Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Listopad, 2014

O PEWNEJ KONWENCJI

Wychowałem się w dzielnicy, w której pojęcia takie jak „aksjologia” czy „ponieważ” nie dodawały chwały. Nie miałem żalu, gdyż zwykłe „bo” lub „system wartości” są wg. mnie równie zrozumiałe i zdecydowanie bardziej przydatne w procesie porozumiewania się człowieka z człowiekiem. Jeżeli chcemy komunikację ową zaburzyć, możemy mówić po angielsku, chińsku, wplatając francuszczyznę, łacinę, „prawniczy bełkot”, „mowę branżową” lub odsyłać do książek (najlepiej grubych). Wtedy z pewnością nikt nas nie pojmie ale za to zbudujemy sobie mikro pomniczek światowości, elitarności, wyedukowania, obycia czy podobnego gówna. Będzie więc po ludzku.

W politycznym – a raczej ideologicznym – braku dialogu obowiązuje niepisana reguła: „Mów tak, żeby dobrze (publicznie) brzmiało ale, żebyś tylko ty zrobił na tym interes”. Podobnie stało się ze sporem dotyczącym Konwencji i dotyczy rzecz praktycznie wszystkich stron biorących w tej polemice udział. Przeczytałem Konwencję kilka razy w różnych odstępach czasu (odnotowując szereg „technicznych” zastrzeżeń dot. wykonywalności) a chcąc pogłębić wiedzę dot. ocen, znalazłem również sążnistą i całkiem rzetelną analizę prawną jej dotyczącą. Nie dysponując wiecznością, przewinąłem ów raport do „wniosków końcowych” jakże rzadkich w polskim obiegu informacji (chyba tylko FOR Balcerowicza również coś takiego stosuje) odnajdując kilka konkretnych punktów, które wywołały moje pozytywne wrażenie.

W pewnym momencie jednak, wydało się mi, że analiza zgadza się ze mną bardziej niż chciałbym. Jeden z argumentów posiadał brzmienie następujące: „System aksjologiczny zawarty w Konwencji, zakładający działania z zakresu inżynierii społecznej, jest nie do pogodzenia z polskim porządkiem konstytucyjnym”.
System aksjologiczny i inżynieria społeczna – brzmi nieźle, prawda? Otóż okazało się, że „system aksjologiczny” w moim rozumieniu nie jest tym samym czym był dla autorów raportu. Sądziłem, że chodzi o system wartości dotyczący takich składników obowiązującego ładu jak równość wobec prawa, prawda materialna, „sądźmy czyny nie człowieka” – który w gruncie rzeczy, dla Temidy nie posiada płci. Okazało się, że w opinii raportujących „system aksjologiczny” to prawo plemienno-religijne czy jak kto woli „chrześcijaństwo wpisane w naszą tradycję i kulturę”. Cóż, „PUŁAPKA DWUZNACZNOŚCI”. Jestem Polakiem, żyję w Polsce, w której obowiązuje jakieś prawo państwowe i to ono moim zdaniem określa system wartości. Tu nawet nie chodzi o to czy uznaję je za nadrzędne, gdyż ono po prostu jest nadrzędne. Prawa religijne, zwyczajowe (prawa przodków) choć czyni się starania by były na wierzchu to należy tym podchodom zdecydowanie sprzeciwiać się, gdyż prawa te nie służą a nawet rozmontowują konstrukcję – mówiąc patetycznie – wspólnego domu, kraju. Prawo państwowe (w zamyśle) spaja interesy grup kulturowych, etnicznych, religijnych zamieszkujących dane terytorium a nie nadaje im coraz głębszą autonomię prowadzącą do rozpadu państwowości.

Wspomniany raport zawierał oczywiście kilka argumentów, które sprawiły, ze zwróciłem nań uwagę (skracam): Polski system prawny reguluje o wiele bardziej kompleksowo problem przeciwdziałania przemocy niż Konwencja (tu w raporcie znalazła się bogata galeria odnośników do stosownych ustaw). Faktu takiego istnienia podważyć się nie da i chciałbym jedynie zadać pytanie: „Dlaczego to nie działa a skoro tak, to czy Konwencja, która jest znacznie uboższa zrobi to lepiej?”. Inny argument: „Konwencja marginalizuje a praktycznie nie podejmuje tematu przeciwdziałania takim źródłom przemocy jak alkoholizm i inne uzależnienia, „erozja czynników chroniących” (czynniki chroniące to uogólniając normy polepszające relacje międzyludzkie, w przeciwieństwie do czynników ryzyka), promocja przemocy w środkach masowego przekazu”. Tę listę można byłoby wydłużyć dołączając różnorodne konteksty psychologiczne, psychiatryczne, ekonomiczne, itp. Dlaczego Konwencja niewiele mówi na ten temat? Uważam, że np. prohibicja o ile zaakceptowana przez 100% obywateli wyeliminowałaby 50-60% przypadków przemocy i to nie tylko wobec kobiet, bo tak już jest, że „po wódzie zdarza się częściej”. Można też przy okazji zadać pytanie: czy mamy są zawsze aniołkami?

Po drugiej stronie, autorzy Konwencji sięgnęli po lep na masy pt.: „Chcemy przeciwdziałać przemocy wobec kobiet!”. Polskie kobiety nie chcą być bite, więc są ZA, ale prawo je już chroni i to nie czynnik zwany „literą prawa” działa wadliwie lecz ludzie, którzy je egzekwują. Czy stan rzeczy może zmienić wprowadzenie uboższej wersji istniejących przepisów (to trochę tak, jakby chcieć zmniejszyć złodziejstwo uznając, że kradzież 100 zł nie jest złodziejstwem a kara należy się dopiero za ukradzenie 5000 zł). Owszem, Konwencja optuje za skandynawskimi rozwiązaniami (to dla nas novum), które poszerzając listę form przemocy podniosłyby nam trochę statystykę przemocy (z ok. 19% do 50%) no ale PO na takie słupki się nie zgodzi chyba, że za rządów PiSu.

