demokracja to prawo większości”. Taką definicję zafundowały nieletnim podręczniki WOŚ, choć myślę, że Jerzy Urban byłby w stanie napisać więcej o religii katolickiej niż twórcy podręczników o systemie, w którym żyją. Druga definicja jest pochodną pierwszej i wynika z dyskusji nad problemem pod tytułem: „Czy demokracją jest ustrój, w którym dwaj obywatele głosują nad tym czy zjeść trzeciego?”. Tu przyjęto poszerzoną wersję: „Demokracja to prawo większości z poszanowaniem mniejszości”. Definicja ta w pewnym stopniu zbliża nas do ideału, z tym, że w zgodzie z konstytucją, wszyscy obywatele są równi wobec prawa, a więc kwestia mniejszości jest ze względów logicznych dyskusyjna (wszak nie ma odrębnych praw dla większości i odrębnych dla mniejszości). Trzecia jest najbardziej ‚skomplikowana’. Wciąż niewielu obywateli – w tym wielu na wysokich politycznych stanowiskach – nie dociera do etapu trzeciego pojmowania demokracji. Na tym etapie demokracji to „ustrój, w którym:
„Decyduje większość szanująca konstytucyjnie chronione prawa człowieka”. W tym punkcie Polska ma pewien problem. O ile autorom konstytucji udało się ustalić czym są np. prawa osób wierzących, to czym są prawa człowieka nadal pozostaje zagadką lub przestrzenią luźnych pogawędek.

Kawałeczek historii

Ostatnia definicja jest głęboko związana z pochodzeniem nazwy „demokracja” a dokładnie członem „demos” (δῆμος) – lud, ludzie. Dosłowne rozumienie prowadzi nas dość często do pojmowania demokracji jako „władzy ludowej”(a więc socjalizmu) niż „władzy ludu/ludzi”. To poważne wypaczenie. Problem z odnalezieniem właściwego sensu wynika z tego powodu, że na ogół nie zdajemy sobie całkiem sprawy, przeciwko któremu systemowi starożytni zaczęli w ogóle nad demokracja zastanawiać się. Systemem, nad którym miała wziąć górę demokracja była… arystokracja i spieszę tu z wyjaśnieniem: „ἄριστος (aristos) – znaczy najlepsi, elita”, a więc arystokracja to rządy elit (κρατέω krateo „rządzę” i ἄριστος aristos – „najlepsi”). Warto tutaj podkreślić, że władza arystokratyczna – we wszelkich swych odmianach – nie była odpowiedzialna przed narodem i podejmowała decyzje wg. własnego uznania. „Najlepsi” w kulturze greckiej nie stanowili mądrych, błyskotliwych, praktycznych, wykształconych reprezentantów społeczeństwa lecz po prostu warstwę (kastę) społeczną, do której przynależność zapewniały więzy krwi/dziedziczność lub ścisłe regulaminy podobne do wymogów w przetargach publicznych.
W świetle powyższego:
Demokracja nie jest (nigdy!) rządami elit, niezależnie od tego jak liczne, silne czy wpływowe są to elity.

Ku doskonałości

Nie chcąc narazić Was na podejrzenie wymądrzania się przeze mnie, pominę nazwiska światłych filozofów, którzy oddawali się rozważaniom nad tym jak stworzyć sprawiedliwy i wydajny ustrój, w którym władzę posiadają wszyscy obywatele. Część z nich skłaniała się ku tzw. demokracji bezpośredniej czyli demokracji, w której decyzje podejmowane są przez ogół, kolejni postulowali o demokrację przedstawicielską, w której decyzje podejmują wybrani reprezentanci grup zawodowych, lokalnych społeczności, itp. Z uwagi na techniczny problem z wykonalnością i trudne do gaszenia konflikty w pierwszym przypadku, drugi postulat okazał się bardziej konstruktywny a jego zwieńczeniem stała się demokracja parlamentarna (rządy przedstawicielskie) – system uśpiony na wieki.

