Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Wrzesień, 2014

PALIKOT I CIERŃ W DUPIE

Nie lubię pisać nekrologów, gdyż od kiedy pamiętam czułem awersję do ludzi, którzy do zabawnych memów w sieci dorzucali info o zejściu tego czy owego. Jakoś nie pasowało mi to do kolorowego internetowego autobusu, choć z drugiej strony zawsze był to jakiś news, tylko jak dać za niego „lajka”? Dziś sam muszę o czymś takim napisać, więc pozostaje mi prosić Was o wyrozumiałość.

Choć doskonale radziłem sobie z wieszczeniem sukcesów różnych inicjatyw to przy polityce mój dar zawieszał się. Polityka działa wg. niepojętych reguł, a raczej reguł, które nie funkcjonują na ulicy, w kulturze, sporcie czy biznesie. Nakłady pracy, środków, zaangażowania i talentu nie mają znaczenia. O zwycięstwie lub porażce decydują bliżej nieokreślone czynniki i nie ma co wymądrzać się – gdyby te czynniki były znane to projekty pt. „partia polityczna” były zawsze udane i twórcze.

Palikot
(tutaj pozostawiam czas na dłuuugie westchnienie i chwilę zadumy)

Pozwólcie, że dla zbudowania dystansu poprowadzę Was przez pewien proces. Gdy wybuchła Wiosna Arabska, byłem pełen entuzjazmu. Wyraziłem poparcie dla ruchów wolnościowych, które rozkwitły w świecie dyktatur. Nie liczyłem na jakąś demokratyczną eksplozję w formacie norweskim czy kanadyjskim, ale z pewnością wyzwolenie i samostanowienie jest krokiem z szeroką perspektywą i dopiero potem można obmyślać jak to wszystko spieprzyć. Wówczas, mało kto mówił o obalaniu demokratycznie wybranych prezydentów, gdyż obrona Kadafiego czy Mubaraka zakrawałaby na ironię. Widok ściskających się uśmiechniętych ludzi doskonale kontrastował z wywożącymi złoto cwaniakami, którzy z różnorodnych przyczyn dzierżyli władzę niekiedy przez 40 lat. Owszem, z wesołością przyjąłem m.in. fakt zaproszenia przez Tunezyjczyków Lecha Wałęsy jako demokratycznego doradcy z matką boską w klapie. Nie miałem przekonania co do demokratycznych wartości, które miałby przekazać nasz prezydent muzułmanom, jednak sam fakt dojrzenia w nim swoistego pierwowzoru wolnościowych przemian było budujące. Wybór ludowego rewolucjonisty Wałęsy potwierdzał kierunek w którym zmierza Wiosna i który to kierunek popierałem.

Kwestia doradztwa ma tutaj duże znaczenie. Pragnący wolności ludzie zapraszają tych, którzy kojarzą się im z wolnością. Jednak do zaproszonych podłącza się cały sztab „specjalistów” mających dość rozległe i nie całkiem oczekiwane przez zapraszających ambicje. Skutkiem tego podłączania było to, że Wiosna w Egipcie rozgrywała się już pod hasłem: „To nasza rebelia, nie potrzebujemy żadnej pomocy”. Cóż, jak samostanowienie to samostanowienie – życzyłem rebeliantom szczęścia na nowej samodzielnej drodze pod górkę. Mój optymistyczny duch został jednak dość szybko wystawiony na próbę. Okazało się bowiem, że nie wszyscy życzymy tym ludziom szczęścia. Grupa publicystów związanych z Izraelem zaczęła dawać do zrozumienia światowej opinii publicznej, że dyktatury były dobre dla Tunezyjczyków. Libijczyków czy Egipcjan, ponieważ były dobre dla Izraela. Publicyści owi, bardzo szybko roztoczyli wizję przejęcia władzy w tych krajach przez zwyrodniałych Braci Muzułmanów, wieszcząc wielkie zagrożenie dla siebie i światowego pokoju oraz stabilności. Na moich oczach globalne poparcie dla Wiosny zmieniało się w globalny sceptycyzm. I owszem. W krajach pozostawionych na pastwę losu coraz głośniej odzywali się religijni radykałowie mający aspirację szariatowego uporządkowania po-wiosennej rzeczywistości. Zachód zachowywał dystans, Izrael wieścił apokalipsę a głos wolności cichł. Nietrudno domyślić się, że zbyt długi czas tego zawieszenia nie spodoba się ludziom. Rewolucyjną euforię zaczęły wypierać problemy bytowe, a tam gdzie jest „bieda” to łatwiej o wewnętrzne konflikty i zauważanie twardoramiennych wyzwolicieli na białych koniach. Izrael tryumfował: „A nie mówiłem?”. Zgoda Izraelu, ale zamiast wsparcia, pokazaliśmy tym ludziom wała. Nie podjęliśmy wystarczających kroków by stabilizować sytuację, zawiązać nowe stosunki, pomóc. Ilekroć ktoś mówił o pomocy, można było usłyszeć, że płynie do tych, którzy są wrogami Izraela(!). Naprawdę cierpki i oddziałujący argument.

O dziwo, podobną przestrogę przed rebeliantami usłyszał swojego czasu Lech Wałęsa, który został zaproszony przez ruch Okupujących Wall Street. Lech Wałęsa zrezygnował z wyjazdu i poparcia, gdyż dowiedział się z listu otrzymanego od życzliwego wpływowego amerykańskiego konserwatysty, że okupujący Wall Street to zboki, ćpuny i pedały a do tego przyjaciele Al-Kajdy. Dokładnie: „ruch szkolili i zorganizowali anarchiści, Kod Różowy (Code Pink – tamtejsze „gendery” – przyp.aut.), amerykański ruch komunistyczny, dżihadyści, anty-Izraelici, socjaliści itd. będący jeszcze bardziej na lewo niż Obama”. Lech Wałęsa w obliczu tych informacji, nie tylko nie spotkał się z Obamą gdy ten odwiedził Polskę, ale poparł też pewnego centroprawicowego gubernatora z Illinois, zdecydowanego przeciwnika czynienia ze Stanów kraju socjalistycznego przez indonezyjskiego Murzyna.

