ROZMOWA Z GÓRNIKIEM I INNE TAKIE

by romskey

Czy zawsze stać nas na szczerość? Chyba nie. Spotkałem znajomego. Posiada niepełnosprawnego syna, przez lata pracował jako kierowca miejskiego autobusu. Takich uśmiechniętych ludzi lubi się od pierwszego spotkania, a po kilku piwach można zacząć rozglądać się za jakimiś końmi do wspólnego kradzenia. „Co tam słychać, jak leci? A dobrze, co u pana?”. Rozmowa toczy się spokojnym rytmem, „haha” i „a niech mnie”. Nagle pada: „bo wiesz, ja mam jeszcze tę górniczą emeryturę, trzy z kawałkiem i kłopot jest…”. Gdzieś pod skórą twarzy z trudem ukrywałem konsternację. Zamyślony potakiwałem tępo głową zastanawiając się czy powiedzieć mu co myślę? Dlaczego ty człowieku jesteś najgorszym obiektem do tej rozmowy? Z pewnością znacie to uczucie, kiedy nie chcecie kogoś zrazić swoją szczerością a jednocześnie nie potraficie pozostawić sprawy „na boku”. Ten niepełnosprawny dzieciak… Co innego popisać sobie w sieci „górnicy znów łańcuchami wydarli z ludzi kolejną kasę” a co innego wyrazić opinię w opisanej sytuacji. Nie siedział obok mnie rozjuszony związkowiec z nasto-tysięczną wypłatą, lecz pogodny człowiek, który przez lata woził bezpiecznie pasażerów, nie wspomniał słowem o tym jak to trudno pod ziemią i że się należy, no i ten jego chłopak. Nie jestem w stanie ocenić, czy te 3 i pół to dużo czy mało w jego sytuacji. Inni mają mniej, ale jeszcze inni mają jeszcze mniej niż ci, którzy mają mniej i można tak bez końca. Jak przejść do kwestii: „Widzisz, przez to, że masz więcej ja mam mniej”? I nawet gdyby z uwagi na długą przyjaźń przyznał mi rację, to należałoby przeprowadzić tysiące takich indywidualnych rozmów, by związkowcy usłyszeli od swoich: „nie szarpcie tego w ten sposób, nie-górnicy też chcą żyć”.

Zwolennikom rzucania prawdy w twarz polecam myśl Beniamina Franklina: „Jeśli wdajesz się w spory, dyskusje i kłótnie, możesz czasem osiągnąć zwycięstwo. Ale będzie to zwycięstwo próżne, ponieważ nigdy nie pozyskasz dobrej woli swojego oponenta. Zastanówmy się więc nad tym, co wolelibyśmy uzyskać: teatralne zwycięstwo w akademickiej dyskusji czy przychylność rozmówcy ? Rzadko da się osiągnąć i jedno, i drugie.„.

Dyplomacja to trudna sztuka i wbrew pozorom to właśnie ona zmienia, gdyż nie sprzyja generowaniu wrogów lecz sojuszników. Sytuacji takich jak ta opisana wcześniej, zdarza się mi ostatnimi czasy całkiem sporo. Przestało mnie bawić wymachiwanie sztandarem słusznej sprawy, postanowiłem przejść do konkretów, zmieniać realnie a nie jedynie o tym krzyczeć. Jakaś kobieta z tryumfem oznajmiła w sieci, że jej syn zawstydził się treścią testu na lekcji Wychowania Do Życia w Rodzinie, dlatego 90% klasy, która rzekomo miała podobne odczucia zrezygnowała z uczestnictwa w zajęciach.
Zapoznałem się z tekstem testu dołączonym na zdjęciu i rzeczywiście, sprawa była „delikatna”. Napisałem coś o tym, że lekcje WDŻWR są po to, by chronić dzieciaki m.in. przed własnymi sposobami na antykoncepcję typu coca-cola, że atmosfera w klasie jest zupełnie inna niż przy rodzicach, że dobry pedagog przekazuje te informacje jako wiedzę a nie pornograficzną sensacyjkę. Rozmówczyni zdawała się tryumfować z uwagi na reakcję klasy i swojego zawstydzonego 16-to latka. Pomyślałem o tym, że gdy inni rodzice wezmą przykład to projektowi „edukacji seksualnej” będzie można powiedzieć „bye, bye”. Jak odwrócić trend? Jak przekonać „zatroskaną mamę” do tego, że rozmowa o lokalizacji punktu G jest potrzebna jej synowi? A może przy samym przygotowaniu projektu „edukacji seksualnej” zabrakło dyplomacji i wprowadzono rzecz na siłę, bo tak jest postępowo i trendy? Zwycięstwo, gdy nikt nie będzie chodził na lekcje? Chyba nie tędy droga.

W przeciwieństwie do wielu polskich polityków, droga m.in. B. Obamy na szczyt prowadziła przez setki i tysiące takich rozmów. Nie chodzi o rozmowy w gronie poklepujących się po plecach zwolenników danej sprawy, ale wyjście do sceptyków, wejście do kościoła i mówienie o świeckim państwie i pluralizmie.

Polityka jest sztuką przekonywania do racji a nie ich narzucania. Wymuszenie zmiany bez przychylności tych, którym coś narzuca się nie daje trwałości. To właśnie z tego powodu, zachód preferuje dialog a nie wzajemne szczuciu i nacisk – cechy wschodu. Tylko czy w Polsce możliwy jest dialog? Kiedyś przedstawiciel Ruchu Palikota miał spotkać się z przedstawicielem ONR. Jako miejsce spotkania wybrano jedną z lubelskich uczelni co w założeniu miało zagwarantować nieco wyższy niż uliczny poziom wymiany argumentów (organizatorem było Studenckie Koło Dziennikarskie UMCS). Panowie podali sobie dłonie na powitanie, padło coś o „jak Polak z Polakiem”, jednak do rozmowy nie doszło. Gazeta Wyborcza (lokalny oddział) wywarł tak silną presję na władzach uczelni, że te odmówiły udostępnienia auli. Gazeta stwierdziła, że uczelnia nie jest właściwym miejscem do propagowania haseł nazistowskich, faszystowskich, homofobii, etc. Czy miało być o tym? Z tego co mi wiadomo, rozmowa pod hasłem „Oblicza polskiego patriotyzmu” miała dotyczyć także szans młodych ludzi, zatrudnienia, przedsiębiorczości, poparcia dla zmian w prawie służących temu celowi – mówiąc najprościej o zrobieniu czegoś „ponad podziałami”. Z zapisów rozmów przed budynkiem wynikało niezbicie, że w kwestiach światopoglądowych obaj panowie nie zamierzają iść na żadne ustępstwa, ale dyskusja o tym co łączy budziła zainteresowanie obu stron. Co przeraziło opiniotwórczą Wyborczą? Czy to, że dwie obce ideowo siły są w stanie dogadać się przeciwko polityce rządu? Czy wiecie o tym, że sprawą zainteresowały się również media katolickie, które pisząc o wydarzeniu nie zawarły żadnej inwektywy pod adresem Ruchu Palikota? Czyżby istniała potrzeba dialogu, tyle że dialog „komuś” przeszkadza? Cokolwiek sądzicie o tego typu inicjatywach, to dla mnie gest podania dłoni jest zdecydowanie lepszy niż „wyrzynanie” się w trakcie marszy niepodległości. Zawsze to jakaś zmiana kształtu polemiki, ale jak widać, w pewnych środowiskach uznaje się, że lepsze są płonące tęcze i kamienie.

gast67

Advertisements