Kolejna sprawa – wiele założeń Konwencji bazuje na identycznych założeniach, które wykorzystuje kościół wpierdalający się w polskie prawo. Jeżeli mamy równość wobec prawa to nie mamy „równiejszych”! Do tego, jeżeli dopuścimy do prawa takie pojęcie jak „szkoda psychologiczna” (mętnie zresztą zdefiniowana) to zrobimy to samo co stało się po wprowadzeniu do kodeksu karnego pojęcia „obrazy uczuć religijnych”! Czy słowa „Cierpię przez ciebie draniu” powinny stać się podstawą do zamknięcia kogoś w mamrze, odebrania majątku lub wysłania na jakieś przymusowe kursy edukacyjne? Proszę, pozostańmy przy „prawdzie materialnej” a więc tym co można udowodnić (wyskalować). Wiem, że przepisy dotyczące zagadnień związanych z wywoływaniem presji, lęku, nękanie, „inne” form szantażu mogłyby wzbogacić prawo ale nigdy w realiach gdy to prawo obejmie wyłącznie ściśle określoną grupę społeczną a nie ogół społeczny. Mam również spore wątpliwości co do stosowania uprzywilejowania w stosunku do bokserki MMA Fallon Fox, która swojego czasu była facetem i żołnierzem, a dziś walczy z kobietami w ringu (klatce) tłukąc je niemiłosiernie. Wg. Konwencji Fallon Fox jest kobietą więc należą się jej szczególne prawa. Wybaczcie, trudno to kupić, choć nigdy nie zgodzę z zakazaniem jej walk, w czym akurat jestem zgodny z federacjami MMA.

Konwencja w ok. 30% dotyczy form przeciwdziałania przemocy, które reguluje obecne prawo polskie. Czytając pozostałe części można odnieść wrażenie, że skierowana jest raczej do krajów arabskich a nawet talibańskich, gdzie opisane zjawiska występują i nie są karalne. Obrzezanie kobiet, małżeństwa przymusowe, „okaleczenia honorowe”, wykorzystywanie seksualne kobiet poniżej 18 roku życia – no rany, ludzie. Na 36 państw Konwencję ratyfikowało… 15. Albania, Andora, Austria, Bośnia i Herzegowina, Czechy, Czarnogóra, Francja, Hiszpania, Holandia, Portugalia, Serbia, Szwecja, Turcja i Włochy. Nie trzeba wielkiej wyobraźni by zauważyć, że są to kraje mające problemy z różnorodnościami kulturowymi wniesionymi z „nieeuropejskiego” kręgu kulturowego. Być może nas to czeka i na zimne dmuchać warto, ale istnieje pytanie „czy jest nam to tak niezbędnie potrzebne tu i teraz?” a dodać warto, że będzie kosztować. Znaczna cześć Konwencji poświęcona jest powołaniu instytucji GREVIO, która ma być czymś podobnym do Najwyższej Izby Kontroli czy „Obserwatorów wyborczych OBWE”, tyle że zajmować się będzie kontrolowaniem stanu przemocy, jej przeciwdziałania, itd. Akurat w Polsce musiałaby działać podobnie do Świadków Jehowy tyle, że nie pukających ale podsłuchujących pod drzwiami celem stwierdzenia, czy jakaś przemoc nie występuje. Specyfika przemocy w Polsce jest zdecydowanie inna niż ta zarysowana w Konwencji. Zmiana mentalności społecznej to proces, którego nie wywoła nowe prawo czy nauka przedszkolaków o siusiaku wchodzącym w cipkę zamiast ogłupiających lekcje religii. Problem, który musimy rozwiązać w Polsce to wspomniany wcześniej problem pytania pt. „Dlaczego ludzie, którzy mają się tym zajmować działają źle?”. Czy macie pewność, że funduszy w ramach GREVIO nie przejmie jakiś klasztor jak to stało się z 60 bańkami z UE przeznaczonymi na promocję równości płci w Polsce?

Abstrahując od wścieklizny antygenderowej wywołanej przez środowiska psycho-katolickie, Konwencja jest pełna nieścisłości, niejasności interpretacyjnych, wydaje się być dopiero projektem a nie gotowym aktem prawnym. Zauważcie, niewiele wcześniej, praktycznie bez żadnych problemów przeszła ustawa o ochronie dzieci przed seksualnym wykorzystywaniem i niegodziwym traktowaniem w celach seksualnych. Czytałem również tę regulację i po prostu jedynie potakiwałem głową. Być może działo się tak dlatego, że „tytuł” miał związek z treścią, nikt nie powoływał się na wartości chrześcijańskie czy genderowe a przy tym nie odnosiłem wrażenia, że coś jest „pod skórą”. Wiem, że na złość katolom, których przywileje drażnią można byłoby wprowadzić Konwencję, choć myślę, że lepiej byłoby ograniczać przywileje (kleru, polityków) niż wrzucać do naszego tygla przywileje kolejne. Równość wobec prawa może stać się historią. Niestety, przywilej w prawie jest tym samym co zagraniczny raj podatkowy dla gospodarki narodowej.

Szkoda też, że temat tak poważny stał się elementem politycznej napierdalanki. Tak naprawdę przestało chodzić o przemoc, a zaczęło się działanie pt. „Jak dojebać piszewii / Jak dojebać lewakom” (J.Urban na złość PiSowi zagłosował na PO). W czymś podobnym pogrzebaliśmy całą masę ważnych spraw.

Kobiety nie chcą przemocy, lecz czy Konwencja zapewni im bezpieczeństwo?