Czy Wiosnę Arabską zorganizował Osama bin Laden, ruch Occupy Wall Street pedofile i antysemici, a ukraiński Majdan naziści? Pozostawiam odpowiedź Wam. Ruch Palikota spotkał podobny los. Na skutek podobnych życzliwych i medialnych zabiegów, jako fan i zwolennik „kruszenia politycznego betonu i większego wpływu obywateli na kształtowanie polityki państwa” poczułem się: entuzjastą wymachiwania plastikowym kutasem, koneserem barłogu słownego, sympatykiem syna szmalcownika, zwolennikiem gróźb karalnych, przyjacielem oszusta i złodzieja, domowego boksera, człowieka bez wizji, pajaca, osoby chcącej dawać przedszkolakom narkotyki i uprawiać z nimi seks, itd., itp. Gdzieś w przeciekach usłyszałem, że w gronie dziennikarzy słusznej linii pojawiła się cicha zmowa dotycząca niepisania pochlebnych rzeczy o Palikocie a medialna rzeczywistość dowodziła, że coś jest na rzeczy. Podobieństwo polityka do muchy, którego można zabić gazetą, okazało się dość wiarygodne. Ruch tracił zaufanie z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc.

Przypisanie klęski wyłącznie siłom zewnętrznym, byłoby jednak niesprawiedliwe. Ruch Palikota poważnie pracował na rzecz własnego rozbicia. Opuszczający z własnej woli czy wyrzuceni ze struktur ludzie (niski szczebel) dzielili się swoimi wrażeniami w mediach społecznościowych. Mówili o partii wodzowskiej, braku komunikacji z górą, ignorancji dla oddolnych projektów, dzikiej walce o władzę na wszystkich szczeblach i masie idiotów, którzy znaleźli sobie w Ruchu ciepły kącik. Nie miałem powodów by nie wierzyć. Każda ludzka struktura podlega siłom ludzkich namiętności (władza, majątek, terytorium) i nawet po odcedzeniu z tych relacji „żalów przegranego” czy „eksperckich” ocen, stan zwartości szeregów partii wyglądał dość słabo. W tle, partia anty-systemowa zmieniała się w partię hierarchiczną, podlegającą prawom polskiej partyjnej ekonomii i funkcjonalności (subwencje, public relations, pęd do absolutnej władzy dającej moc zmian, itd). Czy coś zostało z haseł, idei? Coraz trudniej było je dostrzec. To co wydawało się świeże kilka lat temu, nie było już tak świeże kilka lat później. Ruch Palikota dość konserwatywnie trzymał się własnego niedopracowanego „mitu założycielskiego” jakby nie dostrzegając, że wiele spraw zostało publicznie przedyskutowanych i należy uczynić jakiś kreatywny krok do przodu. Elastyczność Ruchu w tym zakresie była praktycznie zerowa. Dodajmy brak medialnego wyrobienia, który przynosił jastrzębiom Ruchu sporo porażek wizerunkowych w telewizyjnych potyczkach. Dorzućmy miotanie się przywódcy, który chciał być zarówno gołębiem i jastrzębiem, ikoną ruchu a jednocześnie „zwykłym człowiekiem”. Wyrazistość Ruchu stała wciąż pod znakiem zapytania a utożsamianie się z ideą, partią i liderem było zdecydowanie trudne. Nie rozwijam już tematu braku postępów w realizacji postulatów wynikający z blokowania przez sejm czy absurdalnych sojuszy a przynajmniej na absurdalnych warunkach.

Co z ideami, które poprałem?

Co z świeckim, tolerancyjnym państwem, państwem dobrego prawa, przyjaznym dla przedsiębiorców, państwem inwestującym w kulturę, dotującym obywatelski rozwój, odbiurokratyzowanym, czerpiącym z najlepszych wzorców? Inwestowanie wyborczego głosu w Twój Ruch balansujący w obszarze kilku procent zaufania, wydaje się tym samym co pisanie notki, której nikt nie przeczyta. Nie widać na politycznym morzu alternatywnego, przyjaznego lądu. Głos o „nowym otwarciu” dobiegający z przeciekającej łódeczki Palikota, brzmi co najwyżej komicznie by nie użyć adekwatniejszych określeń. Zbojkotować wybory samorządowe skoro najchętniej te 3/4 sejmikowo-wojewódzkiej bandy posłałbym na bezrobocie? Zbojkotować parlamentarne i prezydenckie? Pozwolić na rozwój lokalnego ISIS spod znaku PiS czy Korwina? O nie, nie pójdę tym tropem. Nie mam zamiaru wybierać mniejszego zła. Wiosna Arabska, Occupy Wall Street, Majdan, Palikot – być może muszę czegoś jeszcze nauczyć się, a konkretnie tego, że sama wiara w normalność nie wystarczy. Jedna rzecz uwiera mnie jak cierń w dupie: jak to udało się Niemcom, Norwegom czy Kanadyjczykom?

cern

Reklamy

WIECIE DLACZEGO NIE PISZĘ?

W czasie letniej przerwy i chwilę potem zaszyłem się trochę w różnych źródłach odkrywając tak niesamowite historie, że publiczne zestawianie ich z tym „co powszechnie wiadomo” wydaje się dalece ryzykowne. Przykład: Żydzi aszkenazyjscy nie są Żydami choć są żydami ale nie do końca co oznacza, że „żydokomuna” jest fikcją. Dwa: chrześcijaństwo było pierwotnie religią kobiet a prawo zwyczajowe w kulturze klasycznej zmroziłoby nam krew. Przedsiębiorca nie jest wrogiem pracownika a większość wałków wobec organów państwa i banków jest moralnie usprawiedliwiona. Nie rozwijam już tego, że zastanawiając się nad swoimi przekonaniami politycznymi wyszło mi, że jestem narodowym socjalistą z zastrzeżeniem, że hitleryzm z narodowym socjalizmem nie miał niczego wspólnego, ponieważ był zbitką rasistowskich uprzedzeń, dzięki którym ambitny kapral zamierzał spełnić swoje przerośnięte oczekiwania. Nie wymieniam wszystkich odkryć abyście nie pomyśleli, że zwariowałem. Chodzi mi wyłącznie o to, że zrozumiałem dlaczego wiedza tak przerażała wszelkich dyktatorów (nawet tych umiarkowanych): wiedza po prostu obraca w proch wszystko co wytwarzają.

