PRZYWILEJ ZOBOWIĄZUJE

by romskey

Bardzo często ludzie zawiązują z politykami niewidzialną więź. Powierzają im swoje nadzieje, realizację oczekiwań. Atak na polityka – któremu ufają – odbierają bardzo osobiście i podejmując obronę (niekoniecznie i nie zawsze personalną) stają w obronie wartości, które wyznają, które uważają za cenne. Utożsamiając się z atakowanym (ofiarą) rozpatrują często to, co sami czuliby w danej sytuacji, jak wpływałoby to na ich życie. Zaangażowane emocje wynikające z jak najbardziej szczerej i ludzkiej troski zamazują jednak fakt, że choć polityk i oni ulepieni są z tej samej gliny, to istnieje pomiędzy nimi poważna różnica. Polityk ślubując publicznie wierność zasadom i prawu (co łączy się z wieloma samoograniczeniami), zyskuje przywileje całkowicie niedostępne wyborcy. Jednym z najistotniejszych, uzyskiwanym nie tylko przez polityków, ale prawników, urzędników państwowych, pracowników służb, lekarzy – jest możliwość umocowanego w prawie decydowania o innych, o ich losie, bezpieczeństwie, poczuciu sprawiedliwości, o tym czy zasługują na pomoc czy nie. To właśnie ta różnica sprawia, że wymienieni przestają być zwykłymi obywatelami, zwykłymi ludźmi.

O różnicach zapominają sami politycy, którzy w trakcie kampanii wyborczych chcieliby z każdym i każdą z Nas wypić duże piwo podczas przyjacielskiego grilla. Wsparci przyjaźnią wyborców, zdają się (nieco później) zapominać o złożonych zobowiązaniach nie rezygnując w najmniejszym stopniu z uzyskanych przywilejów. Uznają takowe za powierzone im w przyjacielskim geście niczym wdzięczność fanów darowana gwiazdom rocka. Rockmanom nie zazdrościmy bogactwa i sławy, uważamy, że na nie zasłużyli, przymykamy oczy na ich przygody z narkotykami czy policją a kupując bilety na ich występy płacimy za to, że dają nam to czego potrzebujemy. Politycy natomiast, otrzymują zapłatę z góry, awansem, jako kredyt, którego spłaty oczekujemy podczas pełnienia przez nich funkcji. W przeciwieństwie do bożyszczy estrady, na których widowiska możemy przestać przychodzić, okazuje się, że od polityków nie możemy się uwolnić, wciąż im płacimy i nie możemy z tych opłat zrezygnować, nie możemy postawić ich przed sądem przed upływem kadencji, nie możemy domagać się wyciągnięcia od nich żadnych konsekwencji, domagać się odpowiedzialności. O tej – kolejnej – różnicy dowiadujemy się również jakiś czas po przyjacielskim grillu.

Czy obywatel może domagać się wyciągnięcia konsekwencji dyscyplinarnych wobec sędziego, który w swoim działaniu ujawni np. problem z niezawisłością? Spróbujcie, choć możecie natrafić na problem z odnalezieniem ścieżki formalnej. W polityce jest podobnie. Rzekomą karą, którą można ponieść jest np. spadek poparcia, czy jednak w związku z tym przywileje również zostają ograniczone? Nie.

Potencjalnie w naszym imieniu działają różnorodne komisje dyscyplinarne, komisje etyki, rady, trybunały. Wierząc w kompetencje tychże liczymy na sprawiedliwość. Nie każdy jednak pamięta bój o to kto posiądzie większość w Trybunale Konstytucyjnym, którego składu nie określają obywatele, lecz… politycy. Przeglądając forum polskiej palestry spodziewałem się znaleźć kilka odpowiedzi na frapujące mnie pytania lecz znalazłem podział, który klarownie opisał jeden z uczestników: „niektórzy najwidoczniej myślą, że wiedzą, skąd wiatr wieje i ustawiają się już teraz w roli potencjalnie pożytecznych”. Czy nie zdziwiłoby Was to, że ludzie egzekwujący prawo mówią o „poległych pod Smoleńskiem” lub odbytych licznych „służbowo” (bo w todze) pielgrzymkach? A gdy akurat trafimy na takiego mecenasa, nie całkiem wierząc w teorię zamachu i poprosimy go o reprezentowanie nas w sprawie wytoczonej kościołowi?
Zgoda, to są „luźne” rozmowy, pozasłużbowe, czytając je zastosowałem „podczyt” czyli łagodniejszą formę podsłuchu. Były sędzia TK, Marek Safjan mówił wprost, że gdy był sędzią w Trybunale, jego żona była wiceministrem finansów i choć rozmawiali w domu o polityce to nie miało to żadnego wpływu na pełnienie przez nich obowiązków służbowych. Owszem, można i tak, gdyby swojego czasu premier J.Kaczyński zawarł związek partnerski z min.spr. i prok.gen. Z.Ziobrą, również nie dostrzegalibyśmy niczego zdrożnego w przynoszeniu pracy do wspólnego domu. Prawda?