Artykuł 80
1. Każda Strona może w dowolnym czasie wypowiedzieć niniejszą Konwencję w
drodze notyfikacji skierowanej do Sekretarza Generalnego Rady Europy.

ffff

Tak przy okazji znalazłem ciekawy cytat:
„To wielkie szczęście dla polityków, że ludzie nie myślą”.
Adolf Hitler

Reklamy

CYGANKA I CHRZEŚCIJANIN

Kilka lat temu, w jednym z malowniczych miasteczek podeszła do mnie Cyganka.
– Panie, daj pan 5 zł, powróżę, szczęście będziesz pan miał…
Uśmiechnąłem się do niej:
– Szczęście to ja mam, pieniędzy nie mam.
Cyganka spojrzała na mnie jak na dziwoląga, zmarszczyła brwi i pewnie rzucała jakieś uroki, ale stwierdziwszy brak jakiejkolwiek reakcji z mojej strony skapitulowała.

Wczoraj, na ulicy jednego z polskich miast dostrzegłem jegomościa z plikiem małych karteczek w dłoni, który żywo dyskutował z dziewczyną trzymającą wielką reklamę restauracji. Ucieszyłem się, gdyż wyczułem szansę przemknięcia obok obojga i uniknięcia rytuału wręczenia mi jakiejś ulotki, jednak jegomość zauważywszy mnie ruszył w moim kierunku. Tryskał optymizmem dlatego pogodziłem się z losem.
– Jeździ pan? – zagaił odsłaniając wszystkie zęby
– Nie – domyśliłem się, że chodzi o jakieś „super ubezpieczenie”.
– Ale autobusami pan jeździ? – dociekał.
– Nie, piechotą chodzę – podjąłem grę.
– No, ale podróżuje pan więc, a św. Krzysztof to patron podróżników. Tu mam święte obrazki, poświęcone, z pewnością droga będzie bezpieczna (itd. itp).
Uniósł dłoń i wsunął mi w rękawiczkę dwie połyskujące kartki wielkości wizytówek. Pomyślałem, że to finał lecz jegomość zaserwował mi ciąg dalszy:
– Zbieramy co łaska na pielgrzymkę do Rzymu (itd. itd.)
Słuchając go przez chwilę uśmiechałem się po barejowsku, wreszcie odparłem:
– Pieniędzy też nie mam.
Na twarzy rozmówcy dostrzegłem konsternację.
Płynnym ruchem iluzjonisty przygotowującego się do prezentacji sztuczki wysunął z mojej dłoni obrazki i poczynił krok w tył. Rzucił coś w stylu „No, bywa i tak”, spojrzał na mnie tak jakby widział mnie ostatni raz żywego i począł rozglądać się za innym celem.

Powiem Wam, że po zdarzeniu z Cyganką zastanawiałem się jakiś czas nad „cygańskimi socjotechnikami”. Perfekcyjne stosowanie emocjonalnego szantażu, wydało się mi zbyt wyszukane jak na prostych ludzi. Dziś wiem, od kogo Cyganka pobierała nauki. Tylko powiedzcie, dlaczego ta nauka tak dobrze wychodzi w naszym kraju?

cyganka

WIELKA TAJEMNICA ŻYDÓW

Czy rodzimy się antysemitami? To pytanie nurtowało mnie od dawna i nie mam na myśli „ja” czy konkretny „ty”, po prostu ludzki ogół, któremu obarczanie Żydów wszelkimi winami świata przychodzi bardzo łatwo. Najprostsze odpowiedzi nie satysfakcjonowały mnie, gdyż zazdrość o przewagę intelektualną, majątek, rodzinność czy ‚plemienność’ są obecne także wobec autochtonów-rodaków i nigdy ta negatywna emocja nie przekształciła się w skrajny „antybogatyzm”, który w kolejnym kroku prowadziłby do zorganizowanych wygnań czy ludobójstwa (pokolenia PRL nie znienawidziły znacznie bogatszych Amerykanów czy Brytyjczyków). Czy ów „żyd” zasłużył sobie na złe traktowanie, ponieważ był obcym, nieasymilującym się lub asymilującym tylko pozornie (gdyż wciąż wyznającym „jewish principles„), czy upijał i degradował naród polski o czym pisał Staszic, czy niechęć lub nienawiść wynikała li tylko z pobudek religijnych?
Z pewnością, w takim potocznym, ludzkim wymiarze, te wszystkie zarzuty mogą zbudować wrażenie dających wystarczający powód by nienawidzić lub zabijać. Jestem jednak pewien, że 90% Polaków nie skrzywdziłoby osobiście żadnego Żyda nawet gdyby do „czary win” dolać jeszcze kilka argumentów. Od emocji takich jak pogarda czy odraza a działaniem polegającym na wzięciu w dłoń tępego narzędzia i odebraniu drugiemu człowiekowi życia jest daleka droga. Większość z nas nie jest do tego zdolna, a ci, którzy taką zdolność wykazują w moim przekonaniu nie mieliby problemów z „rozliczeniem” się z własnym bratem, siostrą czy kimkolwiek.

Zanim przejdę dalej, zaproponuję Wam krótką wyprawę w krainę wyobraźni. Wyobraźcie sobie, że jesteście przybyszami, którzy próbują żyć w obcym kraju lecz Wasz styl życia czy plotki na Wasz temat nie przysparzają Wam sympatii rodowitych mieszkańców. Nie macie pojęcia w co mogą przerodzić się krzywe spojrzenia dlatego szukacie jakiegoś wsparcia, protektoratu. Zwrócilibyście się zapewne do króla czy innej władzy, którą obdarowując lub popierając nie liczylibyście tyle na przywileje (o co z pewnością posądzano by Was) lecz na zwykłe poczucie bezpieczeństwa.