Oczywiście byłby to zbyt prosty sposób na obalanie dyktatur. Tu, w obiegu opinii, dokonuje się konfrontacja z przekonaniami Bosaka czy innego gałgana, który w oparciu o swoje wierzenia podważa np. wiedzę biologa. Rozmiary zbiorowej szajby są znaczne a wielki krok w tym kierunku uczynił m.in. Korwin-Mikke. Wynalazł bowiem sposób na uniknięcie wymiany argumentów poprzez podważenie globalnego systemu edukacji – wg. jego opinii tworu lewackiego czyli skrajnie ideologicznie skrzywionego. Dlaczego mu się to udało? Cóż, kolejna sprawa: nie wszystko co widzimy jest prawdą. Słońce nie krąży wokół Ziemi, choć niemal codziennie (gdy bezchmurne jest niebo) obserwujemy dowód na idiotyczność astronomii. Dlatego.

Niepokoi mnie myśl o skutkach programu nauczania, który stworzyłbym będąc np. ministrem edukacji. Skutki mogłyby być właściwie dwa. Pierwszy w mikroskali poznał mój znajomy, który postanowił nauczać młódź prawdy historycznej bez chrześcijańsko-patriotycznego zacięcia. Po kilku wizytach na dywaniku u dyrektora zajął się docieplaniem dachów. Drugi skutek, bardziej ambitny to taki, który wiązałby się z wywarciem realnego wpływu na masową świadomość i tu, zamiast klarownych odpowiedzi pojawiłby się całkowity świadomościowy chaos.

… a ludzkość uwielbia stabilność, głównie teoretyczną, gdyż tworzoną na potrzeby poczucia stabilności a nie stabilności realnej. Wyróżniamy nawet dwa jej kluczowe oblicza: stabilność ludową – którą reguluje religia, oraz stabilność naukową regulowaną przez system edukacji. W obu przypadkach poddany nawracaniu osobnik, musi brać większość przekazywanych mu prawd na wiarę. Jednak woli to, gdyż lepsza wiara w „coś” niż rzeczywistość, która istnieniu „coś” przeczy.

Władza, która nie potrafi stwarzać krzepiących fikcji, kończy się

Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że internet wyrządził nam rewolucję. Dostęp do wiedzy i niewiedzy stał się tak szybki i potężny, że dorobek wszystkich znanych kreatorów zbiorowych świadomości stał się niewarty funta kłaków. „Co z cywilizacją…?” – pytam sam siebie, dziwiąc się, że w ogóle zadaję sobie to pytanie. Czy lepiej trwać w krzepiącym i zapewniającym stabilność ogłupieniu, czy wypłynąć na szerokie nieznane wody ryzykując masowe zatonięcie?

Konserwatyści ukuli niegdyś radę: „Nie myśl, tylko wykonuj rozkazy”. Pod pewnymi względami jest to podejście słuszne, bo gdy zaczniesz zastanawiać się, możesz dojść do wniosku, że ludzie siedzący po drugiej stronie w okopach, tak naprawdę niczym nie różnią się od Ciebie i tak samo chcą wrócić do domów zdrowi i cali. Gdy najdzie Cię taka refleksja ogłosisz pokój, a co z niezaspokojoną potrzebą władzy, majątku i terytoriów Twoich dowódców i kapłanów?
Dokonuje się „czas przełomu”, podobny do tego, który oddzielił niegdyś wieki ciemne od wieków nieco jaśniejszych. Kończą się dzieje „wielkiej polityki” i nawet nie dlatego, że polityka jako taka się kończy, kończy się wiara w to, że ona kiedykolwiek była wielka.

old_world

KLUCZE DO ŚMIERCI

Gdybym starał się przekonać Was do tego, że wyeliminowanie Adama Hofmana z życia politycznego oznaczałoby likwidację PiS i związanych z nią problemów, popukalibyście się w czoła. Gdy jednak, ktoś wydaje wojnę pijanym kierowcom uznajemy to za epokowy krok pomimo wiedzy o tym, że liczba wypadków z udziałem nietrzeźwych stanowi zaledwie ok. 10% (wg. statystyk policyjnych). Gdy podjąłem ten wątek w trakcie jednej z rozmów – starając się ująć szerszą perspektywę czyli pozostałe 90% – zostałem kilka razy zagadnięty o to, dlaczego tak bronię tych pijanych? Zdziwiłem się, choć zrozumiałem, że zostałem odebrany jako ktoś kto chce odciągnąć uwagę od „głównego oskarżonego”. Cóż, główny oskarżony jest winny 1 na 10 zabójstw. Czy nie interesuje Was kto popełnia pozostałych 9?

We Francji ustalono, że ponad 30% wypadków spowodowanych jest „przyśnięciem za kółkiem”, zmęczeniem, stresem, dekoncentracją. W Wielkiej Brytanii mówi się o ok. 30% wypadków wywołanych brawurą kierowców. Pozostałe 20% to zapewne niesprawność samochodów, nieznajomość przepisów, przyczyny atmosferyczne, ludzkie błędy (kierowców i przechodniów), schorzenia, itd. itd.

Posypały się liczne przykłady i usprawiedliwienia dla zmęczonych rodaków, którzy „muszą”, na co odparłem, że przeciążenie ludzi jest poważnym problemem społecznym, jednak nie można tak do tego podchodzić. Kto czuje się zmęczony i siada za kółko staje się takim samym potencjalnym mordercą jak ktoś kto wypija piwo przed trasą. „No ale zmęczony nie chce nikogo zabić” – usłyszałem argument. „A pijany chce?”.

