Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Lipiec, 2014

ROMSKEY’S NEWS

Nie Sienkiewicz zawinił lecz Belka. Prezes banku czuł zresztą, że propozycja polityczna ministra Sienkiewicza stawiała go w niekorzystnej konstytucyjnie sytuacji, dlatego wolał by partnerem był premier, który przez fakt swojej ustawowej niezależności w jakimś sensie umocniłby założenie pt. „dla dobra Polski”. Co do samej legalności podsłuchów, należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie: „co z nielegalnym podsłuchem, który udokumentowałby np. gwałt?”. Z pewnością temat jest wart dyskusji, gdyż całkowita delegalizacja różnorodnych nieformalnych sposobów uwieczniania zdarzeń, może zniechęcić obywateli do angażowania się w przeciwdziałanie przestępczości w naszym kraju a tym bardziej na jego wyżynach. Gdzie leży granica dopuszczalności? Nie jest na pewno właściwe włączenie mikrofonu czy kamery na 24h. Na pewno nie jest właściwe publikowanie całości treści towarzyskiego spotkania, gdy np. układ korupcyjny zawarł się w 5 minutach rozmowy. Z pewnością w sprawach naruszania porządku konstytucyjnego czy karnego przez najwyższych urzędników państwowych (wyłączam tu wzrost R.Giertycha) nagrania nie powinny trafiać bezpośrednio do prokuratury, która jako organ państwowy jest stroną w sprawie. Media wydają się właściwym „pośrednikiem”, choć „media” to kolejny temat.

* * *

Poseł Kłopotek „wkurzył się” gdy służby weszły do pokoju posła Burego. „Służby nie będą nam meblować sceny politycznej” – stwierdził. Gdyby poseł Kłopotek wykluczył również prawo, prokuraturę i inne instytucje mogące ingerować w podobnych sytuacjach, moglibyśmy mówić o pierwszym przypadku ogłoszenia „klauzuli sumienia PSL”. Immunitet ma chronić polityków a nie czynić ich bezkarnymi.

* * *

Klauzule katolickiego sumienia lekarzy, prawników czy nauczycieli, wypowiedzi min. Królikowskiego są tym samym do czego posunęli się separatyści noworosysjcy. Nie uznają prawa, nie uznają władzy, tworzą własną przestrzeń legitymizując swoje roszczenia potencjalnym gremialnym poparciem. Podobnie jak rosyjskość w Doniecku, liczba ochrzczonych Polaków a liczba „aktywnie wierzących” stawia wiele znaków zapytania. Nie powinniśmy jednak, obawiać się odłączenia np. Podkarpacia od Polski i przyłączenia go do Watykanu. Ambicje kościoła są znacznie większe.

* * *

Jak dotąd nie udało się jeszcze ustalić czy samolot został zestrzelony, jednak wszystkie strony wiedzą już „kto”.

magic_hat_stick_log500

Reklamy

EKONOMICZNY STALINIZM

Przyjemnie słucha się i czyta o tym, jak tajne organizacje współczesnych krezusów knują przeciwko zwykłym ludziom, doprowadzają ich do ubóstwa, wysycają i niszczą narodowe gospodarki. Padające opisy skutków prywatyzacji czy zamieniania w kredyt wpompowywanej obcej waluty pasują jak ulał do tego co widzimy wokół a nazwiska znanych bankierów (banksterów) „mówią już same za siebie”. Chciałoby się wykrzyknąć „rozumiem!!”, jednak gdy posłuchamy zrujnowanych Argentyńczyków lub Turków, szybko zrozumiemy, że Polska znajduje się w nieco innej części tego systemu. Nasz kraj posiadający dość zażyłe relacje gospodarcze z USA, należący do UE stanowi element świata „wyzyskującego” a nie „wyzyskiwanego”. Gdy przyjrzymy się biedzie w Argentynie, Turcji czy państwach afrykańskich, szybko zdamy sobie sprawę z tego, że tzw. „polska bieda” a nawet amerykańska czy niemiecka ma zupełnie inne oblicze niż ta, o której lubimy mówić. Stojąc na skrzyżowaniu im. „Dobrze czy Źle”, można zadać sobie pytania: skoro jesteśmy stroną wyzyskującą (oponentom tej tezy polecam np. porównanie Polski i Iraku), to dlaczego spora część obywateli doświadcza bezrobocia, niedostatku, rodzi się z długiem, skąd pogłębiające się rozwarstwienie społeczne? Jaki element mechanizmu nie działa? Czy jesteśmy ofiarami jakiegoś podłego skierowanego przeciwko nam planu czy skutkiem błędu systemu, a jeżeli tak to jakiego?

 

Dziwimy się, że bywamy traktowani jak powietrze a przecież sami godzimy się, sprawiamy i pozwalamy na to, że w wielu dziedzinach decydujących o naszym losie, traktuje się nas jak powietrze.

