DZIENNIKARSKI SMOLEŃSK

by romskey

Po powrocie do domu, mając jeszcze głowę pełną spraw załatwionych i do załatwienia dostrzegłem na ekranie telewizora wyraźnie przejętego Kamila Durczoka. Za jego plecami majaczyła posępna ruina z wielką wyrwą. „Jakiś zamach?” – gdy dopytałem o szczegóły usłyszałem, że wybuchł gaz, że jacyś dziennikarze z TVN mogli zginąć. Bezradnie wzruszyłem ramionami, bo i tragedii powszednich u nas dostatek, przemknęło mi nawet przez myśl, że to nieprofesjonalne by człowiek emocjonalnie związany z ofiarami relacjonował zdarzenie. Zostawiłem to za sobą.

W kolejnych dniach i godzinach, tradycyjnie medialny przekaz zdominowały materiały wspominkowe, kiry i czarno-białe obrazy. Zginęło dziecko, dwulatek… , ale kto zginął jeszcze? Nazwisko Kmiecik musiałem wyszperać w pamięci. Kojarzę twarze z podobnych krótkotrwałych jak kilkanaście godzin wcześniej kontaktów z telewizją, ale nic precyzyjnego, raczej młodzi dziennikarze, bez medialnej osobowości jak Ewart, Turski, Zientarski czy Mosz.

Godziny i dni toczyły się swoim skłębionym rytmem gdy w największym portalu społecznościowym ktoś nagle wykrzyczał swój sprzeciw wobec decyzji prezydenta o odznaczeniu zmarłych Złotymi Krzyżami Zasługi. Protestujący otwarcie sugerował przedwyborczy kontekst szopki nie przebierając w słowach. Miałem mieszane uczucia, gdyż tak pod wielkimi zdjęciami ofiar podejmować temat raczej polemiczny niż refleksyjny, ale z drugiej strony Krzyż Zasługi, Złoty? Za co?

Poparłem. Dostrzegam różnicę pomiędzy kimś o kim się mówi a kimś kto pracuje w telewizji i jest znany z tego powodu. Zabity niedawno przez terrorystów z IS James Foley zapisał się bardziej w mojej świadomości dzięki postawie tuż przed egzekucją, ale wybuch gazu? – cóż, nieszczęście, zdarza się. Być może, dziennikarze prywatnie byli wspaniałymi, pogodnymi ludźmi ze wspaniałą przyszłością – nie wiem, nie znałem ich, nie wypowiadam się. Zaskoczył prezydent. W zbiorowej pamięci wciąż żywe jest oburzenie społeczeństwa wobec pochówku na Wawelu Lecha Kaczyńskiego, pochówku załatwionego gdzieś za plecami społeczeństwa przez ludzi, których nie był w stanie wymienić nawet Stanisław Dziwisz posiłkujący się sformułowaniami typu „liczne środowiska”. W obiektywnej ocenie, „liczne środowiska” wyrażały zdanie wręcz przeciwne, wyrażały gniew wobec arbitralnego ustalania kto ma być czczonym narodowym bohaterem, równym królom do tego. Czy ktoś ma Polaków za idiotów, których nie należy pytać o zdanie, ponieważ są zbyt głupi by docenić ogrom wiekopomnych dzieł i zasług…?

Ciarki przebiegły mi po plecach na myśl o tym, że piarowcy Pałacu Prezydenckiego wyczuli w tragedii o dużym potencjalne medialnym szansę na dobrą promocję. Kapituła orderu podejmująca decyzję z dnia na dzień, bez wcześniejszej nominacji, dyskusji? – toż kościół jest bardziej powściągliwy w ogłaszaniu swoich świętych. Nie raz, za patosem starano się realizować całkiem przyziemne ambicje, więc ile powinno trwać wymuszone zbiorowe milczenie, refleksja? Trudno potępić sprzeciw i choć balansujący na granicy niesmaku to jednak sprzeciw uzasadniony, będący reakcją a nie akcją.

Zdecydowanie wolimy by państwo imponowało nam swoimi decyzjami a nie dziwiło, kompromitowało czy ośmieszało się. W biogramach odznaczonych Złotym Krzyżem Zasługi znajduję: wydanie w nakładzie 600 tys. egzemplarzy prac naukowych i kilkudziesięcioletnia praca pedagogiczna, wojenna przeszłość kombatantów, wybitne osiągnięcia sportowe, kulturalne – nie są dorobkiem powstającym z dnia na dzień. Strzeżmy się inflacji. Liczba i tempo nominowanie nie wzmacniają rangi samych odznaczeń. Czy państwu nie zależy na autorytecie? Za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego sypano odznaczeniami jak z rękawa. Otrzymało je 630 tys. osób przez ponad dziewięć lat urzędowania co dawało statystycznie blisko 200 dziennie. Lech Wałęsa wykazywał większą wstrzemięźliwość, gdyż odznaczył 230 tysięcy osób. Jakie normy wyznaczył sobie obecny prezydent?

Czy procesu odznaczania nie powinna poprzedzać jakaś dyskusja, czas na namysł, tym bardziej po tragicznym zdarzeniu? Czy dominuje strach przed tym, że po czasie nie będą już o sprawie trąbiły wszystkie media a więc odznaczenie będzie psu na budę odznaczającemu? Czy jesteśmy aż tak chorym narodem, że nie pozwolimy uhonorować nikogo i trzeba stawiać nas przed faktem dokonanym? Myślę o Jacku Kuroniu, o jego grobie, o grobie, którego kształt jak domyślam się zapobiegliwie samodzielnie ustalił, przewidując zapewne co stałoby się gdyby tego nie zrobi.

kuron

P.S. Ten grób obecnie wygląda już inaczej…

Reklamy