Na tym właśnie polega budowanie realnej świadomości, by ludzie wiedzieli, że zmęczenie, brawura, pośpiech, chęć popisania się czy wymuszanie pierwszeństwa przez pieszych (także bywających pod wpływem – ok. 10% wypadków) również przynoszą wiele śmierci. Choć ściganie kierowców na podwójnym gazie jest takie moralne, rozgrzeszające oraz dobrze brzmi, to warto czasem przyjrzeć się również sobie – to okazuje się najtrudniejsze.

crash
(photo:thelifeofcameron.blogspot.com)

PRAWO DZIECKA

Temat wraca co jakiś czas. Stroskany ojciec pyta co zrobić, gdy niezapisane na religię dziecko jest wzywane przez księdza na rozmowę? Czy powinno pójść, czy może rodzic powinien odwiedzić księdza, ale czy to nie odbije się później na dziecku? Reagować w takich przypadkach agresywnie, dyplomatycznie, pójść na ugodę?

Dziecko stające się kartą przetargową w światopoglądowych sporach jest najsłabszym ogniwem i nierzadko najbardziej poszkodowanym. Jest na ogół zbyt małe, by zrozumieć religię, świeckość, by zrozumieć swoją sytuację i jaki wpływ ta sytuacja wywiera na otoczenie. Rola szkolnego outsidera niesie ze sobą różnorodne skutki, w tym także te negatywne, gdyż rodzice nie zastąpią rówieśników. O tym pamiętać powinniśmy wszyscy.

Wprowadzenie religii do szkół i nadanie katechetom statusu nauczyciela było momentem, w którym kościół wszystkim inaczej myślącym powiedział „szach!”. Nie jest to położenie negocjacyjne, tym bardziej, że „zakładnikami” są dzieci. W przypadku szachu możliwa jest ucieczka, zablokowanie przeciwnika, lub poddanie się. Podjęcie właściwej decyzji zależy od układu bierek (pionków i figur) na szachownicy.
Czy potrafimy jednym ruchem ochronić króla i zaszachować przeciwnika zmuszając go do defensywy? Mógłbym pozostawić Was z tym pytaniem, choć podzielę się kilkoma moim zdaniem wartymi uwagi kwestiami.

Tak ogólnie, „inaczej myślący” nie mają najmniejszej ochoty grać z kościołem w szachy. Udział w grze wymusił kościół, gdyż do pojedynku zaprasza się zazwyczaj słabszych. Celem „inaczej myślących” powinno być raczej zniechęcenie kościoła do prowadzenia dalszej gry a realizacja takiego celu nie musi rozegrać się na szachownicy. Wśród szachistów znana jest opowieść o człowieku, który doprowadził rywala na krawędź wytrzymałości psychicznej co spowodowało, że poddał grę. Metoda była zasadniczo ohydna. Bohater opowieści m.in. wydłubywał sobie brud spod paznokci a następnie tą samą zapałką dłubał w zębach. Nie musimy sięgać po aż tak wymyślne metody.

Szkołę poddało państwo z przeciętną aprobatą obywateli. Szkoła stała się szachownicą i jest miejscem w którym kościół czuje się pewnie. Walka na terenie przeciwnika rokuje słabo. Opuśćmy szachownicę. W rzeczonej sprawie, ksiądz-katecheta uważany przez polskie prawo za pedagoga potencjalnie posiada prawo zaprosić ucznia na rozmowę, jednak sama treść rozmowy nie jest bez znaczenia. Rodzic ma prawo znać jej treść. Można taką rozmowę zorganizować w towarzystwie dyktafonu, dyrektorki szkoły lub np. lokalnego dziennikarza. Przesłanki są zasadne. Nie tylko takie, że ksiądz może zgwałcić dziecko, ale może też próbować dziecko indoktrynować, szantażować, wyciągać informacje, do których prawa nie posiada (np. czy dziecko jest ochrzczone, czy rodzice są wierzący, itd). Te pytania łamią konstytucję. Dziecko nie posiada również tożsamości prawnej, by samodzielnie decydować o chodzeniu czy niechodzeniu na katechezę. Gdy zastrzeżemy taki kształt komunikacji, okaże się, że ksiądz nie ma najmniejszego powodu by rozmawiać z dzieckiem.

feminicidio_220212
(foto:www.speroforum.com)

 

AKTY PRAWNE

Konstytucja RP
Art. 53
7. Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania
Art. 47
Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym.

KONWENCJA O PRAWACH DZIECKA
przyjęta przez
ZGROMADZENIE OGÓLNE NARODÓW ZJEDNOCZONYCH

dnia 20 listopada 1989 roku
Dziennik Ustaw z roku 1991 nr120, poz. 526

Art. 16 1.Żadne dziecko nie będzie podlegało arbitralnej lub bezprawnej ingerencji w sferę jego życia prywatnego, rodzinnego lub domowego czy w korespondencję ani bezprawnym zamachom na jego honor i reputację.
2. Dziecko ma prawo do ochrony prawnej przeciwko tego rodzaju ingerencji lub zamachom

rozporządzenie MENiS z dnia 19 lutego 2002

Jakie dane może pozyskać nauczyciel:
-nazwisko i imię ucznia i jego rodziców,
-data i miejsce urodzenia,
-adres zamieszkania ucznia i jego rodziców,

Kodeks karny z dnia 6 czerwca 1997 r. (Dz.U. Nr 88, poz. 553)
Art. 231 § 1. Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. (…)

ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych. (Dz. U. 1997 nr 133 poz. 883)
1. Każdy ma prawo do ochrony dotyczących go danych osobowych.