 

Szukając odpowiedzi na postawione wcześniej pytania można dostrzec element praktycznie zmarginalizowany do zera. Trudno nazwać go mainstreamowym, gdyż zwyczajowo nie doceniamy tego, że wiele zaczyna się „w nas”. Wystarczy spojrzeć na obecny system jako typowy schemat socjologiczny, historyczny. Jaki element stawał się niezbędny w uzasadnianiu kolonializmu czy niewolnictwa? Jaki element był niezbędny do uruchomienia holokaustu czy innych przypadków ludobójstwa? W jaki element wyposażone były i są wszystkie systemy totalitarne? W podanych przykładach przyszłe ofiary poddawano mniej lub bardziej umyślnemu procesowi dehumanizacji (odczłowieczania). „Jednostka zerem”, „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”, „terroryści”, „społeczny ściek, nieroby”, „rasy niższe”, „barbarzyńcy”, „niewierni”, „goje”, „tłuszcza”. Czyż nie prościej nękać tych, którzy z „Człowiekiem” mają niewiele wspólnego? Zabijając ich, okradając, oszukując, czy sprowadzając na dno egzystencji możemy spokojnie zdjąć z siebie ciężar wyrzutów sumienia i odpowiedzialności za to, że zrobiliśmy to drugiemu człowiekowi, możemy nawet uznać, że postąpiliśmy właściwie. Kim jest człowiek w ekonomii? Wczujcie się w rolę szefa korporacji, banku światowego czy funduszu walutowego. Wczujcie się w rolę inwestora i pomyślcie jakie dane są dla Was interesujące. We wszystkich tych przypadkach Wasze zainteresowanie wzbudzą suche, bezosobowe wykresy, liczby i tabelki, w których np. 1000 zwolnionych pracowników oznacza wyłącznie zmianę pozycji opisanej jako „1000” w „0”.

 

W ekonomii, biedny człowiek to taki,
który otrzymuje np. zero złotych dochodu.
W rzeczywistości taki człowiek to trup.

 

„Śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć milionów ludzi to statystyka” – czy warto podpisać autora cytatu?

derens

Jeden z maklerów z Wall Street intensywnie śledzący kolorowe wykresy obrazujące wahania cen kakao, został zapytany przez reportera o to czy wie, że na plantacjach do pracy zmusza się dzieci? Zaskoczony pytaniem makler spojrzał na monitory i wzruszył ramionami. Wszak jego praca polega na czymś innym.

TORTURY WYCENIONE

Trafiłem niegdyś na komisariat. Celem było ustalenia mojego sprawstwa w akcie wandalizmu. Prawdopodobnie koleje mego losu potoczyłyby się inaczej, gdyby nie młodociana ignorancja, która podsunęła mi fatalny pomysł żartowania z niezbyt rozgarniętych funkcjonariuszy jeszcze podczas tzw. rutynowej kontroli. Po dowiezieniu na miejsce przednia zabawa skończyła się. Zostałem poddany śledztwu obejmującemu wszelkie możliwe techniki przesłuchań w „relacji”: ośmiu mundurowych i nastoletni ja. Bito mnie, poniżano, zmuszano do wysiłku, oblewano wodą, testowano moją odporność na stres różnorodnymi grami psychologicznymi. W jednym z nielicznych aktów łaski zrezygnowano z bicia mnie pałą w bose stopy, na rzecz uderzeń łokciami w mostek. W zdrowym na ciele człowieku, w podobnych sytuacjach włącza się myśl „broń się lub uciekaj”, lecz jak możecie domyślić się ta druga opcja nie wchodziła w grę. Miałem do wyboru: przyznać się do czynu, z którym nie miałem nic wspólnego (czyli dostać zapewne dwa razy większy łomot za utrudnianie śledztwa a może i obiecaną wywózkę do lasu, „gdzie nikt mnie nie będzie szukał”) lub… sięgnąć po pistolet, kusząco położony w otwartej szafce. Drugi plan niestety runął. Jeden ze „śledczych” przejrzał mój zamysł i szybkim ruchem zamknął stalowe drzwiczki. Pamiętam, że panowie władza odpuścili. Być może zrozumieli, że bardziej od udzielenia satysfakcjonujących zeznań mam ochotę ich pozabijać.
/nie pytajcie tylko, czy bohaterowie historii narazili się na jakieś konsekwencje lub o to dlaczego nie zadzwoniłem po policję/

W tym samym czasie, po drugiej stronie oceanu, młody chłopak, zastraszony przez śledczych m.in. tym, że będzie przez lata gwałcony w zakładzie karnym (jeżeli nie zacznie współpracować), przyznał się do zabójstwa swojej siostry. Satysfakcja śledczych byłaby pełna, gdyby nie fakt, że „zabójca” nie potrafił opisać dokonanej przez siebie zbrodni. Zgadzał się z zarzutem lecz dalsze pytania kwitował słowami „nie pamiętam”. Płakał.

Takie i nieco bardziej przygnębiające historie, skłoniły społeczeństwa do refleksji nad stosowaniem brutalnych technik przesłuchań i tortur. Skoro torturowany jest w stanie przyznać się do niepopełnionego czynu lub z niewinnego człowieka stać się maszyną żądną krwi organów ścigania to czy warto stosować presję fizyczną lub (w przypadku młodocianych) psychiczną? Nie jest istotne w tym punkcie to, czy poddawany torturom jest winny czy nie. Znaczenia ma sama kondycja psychiczna człowieka, której naruszenie może przynieść skutek daleki od zamierzonego.