Witalij Nachmanowycz jest ukraińskim Żydem, historykiem, sekretarzem Społecznego Komitetu Upamiętnienia Ofiar Babiego Jaru, autorem wielu artykułów o historii Żydów, Holokauście, II wojnie światowej, judaizmie i problemach etnicznych Ukrainy. Posłuchajcie co mówi:

„A my, pchani przez instynkt samozachowawczy, zawsze staraliśmy się stać po stronie silnych, po stronie władzy. Czyli – nie po stronie Ukraińców. Ale to oznaczało też, że przy każdej próbie zrzucenia obcego jarzma stawaliśmy się jednym z pierwszych obiektów żywiołowej nienawiści lub celowej propagandy. I znów zwracaliśmy się po pomoc do władz, i znów wpadaliśmy w zaklęty krąg. Być może gdyby choć jedna próba odzyskania przez Ukraińców niepodległości skończyła się dla nich pomyślnie, nasze stosunki ułożyłyby się inaczej”.

Wątek ukraiński zawarty w powyższych słowach nie jest najważniejszy, gdyż w gruncie rzeczy, w miejscu Ukraińców moglibyśmy umieścić dowolną nację, Polaków, Niemców, Francuzów czy Hiszpanów. Jakże inna perspektywa otwiera się przed naszym pojmowaniem tematu. Czyż Żyd sprzyjający znienawidzonej – niekoniecznie obcej – władzy nie staje się obiektem powszechnej i już nie tylko indywidualnie wyrażanej pogardy? Witalij Nachmanowycz nie unika krytycznego spojrzenia i dodaje: „Niestety, dziś (w obliczu przewrotu) wielu z nas znów stara się wyciągnąć z tej sytuacji swoją korzyść lub pozostać z boku”. Wzywa Żydów do poparcia tych, których emocjonalny stosunek do Żydów opisałem jak myślę dość szeroko. To tragiczna sytuacja – trzymać z silnym znienawidzonym lub z gardzącym. Ciśnie się na usta pytanie: czy Żyd zawsze stojący po stronie Polaków – zwykłych ludzi – walczący z nimi ramię w ramię o niepodległość, wolność, sprawiedliwość zasłużyłby na antysemityzm? Jestem przekonany, że stosunek byłby diametralnie różny, nawet mimo podsycanej niechęci przez zazdrosne instytucje religijne czy gawiedź szukającą swojego miejsca w polityce. Czy można byłoby jednak rzec: „Trzymajcie z ludem!”? Trudno wymazać myśli o tym jaki los spotkałby Żydów za opozycyjność w chwilach gdy reżim jest (jeszcze) silny.

Wierzę, że wywołałem w Was sporo pytań i refleksji.
Wypowiedzi Witalija Nachmanowycza zaczerpnąłem z jego „Apelu do Żydów całego świata” opublikowanego na łamach Tygodnika Powszechnego. Apelu przemilczanego choć zbyt ważnego, by nie podzielić się z Wami – o ile go przeoczyliście.

zd

P.S.
Przepraszam za milczenie i nieudzielanie się w komentarzach, ale mój czas strasznie skurczył się, a chciałbym Każdemu i Każdej z Was poświęcić więcej uwagi – chwil mam bardzo niewiele. Dziękuję za to, że piszecie o swoich przemyśleniach. Czytam Was.

TRAUMA-BIZNES

Jak na zbiorowej traumie zrobić majątek? Zaoferować leczenie. Szybkie, sprawne i definitywne. Magiczne uwolnienie od cierpienia, lęków, poczucia krzywdy. Za wyborczy głos, za 10 zł wejściówki na spotkanie z „coachem”, guru na stadionie narodowym, czy człowiekiem komunikującym się z duchami. Mentorzy nie leczą (czego spodziewają się uczestnicy) a jedynie mówią o tym jak leczyć i za to pobierają opłaty. Są jak wydawnicze bestsellery pt. „Zarób miliard w weekend”, w których znajdujemy jedynie mniej lub bardziej racjonalnie przedstawione przesłanie: „Zacznij zarabiać!”. Cyniczni szarlatani żerują na ludzkim wstydzie przed przyznaniem się do wyrzucenia pieniędzy w błoto i lękiem przed wykluczeniem ze środowiska tych, którzy zbudowali guru pomniki i składają im pokłony.

Zamiast leczenia pojawia się uzależnienie od terapii, nowa jednostka chorobowa, która nakazuje wciąż płacić, wciąż przychodzić na spotkania, choć jest niczym konsumpcja coraz większych ilości tabletek nasennych. Rozbudzana wiara i nadzieja okazują się działać odwrotnie proporcjonalnie do stanu konta, sytuacji życiowej, stanu nerwów ale to nie ważne, bo przecież mesjasz nadszedł lub nadejdzie wkrótce, pojawi się zbawienie.

Przychodzisz z ciekawości? Dla Ciebie również przygotowano ofertę. Dowiesz się o rozmiarach otaczającego Cię zła, którego dzień wcześniej nie widziałeś/widziałaś na oczy! Dowiesz się o swojej winie, o niedostosowaniu, o swojej naiwnej niewiedzy, która pozwoliła Ci spokojnie żyć przez lata, dowiesz się o tym, że cierpisz! Pomyślisz „coś jest na rzeczy!” i staniesz się wybrańcem, który posiadł wiedzę tajemną, choć wędrówka do najbiedniejszej biblioteki akademickiej wyrwałaby Cię z błędu.