Ciemne wieki

Przez tysiąclecia nie działo się z demokracją nic, bo i jej właściwie nie było. O ile u schyłku ubiegłego tysiąclecia powstawały koncepcje reaktywacji tego ustroju, to pojęcie „demokracji” było w nich jedynie cieszącą oczy społeczeństw fasadą zasłaniającą działania władz uprawiających politykę mająca z demokracją niewiele wspólnego. Mało tego. Okazało się, że demokracje są dziurawe jak sito, skoro pozwalają dojść do władzy takim osobom jak Hitler, które demokrację chcą obalić. Coś najwyraźniej nie grało w dumnych Konstytucjach.

Tym co stanowiło w nich fałszywą nutę, było bardzo lokalne, post-narodowe podejście do procesu tworzenia prawa. Władza obywateli, konstytucja, przedstawiciele – wszystko to było, z tym, że dotyczyło wyłącznie obywateli rozumianych jako członków narodu (110%) a więc przedstawicieli „rasy” np. niemieckiej, polskiej czy brytyjskiej. Nie wspominam już szerzej o przesyceniu owych ustrojów głębokimi szowinizmami, czyli m.in. uniemożliwieniem udziału w wyborach kobietom, klasom niższym czy jednostkom rasowo lub religijnie niepewnym. Dopiero skutki II Wojny Światowej pozwoliły dostrzec te „niedociągnięcia” i postanowiono je jakoś naprawiać. (Proces zmian i refleksji ominął Polskę, która znalazła się pod opiekuńczymi skrzydłami ZSRR, kraju socjalistycznego, w którym „wszyscy są równi o ile mają chłopskie lub robotnicze pochodzenie”. Trudno nazwać taki stan demokratycznym ideałem, a radzenie sobie bez „wolnych wyborów” było przynajmniej dziwne)

Prawa człowieka w demokracji

W refleksji nad prawami człowieka ważną rolę odegrali weterani wojenni, którzy pochodzili nierzadko z wykluczonych warstw społecznych. Dzięki zasługom na polu walki i awansom zrównywali się z posiadającymi prawa ‚nabyte’ dzięki wspomnianej wcześniej „narodowej rasowości 110%”. Zasłużonych żołnierzy nie było już łatwo ignorować, choć przełamywanie lodów trwało lata. Mimo to, dostrzeżono wreszcie, że zasługi dla kraju mogą być także udziałem ludzi, którzy wcześniej nie byli traktowani poważnie. Okazało się, że dobrą pracę dla kraju może wykonywać kobieta, Żyd, Murzyn a nawet gej gdy uznawani wcześniej za narodowy kwiat (gwaranci poświęcenia i bohaterstwa) w obliczu walki o ojczyznę zachowywali się różnie. Równolegle pochylono się nad tragicznymi skutkami wojny a konkretnie skutkami umocowanej w prawie dyskryminacji. Miliony trupów obozów koncentracyjnych uświadamiały, że kwestie polityczne, religijne lub etniczne nie powinny nigdy więcej znaleźć się w prawie jako linie wyznaczające podziały społeczne. „Człowiek” zaczynał nabierać wartości.

Ideał?

Nie jest łatwo dokonać prostego podsumowania, choć wydaje się, że można stworzyć czwartą, jeszcze dojrzalszą definicję demokracji obejmującą także problem praw człowieka, w której: Nie wolno naruszyć praw i wolności obywatela, który zdrów na ciele i umyśle pracuje na rzecz kraju. Można dodać, że o tym jak wielki entuzjazm towarzyszyć mu powinien w tej pracy zaważy to jak wolny będzie, jak dumny będzie ze swojego państwa, panującej w nim sprawiedliwości, równości wobec prawa, bezpieczeństwa bez względu na jego wyznanie, polityczne przekonania, etniczne pochodzenie, rasę, zasobność czy wszelką inną odmienność od statystycznych norm. Skoro do obrony kraju można powołać wszystkich to i nikogo nie można pozbawiać praw czy wykluczać w czasie pokoju. Skoro można podatki zbierać od wszystkich to i wszyscy powinni posiadać jednolite prawa, itd. itp. Chodzi o odrzucenie możliwości narzucania powszechnego ładu, jakimś mętnym grupom nacisku.