Przemoc nieskuteczna?

O skuteczności brutalnych przesłuchań wiedzieli śledczy PRL, wiedzą wciąż śledczy białoruscy czy rosyjscy, znali je inkwizytorzy, policjanci z USA czy Francji, wojskowi wszelkich armii. Przy stosowaniu tych wydajnych technik zapełnianie więzień szło sprawnie i gładko, wykrywalność rosła, liczba opozycjonistów malała, wyniki dawały awanse a „opinia publiczna” otrzymywała krzepiący komunikat „sprawców ujęto i surowo ukarano”. Czy wszyscy byli winni? Trudno ocenić, ale czy to ważne, skoro było przyznanie się do winy?

„Za komuny” władza zamykała kogo chciała, więc odrzuciliśmy ten system. Nikt jednak nie przewidział boomu tzw. „globalnego terroryzmu” czy nowoczesnego bandytyzmu. Bardzo szybko dostrzegliśmy, że ewidentny bandzior w asyście mecenasa może spokojnie „nawrzucać” gliniarzowi śmiejąc się mu w twarz. Bandyta stał się Panem Bandytą, z którym należy obchodzić się jak z jajkiem. Duch humanitaryzmu otoczył ochronnym parasolem terrorystów, podejrzanych o terroryzm, zbrodniarzy, gwałcicieli. Wpadliśmy w pewną pułapkę. Chcąc chronić niewinnych, objęliśmy pieczą również winnych. Współcześnie zatrzymuje się lepiej wyselekcjonowanych podejrzanych w związku z czym, prawdopodobieństwo popadnięcia na niewinnego maleje. Czy jednak jest tak w istocie? W Afganistanie, konkurujący ze sobą przedsiębiorcy są w stanie wskazywać koalicji NATO konkurentów jako ‚sojuszników Talibów’. Sprawy załatwiane są zwykle bardzo szybko i nad wyraz skutecznie. Pytanie o to, kto tworzy profil podejrzanego – pozostaje niestety otwarte. Wciąż typowanie może zachodzić w myśl starej zasady „winny już jest, tylko dowody trzeba dopasować”.

Kij, marchewka, psychologia

Stosunkowo niedawno w USA odkryto, że nikt nigdy nie badał skuteczności brutalnych przesłuchań. Dopiero wprowadzenie w FBI nowoczesnych technik opartych na zdobyczach psychologii ukazało wzrost wykrywalności o 30%. Skąd w takim razie pogląd, że brutalne przesłuchania lub surowe kary są skuteczne? Cóż, tak się po prostu przyjęło. Za ich stosowaniem przemawia m.in. element sprawiedliwej zemsty, która mogłaby ominąć bandytę. Takiej zemsty domagają się ludzie, choć nie w pełni rozumieją, że w ten sposób można zmienić prawo w narzędzie zwykłego linczu a więc „po co prawo?”.

Cackanie skuteczne?
O dziwo, na słupki wykrywalności jeszcze korzystniej od tortur i psychologii (FBI) wpływa technika z przeciwnego bieguna a konkretnie instytucja świadka koronnego. O ile pamięć mnie nie myli, traktowany łagodnie pruszkowski Masa „przypomniał” sobie przed prokuratorem ponad półtora tysiąca gangsterów. Jeżeli macie ponad 200 znajomych w FB wymieńcie na próbę ich nazwiska. Czy torturowany Masa przypomniałby sobie ich więcej czy mniej?

Temat jest kontrowersyjny od strony – nazwijmy – ludzkiej, dlatego można podejść do niego od strony, chłodnej i praktycznej czyli prawnej.Domniemanie niewinności, prawo do sprawiedliwego procesu, zaniechanie tortur i nieludzkiego traktowania stawiają czytelną granicę pomiędzy cywilizacją a totalitaryzmem. Być może odbieramy sobie tym samym jedną z możliwości wyciągania zeznań, jednak podpisując jakąś umowę międzynarodową, wypadałoby trzymać się jej, nie zadając zbędnych pytań.

Kiejkuty

O ile pogłoski o pudełkach z pieniędzmi otrzymanych całkowicie poza protokołem przez ludzi L.Millera za wynajem USA eksterytorialnej placówki są prawdziwe, to fakt załatwiania formalności jest przynajmniej zaskakujący. Teoretycznie, za odpowiednie pieniądze w państwie „starej lewicy” można byłoby stworzyć łagier czy cokolwiek innego. Strach mieszkać u L.Millera. Druga sprawa to zaskakujący wyrok Trybunału. Czy prawo może wspierać ewentualny terroryzm? Jak widać to całkiem możliwe, zresztą nie takie nawet dziwne, gdy weźmiemy pod uwagę to, że unijne dotacje pasą dziś w Polsce antyunijne radia i portale. Z pewnością jest tu jakiś błąd systemu. Wracając do Kiejkut, przesłuchiwani, którzy rozchorowali się po przesłuchaniach, staną się niebawem ludźmi z przyjemnym kontem bankowym (fundujemy MY). Nasuwa się ekonomiczny walor humanitaryzmu: „Czy opłaca się torturować, skoro może okazać się, że torturowano niewinnego i możemy za to słono zapłacić?”. Cóż, mleko trafiło na podłogę, ale nie jest beznadziejnie. Być może odszkodowania powinien wypłacić ten, kto przyjął od CIA pudełka z pieniędzmi.