Dlaczego tak działamy? Dlaczego wierzymy tym, którzy udając lekarzy twierdzą, że potrafią leczyć 50 tys. pacjentów jednocześnie w tej samej chwili? Czy tylko dlatego, że zwiększa się nasza szansa na wyzdrowienie, a do tego niewielkim kosztem i to dość szybko? Czy może dlatego, że nie wierzymy w sto tysięcy idiotów na krzesłach wokół nas? Mentor w ramach nadmiaru łask zaoferuje nam nawet możliwość osobistego spotkania! – gdy odstoimy swoje w kolejce, staniemy się wybrańcami bardziej wybranymi, może będziemy świadectwem mocy… mocy sekty.

Kto nadaje kwalifikacje tym cynikom? Otóż nadaje je tłum a im większy tym większe kompetencje cynika. Odrobina logiki, racjonalizmu czy wiedzy branżowej pozwoliłaby zdemaskować gigantyczne luki „złotych rad” i nawet zdarza się, że guru stwierdzi: „To prawda, tu wdała się mi nieścisłość” – ale czy zwróci pieniądze tym, którzy za nieścisłą poradę już zapłacili? To jakiś paradoks, że potrafimy postawić sondę na komecie, a jednocześnie żyjemy w prehistorii wiary w cuda. Rozwarstwienie społeczne jak okazuje się nie dotyczy wyłącznie perspektywy ekonomicznej.

* * *


Naśladujmy i podglądajmy praktyków, uczmy się od tych, którzy pokonali problemy podobne do naszych. Zauważmy jak wiele pracują, jak są elastyczni, na co zwracają uwagę a które sprawy mają dla nich mniejsze znaczenie. Uczmy się od lepszych, poszerzajmy samodzielnie wiedzę i horyzonty. Bądźmy dociekliwi i krytyczni. Nie pozwólmy nikomu mówić za nas o tym co myślimy. Odpowiedzialna wiedza jest bezpłatna.

zimager

EXPLICIT czyli DZIECKO W PIEKLE

W filmie „Portrecista” Ireneusza Dobrowolskiego pojawia się zdjęcie, którego nie sposób wymazać z pamięci.

Brasse

Pełna marzeń, niewinności i inteligencji istota, zdaje się wciąż nie rozumieć i nie akceptować swojego położenia. Wtłoczona w horror wojny i obozowej rzeczywistości nie godzi się z losem, w niemy sposób pyta: „Co się stało? Dlaczego? TAK NIE WOLNO!”. Konfrontacja i kontrast, dziecko w piekle, postać obracająca w niwecz stereotypy i rutynę, nakazująca zatrzymać się i dostrzec: „Tam jest człowiek!”. Utożsamienie przychodzi łatwo, niemal brutalnie wdziera się w świadomość, gdyż przypomina o bezbronnej istocie drzemiącej w każdym z nas.

Ekstremum obozu nie można porównać do współczesności, choć jest z tym trochę tak, jak z pytaniem o skalę siły uderzenia konieczną do określania tego, czy dane działanie można nazwać biciem? Nie jesteśmy w stanie wejrzeć w umysł drugiego człowieka, by stwierdzić czy i jak mocno cierpi. Nie potrafimy ocenić czy cierpienie i strach więźnia obozu koncentracyjnego różnią się tak zasadniczo od cierpienia współczesnej ofiary gwałtu, głodu czy pobicia skoro dla tych osób złe doświadczenie jest pierwsze, jedyne w swoim rodzaju.

Odziani w pozory adaptacji w pędzącym na oślep bezwzględnym i obojętnym świecie, staramy się żyć, zakładamy maski, żartujemy a jednocześnie uciekamy w otchłanie własnych głębi pełnych abstrakcji i dziwolągów. Głębia ta niekiedy eksploduje na zewnątrz w twórczym skrajnie szczerym odruchu, choć ze strachu przed agresywną reakcją lub zaszufladkowaniem odnajduje się w formie wybiegającej poza to co znane.

Często doświadczamy poczucia bezsilności, sytuacji „bez wyjścia”. Skuteczność i profesjonalizm w XXI w. stały się marszem po trupach o ile ktoś w ogóle jest w stanie dostrzec trupy. Operujemy na liczbach, gdyż te jak i fakty słabiej zapisują się w naszych pamięciach. Dopiero co jakiś czas pojawia się ktoś lub zdarzenie, które wyrywają nas z amoku. Zdarzenia te przybierają niekiedy postać dziecka, naiwnego, ze słownictwem niebędącym w stanie przekazać targających nim myśli i emocji. Krzyk, płacz, śmiech stają się środkami wyrazu i testem naszego człowieczeństwa. Taka jest Dorota Masłowska.

vipnews

NIEDZIELNA KAFKA

Opowiem Wam zmyślona historyjkę, trochę może z Kafki a może skądś tam.

Dzięki telewizyjnemu wystąpieniu jednego z polityków dowiedziałem się, że protesty uliczne nie są potrzebne skoro istnieją formalne ścieżki komunikacji i dialogu z władzą. Postanowiłem to sprawdzić. Udałem się formalną ścieżką pod znany z mediów adres i po przekroczeniu wrót wielkiego gmachu dostrzegłem niewielką recepcję.
– Chciałem porozmawiać z kimś ważnym – zagaiłem do uśmiechniętej recepcjonistki.
– Za tymi drzwiami skręci pan w lewo i tam jest sekretariat – kobieta wskazała samotne drzwi na końcu holu.
Ruszyłem w określonym palcem kierunku i dotarłszy do celu zapukałem. Gdy nikt nie odpowiedział nacisnąłem klamkę. Moim oczom ukazał się słabo oświetlony korytarz, który skręcał jedynie w prawo. Cóż, kobieta w recepcji była odwrócona tyłem, więc może chodziło o prawą stronę? Kolejny raz zapukałem i uchyliłem drzwi.

