Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Październik, 2014

NACJONALIŚCI BEZ ZBRODNI

Kilka lat temu, zdając sobie sprawę z „nieprzyzwoitości” własnych myśli, cicho lub ironicznie sugerowałem, że należy doprowadzić do zwycięstwa PiS wraz z całym tym łysowatym katolicko-narodowym inwentarzem. Uważałem, że Polacy nie są w stanie zrozumieć problemu, dopóki na własnej skórze go nie odczują. Jedynym argumentem, który hamował moje ambicje większego zaangażowania się w sprawę było samo PiS, które zdawało się traktować swój nacjonalistyczny „przychówek” wyłącznie jako narzędzie marszu po władzę. W PiS patriotyzmu, wartości, itp. było i jest jak na lekarstwo, co oznacza, że zwycięstwo tej partii nie zmieniłoby wiele, a ci, którzy mieli stanowić element dydaktyczny dla narodu zostaliby szybko zepchnięci na bocznicę a może i pozamykani w więzieniach.

„Polscy nacjonaliści” posiadają pewien atut, który wyróżnia ich pośród podobnych organizacji w Europie i na świecie. Liczba dokonanych przez nich zbrodni jest tak minimalna, że właściwie żadna i nie sposób postawić ich pod ścianą publicznych osądów tak jak nazistów niemieckich, ukraińskich, rosyjskich czy amerykańskich. Ten brak morderczych zasług sprawia, że polski nacjonalizm jest wciąż „przed”, a więc śmiało występuje w różnorodnych akcjach i protestach jako nośnik, tych z gruntu przyzwoitych i w porywach umiarkowanych patriotyzmu, tradycji, religijności. Brak morderczych zasług sprawia, że argumenty „antyfaszystowskie” stosowane jako środek prewencji niejednokrotnie wydają się mocno naciągane, gdy w przypadku posiadania przez wspomnianych krwawych zasług wystarczyłoby podać jedno nazwisko czy nazwę formacji by ruszyło domino zbiorowego zniechęcenia.

Trudno właściwie dociec, dlaczego Polska nie jest krajem przyjaznym rozwojowi ideologii nacjonalistycznych. Być może uporządkowany, pokorny i zdyscyplinowany nacjonalizm zderza się z polskim umiłowaniem sobiepaństwa, złotej wolności, niezależności, wygody a nawet kosmopolityzmu. Co jak co, ale marsze w równych i zwartych szeregach nie wychodziły w Polsce nigdy, nawet we własnej sprawie.

Pełzający polski nazizm czy „brunatna fala”, których dopatrujemy się wśród rodzimych ugrupowań ogranicza się zasadniczo do nie całkiem poprawnych wypowiedzi, transparentów, tatuaży, napisów na murach czy gazetek pięćdziesiątego obiegu. Chłopcy, którzy lubią pobić się w trakcie lub po meczu przyjmują ochoczo każdą filozofię, która w jakiś sposób zmotywuje ich do zlania wrogów i nie ma znaczenia czy będzie to religia, nazizm czy cokolwiek innego. Z drugiej strony, od tak banalnych spraw zaczynał się nazizm w Niemczech. Dziś śmieszą protesty m.in. Młodzieży Wszechpolskiej przeciwko honorowaniu UPA na Ukrainie, gdy obie formacje wyrosły z tego samego ideologicznego pnia, z tym, że nasi są wciąż „przed” a tamci są już „po”. Przyglądając się protestującym łysym byczkom mającym uchodzić za reprezentację Kresowian, zadawałem sobie pytanie, o porządek narodowościowo-religijny jaki zostałby ustalony, gdyby posiedli władzę.

Brak zbrodniczego dorobku naszych stał się wyjątkowo skuteczną osłoną i pozostaje wciąż bez odpowiedzi pytanie o to, czy traktowanie żrącym środkiem chwastobójczym owej uporczywej roślinki nie wywołuje skutku odwrotnego od zamierzonego? Nasze tradycyjne typowo polskie upodobania, okazały się na przestrzeni wieków o wiele skuteczniejszym antidotum, choć może oba wyjścia są dobre.

nazis

DZIENNIKARSKI SMOLEŃSK

Po powrocie do domu, mając jeszcze głowę pełną spraw załatwionych i do załatwienia dostrzegłem na ekranie telewizora wyraźnie przejętego Kamila Durczoka. Za jego plecami majaczyła posępna ruina z wielką wyrwą. „Jakiś zamach?” – gdy dopytałem o szczegóły usłyszałem, że wybuchł gaz, że jacyś dziennikarze z TVN mogli zginąć. Bezradnie wzruszyłem ramionami, bo i tragedii powszednich u nas dostatek, przemknęło mi nawet przez myśl, że to nieprofesjonalne by człowiek emocjonalnie związany z ofiarami relacjonował zdarzenie. Zostawiłem to za sobą.