5678
(na zdjęciu: Gunatanamo)


Warto pamiętać:
– torturowany może przyznać się do czynu, którego nie popełnił
– czy można poddać torturom osobę wytypowaną w niekoniecznie „obiektywny” sposób?

CZY ROSJA ZAGRYWA POLSKĄ SKRAJNĄ PRAWICĄ?

Choć tytułowe pytanie wydaje się absurdalne, to fakty temu przeczą. Przyjacielska wizytacja aktywistów Falangi (xportal.pl) z jej szefem Bartoszem Bekierem na czele „w obozie” noworosyjskich separatystów (zdarzenie pochlebnie odnotowane w rosyjskich mediach) czy zmanipulowane zdjęcie w portalu kresy.pl gdzie dziwnym zbiegiem okoliczności napis na transparencie „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy” zmienił się w „Stepan Bandera – żołnierz wyklęty” nie wymagają komentarza. Podgrzewanie polsko-ukraińskich antagonizmów idzie pełną parą, a odpowiedź na pytanie o to, kto na tym zyskuje nie jest trudna. Dziwi i przygnębia to, że po doświadczeniach Targowicy, wciąż funkcjonują w Polsce i poza nią (na emigracji) ludzie, dla których ideologiczne przymierze z obcym państwem jest uznawane za całkowicie naturalny środek osiągania doraźnych politycznych celów tu, wewnątrz kraju.

Pod pozorem troski o pamięć historyczną i wolność słowa, trafiają do publicznego obiegu treści godzące w spójność i bezpieczeństwo Polski. Powstaje pytanie o to, jak daleko można posunąć się w walce ze znienawidzonym Tuskiem? Do kolaboracji? Wymaga niemałego wysiłku zrozumienie tego, że część polskiej prawicy i lewicy kroczy ramię w ramię w sprawie ukraińskiej a konkretnie pro-rosyjskiej. Argumenty są różne, mniej lub bardziej przekonujące, jednak doświadczenia II wojny światowej ukazały nam Polakom, że dla partyjnej sprawy potrafimy mordować się wzajemnie. Ta choroba była skutkiem rozbiorów i słabości naszego państwa od wieków. Czy powinniśmy patrzyć na ten proces obojętnie, gdy wydarza się dziś?

Możemy problem marginalizować, mówić o karawanach i szczekaniu, ale miejmy na uwadze to, jakie persony stają się znaczące dzięki tej polityce. System wykazuje słabość, gdyż „mający się lepiej” nie chcą ryzykować twardych posunięć wobec „mających się gorzej” skoro grono tych drugich stało się zbyt liczne. Jednak ta fałszywa obojętność może kiedyś przyczynić się przeoczeniu punktu kulminacyjnego. Państwo poddaje kolejne bastiony (prawo*) licząc na złagodzenie napięć. Jednak jak w złym śnie powracają pytania o to, czy potrafimy być państwem niepodległym i suwerennym, skoro część obywateli uzyskaną wolność traktuje jako obowiązek wiernopoddańczości względem okolicznych mocarstw a nie partnerstwa? Inicjatywa naprawy może wyjść tylko od nas, ludzi, którzy czują się Polakami i pewnych granic nie zamierzają przekraczać, nawet gdy Tusk zamiast czytania tabletu w trakcie krytyki rządu padającej z mównicy sejmowej, zacznie przychodzić do sejmu ze słuchawkami na uszach.
Najpierw jesteśmy POLAKAMI.

maipulacja
(manipulacja w portalu kresy.pl – górne zdjęcie ukazuje realną treść transparentu, poniżej treść zaprezentowana przez portal kresy.pl. Portal usunął fotomontaż twierdząc że człowiek, który go zamieścił „To świeżo zatrudniona osoba, pierwszy raz miała dyżur”)

bartoszn
(na zdjęciu: Bartosz B. szef radykalnej nacjonalistycznej polskiej organizacji „Falanga” w otoczeniu noroworsyjskich separatystów podczas tzw. nacjonalizowania majątków oligarchów i banków na wschodzie Ukrainy. Swoją drogą słowo „nacjonalizowanie” brzmi wyjątkowo przewrotnie.
źródło:www.facebook.com/bartosz.bekier).


* klauzule sumienia, prawo a podsłuchy, prawo a zastrzeżenia Kłopotka, który uważa że służby specjalne nie będą mu meblować sceny politycznej. Może sędziowie i prawo również? Osłabianie znaczenia i autorytetu prawa to także osłabianie państwa.

„TROCHĘ” MNIE TO WKURW..A

Mózg można przeciążyć a natłok informacji potrafi skłonić do prostej decyzji pt.: „pie***lę to”. Na Ukrainie spadł samolot. Zanim człowiek zebrał myśli słyszy, że w szambie utonęło 7 osób a na drodze autobus zderzył się z busem. Aha! Jeszcze w Izraelu zginęło iluś tam cywili, Boko Haram zgodnie z zaleceniami Proroka obrabował kolejny bank a wierni w Polsce obgryźli świętą lipkę.