Polska (kraj, w którym prawo zdaje się stanowić pieniądz, egoizm i kościół katolicki) nie wydaje się miejscem, w którym realizacja takiej wizji jest możliwa, ale może…. kiedyś.

demos

SKĄD BIERZE SIĘ NASZA WIEDZA O ŚWIECIE

Zastanowiło mnie to pytanie, dzięki znalezieniu gdzieś ciekawego zdania: „Z uwagi na zagrożenie nie byłam w stanie przeprowadzić badań terenowych do których jestem przyzwyczajona, dlatego musiałam oprzeć się na źródłach wtórnych”.

Czym Waszym zdaniem są tzw. „źródła wtórne”? (mogą być przykłady źródeł, sytuacji, itd.).
Jak wiele – w Waszej opinii – powszechnej wiedzy pochodzi z takich właśnie źródeł?
Jak sobie radzicie ze sprawdzaniem autentyczności przekazu – co Was przekonuje?

————
(mile widziane wszelkie ekspresje na temat:)

geismanfiction

NOCNE WILKI

Pozwólcie na małe wprowadzenie – moim zdaniem – konieczne. Polscy kibole zawsze narzekali na złą prasę. Nic dziwnego, lista ich osiągnięć była wyłącznie listą burd, zadym i wandalizmu nie wliczając w to wykrzykiwania haseł tzw. politycznie niepoprawnych. W związku z tym stanem rzeczy, kibole postanowili popracować nad wizerunkiem. Zaczęli organizować pielgrzymki na cmentarz Orląt we Lwowie (sprzątanie grobów i palenie świeczek), robili zrzutki na mikołajki dla dzieci z hospicjów, zaczęli dbać o większe wyeksponowanie patriotyzmu niż uprzedzeń. Nawet gdy te zabiegi nie zmieniały wiele, to zawsze można było powiedzieć „Nie wszystko co robimy jest złe”. Chętnie rzecz podchwytywały tzw. media prawicowe słynące z budowania strzelistych konstrukcji na ziarnach prawdy, starające się dzięki wspomnianym dziełom uczynić z kiboli co najmniej Szare Szeregi w trakcie Powstania Warszawskiego. Skutek był i jest taki, że obecny „kibol zreformowany” to ‚ni’ chuligan, ‚ni’ tzw. porządny obywatel, niby zresocjalizowany a z drugiej strony zawsze chętny do podpalenia obcej ambasady. Prawdopodobnie, gdyby nie urojenia związane z działalnością podziemną zreformowany ruch rozpadłby się na tysiąc odłamów. (koniec wprowadzenia).

ROSJA

W uporządkowanej Rosji ocieplanie wizerunku ma wymiar bardziej zewnętrzny. Gdy nowo-powstały ruch zrzeszający więcej niż dwie osoby nie zobowiąże się do lojalności względem jedynej słusznej historii, wiary, władzy i systemu oraz nie wykaże się, skończy jako zwierzyna łowna. Coś za coś – niby nic wielkiego – cena za wolność, z tym, że okazywanie lojalności może całkowicie zaprzeczyć filozofii ruchu i sprowadzić go do zjawiska kuriozalnego by nie nazwać rzeczy jeszcze inaczej.

easy2

W przypadku motocyklistów, na „zgniłym zachodzie” wolny człowiek ma prawo wyboru nie tylko tego, czy zostać motocyklistą, ale nawet będąc motocyklistą ma wybór czy zostać gangsterem. W Rosji, musi spełnić kilka warunków by w ogóle zostać motocyklistą (żywym). Warunki te zasadniczo demolują to co motywuje ludzi do zakupu choppera czy cruisera, ale w Rosji wszystko jest możliwe. W najprostszej perspektywie: rosyjski „wolny motocyklista” w przeciwieństwie do „wolnego motocyklisty z zachodu” nie całkiem decyduje o tym gdzie ma jechać.

