PALIKOT I CIERŃ W DUPIE

by romskey

Nie lubię pisać nekrologów, gdyż od kiedy pamiętam czułem awersję do ludzi, którzy do zabawnych memów w sieci dorzucali info o zejściu tego czy owego. Jakoś nie pasowało mi to do kolorowego internetowego autobusu, choć z drugiej strony zawsze był to jakiś news, tylko jak dać za niego „lajka”? Dziś sam muszę o czymś takim napisać, więc pozostaje mi prosić Was o wyrozumiałość.

Choć doskonale radziłem sobie z wieszczeniem sukcesów różnych inicjatyw to przy polityce mój dar zawieszał się. Polityka działa wg. niepojętych reguł, a raczej reguł, które nie funkcjonują na ulicy, w kulturze, sporcie czy biznesie. Nakłady pracy, środków, zaangażowania i talentu nie mają znaczenia. O zwycięstwie lub porażce decydują bliżej nieokreślone czynniki i nie ma co wymądrzać się – gdyby te czynniki były znane to projekty pt. „partia polityczna” były zawsze udane i twórcze.

Palikot
(tutaj pozostawiam czas na dłuuugie westchnienie i chwilę zadumy)

Pozwólcie, że dla zbudowania dystansu poprowadzę Was przez pewien proces. Gdy wybuchła Wiosna Arabska, byłem pełen entuzjazmu. Wyraziłem poparcie dla ruchów wolnościowych, które rozkwitły w świecie dyktatur. Nie liczyłem na jakąś demokratyczną eksplozję w formacie norweskim czy kanadyjskim, ale z pewnością wyzwolenie i samostanowienie jest krokiem z szeroką perspektywą i dopiero potem można obmyślać jak to wszystko spieprzyć. Wówczas, mało kto mówił o obalaniu demokratycznie wybranych prezydentów, gdyż obrona Kadafiego czy Mubaraka zakrawałaby na ironię. Widok ściskających się uśmiechniętych ludzi doskonale kontrastował z wywożącymi złoto cwaniakami, którzy z różnorodnych przyczyn dzierżyli władzę niekiedy przez 40 lat. Owszem, z wesołością przyjąłem m.in. fakt zaproszenia przez Tunezyjczyków Lecha Wałęsy jako demokratycznego doradcy z matką boską w klapie. Nie miałem przekonania co do demokratycznych wartości, które miałby przekazać nasz prezydent muzułmanom, jednak sam fakt dojrzenia w nim swoistego pierwowzoru wolnościowych przemian było budujące. Wybór ludowego rewolucjonisty Wałęsy potwierdzał kierunek w którym zmierza Wiosna i który to kierunek popierałem.

Kwestia doradztwa ma tutaj duże znaczenie. Pragnący wolności ludzie zapraszają tych, którzy kojarzą się im z wolnością. Jednak do zaproszonych podłącza się cały sztab „specjalistów” mających dość rozległe i nie całkiem oczekiwane przez zapraszających ambicje. Skutkiem tego podłączania było to, że Wiosna w Egipcie rozgrywała się już pod hasłem: „To nasza rebelia, nie potrzebujemy żadnej pomocy”. Cóż, jak samostanowienie to samostanowienie – życzyłem rebeliantom szczęścia na nowej samodzielnej drodze pod górkę. Mój optymistyczny duch został jednak dość szybko wystawiony na próbę. Okazało się bowiem, że nie wszyscy życzymy tym ludziom szczęścia. Grupa publicystów związanych z Izraelem zaczęła dawać do zrozumienia światowej opinii publicznej, że dyktatury były dobre dla Tunezyjczyków. Libijczyków czy Egipcjan, ponieważ były dobre dla Izraela. Publicyści owi, bardzo szybko roztoczyli wizję przejęcia władzy w tych krajach przez zwyrodniałych Braci Muzułmanów, wieszcząc wielkie zagrożenie dla siebie i światowego pokoju oraz stabilności. Na moich oczach globalne poparcie dla Wiosny zmieniało się w globalny sceptycyzm. I owszem. W krajach pozostawionych na pastwę losu coraz głośniej odzywali się religijni radykałowie mający aspirację szariatowego uporządkowania po-wiosennej rzeczywistości. Zachód zachowywał dystans, Izrael wieścił apokalipsę a głos wolności cichł. Nietrudno domyślić się, że zbyt długi czas tego zawieszenia nie spodoba się ludziom. Rewolucyjną euforię zaczęły wypierać problemy bytowe, a tam gdzie jest „bieda” to łatwiej o wewnętrzne konflikty i zauważanie twardoramiennych wyzwolicieli na białych koniach. Izrael tryumfował: „A nie mówiłem?”. Zgoda Izraelu, ale zamiast wsparcia, pokazaliśmy tym ludziom wała. Nie podjęliśmy wystarczających kroków by stabilizować sytuację, zawiązać nowe stosunki, pomóc. Ilekroć ktoś mówił o pomocy, można było usłyszeć, że płynie do tych, którzy są wrogami Izraela(!). Naprawdę cierpki i oddziałujący argument.