Do wyboru do koloru, upał podgrzewa mózgowe zwoje, tylko biedny polarny miś w argentyńskim zoo ku zachwytom gawiedzi znosi 40 stopni Celsjusza i k…a, on to naprawdę ma przechlapane, bo nie pomaga wymalowany na betonowym wybiegu śnieg.

Nie wszystko co niesie news jest proste: „zwalczając modalizm i sabelianizm, naraził się na zarzuty tryteizmu i subordynacjonizmu”????????

Ulegam temu szaleństwu. Oczekując spokojnych chwil dodaję do „ulubionych” to co warto przeczytać, co uznaję za ważne. Po godzinie zapominam, dopiero gdy mój Firefox zaczyna startować pół godziny, przypominam sobie o sprzątaniu. Otwieram listę (ulubione). 300-ta pozycji, czytam, 90% zawartości spotyka los definiowany poleceniem „usuń”. Zdezaktualizowane, mało istotne. „Dlaczego uznałem to za ważne?”
W TV grupa komentatorów rozkłada tę sieczkę na czynniki pierwsze.

suhn

PATOLOGIA DIALOGU

W Polsce, sztuka przekonywania rozmówców do przedstawianych opinii ogranicza się do psychopatycznego powtarzania w kółko niezmiennej racji lub przekonywania perswazyjnego np. za pomocą pięści. Jakby tego było mało, przeciętny Polak uznaje za punkt honoru objaśnienie dyskutującemu ogółowi kwestii pt. „Dlaczego to się nie uda” lub, że dyskutujący są po prostu głupcami – oczywiście z pominięciem właściwego takiej sytuacji uzasadnienia. Lista defektów nie została jeszcze zamknięta. Nasze przekonania znajdują się często na różnym etapie „przepracowania”, dlatego czasem zabierając głos w dyskusji, można zdać sobie sprawę z tego, że przeciwko opinii opartej na latach rycia źródeł i doświadczeń zostanie przedstawione nowo-powstałe zdanie: „A mi się wydaje, że nie, a ja się nie zgadzam!”. Ponad wszystkim unosi się duch interesowności czyli mówiąc najprościej potrzeba nagięcia wyrażanej racji do aktualnie wyznawanych upodobań politycznych czy religijnych. Taka to jest nasza WOLNOŚĆ SŁOWA.

Właściwie nigdy nie wiemy czy nasi rozmówcy zainteresowani są jedynie wyrażeniem swojej opinii czy też mają ochotę osiągnąć poprzez dyskusję jakiś cel. W tym wilczym dole poległ niejeden człek zakładający z góry to, że dyskusja czemuś ma służyć, czyli że wszyscy biorący udział z takim celem zgadzają się.

Smutne jest to, że dopiero na kursach marketingowych czy studiach prawniczych ludzie dowiadują się, że istnieje coś takiego jak „negocjacje”, których celem jest osiągnięcie porozumienia poprzez:
– przekonanie drugiej strony do swojej racji
– osiągnięcie kompromisu
– znalezienie satysfakcjonującej dla stron alternatywy

Oczywiście i tu pojawiają się schody, gdyż dla wielu retoryka staje się narzędziem osiągania przewagi nad rozmówcą nawet gdy broniona racja jest wyjęta z dupy. Niemniej czas spędzony na negocjacjach nie będzie czasem straconym, gdyż przynajmniej uczy, uczy tego czego nam tak bardzo brakuje, umiejętności pracy zespołowej, współpracy. Być może nauka negocjacji i ich sensu powinna pojawić się już w podstawówkach.

Wybaczcie, że o tym wspominam, ale porozumienie jest kluczową kwestią w propagowaniu (postulowaniu) dowolnego rozwiązania społecznego czy prawnego, gdyż zyskuje tzw. poparcie. Rozwiązania powstałe w trakcie negocjacji biorą pod uwagę interesy stron, nawet gdy często są postrzegane jako „zdrada” wcześniejszych, zapiekłych, radykalnych przekonań. Ilekroć widzę, jak zwolennicy tej samej idei zaczynają skakać sobie do oczu widząc czyjeś złagodzenie stanowiska (które najczęściej komunikuje jedynie otwarcie na dialog) tracę wiarę. Czy nie macie tego dość? Czy nie męczy Was to, że w naszym kraju nieumiejętność dialogu prowadzi często do przygnębiającego wniosku: „Tylko siłą, tylko gdy przejmiemy władzę uda się coś zmienić”? Zwróćcie uwagę na czas, w którym te same powracające problemy nie ruszyły z miejsca. Tępy spór jest po prostu niewydajny.

Dialogue

PODZIAŁ SMOLEŃSKI

„Jestem zwykłym Polakiem, w związku z czym mam niewielki wpływ na cokolwiek. Oglądam politykę raczej z ciekawości niż ufności w to, że mogę ją zmienić, zaś rozwiązywanie głośnych problemów traktuję podobnie jak inni traktują rozwiązywanie krzyżówek”. Sęk w tym, że większość polskich łamigłówek nie posiada rozwiązania, dlatego wielu rozwiązujących – nie wiedząc o tym – uważa, że niemoc znalezienia odpowiedzi wynika z przyczyny niskiej zawartości oleju w ich głowach. Są w błędzie.