W kolejnych dniach i godzinach, tradycyjnie medialny przekaz zdominowały materiały wspominkowe, kiry i czarno-białe obrazy. Zginęło dziecko, dwulatek… , ale kto zginął jeszcze? Nazwisko Kmiecik musiałem wyszperać w pamięci. Kojarzę twarze z podobnych krótkotrwałych jak kilkanaście godzin wcześniej kontaktów z telewizją, ale nic precyzyjnego, raczej młodzi dziennikarze, bez medialnej osobowości jak Ewart, Turski, Zientarski czy Mosz.

Godziny i dni toczyły się swoim skłębionym rytmem gdy w największym portalu społecznościowym ktoś nagle wykrzyczał swój sprzeciw wobec decyzji prezydenta o odznaczeniu zmarłych Złotymi Krzyżami Zasługi. Protestujący otwarcie sugerował przedwyborczy kontekst szopki nie przebierając w słowach. Miałem mieszane uczucia, gdyż tak pod wielkimi zdjęciami ofiar podejmować temat raczej polemiczny niż refleksyjny, ale z drugiej strony Krzyż Zasługi, Złoty? Za co?

Poparłem. Dostrzegam różnicę pomiędzy kimś o kim się mówi a kimś kto pracuje w telewizji i jest znany z tego powodu. Zabity niedawno przez terrorystów z IS James Foley zapisał się bardziej w mojej świadomości dzięki postawie tuż przed egzekucją, ale wybuch gazu? – cóż, nieszczęście, zdarza się. Być może, dziennikarze prywatnie byli wspaniałymi, pogodnymi ludźmi ze wspaniałą przyszłością – nie wiem, nie znałem ich, nie wypowiadam się. Zaskoczył prezydent. W zbiorowej pamięci wciąż żywe jest oburzenie społeczeństwa wobec pochówku na Wawelu Lecha Kaczyńskiego, pochówku załatwionego gdzieś za plecami społeczeństwa przez ludzi, których nie był w stanie wymienić nawet Stanisław Dziwisz posiłkujący się sformułowaniami typu „liczne środowiska”. W obiektywnej ocenie, „liczne środowiska” wyrażały zdanie wręcz przeciwne, wyrażały gniew wobec arbitralnego ustalania kto ma być czczonym narodowym bohaterem, równym królom do tego. Czy ktoś ma Polaków za idiotów, których nie należy pytać o zdanie, ponieważ są zbyt głupi by docenić ogrom wiekopomnych dzieł i zasług…?

Ciarki przebiegły mi po plecach na myśl o tym, że piarowcy Pałacu Prezydenckiego wyczuli w tragedii o dużym potencjalne medialnym szansę na dobrą promocję. Kapituła orderu podejmująca decyzję z dnia na dzień, bez wcześniejszej nominacji, dyskusji? – toż kościół jest bardziej powściągliwy w ogłaszaniu swoich świętych. Nie raz, za patosem starano się realizować całkiem przyziemne ambicje, więc ile powinno trwać wymuszone zbiorowe milczenie, refleksja? Trudno potępić sprzeciw i choć balansujący na granicy niesmaku to jednak sprzeciw uzasadniony, będący reakcją a nie akcją.

Zdecydowanie wolimy by państwo imponowało nam swoimi decyzjami a nie dziwiło, kompromitowało czy ośmieszało się. W biogramach odznaczonych Złotym Krzyżem Zasługi znajduję: wydanie w nakładzie 600 tys. egzemplarzy prac naukowych i kilkudziesięcioletnia praca pedagogiczna, wojenna przeszłość kombatantów, wybitne osiągnięcia sportowe, kulturalne – nie są dorobkiem powstającym z dnia na dzień. Strzeżmy się inflacji. Liczba i tempo nominowanie nie wzmacniają rangi samych odznaczeń. Czy państwu nie zależy na autorytecie? Za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego sypano odznaczeniami jak z rękawa. Otrzymało je 630 tys. osób przez ponad dziewięć lat urzędowania co dawało statystycznie blisko 200 dziennie. Lech Wałęsa wykazywał większą wstrzemięźliwość, gdyż odznaczył 230 tysięcy osób. Jakie normy wyznaczył sobie obecny prezydent?