zal

Oczywiście! Rosyjski motocyklista ma swoją dumę i niezależność. Nie byłby w stanie znieść zarzutu bycia marionetką w rękach polityków czy baranem pędzącym ściśle wyznaczoną trasą, dlatego z własnej nieprzymuszonej woli wpada na pomysł by uczcić rocznicę zwycięstwa komunizmu:

11

pójść do cerkwi

7

czy zaśpiewać umiłowanemu przywódcy „sto lat”.

5

Zakres tych wolnych i nieprzymuszonych decyzji można powiększać o udział w patriotycznych apelach, organizowanie ruchów typu „Antimajdan”, składaniu wieńców pod pomnikami Lenina, wsparcie zielonych ludzików na krymskich check-pointach czy dbałość o demokratyczność wyborów w Sewastopolu (także Krym). Czyli wolność jak każda inna: „czuję się wolna i dlatego noszę burkę”.

1

W związku z opisanym stanem rzeczy, kłopot z rosyjskimi inicjatywami czy pomysłami jest taki, że działają one zgodnie ze wschodnimi filozofiami, czyli „to co widzimy nie jest całkiem tym co widzimy” („wszystko jest iluzją”). Spoglądając na szefa Nocnych Wilków, widzimy jak żywo, członka tradycyjnego amerykańskiego gangu motocyklowego, tatuaże (jego i kolegów) wskazują na długi pobyt za kratami i sporą ilość uśmierconych rywali w przestępczym i nieprzestępczym świecie, na kurtce standardowo dumne logo gangu… …….”Rosja”. Rosja??

12

Aleksander Zaldostanov (pseudonim – Chirurg, ur. 19 stycznia 1963 w Kirowogradzie na Ukrainie) – radziecki i rosyjski motocyklista (biker), założyciel i przywódca najstarszego (ok. 1990 r.) klubu motocyklowego w Rosji „Nocne Wołki”. Urodził się w rodzinie lekarzy. Jego siostra jest również lekarką. W 1984 roku Zaldostanow ukończył studia w Moskiewskim Instytucie Medycznym. Praktykował w klinice dentystycznej jako lekarz specjalizującego się w stanach pourazowych zniekształceń twarzy. W 1983 roku kupił swój pierwszy motocykl – czechosłowacką „Javę” (w Polsce znaną jako Jawka) i stworzył pierwszy łobuzerski gang „Chirurdzy”. W 1985 Zaldostanov ożenił się z Niemką, dlatego pomieszkiwał w Berlinie Zachodnim. Po rozwodzie, przez jakiś czas szukając źródeł utrzymania pracował jako ochroniarz w muzycznych klubach nocnych (także w Berlinie Zachodnim). Tam też, zauroczyli go motocykliści z bractwa „Hells Angels” (profil działalności gospodarczej bractwa: ochrona, haracze, wymuszenia, porwania, handel bronią, narkotykami, żywym towarem, przemyt, itd., itp., etc). Zaldowstanow postanowił porzucić medycynę, na rzecz stworzenia rosyjskiej wersji Hells Angels.

Tym co pozostało z fascynacji HA po rosyjskim frezie jest… wygląd. Nie jest to tak słaby punkt, gdyż wizerunek Zaldostanowa wzmacnia podobieństwo do gwiazdy świata chopperów, mechanika Jesse Jamesa z Monster Garage, któremu światowy rozgłos zapewnił cykl programów w Discovery Chanel a to już wystarczający argument by Zaldostanov mógł zostać wziętym idolem rosyjskich nastolatków.

