DEMOKRACI, RACJONALIŚCI, ATEIŚCI – NIE JEST ŁATWO

by romskey

Czasem zastanawiam się nad tym czym jest ten cały obieg opinii, czemu służy, jak sprawić by działał na rzecz zwykłych ludzi, ich oczekiwań, szans? O ile w bardzo różnorodnym środowisku rozmówców udaje się całkowicie spokojnie określić wiele spraw, które warto i można zmienić przy powszechnej aprobacie, wcześniej czy później pojawia się zgrzyt, zgrzyt któremu na imię kościół. „Nie mam nic przeciwko europejskim religiom” – zwraca się nagle do nas ktoś, z kim rozmowa była dotychczas twórcza i całkiem przyjemna. Zapada trudne milczenie, gdyż jak wyjaśnić w kilku słowach i w podobnej atmosferze prawo do wychowania, kwestie ingerencji we wspólną przestrzeń, życie. Nie bierzemy zwykle pod uwagę tego, że osoba wierząca nie odczuwa praktycznie żadnego wpływu systemu religijnego. Pogrzeb, chrzest, ślub, wizyta w kościele są dla niej tak naturalne jak dla innych oddychanie, sen czy jedzenie. W jaki sposób, w rozmowę o demokracji wpleść wątek religijnej bezstronności, bezstronności państwa? Przypominam sobie w takich okolicznościach wyniesione z jakichś kursów marketingowe rady, które mówią wyraźnie, że temat religii jak temat sportu, chorób czy polityki prowadzą zawsze prostą drogą do mniejszego lub większego konfliktu a więc utraty klienta. Pominięcie tematu jednak, nie pozwoli osiągnąć celu, który nas interesuje, nie osiągniemy nawet porozumienia w kwestiach, o których rozmawialiśmy chwilę wcześniej. Pojawia się obawa, że to wszystko o czym była mowa, jest tylko przykrywką dla jakichś zakonspirowanych wrogich idei, które zamierzamy narzucić ludziom. Zgodzić się na demokrację i poświęcić wolność światopoglądową? Przyjąć obecność religii jako coś nieodzownego, jako coś co być musi i należy to przyjąć? Przecież nie żyjemy w próżni, państwa wielokulturowe rozwiązały u siebie problem różnic religijnych i nie za sprawą politycznego terroru, ale sukcesywnego działania, dialogu politycznego.

Zastanawiam się nad szansami racjonalistów, ateistów i zdrowo pojmujących demokrację ludzi, w procesie wyborczym, czy nasze sprawy nie zostaną zwyczajowo zepchnięte na margines? Potrafimy zaznaczyć swoje istnienie w mediach społecznościowych, czasem ktoś zorganizuje manifestację, happening, wywiesi banner, to jednak samodzielne wyjście na ulicę jest jak stąpanie pierwszego człowieka po księżycu. Każda mijana twarz, przechodnia, kierowcy, budzi pytanie „Jak przekonać go do tego, że mamy prawo żyć normalnie i nie ingerując w jego byt chcemy czuć się tak samo jak on swobodni?”. Zniechęcenie wywołane świadomością rozmiarów pracy, którą należałoby wykonać nie napawa optymizmem. Każda z mijanych osób ma różny poziom akceptacji, tolerancji, otwarcia. Z każdym należałoby pracować indywidualnie, ukazać, że nie ma tu mowy o narzucaniu czegokolwiek, że chodzi – może nawet i głównie – o zrozumienie. Do tego świadomość, że gdzieś obok toczy się misyjna gra, gra której zadaniem jest uczynienie z nas wrogów publicznych.

„Oni nie rozumieją nas”. Radykalizm odstrasza, zorganizować więc „Wielkie Milczenie”? – tyle można zrobić, gdyż na tyle stać każdego. Możemy niczym pacyfiści – pierwsi chrześcijanie (sic!) – nie odpowiadać na prowokacje, pokojowo zmierzać do celu, budować zbiorową świadomość, ale czy to jest wykonalne? Tym różnimy się od wierzących, że nie spaja nas wspólna idea. Nie posiadamy ośrodków zbiorowego zarządzania, nie jesteśmy nawet ateistami, jesteśmy po prostu „inni” od wierzących a to nie określa tego, kim właściwie jesteśmy.

Kilka dni temu, w typowej wieczornej rozmowie Polaków o Polsce, uczestniczył były ksiądz, obecnie katecheta, zdecydowany sympatyk PiS, czytelnik i widz katolickich mediów. Nie poruszaliśmy kwestii stricte wyznaniowych, a przynajmniej w jakimś „radykalnym” kształcie, co zapewne przyczyniło się temu, że w pewnym momencie, rozmówca otworzył z pozytywnym zaskoczeniem oczy i rzucił (wybaczcie nieskromność): „Kurcze, Romskey, ty naprawdę świetnie to rozumiesz, rozumiesz ludzi, gdybyś kandydował na prezydenta zagłosowałbym na ciebie”. Wiem, że często mówimy sobie takie rzeczy w żartach, choć tym razem autentyzm wyrażonej aprobaty (i to z jakiego kierunku?!), dał do myślenia. Szybko jednak, wróciłem na ziemię. Wymijająco podważyłem wszelkie swoje zalety i ewentualne kompetencje, myśląc „Ty po prostu nie wiesz”.
Niestety, bycie ateistą, racjonalistą, demokratą – to tak jak być Żydem, muzułmaninem, czerwonoarmistą. Chwilowo wywołane zainteresowanie przerodziłoby się w dystans, sceptycyzm, podejrzliwość i nie polegam tu na pesymistycznie ukierunkowanej intuicji, ale doświadczeniu.

Można zrobić wiele wspólnie dla kraju, jednak gdy pojawią się kwestia wyznaniowe, ledwie zawiązana wspólnota stanie się fikcją. Jak przełamać ten problem?

Sad-Angel

Reklamy