Czy procesu odznaczania nie powinna poprzedzać jakaś dyskusja, czas na namysł, tym bardziej po tragicznym zdarzeniu? Czy dominuje strach przed tym, że po czasie nie będą już o sprawie trąbiły wszystkie media a więc odznaczenie będzie psu na budę odznaczającemu? Czy jesteśmy aż tak chorym narodem, że nie pozwolimy uhonorować nikogo i trzeba stawiać nas przed faktem dokonanym? Myślę o Jacku Kuroniu, o jego grobie, o grobie, którego kształt jak domyślam się zapobiegliwie samodzielnie ustalił, przewidując zapewne co stałoby się gdyby tego nie zrobi.

kuron

P.S. Ten grób obecnie wygląda już inaczej…

INTERES PAŃSTWA – CZYLI CZYJ?

Zastanawiam się ostatnio nad rozbieżnością pomiędzy interesem państwa a moim interesem. Najwyraźniej te dziedziny w parze iść nie mogą, więc mimochodem powstaje pytanie o to, czym właściwie jest państwo, czyim interesom służy? Zbliża się kolejny protest przed sejmem, choć tylko pozornie przypominać ma inne tego typu zdarzenia. Przedsiębiorcy z małych i średnich firm (MŚP) postanowili powiedzieć: „DOŚĆ!”. Jako grupa generująca blisko 70% polskiego PKB (średnia w UE to 60%) nie zamierzają upominać się o socjal tak jak niedawno uczynili to górnicy (udział górnictwa w tworzeniu PKB wynosi 3%!). Nie chcą pieniędzy od państwa co nawet jest logiczne gdyż państwo utrzymują. Sprzeciwiają się temu, że państwo najwyraźniej chce ich ukatrupić czyli mówiąc inaczej: podciąć gałąź, na której siedzi.

Pół wieku komuny wywarło swoje piętno na postrzeganiu prowadzących małą i średnią przedsiębiorczość. Złodzieje, bogaci, cwaniacy – to tylko kilka powszechnie uznanych określeń dla tej grupy. Warto jednak wiedzieć, że 78% absolwentów wyższych uczelni deklaruje w sondażach chęć sprzedaży swoich umiejętności i pomysłów na wolnym rynku a więc i oni chcą do tychże dołączyć. Choć przedstawiciele MŚP dają zatrudnienie 2/3 mieszkańców Unii Europejskiej, to w Polsce nie są traktowani jako sposób na kilkunastoprocentowe bezrobocie czy antidotum na zarobkową emigrację rodaków. Jeżeli co tydzień rejestruje się w Polsce 6 tys firm i 5 tys firm upada, to powstaje pytanie – czy nie mamy do czynienia z jakimś problemem?

Młody chłopak nie znajdując zatrudnienia w wyuczonym zawodzie, postanowił zająć się drobnym handlem warzywami i owocami. Załatwienie formalności związanych z rejestracją działalności trwało krótko (jedno okienko), lecz po tygodniu pociągał za rękaw znajomych z pytaniem czy nie znają kogoś od VAT, jak wyliczać ten ryczałt, był blady. Przyznam, że obecność księgowej lub całego biura rachunkowego przy straganie z kalarepą wydała się mi przynajmniej dziwna, lecz taka jest polska rzeczywistość. Opisany biznes przetrwał trzy miesiące. Obniżony ZUS tylko pozornie odciążył człowieka, który siłą rzeczy musiał odprowadzić kilkaset złotych do portfela księgowej, która również pomogła zaktualizować zainteresowanemu wiedzę związaną z prawem, które zmienia się co roku. Zamiast szukać klientów, negocjować, reklamować się, zwozić i sprzedawać towar, kilka godzin poświęcał na wypełnianie dziesiątek karteluszków, pobierając przy tym nauki na temat wszelkich innych możliwych formalności.

Czy początki zawsze bywają trudne a potem idzie gładko? Niestety. Mały i średni przedsiębiorca nawet z kilkuletnim stażem, napotyka podobne problemy. Budząc się rano nie myśli o rozwoju i innowacjach, lecz o źródle odprowadzenia danin, o stresie związanym z tym, czy z powodu nieumyślnej istniejącej lub nieistniejącej pomyłki na fakturze spadnie na niego kontrola, która zablokuje mu firmę na tydzień.

Wysoki i niezależny od dochodu obowiązkowy ZUS (nawet przy braku dochodu!), skomplikowane i zmieniające się prawo, stresująca biurokracja pochłaniająca czas, pogmatwany system podatkowy – to zaledwie kilka z głównych problemów, które w wielu rankingach wybijają się ponad problem konkurencji dotykający przedsiębiorców w krajach z dłuższą wolnorynkową tradycją. Trudno patrzeć na to, jak nasze państwo zamiast zmieniać się w kraj przyjazny obywatelom zmienia się w państwo przyjazne wyłącznie urzędnikom.