14

W 2013 Zaldostanov zostaje odznaczony Orderem Honoru za „aktywną pracę na rzecz edukacji patriotycznej i uczestnictwa młodzieży w operacjach zachowania pamięci o poległych obrońcach Ojczyzny”. O ile w takim kontekście potraktujemy patriotyczno-historyczny przejazd m.in. przez Polskę to niech Zoldostanovowi droga szeroką będzie – skoro dostanie drugi order (pewnie stąd ta wściekłość i desperacja). Pozostaje pytanie, czy w przedstawioną edukacyjną działalność wpisuje się współuczestnictwo w organizacji „Antimajdanu” (oficjalny cel: walka z nielegalną próbą obalenia rządu Janukowycza [zakres działalności nieznany]) lub ochrona lokali wyborczych w Sewastopolu na Krymie przed agresją band [zakres działalności nieznany]?

33

Czy „Nocne Wołki” są V kolumną Putina? To pytanie pozostanie niestety prywatną kwestią między Putinem a Zaldostanovem. Regionalne oddziały bractwa mieszczą się w Rosji, na Białorusi, Ukrainie, w Bułgarii, Macedonii, Serbii, Rumunii. Z pewnością dreszczyk emocji wywoła pytanie: „A gdy są?”…

10

SŁOWO O ŻYCZENIACH

Moja mama dostała kiedyś od poznanego gdzieś na wyciecze adoratora z ZSRR, kartkę z życzeniami z okazji wybuchu Rewolucji Październikowej. Wspomina, że miała problem, bo nie odpisać głupio a życzenia z takiej okazji wydawały się jej przynajmniej dziwne. Po namyśle odpowiedziała, że bardzo cieszy się z pamięci, a jednocześnie jest zaskoczona, gdyż w Polsce nie składamy sobie życzeń z tego powodu.

Historia ta przypomina mi współczesny kłopot z masowo składanymi życzeniami świątecznymi w polityce, mediach i tej nam najbliższej „przestrzeni międzyludzkiej”. Jestem pewien, że wielu lub większość wierzących życzy rodakom wszystkiego dobrego z jak najbardziej pozytywnych pobudek. Z drugiej strony, gdyby usłyszeli „Wszystkiego dobrego z okazji Ramadanu” czy „Szczęścia i pomyślności z okazji wesołej Chanuki” mogliby poczuć się zmieszani. No i jest kłopot. Z jednej strony pozytywne nastawienie wierzących do niewierzących (czy inaczej wierzących) jest czymś na swój sposób wyjątkowym i wartym pielęgnacji ale też „radości, pomyślności i wszystkiego najlepszego” można odebrać np. jako aprobatę dla inicjatyw in-vitro, pigułki dzień po, czy podpisania konwencji anty-przemocowej.

Temat jest chropowaty. Nawoływanie do wrażliwości (ze względu na różnorodność światopoglądową narodu) przy składaniu masowych życzeń wydaje się szukaniem dziury w całym. Życzenia stały się integralną częścią rodzimej kultury a dla wierzących są oczywistą oczywistością – niemal moralnym obowiązkiem. Gdy padnie: „Dziękuję, jestem niewierzący” – to składający doda szybko: „Niech Bóg da Ci mądrość, byś mógł cieszyć się ze zmartwychwstania Pana” – a nie o to przecież chodzi.

O wiele lepiej – moim zdaniem – przyjęły się integracyjne obyczaje np. „jajeczko”.
– Gdzie idziesz? – pytam znajomego stojąc przy kasie w Lidlu
– A, na jajeczko umówiłem się z kumplami z pracy
– Aaaa! Znaczy na wódę idziesz?!:) – pytam gromko (na pół sklepu)
– No.. – uśmiecha się nieco zawstydzony i zmieszany znajomy
– To mów od razu, że na wódę, bo prawie pomyślałem, że religijny się zrobiłeś!

Jajeczko z pewnością pogłębia proces integracji społecznej. Może nawet bardziej niż życzenia, które jak opisałem wcześniej mogą być bardzo różnie zinterpretowane. „Wszystkiego Najlepszego” dla przywódcy ISIS z pewnością nie będą tym samym co dla optymalnego odbiorcy chrześcijańskich życzeń.

Życząc myśl!

jajeczkos
(na zdjęciu jajeczko)