W pomieszczeniu panował gwar.
– Chciałem porozmawiać z kimś ważnym – uśmiechnąłem się do zajętych rozmową osób. Gdy dostrzeżono mnie, jedna z nich ruszyła w moim kierunku z miną pełną serdecznej troski:
– Och, źle pana skierowano, musi pan wyjść z budynku i wejść od strony ulicy Bocznej.
Podziękowałem grzecznie i wyruszyłem poszukiwać wskazanego wejścia. Ulica Boczna była niestety zamknięta, gdyż trwały prace ziemne.
– Jak dostać się pod tamten adres? – zapytałem budowlańca, który akurat zrobił sobie przerwę.
– Objazd proszę pana, przez Lewoboczną i Równoległą.
Kiwnąłem głową w podzięce i wsiadłem w tramwaj. Po 4 minutach byłem na miejscu. Ruszyłem w stronę bramy, jednak widziana z daleka wisząca na niej biała kartka wzbudziła mój intuicyjny niepokój – niestety słuszny. Instytucja była nieczynna z powodu ważnego wyjazdu personelu do Sewilli. Optymizmem natchnęło mnie jednak to, że w dalszej części wyjaśnienia napisano, że to właśnie w mojej sprawie personel wyjechał.
To chyba w porządku? – pomyślałem, choć wracając do domu zastanawiałem się nad tym, że przecież do nikogo nie pisałem, nikomu nic nie mówiłem, więc skąd ktoś mógł wiedzieć, w jakiej sprawie załatwiać coś w moim imieniu? Zadzwoniłem do infolinii instytucji dzięki numerowi telefonu spisanemu z informacji na bramie i zreferowałem powody swojego zamyślenia:
– Ależ proszę pana – trochę serdecznie a trochę niecierpliwe odezwał się operator – jak to w jakiej sprawie personel wyjechał? Przecież wg. Grupy Badawczej Alfa, ma pan następujące problemy (tu padło ich kilkanaście). Do tego – ciągnął operator – na tle innych krajów i tak ma się pan nieźle, a nawet całkiem nieźle, no ale jeżeli panu tak koniecznie zależy na rozmowie to proszę wybrać 1.
Nacisnąłem jedynkę w klawiaturze telefonu i usłyszałem dźwięki radosnej muzyki z powitalnym komunikatem:
– Jest pan piąty w kolejce, prosimy czekać lub zadzwonić później.
Po 5 minutach oczekiwania zdałem sobie sprawę, że zapomniałem doładować kartę i zdążyłem powiedzieć tylko „Dzień dobry” zanim telefon ucichł. Pobiegłem do kiosku by uzupełnić brak, lecz po powrocie okazało się, że po 15-tej infolinia jest już nieczynna. Siadłem przed monitorem komputera chcąc w imię niepopełniania tych samych błędów zdobyć więcej informacji, czyli dowiedzieć się „co dalej?”. Przeglądając witryny zauważyłem miejsca, które odwiedziłem w ciągu dnia, niekiedy były to nawet symulacje trójwymiarowe. Niesiony fascynacją technologią przez kilka chwil spacerowałem po znajomych holach i ulicach, porozmawiałem z wirtualnym automatycznym doradcą, obejrzałem mapki, opisy, informacje. „Hm… wszystko porządku, wszystko działa! Wszystko już wiem!” – odetchnąłem.

Kolejnego dnia wyruszyłem pełen optymizmu w długą, znaną już trasę. Główna instytucja, do której skierowano mnie wcześniej była otwarta z tym, że zabrakło dla mnie numerków.
– Dlaczego pan nie zarejestrował się przez internet tylko tłukł przez zakorkowane miasto? – zdziwił się recepcjonista.
– Internet? – przeliterowałem – tak, słyszałem, że podobne sprawy można załatwić przez internet np. w Anglii czy Szwecji.
– Proszę pana!- żachnął się recepcjonista i zapisał mi na kartce adres witryny www.

W domu, po wstukaniu adresu powitała mnie piękna, bijąca pozytywną energią kolorowa strona: „Rozmowa z kimś ważnym czeka na Ciebie! Zarejestruj się on-line” a poniżej przejrzysty formularz. Imię, nazwisko, adres. Wypełniam ochoczo pola, gdy przy ostatnim zawahałem się: „Jaki podpis elektroniczny?”. Tuż obok odnalazłem link pt. „Jak zdobyć podpis elektroniczny”. Po kliknięciu otrzymałem instrukcję: „W celu zdobycia podpisu elektronicznego VB345 należy złożyć dokumenty na ulicy Południowej, a następnie odebrać klucz na ulicy Północnej”. Rozgoryczony westchnąłem ale kolejnego dnia postanowiłem uzyskać klucz VB345. Na ulicy Południowej okazało się jednak, że nie przysługuje mi klucz VB345 ponieważ nie prowadzę gospodarstwa rolnego, a więc muszę złożyć podanie o klucz K56NM na ulicy Wschodniej (odbiór oczywiście na ulicy Zachodniej). Byłem zirytowany ale „nie zatrzymam się w pół drogi!” – deklarowałem w duchu. Udałem się pod wskazany adres i ku swojemu zdumieniu rozpoznałem gmach. Po wejściu do środka powitał mnie znajomy uśmiech recepcjonistki.

kafka
Na grafice: Franz Kafka (ur. 3 lipca 1883 w Pradze, zm. 3 czerwca 1924 w Kierling)

OWSIAK CHUJ, KANALIA CO MA ZA USZAMI!

Przywitał mnie dziś link do artykułu w portalu telewizjarepublika.pl., którego autor z nieskrywaną satysfakcją dostrzegł, że złotoryjski sąd praktycznie wziął w obronę blogera Matkę Kurkę, który kilka miesięcy temu w swoim portalu oskarżył J.Owsiaka m.in. o malwersacje finansowe („wyjęcie” milionów z WOŚP).

