BOJÓWKI BEZKARNE?

by romskey

Kwestia właściwej reakcji na przypadki podważania konstytucyjnych praw jednych obywateli przez drugich, a konkretnie tylko jednych przez drugich, zawsze jest tematem wartym uwagi. Na ogół reagujemy bezsilnością lub gniewem, gdy tak naprawdę nie jest aż tak źle. Jesteśmy młodą demokracją, dlatego warto niekiedy uczyć się na cudzych błędach po to, by ograniczać własne.

19 maja 2014 zapadł wyrok w sprawie zakłócania wykładu prof. Baumana (choć listę spektakli z udziałem katolicko-narodowego kibolstwa można znacznie poszerzyć). Siedmiu osobom sąd wymierzył kary aresztu od 20 do 30 dni. Pozostałym dwunastu – grzywny w wysokości od tysiąca do 5 tys. zł. Cztery osoby zostały uniewinnione (źródło:polskieradio.pl). W uzasadnieniu wyroku odnajdujemy następujące zdanie: /protest stanowił/ „manifestację pogardy wobec państwa, wobec prawa, uniwersalnych wartości etycznych, wreszcie pogardę wobec innych ludzi, którzy myślą inaczej niż obwinieni”. Nie dziwi, że uzasadnienie zwyczajowo ożywiło instytucje sympatyzujące z zatrzymanymi, które oddały się kreowaniu wizerunku bandziorów jako męczenników za wolność i demokrację, narodowych bohaterów oraz filarów tradycji historycznej, którym niesienie pomocy (zrzutki na grzywny) powinno być patriotycznym obowiązkiem każdego Polaka. Nie obyło się rzecz jasna bez postawienia politycznego zarzutu typu „reżim cofnął się do 1954r. i kolejny raz zamyka ludzi korzystających ze swoich konstytucyjnych praw i dziewiczych serc”.

W ostatnich dniach przejrzałem kilkanaście filmów dokumentujących zakłócanie spotkań (zgromadzeń) przez „patriotów 300% normy”. Przyglądałem się reakcjom uczestników i organizatorów, których apele nie przynosiły żadnych efektów, analizowałem działania służb. Czy nie istnieje wyjście? Czy organy prawa powinny w obliczu takich spraw chować się po kątach i działać potajemnie jak nie powiem już kto? Czy rozwiązania siłowe mają sens i w imię czego je stosować?

Mankamenty polskiej demokracji nie są ewenementem na skalę światową, dlatego sięgnięcie do doświadczeń innych krajów demokratycznych okazało się twórcze. Zacznijmy od wzbogacenia naszego słownika o kilka nowych zapożyczonych pojęć, które okażą się bardzo swojskie:

HECKLER – to osoba, która wyzywaniem, zaczepkami, pytaniami i kpinami prześladuje występującego. Heklerzy znani są z wykrzykiwania lekceważących komentarzy czy przerwania wypowiedzi wchodzeniem w słowo w trakcie spektakli, wieców lub innych wydarzeń. Ich zamiarem jest wprawienie w zaniepokojenie występujących jak i uczestników (polski odpowiednik: tromtadracja – krzykliwe i demonstracyjne głoszenie jakichś poglądów; – nie oddaje w pełni istoty zjawiska).

 

BOOING – (buczenie, od:’booo’) jest werbalnym aktem wyrażającym niezadowolenie z kogoś lub czegoś mające na celu zdyskredytowanie osoby lub zdarzenia.

 

Zjawisko hekleringu znane jest m.in. w W.Brytanii, USA i jest tolerowane. Heklering, u podstaw jest naturalną ludzką reakcją. Człowiek, który nie godzi się z racjami lub treściami wyrażanymi przez inną osobę, często reaguje emocjonalnie w taki właśnie sposób. Prawo chcąc przeciwdziałać tego typu zachowaniom stawałoby również przed dylematem związanym z wolnością słowa, z której heklerzy niewątpliwie korzystają. W Polsce miłującej przesadę, jak to w Polsce, w przeciwieństwie do swoich zazwyczaj jednostkowo działających zachodnich odpowiedników, powstają zorganizowane drużyny heklerów oburzających się w tej samej chwili i reagujących w identyczny sposób (co powinno wzbudzić pytanie o autentyzm, gdyż nawet więzi bliźniacze nie wykształcają podobnych multi-odruchów), do tego, rodzimi heklerzy nie tyle wchodzą w słowo co w ogóle nie dopuszczają występujących do głosu. Niejeden zainteresowany zastanawiał się nad tym, czy nie ma na to jakiegoś paragrafu? Niestety. Kultury publicznej dyskusji nie reguluje kodeks karny o ile nie dochodzi w jej trakcie do obrażania, zastraszania czy mordobicia. Czy pozostaje bezsilność i pogodzenie się z losem? NIE!