Maciej Osuch – nauczyciel dyplomowany, odznaczony Medalem Komisji Edukacji Narodowej:

Wywiadówki to często obszar zachowań bardzo ryzykownych, grożących złamaniem nie tylko prawa do prywatności, dlatego:
·nie wolno publicznie poruszać i „roztrząsać” sytuacji wychowawczych ze wskazaniem na konkretne osoby,
·nie wolno publicznie rozpatrywać i dyskutować o konkretnych osobach przekazując informacje mogące narazić je na szkodę (np. o złym zachowaniu syna),
·nie wolno publicznie omawiać ocen konkretnej osoby (tym bardziej dalekich od doskonałości…),
·nie wolno w ogóle poruszać publicznie spraw prywatnych przekazanych w zaufaniu przez uczniów lub innych (dotyczących np. choroby itp.),
·nie wolno publicznie dyskutować na temat prywatnego, pozalekcyjnego „prowadzenia się” konkretnych osób,

i jeszcze coś z KK
Art. 25 § 1.
Nie popełnia przestępstwa, kto w obronie koniecznej odpiera bezpośredni, bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem.

 

 

PRODUKCJA UPRZEDZEŃ czyli TAJEMNICE MEDIÓW

W cyfrowym świecie, dane takie jak liczba i przemieszczanie się wojsk, nastroje społeczne, stan opozycji, źródła jej finansowania można w miarę sprawnie odnaleźć posługując się wyszukiwarką Google lub oprogramowaniem przesiewającym miliony prywatnych wiadomości. Świat właściwie przestał posiadać tajemnice. Informacje udokumentowane przez zwykłych ludzi niosą się z prędkością światła, żołnierze opowiadają w programach telewizyjnych o tym jak wygląda pole walki, opozycjoniści czatują przez Skype, zwykłe życie oglądamy w jakości HD. Nawet słowo „wycieki” straciło wiele ze swojego mrocznego potencjału, gdyż praktycznie nie dowiadujemy się z nich czegoś co by nas szczególnie zdziwiło. Pracownicy wywiadów bardzo szybko zrozumieli, że w takich realiach cześć ich typowej aktywności nie ma najmniejszego sensu, choć nowe czasy otworzyły szerokie perspektywy dla mniej znanej działalności służb specjalnych. Gdy informacje niosą się szybko, równie szybko rozprzestrzenią się plotki czy wiadomości fałszywe. Jeżeli kompromitująca informacja może zagrozić stabilności politycznej lub narodowej, wystarczy wyemitować dezinformację, której na dobrą sprawę, nie jesteśmy w stanie odróżnić od prawdy.

Związek nastrojów społecznych z działalnością służb specjalnych kojarzymy mętnie. Odruchowo oddzielamy zjawisko propagandy od znanej z powieści i filmów działalności wywiadów. Gdy jednak przyjmiemy, że rolą wywiadu jest m.in. rozpoznanie i gaszenie zagrożeń dla narodowego bezpieczeństwa (gospodarki czy uprawianej polityki) to szybko zrozumiemy, że takim zagrożeniem może być np. planowany strajk generalny, który należy wygasić. Wygaszanie to, może oprzeć się na dyskredytowaniu zarządu strajkowego, oskarżenie go o inspirowanie czy finansowanie z zewnątrz (co może być prawdą), upowszechnianie wiadomości o świetnej sytuacji gospodarczej. Nietrudno zauważyć, że takie działanie wymagają zdobycia masowego rozgłosu. W czasach PRL nie było to trudne, gdyż gazety były kontrolowane przez wywiad. Obecnie jednak, niskie zarobki dziennikarzy pomagają w otwieraniu się niektórych dziennikarskich serc. Gdy finanse nie są w stanie owych serc otworzyć, to z pewnością mogą pomóc sensacyjne maile z wiarygodnego źródła lub szereg innych metod, które nieświadomym lub świadomym pracownikiem wywiadu mogą uczynić każdego obywatela.

Wywiad i uprzedzenia

Budowanie społecznych fascynacji lub uprzedzeń ma kolosalne znaczenie dla utrzymania kierunków uprawianej polityki. Nastroje społeczne mogą zdecydować o losach prowadzonej wojny czy kształcie gospodarki, dlatego o wpływ na stan owych nastrojów nie zabiega wyłącznie wywiad krajowy ale również wywiady obce. Tak naprawdę tylko my wiemy o tym, czy nasze poglądy są nasze czy ktoś je nam dostarczył. Podobnie dzieje się z poglądami ludzi mediów, duchownych, wpływowych, celebrytów.

Z pewnością o wiele dłużej będzie można prowadzić walkę z różnorodnymi zjawiskami, gdy społeczeństwo będzie popierało udział w niej. Zbudowanie głębokich emocjonalnych uprzedzeń do uznanego za wroga ma tu kluczowe znaczenie. Jedną z perfekcyjnych technik tworzenia uprzedzenia jest zastosowanie kontrastu. Jak doskonale wiemy, każdy naród posiada swoją intelektualną elitę i tzw. ciemnogród. Metodę kontrastu stosuje się przez porównanie „najpodlejszego elementu” strony wroga z własną elitą intelektualną lub dziećmi. Zdemaskowanie braku równowagi nie jest trudne i może pomóc nam odkryć przekaz fałszywy. Klarowny przykład manipulacji zawierał film pt. „Nasze matki, nasi ojcowie”, w którym – co przyznał sam reżyser – nieumyślnie skonfrontowano obraz wyedukowanych berlińczyków z obrazem polskich chłopów/ludzi niskiego stanu co wpłynęło krzywdząco na wizerunek Polaków. W filmie „Ostatni pociąg do Auschwitz” Żydów reprezentowali ludzie kultury, jubilerzy, lekarze gdy Polaków palacz i maszynista pociągu. W życiu mniej fabularnym, kulturze rosyjskiej reprezentowanej przez takie postacie jak Strawiński czy Rachmaninow przeciwstawia się ukraińskiego bojówkarza faszystę pochodzącego z robotniczej dzielnicy, zaś dokonującemu bestialskiej egzekucji członkowi Hamasu przeciwstawia się obraz żyjącej w stylu zachodnim rodziny wykształconych osadników żydowskich z dziećmi i wesołymi psami. Przeciwnik nie pozostaje dłużny i zapewne nie chcielibyśmy wiedzieć lub nie krzepi nas obraz zachodu przedstawiany przez ISIS za pośrednictwem meczetów,  obraz Polaków emitowany w Rosji, czy obraz osób nieheteroseksualnych propagowany w kościołach. Nietrudno zrozumieć w tym kontekście znaną z historii konieczność eliminowania lub marginalizowania elit przeciwnika, których obecność w masowym przekazie mogłaby poważnie zaburzyć projekt wizerunkowego upodlania danej nacji czy społeczności.