Przestrzeganie procedur, reguł, właściwych postaw, stało się publicznym tematem tuż po katastrofie pod Smoleńskiem. Okazało się, że pod tym względem nasz system jest dziurawy jak sito. Rozpoczęło się wielkie przerzucanie odpowiedzialności, które trwa do dzisiaj. Czy coś naprawiono, czy jedynie dokonano kilku zwolnień i roszad, bo okazało się, że jedynie tyle można? Czu ustalono wreszcie kto dowodzi statkiem powietrznym, pilot czy zwierzchnik sił zbrojnych? Podobne dylematy znajdziemy przy tzw. „aferze podsłuchowej”. Czy polityk spotykający się nieoficjalnie z biznesmenem lub szefem niezawisłej instytucji nie zdaje sobie sprawy ze sprzeczności interesów, ‚czego’ należałoby unikać? W Stanach Zjednoczonych, sam obszar legalnego lobbingu jest krytykowany jako antydemokratyczny, gdyż wpływ na decyzje polityków powinni mieć obywatele a nie ludzie z neseserami wypchanymi gotówką. Czy tak trudno zrozumieć potężną krytykę lobbingu „nieoficjalnego”, restauracyjnego? Polacy nie osiągnęli jeszcze etapu zastanawiania się nad tym. Lubią po staremu, dogadać się „jak Polak z Polakiem”, przy drinku, po cichu… nierzadko na koszt podatnika. Czy lepsza dla Polski byłaby inflacja czy rządy PiS? Czy układający się z konkretną partią polityczną szef banku centralnego, będzie wiarygodnym partnerem w innych negocjacjach? Nie potrafimy tego rozstrzygnąć, ale nie robimy nic, by takie pytania nie padły. Jedna ze stron twierdzi, że nic się nie stało, druga uważa, że kara śmierci to mało. Nawet zdroworozsądkowy L.Balcerowicz choć przejrzyście opisał „niejasne” niuanse podsłuchanych rozmów, nie potrafił nie ulec pokusie zasugerowania dymisji – a jakże! Nie o rozstrzelanie tu chodzi, lecz o to jak rzecz naprawić, gdyż jej istnienie jest już dziś szkodliwe dla Polski i jej wizerunku, nie jutro. Można wierzyć, że zimny podsłuchowy prysznic sprawi, że ludzie różnych interesów baczniej zaczną zastanawiać się nad doborem form omawiania zajmujących ich spraw, ale pod warunkiem, że Gazeta Wyborcza nie przekona wcześniej społeczeństwa do tego, że to, czego staliśmy się świadkami, jest globalną a nawet pożądaną normą.

Co właściwie stało się? Nagrania sprawiły, że kolejny raz obywatele poczuli się oszukani. Tylko tyle i aż tyle. Poczuli się zawiedzeni tym jak „robi się polską politykę” i to za ich pieniądze. Nie widać na szczytach chętnych do naprawy publicznego zaufania, chęci dostarczenia obywatelom gwarancji czy jakiejś deklaracji, że będzie już okej, że sytuacja została opanowana a wnioski zostały wyciągnięte. Widać jedynie bój, w którym pogrążają się ostatnie autorytety. Czy udało się odpowiedzieć na podstawowe pytania? Czy R.Giertych (o ile damy wiarę jego słowom o zbudowanej legendzie) w dziele obrony interesów swojego klienta nie przekroczył uprawnień podżegając Nisztora do popełnienia przestępstw (udziału w szantażu)? Czy Nisztor i Latkowski w imię misji dostarczania społeczeństwu informacji, nie minęli granic – bo czy dziennikarz dla zdobycia informacji może złamać wszelkie normy? Czy to tylko kuchnia polityczna, prawnicza, dziennikarska? Czy obywatel ma prawo zadać sobie pytanie o to w jakim kraju żyje i komu ma ufać? Pytanie jest bolesne tym bardziej, że reprezentanci jego interesów już zostali przez niego sowicie wynagrodzeni. Przywilej zobowiązuje i tylko ograniczenia związane z jego posiadaniem pozwalają zachować zasadę równości wobec prawa. Nic za darmo. Ciekawe kiedy pojawi się konstruktywna dyskusja na ten temat. Konstruktywna, jeżeli chodzi o efekty a nie jedynie jakość argumentów.

P.S.
Pisząc niniejszą notkę nie chciałem wsadzać kija w mrowisko, ale chętni mogą zastanowić się nad relacją przywilejów kościoła do związanych z ich posiadaniem ograniczeń. Kościół w Polsce istnieje.

prz

Reklamy