Dlaczego brakuje odpowiedzi? Sięgnijmy do przyczyn. Przemiany ustrojowe przyczyniły się do tzw. „zhumanizowaniu” prawa. Zamysł nie był zły w kraju, w którym przez lata „jednostka była zerem”, lecz znawcy problemu ocenili po czasie, że w obawie przed powrotem wpływów komunistycznego reżimu władzę rozsmarowano tak szeroko, że dziś nie sposób ustalić kto tak naprawdę podejmuje decyzje lub czy jest za cokolwiek odpowiedzialny. Ogromne pole do popisu pozostawiono ekspertom m.in. prawnikom, których zadaniem jest tzw. „racjonalizowanie twardej litery prawa” czyli uznawanie indywidualnego charakteru poszczególnych spraw. W tym punkcie pojawia się problem, gdyż obecnie „twarda litera prawa” to figura czysto teoretyczna i praktycznie wszystko zależy od tego kto i w jaki sposób zinterpretuje dany przepis skoro przepisom najczęściej do „twardości” daleko.

Zasadniczo ufamy prawnikom, ekonomistom, socjologom i wierzymy w to, że powierzone im problemy zostaną rozstrzygnięte zgodnie ze sztuką. Niestety nie i nie piszę o tym z radością. Jeżeli jeden konstytucjonalista potrafi stwierdzić, że „skok na OFE” był niekonstytucyjny a następnie po otrzymaniu honorarium od MF stwierdza w swojej ekspertyzie, że jednak wszystko było zgodne z prawem, na co reaguje kolejny konstytucjonalista wskazując na to, że środki przekazywane tylko do państwowych instytucji przestają być prywatne (OFE nie są państwowe), a więc autor wspomnianej ekspertyzy nie wziął pod uwagę zmian w prawie, które nastąpiły po 2008 roku…

Czy coś tu nie gra? Konstytucjonalistów podzieliła nawet sprawa podsłuchów. To tylko dwa z licznych przykładów tego, jak „racjonalizowanie twardej litery prawa” może zmienić się w jego okazyjne stwarzanie ‚pod’ konkretne interesy czy wartości. Prokuratury zasypywanie są „podejrzeniami o popełnienie przestępstwa” a nie „zgłoszeniami przestępstw”, gdyż choć nasze poczucie sprawiedliwości mówi nam wyraźnie o tym, że doszło do złamania danych standardów to doskonale wiemy, że sprawiedliwość nie będzie najistotniejszym kryterium w ocenie.

Odmienność tych ocen nie wynika z błędów czy braku rzetelności. Zbyt wyraźnie zarysowuje się podział, który sięga najwyższych szczytów. Mógłbym tu użyć słów „tak robi się politykę” lub „sorry, taki klimat” choć nie wydaje się mi, żeby było właściwą sytuacją np. to, że Polak szukający sprawiedliwości w polskiej sprawie znajdował ją dopiero w Sztrasburgu lub… w zaświatach podczas sądu ostatecznego. Podział nazywany „smoleńskim” zrujnował autorytet i prestiż najważniejszych instytucji zaufania publicznego, ustanowił klarowną linię frontu w wojnie politycznej, w której odpowiedzi na najprostsze pytania zostają wzbogacone zastrzeżeniem „cui bono”.

Oto polska nienormalność, której nie potrafimy położyć kresu. Wszystkie instytucje do których chcielibyśmy odwołać się cierpią na opisaną chorobę i nie posądzajcie mnie o uogólnianie. Nawet gdy potrafimy zrozumieć lęk o utratę stanowiska, ambicje awansu, pogoń za dochodem, indywidualnie ustalane dobro kraju to mimo wszystko, takie zrozumienie do normalności nas nie zbliża.

Jeżeli dziś uznamy, że „dla dobra Polski” możemy przymknąć oko na różnorodne kwestie, to jutro gdy do władzy dojdzie ktoś inny, również powoła się na dobro Polski i zapewniam Was, że znajdzie ekspertów czy konstytucjonalistów, którzy jego rację uzasadnią, a warto wiedzieć, że już dziś takowi zgłaszają swoją gotowość do stwarzania takich uzasadnień. Tworzenie precedensów posiada ten urok, że oddanie Kosowa w ręce Albańczyków wykorzystał Putin zajmując Krym. Miejmy to na względzie.

prec

KOŚCIELNA WYCENA CIĄŻ

Z czysto ekonomicznego punktu widzenia, ograniczenie liczby aborcji jest dla kościoła po prostu opłacalne. Blisko 500 tys. noworodków w kraju, w którym około 90% obywateli deklaruje wyznanie katolickie przynosi niebagatelny dochód. Od chrztu pobiera się opłatę w wysokości 100 do 500 zł co daje w rezultacie dochód rzędu ponad 100-200 mln zł rocznie. Niż demograficzny budzi niepokój kościelnych skarbników, dlatego trwają usilne poszukiwania metod służących pokrzepieniu kościelnego budżetu. Nic oczywiście nie może paść wprost, gdyż przeliczanie bożego stworzenia na gotówkę byłoby przynajmniej niesmaczne.