„Nie chcemy być kolejnym związkiem. Nie chcemy być kolejną partią i walczyć o władzę. Chcemy rozmawiać z tymi, którzy są u władzy.” – napisał Piotr Surmacki inicjator wydarzenia, które ma odbyć się 7 Listopada 2014 w Warszawie.

Link do wydarzenia w Facebooku

przeddd

JAK ODPOWIADAĆ NA POCHWAŁY / KOMPLEMENTY

Pochwała oddziałuje na nasze emocje, dlatego nie powinniśmy szukać odpowiedzi w logice. Logika zmusza nas do weryfikacji słuszności wygłaszanych pod naszym adresem dytyramb co nierzadko pociąga za sobą dwie reakcje, których należy unikać: zignorowanie (przemilczenie) pochwały lub zaprzeczenie jej. Odrzucony lub zignorowany komplement jest jak odrzucony prezent a skutki takiego odrzucenia znamy lub potrafimy je sobie wyobrazić. Czy intencją obdarowującego jest osądzanie słów, które przecież już wcześniej przemyślał i z pietyzmem opakował? Nie jest właściwe w takim przypadku nawet użycie tradycyjnego i zdawkowego „dziękuję”, gdyż komplementujący przekazuje nam coś wyjątkowego, zasługującego przynajmniej na radość i uwagę.

applause02

Skromność to nie przesadny samokrytycyzm i niskie poczucie wartości.

Poruszając nieco wyobraźnię można znaleźć naprawdę dobre odpowiedzi na każdą okoliczność i nie należy przesadnie ufać spreparowanym na powszechny użytek gotowcom, gdyż stereotyp jest niczym inflacja, która obniża wartości używanej waluty.


Komplement zadłuża, dlatego nie zwlekajmy ze spłatą.

– pięknie dziś wyglądasz
– będę pasować do Ciebie

– jak świetnie Ci to wyszło
– kochana jesteś

– dobra robota
– bez pana nie udałoby się

Pochwały oczywiście nie są wolne od cieni. Bywają formą przekupstwa, obniżenia czujności strony w negocjacjach, są narzędziem pozyskania czyjejś przychylności (wymuszenia działania) lub karygodnie nadużywaną techniką marketingową. Często zapominamy o tym, że w relacjach zawodowych pochwałą są premie lub dobrze wykonana praca a nie słowa (w korporacjach, zapłatę ma nierzadko zastąpić duma z „zatrudnienia w firmie o znanej marce, w profesjonalnym zespole, który stworzył X,Y,Z itd. itp.”). Nie inaczej jest w polityce. Pochwałą jest zwiększenie zaufania społecznego a nie liczba poklepywań po plecach przez partyjnych kolegów. W mediach pochwały są metodą tworzenia autorytetu, medialnej osobowości, dla której warto włączyć telewizor i wybrać kanał, który na daną osobowość posiada wyłączność.

Jak widać istnieją okoliczności, w których „komplement” powinien nazywać się inaczej lub być traktowany z przymrużeniem oka. Czy niepubliczny komplement jest szczery? Z pewnością bywają sytuacje, w których chcemy je mówić i każdy pretekst jest dobry. Emocje, które ktoś chce lub chcemy komuś przekazać z pewnością zasługują na wzajemność. Dobre słowo nie kosztuje nic.


Bądźmy dobrzy dla tych,
którzy chcą być dla nas dobrzy

BRUTALNIE/HARTMAN

Etyk i filozof Jan Hartman, wieloletni badacz i autor licznych publikacji poruszających problematykę kazirodztwa wpadł na pomysły by przedstawić swoje wnioski w blogu. Gdy uczynił jak postanowił powstał rwetes nie lada, gdyż scena publiczna podzieliła się na kazirodców i antykazirodców… STOP! chwilka, chyba wdał się błąd. Jeszcze raz. Parlamentarzysta Jan Hartman, rozumiejący to, że działanie w polskiej polityce polega na podczepianiu się pod różnorodne sensacje w ramach „kto pierwszy ten lepszy”, zajął się świeżutkim jak pupa bobasa tematem zaimportowanym z Niemiec. Myślał, że będzie show, że znów zareklamuje kilka książek, a tu same ciosy i cenzura. „Moment!” – zdziwił się Jan – „Przecież zawsze tak było, co tym razem wam nie pasuje, o co chodzi?”. Sądząc po wypowiedziach i reakcjach przygodnych świadków Janowej publikacji, nikt nie wiedział o co chodzi. Efekt paraliżujący wywołało samo słowo „kazirodztwo” wsparte drugim słowem – najbardziej znienawidzonym w Polsce – „legalizacja”. Granat wpadł w szambo.