animal_planet
(graph:animalplanet.com)

MANIFEST POCZYTAJ

Na boisku pojawiła się grupa małolatów. Przez chwilę błąkali się bez celu, ze średnim zainteresowaniem rzucali sobie piłkę i rozmawiali wyginając się z nudów przy słupkach bramki. Widok nie zasłużyłby na wspomnienie o nim, gdyby nie postać w sutannie, która niczym obiekt odporny na ziemską grawitację przemierzyła boisko i dołączyła do grupki. Bezładna, znudzona młódź w niecałą minutę sformowała idealny krąg, wewnątrz którego w sposób równie zorganizowany zaczęła krążyć piłka. Człowiek w sutannie ze skupioną miną nauczyciela czy nadzorcy przechadzał się wokół koordynując działania uczestników natchnionych transcendentną radością. W przeciwieństwie do znajomych, których spostrzeżenia zawarły się w jednym zdaniu: „Czarny znów przyszedł dzieci demoralizować” moją uwagę pochłonęły zupełnie inne myśli.

My indywidualiści, nielubiący naruszania naszych osobistych autonomii nie wpadamy na pomysł, by wejść w grupę obcych młodych i organizować im życie typu: udział w pochodach pierwszomajowych. Nawet jeżeli przemknie nam myśl o tym, że „dzieciakom należałoby dać jakieś ulepszające zajęcie” to zaczniemy zastanawiać się nad tym, czy dzieciaki mają w ogóle ochotę coś robić? Ich postawa najwyraźniej wskazuje na to, że nie mają ochoty zupełnie na nic, dobrze im jest jak jest: pogadać, popluć, ponudzić się.

Kościelny wysłannik widzi rzecz inaczej. Znudzona młodzież, lada chwila zainteresuje się złem, seksem w krzakach czy narkotykami, więc jest tu wielkie dzieło do wykonania. Układna zabawa w kółeczku cieszy oczy moherowych babć, bo przecież ksiądz ratuje dziatwę od niechybnej zagłady i to w ostatniej chwili i to masowo.
W tle zachodzi coś głębszego. Widok uformowanych małolatów przypomniał mi o tym, że nie tylko wspólna wojaczka integruje, integruje wspólna zabawa, wspólna praca integruje, sport integruje, również integruje wspólne budowanie czegoś (np. kościoła czy pomnika). To jest ta niewidzialna siła! Wróg jednoczy tylko na chwilę, gdy wymienione działania stwarzają spoiwa wieczne.

A my w internecie? Gdyby nie pedofilia w kościele czy ISIS w Iraku, wspólnota „racjonalistów, ateistów, demokratów, lewaków, liberałów” rozwiałaby się jak mgła. Nie istnieją żadne więzi, dzieła, żadna praca. Gdy Wyborcza czy inny TVN24 nie wypluje jakiegoś mięsa nie istniejemy, nasza obecność jest zdawkowa lub żadna. Wybaczcie uogólnienie, ale jeżeli weekend lub medialna cisza usypiają nasze dyskusje, to czy można brać nas poważnie? Dlaczego nie stanowimy liczącej się opozycji dla polityków, kościoła, rodzimych i nierodzimych oligarchów? Otóż, nic nas nie łączy. 24% frekwencji w wyborach do PE ukazało, że upał i zwykłe wdupiemiejstwo określiło polityczne zapatrywania 76% Polaków.

Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcemy coś ugrać? Jeżeli tak to pewnie potrzebujemy czegoś co identyfikuje nas i nasze zapatrywania, tego całego inwentarza: idei, haseł, symboli, dzieł, wspólnej pracy, spójnych postulatów. Możemy sobie nie chcieć się angażować, jak to indywidualiści, ale nie żyjemy w próżni. Jesteśmy zjadani przez zwarte zjednoczenia. Jesteśmy planktonem zjadanym i wysrywanym przez wieloryby. Zacznijmy mówić jednym głosem o kwestiach dla nas podstawowych. Przecież kurwicy dostać można, widząc jak dzieli nas Ukraina, podejście do tolerancji religijnej czy rasowej gdy pada słowo Rom lub muzułmanin. Frapują nas dyskusje o niepewnej teorii ewolucji, o tym czy ktoś sprzed 30 lat był bohaterem a może zdrajcą, WOŚP – przekręt czy szlachetne dzieło? Po czymś takim, głos jednej Pawłowicz zagłusza nasz wszystkich no i oczywiście przez tydzień rozmawiamy o niej.

Przekrzykujemy się zliczając lajki, w końcu nie wiadomo, czy chcemy rozwiązania konkordatu, usunięcia religii ze szkół i przedszkoli, pozamykania do więzień księży pedofilów, wolności Lemańskiego, powrotu do relacji państwo kościół z czasów PRL, Wałęsy, SLD, zmiany w konstytucji, usunięcia kilku bzdurnych przepisów z kodeksu karnego, itd. itp. Nie wiadomo, czy ważniejsze są dla nas kwestie wolności światopoglądowej, niezawisłość sądów, podwyższenie kwoty wolnej od podatku, zablokowanie eksmisji czy może wsadzenie kogoś do mamra? Ja wiem, wszystko jest ważne tylko, że gdy przychodzi dzień wyborów okazuje się, że potrafimy te wszystkie oczekiwania wysrać ważąc trwogę pt. „co to będzie gdy PiS wygra?”. Wybieramy mniejsze zło a potem bierze nas wkurw, bo zmian nie ma. Tylko za czym właściwie głosowaliśmy? Za tym, żeby pisu nie było? – czyli ZA CZYM? Przestańmy się karmić wyborczą kiełbasą. Dość obietnic. Postawmy warunek „zróbcie coś” TERAZ, DZISIAJ, JUŻ a zadbamy o przedłużenie wam kadencji. Ile razy można dokonywać przedpłaty i nie otrzymywać zamówionego towaru?