Szacunki mówią nawet o 100 tys. zabiegów rocznie, co oznacza stratę 10 czy 50 mln zł dochodu a więc gra jest warta świeczki, tym bardziej, że wśród owych 100 tysięcy znalazłyby się późniejsze źródła zysku z komunii, bierzmowań, ślubów, pogrzebów czy sponsorzy mszy lub innych wypominków. Nietrudno zauważyć, że analiza sytuacji w kontekście ekonomicznym, daje nam namiastkę odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego kościół koncentruje się głównie na etapie zachowania życia w okresie przed chrztem (niezależnie od stanu zdrowia przyszłego „donatora”, wieku ciężarnej czy okoliczności zajścia w ciążę). Donator nie rokujący na przeżycie dostarczy również w bardzo krótkim czasie dochód z pogrzebu a tu ceny wahają się od 50 do nawet 5 tys.zł. Jak widać człowiek jest prawdziwą wartością.

Do tej maszyny ekonomicznej dorobiono kilka ckliwych historii, o których nie ma nawet pojedynczego wersetu w pismach świętych, a encykliki papieskie (będące dziełem najwyższego zarządu kościoła na ziemi oraz głównego beneficjenta świętego dochodu), mogą budzić zasadne wątpliwości co do rzeczywistego celu uprawiania tzw. polityki „pro-life”.

Liberalna polityka aborcyjna jest zagrożeniem dla kościelnych interesów, dlatego zachód, demokracja i zepsucie „wdzierające się” w naszą rzeczywistość zostają szeroko napiętnowane. To, że owo zepsucie traktuje podmiotowo człowieka i jego prawo do decydowania o swoich ścieżkach życiowych, szczęściu, promuje odpowiedzialność przy decyzji „założyć czy nie założyć rodziny (lub czy ją powiększyć)” dla feudalnie rozumującego kościoła nie ma najmniejszego znaczenia. Piętnowanie „niepokornych” ma się doskonale, wszak „Kto sieje strach, ten posiada władzę”.

pregnant

DLACZEGO RELIGIA POWINNA ZNIKNĄĆ ZE SZKÓŁ I PRZEDSZKOLI

Zaczęło się od eksperymentu. W roku 1948, amerykański psycholog Edwarda Tolman dowiódł, że gdy szczur odnajdzie kilka razy jedzenie w konkretnym miejscu (np. w prawym ramieniu pudełka o kształcie krzyża), to gdy poczuje głód, będzie automatycznie kierował się w to właśnie miejsce. Właściwie nic niezwykłego, jednak stworzone w ten sposób pojęcie „mapy mentalnej/mapy poznawczej” (cognitive map) nabrało przez lata nieco szerszego znaczenia. Gdy jesteśmy głodni – idziemy do kuchni lub sklepu, gdy ktoś umiera – myślimy o pogrzebie, gdy zostajemy okradzeni – dzwonimy po policję. Oczywiście, nie rodzimy się z tą wiedzą, ktoś nam ją wszczepia i jedyna wyczerpująca odpowiedź na pytanie o to jak wiele takich pozornie odruchowo-logicznych informacji zawiera nasz mózg, brzmi: SPORO. Proste przykłady: wg dziecka mleko bierze się z lodówki gdy wg. jego babci od krowy. Wg. sybiraka aresztującym go enkawudzistom należało podporządkować się, gdy wg. Amerykanina należało zadzwonić po adwokata. Nasze mapy poznawcze są różne, wszystko zależy od tego co wbito nam do głów w dzieciństwie i nie tylko, a mówiąc bardziej obrazowo: w której części pudełka najczęściej znaleźliśmy kawałek sera.

Oprócz spraw tak banalnych jak zdobywanie pożywienia czy reagowanie na przestępstwa, nasze mapy poznawcze zawierają również kierunkowskazy dotyczące tego jak sprawdzać informacje, gdzie ich szukać, jak je interpretować, które z nich uznać za ważne. W tym punkcie pojawiają się schody. Okazuje się, że o ile zdecydowana większość z nas, cierpiąc na jakąś dolegliwość zadzwoni po pogotowie a tylko garstka pogna do znachora, to w sferze informacji zetkniemy się z prawdziwym jarmarkiem. Gazeta Polska czy Gazeta Wyborcza, a może Wprost, sąsiad, „NIE” lub internet? O wszystkich tych źródłach usłyszymy, że są „nasze”, zależnie od tego z kim rozmawiamy.

Słyszeliśmy o „rządzie dusz”, dlatego warto uzupełnić naszą wiedzę tym, że rząd dusz polega właśnie na kształtowaniu naszych map poznawczych a kształtowanie odbywa się w taki sposób, abyśmy pewne normy postępowania uznali za całkowicie własne.

Przykład różnic:
Co przesądza o prawdzie:
a) zdanie znanego nam autorytetu?
b) liczba ludzi uznających daną prawdę?
c) samodzielne doświadczenie?
d) czas powszechnego uznawania danej prawdy?