Byłem tym szczęściarzem, któremu dane było widzieć na żywe oczy tekst profesora, choć – przyznaję się – byłem uprzedzony, gdyż uważam, że nie można napisać niczego mądrego o czymś co pojawiło się kilka godzin wcześniej w tabloidach i jest głośne głównie z tego powodu, że dotyczy kwestii cieszących się wyjątkową estymą, a więc kwestii około-genitalnych. Tu wyrażam skruchę, gdyż w swojej naiwności sądziłem, że omówiono już wszystkie warianty tematyki, a tu, proszę – kazirodztwa jeszcze nie było. Mimo wszystko, zaciekawiło mnie to, jak mądrze o dupie napisze Jan Hartman. Skończyłem lekturę na „nadmiłości” (miłość zwykła spotęgowana bratnio-siostrzaną).

To nie pierwszy przypadek zbiorowego szaleństwa rozpętanego wokół niezbyt klarownego zrozumienia sedna. Kto nie wie jak było niechaj czyta: niemiecka Rada Etyki domagając się zmian w prawie starała się rozstrzygnąć przede wszystkim dość rzadką sytuację dorosłych braci i sióstr, którzy nierzadko nieświadomie (będąc np. adoptowanymi przez nieutrzymujące ze sobą kontaktu rodziny) zawarli związek małżeński, dorobili się dziatwy. Zgodnie z literą prawa dopuścili się przestępstwa. W Niemczech, bohater jednej z takich historii odbył bodajże 3-letni wyrok, co spowodowało rozbicie rodziny – bohater zwrócił się w tej sprawie do Strasburga.

Polakom jak zwykle popieprzyło się wszystko dokumentnie, choć bez premedytacji. Kazirodztwo kojarzymy na ogół z pedofilią w rodzinie oraz wykorzystywaniem seksualnym dojrzałych choć niepełnoletnich lub niepełnosprawnych pociech przez rodziców. To jest obrzydliwe i wcale nie dlatego, że urodzą się potwory (dowodów brak!), ale dlatego, że dochodzi do użycia przemocy lub nadużycia autorytetu przez najbliższą ofiarom osobę. W przypadku dorosłych braci i sióstr trudno dopatrzyć się znamion przemocy, wykorzystania, nadużycia autorytetu, etc., etc. To problem etyczny prawa, które ma chronić społeczeństwo a w tym podstawową jego komórkę – rodzinę – a nie być narzędziem egzekwowania nie całkiem przejrzystych tabu poprzez zamykanie ludzi w wiezieniach, co z pewnością rodzinom nie służy. Niemiecka Rada Etyki postulowała również o to, żeby nie karać niepełnoletnich rodzeństw, które „za obopólną zgodą” zdecydowały o współżyciu/doświadczeniach seksualnych. Ten postulat łatwo zrozumieć biorąc pod uwagę polskie poletko: 16-latkowie pod namiotem rozpoczynają współżycie i jest to legalne. Staje się karalne gdy osoby takie są spokrewnione. Z pewnością karanie tych drugich za ten sam czyn może zastanowić.
(Art, 201 KK)

W jakich koleinach ugrzęzła logika prof. Hartmana? Trudno dociec. Z bardzo konkretnego problemu prawnego zrobić problem filozoficzny, z którego wnioski mogą spokojnie służyć do dostrzegania nadmiłości np. w pedofilii?… hmmm. Koniec końców, ośmieszył się pan profesor, a następnie większość tych, którzy biorąc udział w efekcie śnieżnej kuli dopuścili się hartmanożerstwa (jak to trafnie określił bodajże Jacek Żakowski). Oni również, chyba nie zrozumieli w czym rzecz, a może nadzrozumieli.

lot_04
„Lot i jego córki”
Lazarus van der Borcht

GENDER, GŁUPIA!

Niedawno, pan Cejrowski zaprezentował modelowy wzorzec rodziny chrześcijańskiej na przykładzie plemienia Indian z Ameryki Pd. Mężczyzna-ojciec czeka, aż przypominająca kocmołucha żona przyniesie mu w misce smażone banany. Po posiłku, pan domu wydaje z siebie warknięcio-mruknięcie, które sprawia, że kocmołuch skulony niczym gejsza, zabiera pustą miskę sprzed oblicza swego pana i władcy. Cejrowski dodaje, że mruknięcie było jak najbardziej uprzejme, czyli, że to tylko takie lokalne „Kochanie, bardzo Cię proszę”.