Mamy szansę być usłyszani, bo w najbliższych tygodniach politycy będą włazić nam w dupy. Choć może wygrają wybory dzięki tym, którzy już w ich tyłkach siedzą?

man7

BOICIE SIĘ WOJNY?

Separatystyczne konflikty zbrojne, zmieniające się niekiedy w wojnę pośrednią czyli taką, w której na terytorium obcego państwa walczą inne państwa (mocarstwa lub sojusze) nie są niczym nowym. Mechanizm uruchamiający taki skutek jest dość prosty. Mniejszość etniczna, narodowa czy religijna wszczyna rebelię i jako strona słabsza zwraca się o pomoc do silnego zewnętrznego sojusznika. Udzielona pomoc (np. wojskowa) niekiedy przerasta możliwości siłowe państwa, w którym doszło do konfliktu, dlatego strona zwalczająca separatystów w obawie o własną niepodległość również szuka wsparcia. Zimna wojna ułatwiała dokonywanie wyborów. Gdy zagrożeniem był zachód (USA) zwracano się o pomoc do ZSRR lub odwrotnie i w obu przypadkach udzielana pomoc nie była bezinteresowna. Wsparcie zachodu oznaczało głównie podpisywanie niekorzystnych umów gospodarczych, gdy wsparcie wschodu wiązało się m.in. z instalacją arsenału atomowego czy przyjęciem określonego ustroju politycznego. W obu przypadkach, wolność, o którą walczyli separatyści stawała się mocno okrojona by nie powiedzieć, że spieszący z pomocą sojusznik wchłaniał kraj i jego zasoby, gwarantując iluzoryczną niepodległość.

Wczesne doniesienia o separatystycznych ambicjach wywołują pytanie o historyczną przynależność danych terytoriów. Społeczność międzynarodowa potrzebuje takiej informacji, chcąc wiedzieć czy roszczenia rebeliantów są słuszne. Irlandia Północna, kraj Basków, Izrael-Palestyna, Kurdystan, Kosowo – często okazuje się, że ustalenie owej „własności” jest niemożliwe. Odwoływanie się do różnych okresów w historii, może dać sprzeczne a niekiedy zaskakujące odpowiedzi (Hitler ruszył na Krym z uwagi na to, że wieki temu rządzili nim Goci). Po II Wojnie Światowej wydawało się, że nastąpiła stabilizacja. Określono kształt granic większości państw, podpisano stosowne umowy, deklaracje, powołano międzynarodowe instytucje. Jak dobrze wiemy, powojenny podział świata, dokonany praktycznie ponad głowami większości krajów, nie był satysfakcjonujący dla wszystkich, lecz w celu uniknięcia kolejnych wojen, zobowiązaliśmy się uznać ustalone granice za nienaruszalne.

Z pewnością zagadkowym tworem stała się strefa wpływów ZSRR. Spoiwem był praktycznie ustrój, którego ideowe serce tętniło w Moskwie. Za główną przyczynę rozpadu ZSRR u schyłku XX w. uważa się jego niewydolność gospodarczą, skutkującą trudna sytuacją bytową obywateli. Rozpad państwa związkowego dokonał się za sprawą stopniowego poszerzania autonomii wchodzących w skład ZSRR republik a następnie ich odłączanie się. Pierwsza była Estonia. Później Litwa, Łotwa i w gruncie rzeczy sama Rosja. Część nowo-powstałych państw zawiązało konfederację, tzw. Wspólnotę Niepodległych Państw (Rosja, Białoruś, Ukraina, i.in.). Był to po części pomysł na ratowanie wpływów dawnego systemu oraz zachowanie jego militarnej i gospodarczej pozycji.

Status Ukrainy w tym kontekście jest dość przejrzysty. Było to niepodległe państwo (ogłoszenie niepodległości w 1991) należące do większego sojuszu (Wspólnota Niepodległych Państw). Natrafiamy tu jednak na pewien problem. „Czy Rosja powinna być spadkobierczynią militarnego arsenału ZSRR?”. Ta kwestia stanowiła przez kilka lat oś sporu pomiędzy Ukrainą a Rosją. Ukraina uznała, że potencjał atomowy znajdujący się na jej terytorium automatycznie stał się jej własnością. Oznaczało to, że Ukraina wyrasta na 3 potęgę atomową świata, co destabilizowało po-zimnowojenny układ i nie cieszyło zarówno zachodu jak i Rosji. W 1994 roku Ukraina zdecydowała się na ustępstwo. Rosja, USA, Wielka Brytania i Francja zagwarantowały bezpieczeństwo granic Ukrainy w zamian za likwidację arsenału nuklearnego.

Data 1994 jest kluczowa dla rozmowy o nienaruszalności granic Ukrainy, gdyż sygnatariuszem umowy była także Rosja.

Wydarzenia na Majdanie, przypomniały światu o kolejnej kwestii. Wróćmy na chwilę do historii. Rosja i Ukraina podpisały w 1997 r. umowę, na mocy której rosyjska flota miała przebywać na Krymie do 2017 r., zaś sam Krym z uwagi na liczną grupę obywateli (deklarujących narodowość rosyjską) zamieszkujących półwysep (ponad 50%) od 1991 r. posiadał status republiki autonomicznej [w granicach państwa ukraińskiego]. Silny ruch niepodległościowy i antyrosyjski, który wyłonił się z tzw. Euromaidanu wzbudził obawy Rosji co do bezpieczeństwa arsenału jak i ludności rosyjskiej zamieszkującej półwysep. Dalszy tok wydarzeń jest powszechnie znany. Referendum a następnie aneksja Krymu przez Rosję. Pomimo tego, że Rosja powoływała się na precedens Kosowa, aneksja Krymu nie została uznana przez społeczność międzynarodową.