Rozwiązanie stosowane m.in. za oceanem kojarzyć się może z zatrzymaniem A.Capone za oszustwa podatkowe. Amerykański szacunek dla prawa własności (‚My home is my castle’) jest powszechnie znany, a w kontekście poruszonego tematu, ma następujące zastosowanie: „Masz prawo powiedzieć co myślisz (wolność słowa) ale u siebie. Gdy jesteś na cudzym terenie (święte prawo własności) Twoja wolność mówienia co ci ślina na język przyniesie kończy się!”. Użycie siły (wyproszenie przez ochronę lub policję) – jest w takim przypadku reakcją na konkretne przestępstwo a nie „napaścią państwa na wolność słowa”, po drugie „sąd” nie rozstrzyga skomplikowanych kwestii typu „zakres wolności słowa” lub „czym jest działanie antypaństwowe”, a jedynie koncentruje się na konkretnym wykroczeniu/przestępstwie (naruszeniu przestrzeni prywatnej).

Co ciekawe, kwestię tę regulują również polskie przepisy:

Art. 193 KK: Kto wdziera się do cudzego domu, mieszkania, lokalu, pomieszczenia albo ogrodzonego terenu albo wbrew żądaniu osoby uprawnionej miejsca takiego nie opuszcza, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

 

Właściciel miejsca lub osoba uprawniona, ma prawo wyprosić każdego bez względu na to czy ten korzysta z wolności słowa czy jakiejkolwiek innej wolności (np. wyrażania przekonań religijnych). Zamiast reakcji typu R.Dutkiewicza: „Nie będę tolerować nacjonalistycznej hołoty w moim mieście” lub wiary w to, że emocje opadną i nastąpi dialog (w co zdawał się wierzyć J.Palikot) a nawet form samodzielnego wypychania napastliwych gości przez krzepkie panie jak w jednym z domów wydawniczych, należy ‚poprosić’ heklerów o opuszczenie obiektu. Gdy tego nie zrobią już łamią prawo narażając się na konsekwencje, do tego inicjatywa przechodzi w ręce właściciela miejsca lub osoby uprawnionej, która może postawić prosty warunek: „albo zaczniecie rozmawiać jak cywilizowani ludzie, albo powiemy sobie do widzenia”. Proste i urodziwe w swojej prostocie.

Prawo własności może mieć również zastosowanie (choć na mniejszą skalę) także w przestrzeni publicznej, którą zarządza państwo i która z natury rzeczy powinna być obiektem kompromisu. O ile działalność zgromadzonych zaczyna znacznie odbiegać od pokojowej formy lub dalece wykracza poza działalność zadeklarowaną w formularzu zgłoszenia imprezy (Marsz Niepodległości czy spędy pod domami np. Tuska lub Jaruzelskiego) to osoba upoważniona ma prawo zakończyć spotkanie przed czasem karząc przy tym bardziej „wylewnych” uczestników. Istotne jest dokładne określenie tego, czy zachowanie tłumu narusza porządek publiczny czy jest przejawem wyrażania wolności słowa, które jedynie rani lub irytuje np. sympatyków rywalizującej partii lub wyznania. W tym drugim przypadku, metoda nie znajdzie zastosowania i próba wypchnięcia „konkurentów” z przestrzeni publicznej byłaby nadużyciem.

Po 50-ciu latach komuny, pojęcie „prawa własności” uległo w Polsce znacznemu zaniedbaniu, nie wspominając już o przestrzeni publicznej (państwowej), która w imię starej nomenklatury jest „niczyja”. Warto więc zauważyć, że prawo własności odnosi się również do kwestii wyposażenia obiektów, w których właściciel decyduje o tym co będzie wisiało na ścianach. W obiektach państwowych o wyposażeniu decyduje prawo (np. szerzej rozumiany art 25 pkt.2 Konstytucji). Warto o tym pamiętać, gdyż trudno wyobrazić sobie, by nasz gość wszedł do naszego domu i przybił do ściany symbol swojego wyznania. W obiekcie państwowym analogicznie. Państwowe nie jest niczyje!

wolt

lk copy


P.S.
Pierwotny tytuł miał brzmieć:
„POWIEDZIAŁEŚ CO MYŚLISZ? WIĘC WYPIERDALAJ”
– stanowił próbę kompromisu oraz wyraz szacunku zarówno dla „wolności słowa” jak i „prawa własności”.

Reklamy