Naszym dzieciom od najmłodszych lat wciska się to, że ksiądz ma zawsze rację, jest autorytetem, prawda mieści się w kościele, a dyskutowanie z religią grozi piekłem. Godzinę później, na kolejnej lekcji dziecko dowiaduje się, że sensownym źródłem informacji jest encyklopedia, pismo „Science” czy „The Economist”, autorytety bywają omylne, prawda tkwi w wynikach eksperymentów, a dyskusja ma sens gdy podpieramy ją dowodami a nie intuicyjnymi skojarzeniami. Po takim maglu, szkołę opuszcza człowiek, który oddaje głos na Korwina-Mikke, gdyż Mikke jako „prawicowiec” ma zawsze rację i nie musi udowadniać stawianych tez (nawet gdy chwilę wcześniej otwarcie stwierdził, że jako polityk nie przyzna się nigdy do błędu a więc zdolny jest takie popełniać). Dlaczego akurat tak? Cóż, nauczyciel fizyki nie obieca uczniowi zbawienia za dobrze wykonane zadanie domowe, nie powie uczniowi, że za pilną naukę spotka go łask pełna miłość istoty nie z tego świata.

Edukacja, która wymyka się kontroli państwa, przestaje służyć państwu. Wytwarza polityków gotowych modlić się o deszcz, Marysie S., Chazanów, mistrzów taktu pokroju Pawłowicz czy naukowców słyszących krzyki zarodków. Oczywiście można przegiąć i w drugą stronę a warto przypomnieć, że dzieci nie są królikami doświadczalnymi. Zauważmy jednak to, że pierwszy problem mamy już dziś, gdy o ewentualnie kolejnym dopiero toczy się debata i co ciekawe proponuje się to, by nadzór nad programem nauczania posiadało ministerstwo edukacji – co jest moim zdaniem najciekawszym pomysłem.

mental

UTOPIA WZROSTU

Czy oglądając różnorodne wykresy krajowego lub światowego wzrostu zadaliście sobie kiedykolwiek pytanie o to dokąd prowadzą? Większość z nas nie czyni sobie takiej refleksji, gdyż traktujemy owe wykresy jako narzędzia polityczne. Jedni starają się ich nie widzieć (ponieważ przeczą kreowanej przez nich linii ideowej), kolejni widzą dane wybiórczo, a następni tak dobierają parametry by interpretacja wskazywała na coś co z owych wykresów w najmniejszym stopniu nie wynika. Wykresy rosną więc sobie w najlepsze ciesząc oczy jednych i koląc innych. Czy jednak, spotkaliście się kiedyś z sytuacją, w której budowniczy postanawia wznieść wieżowiec z nieskończoną liczbą pięter? Znamy jedynie biblijną przypowieść na podobny temat a i tak budowa spotkała się z krytyką sił wyższych. Dokąd prowadzi współczesny wzrost? Czy ma swój kres? Czy coś może go ograniczać?

Absurd nieograniczonego wzrostu zilustrować można licznymi przykładami. Np. wydobycie surowców. Jak wiadomo nie są to zasoby nieskończone i wyczerpanie np. zasobów węgla bardzo źle przedstawiałoby się na wykresie. Weźmy inny przykład. Wielu młodych ludzi marzy o założeniu biznesu od zera. Tylko część z nich zakłada osiągnięcie jakiegoś satysfakcjonującego pułapu dochodu. Inni chcą być po prostu bogaci a więc w pewnym sensie przejąć wszystkie pieniądze i zasoby istniejące na naszej planecie a może i poza nią. Niewielu z nas dostrzeże to, że realizacja takiego planu wiąże się z pozbawianiem owych pieniędzy i zasobów innych dotychczasowych ich posiadaczy. Czyli wszystko ma swoją cenę.

Gonienie krajów starej UE – brzmi optymistycznie, gdyż chcemy żyć jak ludzie na zachodzie (oczywiście bez żadnych kryzysów). Jednak kraje starej UE nie stoją w miejscu. Również notują wzrost, więc co dokładnie gonimy? Pozycję w wyścigu, który nie ma końca? Czy nie można określić jakiegoś sensownego pułapu „szczęśliwości” i zatrzymać się czyli sprawić by linia dotychczasowego wzrostu stała się poziomą linią stabilności? Owszem, stawanie się coraz bogatszymi nie ma w sobie niczego złego, choć mimo satysfakcjonujących wyników zauważamy również, że coraz większa liczba ludzi trafia na bocznicę, że powiększa się rozwarstwienie społeczne, że rośnie dług.

Szczurzy wzrostowy pęd przynosi korzyść nielicznym, a jest możliwy dzięki kłamstwu. Banki pożyczają wirtualne pieniądze a odbierają w ramach spłaty długu np. całkiem fizyczne domy. Brzmi jak teoria spiskowa, gdyż wskazuje na to, że kiedy już nie stać nas będzie na spłatę zadłużenia rosnącego wraz z naszym wzrostem finansowanym z pożyczek, wszystko w finale przejmą banki a może jakiś tam jeden bank. Głupota, chciwość, strategia, czyja, kogo? Pozostawiam Was z tymi i innymi pytaniami.

utwz