„Z materiałów opublikowanych przez procesującego się z Jerzym Owsiakiem blogera wynika, że sąd, w większości kontrowersyjnych spraw i wątków, przyznaje rację Matce Kurce, uznając prawdziwość niektórych z jego zarzutów.” – lid z portalu Republika tv.

W treści artykułu przytoczono fragmenty uzasadnienia wyroku i dołączono linki dzięki którym dotarłem do całości uzasadnienia. Zacząłem czytać zakładając, że zarówno Matka Kurka jak i tv Republika wykorzystali typowy dla własnego środowiska schemat, czyli wyrwanie z kontekstu kilku zdań i zbudowanie na nich autorskiej interpretacji. Jednak nie! Sąd w swoim uzasadnieniu wyraźnie przychyla się do logiki i ocen wyrażonych przez Matkę Kurkę. Opinię argumentuje tym, że Matka Kurka na podstawie zebranych danych miał prawo wysnuć swoje wnioski, a strona J.Owsiaka odmawiając przedstawienia dowodów (dokumentów finansowych) uniemożliwiła wykazanie jej niewinności. Złotoryjski sąd stwierdza przy tym, że M.Kurka nie jest prawnikiem, więc nie musi rozumieć co mówi, nie musi wiedzieć o tym, że regularne publikowanie notek w blogu czy portalu podlega praktycznie prawu prasowemu i wymaga większej rzetelności. Złotoryjski sąd uznaje, że proces dotyczy bardziej „wolności słowa” czyli ocen a nie faktów, a w przypadku „ocen” prawo karne nie zajmuje stanowiska.

„Polską rządzą dwa ruskie cwele: Tusk i Komorowski”

W przypadku tej oceny autorstwa M.K. inny sąd zareagował, choć można podejrzewać, że jako narzędzie reżimu poszedł na rękę wysokim urzędnikom państwowym i uznał, że Tusk oraz Komorowski nie muszą tłumaczyć się z tego czy są cwelami (do tego ruskimi) co Matka Kurka w swoim tekście klarownie udowadniał i którego to tłumaczenia zapewne domagałby się sąd w Złotoryi. „Janusz Palikot – głupek i złodziej. Nie obrażam, nazywam polityczną kurwę po imieniu!”, „Wnoszę o ekshumację ciała Mariana Palikota, alkoholika i szmalcownika, ojca Janusza Palikota!” – to tylko przykłady tytułów i wypowiedzi z portalu kontrowersje.net, które ukazują barwność – jak zrozumiałem: dopuszczalnej – retoryki Matki Kurki. Złotoryjskiemu sądowi zajętemu porównywaniem „ostrych” i zdaniem sądu symetrycznych wypowiedzi J.Owsiaka (dotyczącymi m.in. Rydzyka, Macierewicza) z wypowiedziami M.Kurki zabrakło ochoty na dokonanie skromnej analizy dorobku blogera, a szkoda, gdyż wspomniana symetria mogłaby okazać się dyskusyjna.

Czy Matka Kurka to Larry Flynt?

Dylematy i interpretacje złotoryjskiego sądu dotyczące „wolności słowa” jak żywo przypominają refleksje wyrażane przez sędziego Williama Rehnquista w znanym amerykańskim procesie Hustler v. Falwell. Larry Flynt, w swoim czasopiśmie dla dorosłych („HUSTLER”) zamieścił obrazoburczą satyrę, która dotknęła personalnie jednego z religijnych autorytetów w USA. Proces zakończył się w Sądzie Najwyższym, gdzie dość klarownie zdefiniowano „od i do” wolności słowa – ku zaskoczeniu wielu – na korzyść Larrego Flynta.

W prawie amerykańskim – co do zasady – uznaje się wolność publicznego plotkowania, spekulowania, kpienia czy dopiekania – gdyż jest to fundamentalny składnik swobodnego obiegu opinii. W przypadku prawnej reakcji na takie treści, to skarżący musi wykazać swoją niewinność, stawiany jest jednak warunek:
– oskarżony (obrazoburca) musi wykazać to, że nie kłamał (zmyślał) świadomie – czyli, że np. formułując zarzuty korzystał ze źródeł, które uznał za wiarygodne.
Złotoryjski sąd podszedł do kwestii podobnie, uznając wyjaśnienia i źródła Matki Kurki za prawidłowe oraz to, że J.Owsiak odmawiając ujawnienia dokumentów finansowych oburzył sąd i jednocześnie ograniczył możliwość wykazania bezprzedmiotowości stawianych mu przez Kurkę zarzutów.

J.Owsiak wybrał się na wojnę o swoje dobre imię bez tarczy zakładając, że to nie on będzie sądzony. Przypomnijmy jednak, czego tak naprawdę dotyczył proces. Zarzuty publikowane przez Matkę Kurkę stawiały z złym świetle nie tylko twórcę WOŚP, ale ogólnie WOŚP, ludzi zaangażowanych w organizowanie tego wydarzenia, fundacji, wolontariuszy jak i samych darczyńców, którzy (logicznie) przez swoją naiwność wspierają „złodzieja”. Pozytywnie oceniane przez miliony Polaków zjawisko, na łamach „kontrowersji.net” stało się mrocznym złodziejskim przemysłem. Normalny człowiek parsknąłby śmiechem, choć sąd w Złotoryi nie parsknął a nawet zainteresował się, gdyż być może, a nuż, Owsiak to kanalia?