Z pewnością, poważnym błędem (władz) Majdanu, był brak deklaracji bezpieczeństwa dla ludności rosyjskojęzycznej jak i gwarancji bezpieczeństwa dla floty rosyjskiej. Sprawy toczyły się jednak na tyle szybko, że trudno mówić o umyślności ze strony Ukraińców, zaś działania prewencyjne Rosji nosiły znamiona naruszenia części terytorium (okupacji) niepodległego państwa. Pomimo podjęcia przez Ukrainę rozmów z UE i podpisania Umowy Stowarzyszeniowej gwarantującej przestrzeganie standardów demokratycznych (praw mniejszości), na wschodzie Ukrainy trwa konflikt. Separatyści pokrzepieni „przejęciem” Krymu wyrazili ambicję odłączenia obwodów Ługańskiego i Donieckiego od Ukrainy (także domniemana budowa korytarza łączącego Rosję z Krymem). Działania te podjęte z pogwałceniem wielu norm i umów miedzynarodowych, spotkały się ze zdecydowanym sprzeciwem władz ukraińskich i uruchomieniem operacji antyterrorystycznej (ATO).

Rozmowy pokojowe pomiędzy rządem ukraińskim a separatystami mogą w najlepszej opcji prowadzić do uznania warunkowej autonomii obwodów zamieszkałych przez ludność deklarującą narodowość rosyjską, przy zachowaniu przynależności do państwa ukraińskiego. Jest to trudny kompromis ale możliwy do osiągnięcia.

make

ULEPIENI PRZEZ BOGA

Wyobraźmy sobie, że własnymi rękami ulepił Nas bóg-stwórca. Pozostałe stworzenia tylko stworzył, a Nam dał kawałek siebie, uczynił wybrańcami, ukształtował na podobieństwo swoje, zaopatrzył w okruch boskości i prawo panowania nad światem. Czy nie wpienilibyśmy się na jakiegoś Darwina, który stwierdziłby, że z tym bożym wybraniem to było trochę inaczej, szerzej? Że murzyn, gej i niewierny to też człowiek, ten sam gatunek, że właściwie wszystkie stworzenia to jedno wielkie życie? Gdzie podziałoby się Nasze poczucie wyższości? Gdzie prawo do zabijania, pouczania i kierowania losem tych „gorszych”? Teoria ewolucji ugodziłaby nas do żywego.

W roku 1996 Jan Paweł II w przesłaniu do Papieskiej Akademii Nauk, napisał: „nowe zdobycze nauki każą nam uznać, iż teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą”. Obyło się bez egzorcyzmów jak lata temu na Krakowskim Przedmieściu, bo kogo obchodzi mamrotanie starego dziadka? Każdemu na starość się pogarsza. Stworzenie było, jest i basta, bo stworzenie daje nam dumę z niczego, z faktu narodzenia i polania niemowlęcej głowy jakimś płynem. Dzięki temu wszystko co robimy staje się uświęcone, nawet klepanie ministrantów po pośladkach. A właśnie.. człowiekiem to jest chyba jedynie ochrzczony, prawda? Tylko wtedy może uznać się za dziedzica, krewnego, praprawnuka pana boga?

„Zabić nieprzyjaciela dla Chrystusa, to pozyskać go dla Chrystusa” – św. Bernard

slavery1

RUSKI MIESIĄC

Długotrwałe konflikty wyniszczają każdą ze stron. Z ruin wypełnionych setkami trupów, kalek i sierot nieśmiało wychylają się zwolennicy ustępstw, dialogu, porozumienia. Jednak czy zgoda jest potrzebna, gdy na ubitej ziemi wiją się już tylko dwaj niezdolni do dalszej walki rywale? Pokój rodzi się samoistnie, a może to nie pokój tylko brak wojny? Nie ma zwycięzców, nie ma bohaterów. Liżący rany zadają sobie w duchu pytanie „czy było warto?”.

Tu w sieci, niemal codziennie manifestujemy swoje przekonania, które niczym gejowskie parady nie przynoszą żadnego skutku, ba, wzbudzają jeszcze większą wrogość, niechęć. Gdy ktoś mówi „dość!”, daje drugiemu w pysk, rozpętuje się medialna moralizująca debata nad tym czy było to słuszne lub właściwe. U licha! Hektolitry pogardy, poniżania, prześladowania i  „liść” lub szklanka wody wylana na obleśny ryj żyjącego nienawiścią półmózga to naprawdę dyplomacja, takt i klasa. Czy rozgrzeszam agresję i zdejmuję odpowiedzialność, mobilizuję naśladowców? Nie, rozgrzeszam obronę, prawo do niej, prawo do niebycia „tym czymś”.

Tylko o co walczymy? Poczytajmy siebie. Walczymy o coś czy z kimś, a może to wszystko jedno? Nawet gdyby przybył „wyzwoliciel uciśnionych” na białym koniu i powiedział: „Załatwię wszystko, wyznaczcie jakąś reprezentację, dajcie mi listę postulatów a ja je wprowadzę”, to co otrzyma? Hałas, zgiełk i walkę wewnętrzną, bo ten postulat tak ale ten nie, umiarkowanie czy radykalnie, sądzimy zwyroli czy gruba kreska? Ktoś to konsultował? Nie wszyscy na raz!

Odradza się wieczny bój koncepcji, bo świat zaskakuje złożonością. Świeckie państwo tak, ale Ukraina nie, tolerancja ale bez emigracji… ech… Czy wszyscy są sojusznikami? A może stajemy się mięsem armatnim? Czy kościół wspiera ateistów walczących z islamem (lub Żydami), chcąc uznać nasz wolny wybór, wzmocnić demokrację? Czy kościół grzebiący w naszej pościeli, chcemy zastąpić robiącym to samo oficerem politycznym ze wschodnim akcentem? Czy Bracia Muzułmanie wspierali wiosnę arabską by wyzwoleni dołączyli do wolnego świata? Takie pytania odkładamy na potem, a później zastanawiamy się nad tym, dlaczego wokół wyrasta taki czy inny kalifat.

poster