Jestem facetem i nie przeczę, że to właściwy układ. Po to wymyśliliśmy niewolnictwo, służących, żony, psy, dzieci, maszyny, itd. gdyż mamy zbyt wiele powodów by nie ruszyć dupy, a szczególnie w przypadku spraw mało twórczych. Gender wprowadza zbyt wiele zamieszania w odwieczne prawa rządzące przyrodą. Niby, że jak? Że ksiądz miałby zasuwać z mopem w kościele? Kobieta ma sprzątanie, gotowanie, pranie czy prasowanie w genach – na tyle pozwala jej mózg. Mężczyzna stworzony jest do celów wyższych.

Wielkim nieporozumieniem jest twierdzenie, jakoby kobieta była bezbronna i nie posiadała środków oddziaływania. W czukockiej wiosce, skośnooki kocmołuch mówi do swojego starego: „zobaczysz, nie przyjdę do ciebie wieczorem”. Czukocki pan natychmiast zmienia nastawienie, a przecież mógłby dać żonie w ryj i ją zgwałcić. Czyż to, że wybiera inną drogę nie świadczy o głębokim szacunku?

Rola kobiet jest prosta i nie ma sensu niczego zmieniać. Uczenie chłopców sprzątania – czemu słusznie sprzeciwia się abp. Gądecki – to jakieś kuriozum. Chłopiec to chłopiec, nie może upodobniać się do dziewczynki. Do zatarcia różnic pomiędzy płciami prowadzi to całe gender. W takim Jemenie, gdy mężczyźni przeżuwając czuwaliczkę jadalną snują dalekosiężne plany destrukcji Izraela i reszty zgniłego świata, to kobiety mogą sobie poukładać w domu domino. Źle im? Za dobrze! – bo nie wiadomo czy chałupa zamieciona. Tylko ta zgniła Europa wymyśla coraz to głupsze rzeczy.

Do czego doprowadziło dawanie kobietom kolejnych praw? Uchylono furtkę roszczeń i ciągle słychać „więcej i więcej”. Może jeszcze zechcą, żeby mężczyźni im usługiwali albo rodzili dzieci? A one co? Będą sobie siedzieć i czekać aż ktoś przyniesie im miskę z bananami? Do czego to podobne?

woman666

ROZMOWA Z GÓRNIKIEM I INNE TAKIE

Czy zawsze stać nas na szczerość? Chyba nie. Spotkałem znajomego. Posiada niepełnosprawnego syna, przez lata pracował jako kierowca miejskiego autobusu. Takich uśmiechniętych ludzi lubi się od pierwszego spotkania, a po kilku piwach można zacząć rozglądać się za jakimiś końmi do wspólnego kradzenia. „Co tam słychać, jak leci? A dobrze, co u pana?”. Rozmowa toczy się spokojnym rytmem, „haha” i „a niech mnie”. Nagle pada: „bo wiesz, ja mam jeszcze tę górniczą emeryturę, trzy z kawałkiem i kłopot jest…”. Gdzieś pod skórą twarzy z trudem ukrywałem konsternację. Zamyślony potakiwałem tępo głową zastanawiając się czy powiedzieć mu co myślę? Dlaczego ty człowieku jesteś najgorszym obiektem do tej rozmowy? Z pewnością znacie to uczucie, kiedy nie chcecie kogoś zrazić swoją szczerością a jednocześnie nie potraficie pozostawić sprawy „na boku”. Ten niepełnosprawny dzieciak… Co innego popisać sobie w sieci „górnicy znów łańcuchami wydarli z ludzi kolejną kasę” a co innego wyrazić opinię w opisanej sytuacji. Nie siedział obok mnie rozjuszony związkowiec z nasto-tysięczną wypłatą, lecz pogodny człowiek, który przez lata woził bezpiecznie pasażerów, nie wspomniał słowem o tym jak to trudno pod ziemią i że się należy, no i ten jego chłopak. Nie jestem w stanie ocenić, czy te 3 i pół to dużo czy mało w jego sytuacji. Inni mają mniej, ale jeszcze inni mają jeszcze mniej niż ci, którzy mają mniej i można tak bez końca. Jak przejść do kwestii: „Widzisz, przez to, że masz więcej ja mam mniej”? I nawet gdyby z uwagi na długą przyjaźń przyznał mi rację, to należałoby przeprowadzić tysiące takich indywidualnych rozmów, by związkowcy usłyszeli od swoich: „nie szarpcie tego w ten sposób, nie-górnicy też chcą żyć”.