Szkodliwość społeczna

Dorobki Matki Kurki i Jerzego Owsiaka nieco różnią się. Dorobkiem J.Owsiaka jest WOŚP zaś Matki Kurki portal zajmujący się „zawodowo” dezawuowaniem środowisk i osób, których M.Kurka nie darzy sympatią. Oczywiście można uznać, że Matka Kurka korzysta z wolności słowa (świętego prawa demokracji) a wynaturzone określenia i tezy są na tyle obecne w obiegu opinii, że nie należy skazywać blogera za czyny, które uchodzą powszechnie płazem lub zostają przemilczane. Pojawia się jednak pytanie o to, czy prawo powinno służyć społeczeństwu? Czy społeczeństwo postawiło pod znakiem zapytania uczciwość WOŚP czy zrobił to we własnym imieniu i interesie Matka Kurka ? Czy po decyzji sądu w Złotoryi należy uznać, że najwyższa suma wpływów do WOŚP podczas ostatniej kwesty świadczy o tym, że tym razem Jerzy Owsiak ukradł mniej? Czy sąd nieposiadający wglądu w dowody winy lub niewinności, ma prawo pozostawiać w zawieszeniu kwestię uczciwości Owsiaka i umacniać taki niejasny status swoim autorytetem?

Rzadko zdarza się by sąd tak potulnie szedł na smyczy profana uległszy (zapewne) jego bezdyskusyjnej błyskotliwości i inteligencji, jednak tu jest Polska. Sądu w Złotoryi najwyraźniej nie zainteresowało to, dlaczego Matka Kurka ze swoimi zarzutami nie zgłosił się do prokuratury i dlaczego J.Owsiak w ogóle jest jeszcze na wolności? Skoro sąd nad Matka Kurką zmienił się w sąd nad J.Owsiakiem to co z domniemaniem niewinności tego drugiego, a więc uznaniem za niewinnego do chwili skazania? – sąd w Złotoryi niechybnie wolał tę kwestię zawiesić w próżni. Sąd nie zauważył różnicy pomiędzy oceną a oskarżeniem ulegając oratorskim talentom Matki Kurki, który kolejny raz udowodnił, że „oni stoją tam gdzie wtedy stało ZOMO” nie ma najmniejszego związku z sugerowaniem, że tam stoją szumowiny. Jedyną kwestią, w której sąd dopatrzył się niestosowności było sformułowanie „hiena cmentarna” w związku z czym Matka Kurka został zobowiązany do częściowego pokrycia kosztów procesu – 300 zł.

gazeta

LECZENIE HOMOSEKSUALIZMU

Czekając na telefon, który kolejny raz miał oderwać mnie od sieci, zauważyłem na ekranie monitora twarz zapomnianej już nieco Marysi Sokołowskiej (uczennicy d/s „dlaczego jest pan zdrajcą, panie premierze?”). Tytuł artykułu zapowiadał kolejną sensacyjną wypowiedź, lecz tym razem Marysia wystąpiła jedynie jako ekspert w dziedzinie historii Rzymu i homoseksualizmu. Praktycznie, ja, jako istota pozująca na poważną nie powinienem zajmować się tak Marysią jak i zaglądaniem do źródeł typu stefczyk.info, jednak jest w tym zjawisku nieco powagi. Poetka Marysia wyraża poglądy sporej części rodaków mówiąc otwarcie o tym co słyszy w domu, w kościele i co wyczyta w internecie. Jej potencjalna niewinność sprawia, że nawet antysemickie przemyślenia nie wywołały szczególnej odrazy dzięki czemu w Marysi dostrzeżono idealną reprezentację polityczną. Reprezentatywność ta nie zaskakuje, podobnie jak poruszająca się z „balkonikiem” niepełnosprawna kobieta wyrażająca postulaty Młodzieży Wszechpolskiej czy przykuta do wózka Madzia z TvTrwam. Normalny człowiek dostałby za pewne słowa po ryju gdy w przypadku wymienionych byłoby, że gwałt, molestowanie albo nietolerancja.

Oglądałem niedawno film opisujący historię seryjnego mordercy, który był zarówno gejem, nekrofilem i kanibalem. To na takich przypadkach osobistości pokroju Żalka, Pięty czy jakiś czas temu Wierzejskiego budują swoje „naukowe wnioski”, choć próbka badawcza wydaje się wyjątkowo uboga w porównaniu z seryjnymi, którymi są odrzuceni faceci nienawidzący kobiet. Drugi przypadek nie wzbudza zainteresowania ideologów walecznej religijności, gdyż zapewne w wielu przypadkach musieliby wskazać na siebie jako potencjalnych.

Autorzy wspomnianego filmu dokumentalnego zadbali o bliższe przedstawienie postaci zabójcy i tu napotykamy patologiczny standard. Problemy oraz rozwód rodziców, szkolny błazen wyśmiewany przez koleżanki, dzieciak zainteresowany tym, co jest w środku martwych zwierząt, alkohol(!), izolowanie się. Kumulacja problemów nastąpiła gdy chłopak zaczął dojrzewać i uświadomił sobie, że pociągają go faceci. W tym punkcie tkwi niezwykle istotna a jednocześnie często pomijana kwestia. Tradycyjnie, w konserwatywnym i homofobicznym społeczeństwie chłopak nie ma komu powiedzieć o swoich preferencjach, rodzice (zwykle wierzący) również nie są właściwymi adresatami, dokonuje się jeszcze głębsza izolacja (jest jedynakiem), rozwój płciowy ma miejsce gdzieś za ścianą (także ścianą niewiedzy), polega na samodzielnym eksperymentowaniu, „dobro i zło” zacierają się.

Czy gdyby homoseksualizm spotykał się z powszechną i szeroko rozumianą tolerancją (nie był tabu) to zagubiony chłopak mógłby znaleźć sobie partnera, pójść do normalnego klubu na piwo, założyć dom, znaleźć normalną pracę? Zapewne tak, dlatego powstaje pytanie o to, kto tak naprawę jest chory przez co groźny, homoseksualiści, których chce leczyć Marysia, czy ogólnie „my”, którzy tworzymy tzw. społeczeństwo?

crime