O dziwo, podobną przestrogę przed rebeliantami usłyszał swojego czasu Lech Wałęsa, który został zaproszony przez ruch Okupujących Wall Street. Lech Wałęsa zrezygnował z wyjazdu i poparcia, gdyż dowiedział się z listu otrzymanego od życzliwego wpływowego amerykańskiego konserwatysty, że okupujący Wall Street to zboki, ćpuny i pedały a do tego przyjaciele Al-Kajdy. Dokładnie: „ruch szkolili i zorganizowali anarchiści, Kod Różowy (Code Pink – tamtejsze „gendery” – przyp.aut.), amerykański ruch komunistyczny, dżihadyści, anty-Izraelici, socjaliści itd. będący jeszcze bardziej na lewo niż Obama”. Lech Wałęsa w obliczu tych informacji, nie tylko nie spotkał się z Obamą gdy ten odwiedził Polskę, ale poparł też pewnego centroprawicowego gubernatora z Illinois, zdecydowanego przeciwnika czynienia ze Stanów kraju socjalistycznego przez indonezyjskiego Murzyna.

Czy Wiosnę Arabską zorganizował Osama bin Laden, ruch Occupy Wall Street pedofile i antysemici, a ukraiński Majdan naziści? Pozostawiam odpowiedź Wam. Ruch Palikota spotkał podobny los. Na skutek podobnych życzliwych i medialnych zabiegów, jako fan i zwolennik „kruszenia politycznego betonu i większego wpływu obywateli na kształtowanie polityki państwa” poczułem się: entuzjastą wymachiwania plastikowym kutasem, koneserem barłogu słownego, sympatykiem syna szmalcownika, zwolennikiem gróźb karalnych, przyjacielem oszusta i złodzieja, domowego boksera, człowieka bez wizji, pajaca, osoby chcącej dawać przedszkolakom narkotyki i uprawiać z nimi seks, itd., itp. Gdzieś w przeciekach usłyszałem, że w gronie dziennikarzy słusznej linii pojawiła się cicha zmowa dotycząca niepisania pochlebnych rzeczy o Palikocie a medialna rzeczywistość dowodziła, że coś jest na rzeczy. Podobieństwo polityka do muchy, którego można zabić gazetą, okazało się dość wiarygodne. Ruch tracił zaufanie z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc.

Przypisanie klęski wyłącznie siłom zewnętrznym, byłoby jednak niesprawiedliwe. Ruch Palikota poważnie pracował na rzecz własnego rozbicia. Opuszczający z własnej woli czy wyrzuceni ze struktur ludzie (niski szczebel) dzielili się swoimi wrażeniami w mediach społecznościowych. Mówili o partii wodzowskiej, braku komunikacji z górą, ignorancji dla oddolnych projektów, dzikiej walce o władzę na wszystkich szczeblach i masie idiotów, którzy znaleźli sobie w Ruchu ciepły kącik. Nie miałem powodów by nie wierzyć. Każda ludzka struktura podlega siłom ludzkich namiętności (władza, majątek, terytorium) i nawet po odcedzeniu z tych relacji „żalów przegranego” czy „eksperckich” ocen, stan zwartości szeregów partii wyglądał dość słabo. W tle, partia anty-systemowa zmieniała się w partię hierarchiczną, podlegającą prawom polskiej partyjnej ekonomii i funkcjonalności (subwencje, public relations, pęd do absolutnej władzy dającej moc zmian, itd). Czy coś zostało z haseł, idei? Coraz trudniej było je dostrzec. To co wydawało się świeże kilka lat temu, nie było już tak świeże kilka lat później. Ruch Palikota dość konserwatywnie trzymał się własnego niedopracowanego „mitu założycielskiego” jakby nie dostrzegając, że wiele spraw zostało publicznie przedyskutowanych i należy uczynić jakiś kreatywny krok do przodu. Elastyczność Ruchu w tym zakresie była praktycznie zerowa. Dodajmy brak medialnego wyrobienia, który przynosił jastrzębiom Ruchu sporo porażek wizerunkowych w telewizyjnych potyczkach. Dorzućmy miotanie się przywódcy, który chciał być zarówno gołębiem i jastrzębiem, ikoną ruchu a jednocześnie „zwykłym człowiekiem”. Wyrazistość Ruchu stała wciąż pod znakiem zapytania a utożsamianie się z ideą, partią i liderem było zdecydowanie trudne. Nie rozwijam już tematu braku postępów w realizacji postulatów wynikający z blokowania przez sejm czy absurdalnych sojuszy a przynajmniej na absurdalnych warunkach.

Co z ideami, które poprałem?

Co z świeckim, tolerancyjnym państwem, państwem dobrego prawa, przyjaznym dla przedsiębiorców, państwem inwestującym w kulturę, dotującym obywatelski rozwój, odbiurokratyzowanym, czerpiącym z najlepszych wzorców? Inwestowanie wyborczego głosu w Twój Ruch balansujący w obszarze kilku procent zaufania, wydaje się tym samym co pisanie notki, której nikt nie przeczyta. Nie widać na politycznym morzu alternatywnego, przyjaznego lądu. Głos o „nowym otwarciu” dobiegający z przeciekającej łódeczki Palikota, brzmi co najwyżej komicznie by nie użyć adekwatniejszych określeń. Zbojkotować wybory samorządowe skoro najchętniej te 3/4 sejmikowo-wojewódzkiej bandy posłałbym na bezrobocie? Zbojkotować parlamentarne i prezydenckie? Pozwolić na rozwój lokalnego ISIS spod znaku PiS czy Korwina? O nie, nie pójdę tym tropem. Nie mam zamiaru wybierać mniejszego zła. Wiosna Arabska, Occupy Wall Street, Majdan, Palikot – być może muszę czegoś jeszcze nauczyć się, a konkretnie tego, że sama wiara w normalność nie wystarczy. Jedna rzecz uwiera mnie jak cierń w dupie: jak to udało się Niemcom, Norwegom czy Kanadyjczykom?

cern

Reklamy