Zwolennikom rzucania prawdy w twarz polecam myśl Beniamina Franklina: „Jeśli wdajesz się w spory, dyskusje i kłótnie, możesz czasem osiągnąć zwycięstwo. Ale będzie to zwycięstwo próżne, ponieważ nigdy nie pozyskasz dobrej woli swojego oponenta. Zastanówmy się więc nad tym, co wolelibyśmy uzyskać: teatralne zwycięstwo w akademickiej dyskusji czy przychylność rozmówcy ? Rzadko da się osiągnąć i jedno, i drugie.„.

Dyplomacja to trudna sztuka i wbrew pozorom to właśnie ona zmienia, gdyż nie sprzyja generowaniu wrogów lecz sojuszników. Sytuacji takich jak ta opisana wcześniej, zdarza się mi ostatnimi czasy całkiem sporo. Przestało mnie bawić wymachiwanie sztandarem słusznej sprawy, postanowiłem przejść do konkretów, zmieniać realnie a nie jedynie o tym krzyczeć. Jakaś kobieta z tryumfem oznajmiła w sieci, że jej syn zawstydził się treścią testu na lekcji Wychowania Do Życia w Rodzinie, dlatego 90% klasy, która rzekomo miała podobne odczucia zrezygnowała z uczestnictwa w zajęciach.
Zapoznałem się z tekstem testu dołączonym na zdjęciu i rzeczywiście, sprawa była „delikatna”. Napisałem coś o tym, że lekcje WDŻWR są po to, by chronić dzieciaki m.in. przed własnymi sposobami na antykoncepcję typu coca-cola, że atmosfera w klasie jest zupełnie inna niż przy rodzicach, że dobry pedagog przekazuje te informacje jako wiedzę a nie pornograficzną sensacyjkę. Rozmówczyni zdawała się tryumfować z uwagi na reakcję klasy i swojego zawstydzonego 16-to latka. Pomyślałem o tym, że gdy inni rodzice wezmą przykład to projektowi „edukacji seksualnej” będzie można powiedzieć „bye, bye”. Jak odwrócić trend? Jak przekonać „zatroskaną mamę” do tego, że rozmowa o lokalizacji punktu G jest potrzebna jej synowi? A może przy samym przygotowaniu projektu „edukacji seksualnej” zabrakło dyplomacji i wprowadzono rzecz na siłę, bo tak jest postępowo i trendy? Zwycięstwo, gdy nikt nie będzie chodził na lekcje? Chyba nie tędy droga.

W przeciwieństwie do wielu polskich polityków, droga m.in. B. Obamy na szczyt prowadziła przez setki i tysiące takich rozmów. Nie chodzi o rozmowy w gronie poklepujących się po plecach zwolenników danej sprawy, ale wyjście do sceptyków, wejście do kościoła i mówienie o świeckim państwie i pluralizmie.

Polityka jest sztuką przekonywania do racji a nie ich narzucania. Wymuszenie zmiany bez przychylności tych, którym coś narzuca się nie daje trwałości. To właśnie z tego powodu, zachód preferuje dialog a nie wzajemne szczuciu i nacisk – cechy wschodu. Tylko czy w Polsce możliwy jest dialog? Kiedyś przedstawiciel Ruchu Palikota miał spotkać się z przedstawicielem ONR. Jako miejsce spotkania wybrano jedną z lubelskich uczelni co w założeniu miało zagwarantować nieco wyższy niż uliczny poziom wymiany argumentów (organizatorem było Studenckie Koło Dziennikarskie UMCS). Panowie podali sobie dłonie na powitanie, padło coś o „jak Polak z Polakiem”, jednak do rozmowy nie doszło. Gazeta Wyborcza (lokalny oddział) wywarł tak silną presję na władzach uczelni, że te odmówiły udostępnienia auli. Gazeta stwierdziła, że uczelnia nie jest właściwym miejscem do propagowania haseł nazistowskich, faszystowskich, homofobii, etc. Czy miało być o tym? Z tego co mi wiadomo, rozmowa pod hasłem „Oblicza polskiego patriotyzmu” miała dotyczyć także szans młodych ludzi, zatrudnienia, przedsiębiorczości, poparcia dla zmian w prawie służących temu celowi – mówiąc najprościej o zrobieniu czegoś „ponad podziałami”. Z zapisów rozmów przed budynkiem wynikało niezbicie, że w kwestiach światopoglądowych obaj panowie nie zamierzają iść na żadne ustępstwa, ale dyskusja o tym co łączy budziła zainteresowanie obu stron. Co przeraziło opiniotwórczą Wyborczą? Czy to, że dwie obce ideowo siły są w stanie dogadać się przeciwko polityce rządu? Czy wiecie o tym, że sprawą zainteresowały się również media katolickie, które pisząc o wydarzeniu nie zawarły żadnej inwektywy pod adresem Ruchu Palikota? Czyżby istniała potrzeba dialogu, tyle że dialog „komuś” przeszkadza? Cokolwiek sądzicie o tego typu inicjatywach, to dla mnie gest podania dłoni jest zdecydowanie lepszy niż „wyrzynanie” się w trakcie marszy niepodległości. Zawsze to jakaś zmiana kształtu polemiki, ale jak widać, w pewnych środowiskach uznaje się, że lepsze są płonące tęcze i kamienie.

gast67

MĄDRZEJEMY! – albo…

Z pozytywnym zaskoczeniem przyjmuję wiadomości o setkach tysięcy PLN utopionych w kampaniach do PE przez wszystkie partie polityczne. W przegranych kandydatów włożono naprawdę sporo i świadczyć to może o trzech sprawach. Pierwsza: jestem złośliwy i cieszę się z tego, że zmarnowano „nasze” pieniądze, druga: ludzie zmądrzeli i nie dali wiary kampanijnym lepom, trzecia: agencje marketingowe nie potrafią oddziaływać. Ten trzeci powód ma nawet techniczne uzasadnienie, gdyż sporą część wyborczych promocji prowadziły firmy powiązane z politykami, a więc nie była ważna jakość i skuteczność lecz numer konta agencji.

Skutecznym piarowcem okazał się Igor Ostachowicz, który zajmując się wizerunkiem Donalda Tuska zaprowadził go do Brukseli, za co otrzymał pracę w Orlenie. Oznaczać to może swoistą poprawę, czyli to, że politycy są współcześnie oceniani za całokształt działań a nie wyłącznie za uśmiechniętą twarz i wyborczy slogan na plakacie. Jednak przy Donaldzie Tusku warto zadać pytanie: jak to możliwe, że jego promocja udała się lepiej poza Polską niż w Polsce? Doczytałem gdzieś, że sednem sukcesu było prezentowanie pozytywnego wizerunku premiera i jego osiągnięć w prestiżowych mediach zachodnich, więc mimochodem „promocja Polski” zmieniła się tam w „promocję rządzących”.

Promocję Rosji, również ograniczono do Moskwy. Moskwa-Rosja bogaci się, wkracza nowoczesność, itd. itd. Gdzieś jedynie na nizinach pojawiają się głosy: „pojedź 50 km pod Moskwę a zobaczysz jak się żyje”. O Polsce można powiedzieć podobnie, jednak warto podkreślić, że entuzjazm miał dotknąć zagranicznych inwestorów, czyli tych, którzy postawią w Polsce kolejne Lidle lub wykupią koleje. Przyciąganie zachodnich inwestorów jako sposobu na wzrost jest jednym z ekonomicznych dogmatów przed którymi klęka się i nie dyskutuje, dlatego pozostawię tę kwestię rozważaniom JKM, który zapewne zaproponuje rodzimą prywatyzację bez poinformowania ludu o tym, że chodzi o sprywatyzowanie przez niego a nie przez lud, bo przecież w drugim przypadku nastąpiłby narodowy-socjalizm a tego nie chcemy, o nie.

Wróćmy do nieudanych promocji wyborczych. Jak widać, ocena polityki w Polsce przestała zależeć od marketingu czyli uciążliwego wmawiania masom stanu rzeczywistego gdyż stan rzeczywisty od niego nieco odbiega (nie ma w tym zdaniu pomyłki). Polacy tracą ducha i przestają wierzyć w zmiany. Expose Ewy Kopacz, odpowiedzi Elżbiety Bieńkowskiej przed komisją a nawet przecieki z podsłuchów z Sowy, stanowią kompleksową odpowiedź na pytanie pt. „Czego nie zrobiliśmy przez te siedem lat”. Z uwagi na to, że wskazane problemy podawane są jako priorytety przed każdymi wyborami a następnie pojawia się cisza, przestaje dziwić, że traktujemy je z przymrużeniem oka.

Czy w wyborach samorządowych pomoże „apolityczność”? Wydaje się, że w realiach obecnego obiegu informacji to się nie uda. Bezpartyjnych kandydatów zbyt łatwo sprawdzić i odkryć, że ich neutralność pojawiła się tuż przed wyborami. Jakaś grupa wyborców oczywiście ulegnie tym zaklęciom, ale trudno spodziewać się, że będzie to znaczna grupa. O efekcie wyborów przesądzą jak zwykle ślepe i głuche betony partyjne (coraz mniej liczne), oraz podkupieni emeryci, nauczyciele i górnicy, ale czy to znaczy że mądrzejemy?

voth