Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Czerwiec, 2014

MANIFESTOWANIE PRZEKONAŃ RELIGIJNYCH

Klauzula katolickiego sumienia lekarzy, zamysły wprowadzanie do słów przysięgi senatorów czy adwokatów dobrowolnej możliwości dodania frazy „tak mi dopomóż Bóg”, uliczne wystąpienia. Czemu służą? Przekonania religijne czy areligijne traktujemy jako sferę osobistą, dlatego dziwi nas wyrażane przez część społeczeństwa i polityków poczucie nieodzowności eksponowania tychże przy każdej okazji. Gdy oddziaływanie to wkracza w przestrzeń publiczną lub prawo rodzą się uzasadnione obawy o neutralność światopoglądową państwa a co za tym idzie, poszanowanie praw osób niewierzących i wyznawców religii innych niż katolicka. „Przecież każdy wedle własnego uznania może uczestniczyć w tym lub nie” – uspokajają zwolennicy wspomnianych zmian, choć ich argument nie jest satysfakcjonujący.

Perswazja

Chcąc lepiej zrozumieć zjawisko publicznego eksponowania przekonań religijnych należy zwrócić uwagę na charakterystyczną cechę większości wyznań. Fizyczne udowodnienie istnienia bóstwa jest – mówiąc delikatnie – skomplikowane. Nawet gdy ulegniemy urodzie świata oraz naszych umysłów, które uznamy za zbyt złożone by były dziełem przypadku, to powstać może dylemat dotyczący samego stwórcy. Czy jest nim Jahwe, Allah, Visnu, a może inna transcendentna siła? Taki dylemat jest niepożądany, dlatego kluczem krzewienia bardzo konkretnej religii staje się wyłącznie perswazja a ta determinuje metody oddziaływania.

Perswazja religijna, jak doskonale wiemy jest sprzeczna z duchem negocjacyjnego lub naukowego wyłaniania prawdy. W takim przypadku, przekonywanie do danego bóstwa nie może opierać się na akademickiej dyskusji lub dowodach, gdyż wykluczona jest możliwość np. połowicznego uwierzenia w boga (w imię kompromisu) czy poddawanie wątpliwości dowodów, których po prostu nie ma. Pozostaje wywieranie wpływu za pomocą innych środków, choć kojarzenie perswazji wyłącznie z naciskiem byłoby błędem. Narzędziami przekonywania staje się autorytet osób krzewiących wiarę, ich zdrowie, zasobność, kultura osobista, onieśmielający kształt oraz przepych miejsc kultu, patriotyzm, stosowanie określonej poetyki wypowiedzi. Krok dalej odnajdziemy takie elementy przekonywania jak liczba wyznawców (potwierdzenie społeczne) lub czas obecności danej religii w danej kulturze (siła tradycji). Tych elementów jest sporo.

Psychologia

Wszystkie te techniki-atrybuty stosowane jednocześnie lub zależnie od okoliczności posiadają dość proste tło psychologiczne, o którym należy wspomnieć. Choć uważamy, że nasze poglądy są niezachwiane, to już np. epatowanie swoim ateizmem czy „innowierstwem” wśród wierzących sprawia kłopot. Nie chcemy wyróżniać się, trafiać w centrum niezdrowej uwagi, nie chcemy zostać odrzuceni a tym bardziej gdy osoby wśród których przebywamy darzymy sympatią lub szacunkiem. Już 100 lat temu Gustaw Le Bon a pół wieku później Salomon Asch (urodzony w Polsce amerykański psycholog) udowodnili, że przekonania jednostki zanikają w tłumie. Tłumu oczywiście nie należy kojarzyć wyłącznie z wielotysięczną rzeszą. Doskonale sprawdza się nawet kilka osób (a nawet jedna osoba ciesząca się autorytetem), które są w stanie sprawić, że poddany presji zaprzeczy własnym poglądom. „Zanikanie” przekonań jednostki wykorzystał m.in. Bernard Madoff budując aurę elitarności swojego przedsięwzięcia. Podważenie autorytetu szefa lub wiarygodności jego wyników finansowych skutkowało natychmiastowym oburzeniem a nawet ostracyzmem. Podobne procesy zachodzą w przestrzeni politycznej.

Nacisk, poczucie winy, wiara w cud

„Pani taka wierząca a nie widzi?” – są słowami, które doskonale ułatwiają dostrzeżenie cudownych przemian (tzw. cudów) na drzewach czy ścianach budynków. Uzależnienie odczuwania boga od siły osobistej wiary jest niejednokrotnie źródłem poczucia winy pt. „moja wiara jest słaba, skoro nie widzę” skłaniającego do gorliwszego oddawania się praktykom religijnym. To również skuteczna technika. Jednak niezależnie od tego na podstawie jakich przesłanek zgodzimy się z „tłumem” stajemy się używając terminologii wywiadowczej „kontaktem referencyjnym”, na który zawsze można powołać się jako świadka cudownych zjawisk.

Religia potraktowana niczym produkt marketingowy nie może istnieć w ukryciu, w sferze przekonań osobistych. Żaden produkt stworzony w prywatnym warsztacie nie zostanie dostrzeżony gdy nie zostanie pokazany ludziom. Tzw. objawienia – które można byłoby potraktować jako nawiązanie osobistego kontaktu z bogiem – nigdy nie były oderwane od lokalnie wyznawanych wierzeń lub w różnych miejscach na świecie przyjmowały różne, często sprzeczne formy. Religię zawsze należało ludziom przynieść z pominięciem elementu „bożej łaski”.

Dodanie frazy „tak mi dopomóż bóg” do przyrzeczenia poselskiego, senatorskiego, prezydenckiego, adwokackiego, lekarskiego (klauzula sumienia) jest perswazyjną formą ekspozycji osobistych przekonań, jak również formą zwrócenia uwagi na tych, którzy owej frazy nie wypowiedzą czy danego dokumentu nie podpiszą. Łączy się to z oczywistymi konsekwencjami, typu spadek zaufania do osoby niewierzącej, której brak wiary lub „innowierstwo” podważa jej kondycję moralną. Mechanizm ten znamy doskonale dzięki naszym ludzkim codziennym doświadczeniom: przyjmowanie księdza po kolędzie, umieszczanie napisów na drzwiach, wspieranie datkami starszych pań krążących z opłatkiem czy listą poparcia dla budów obiektów sakralnych lub likwidacji niemoralnych sklepów w okolicy. W tych wszystkich przypadkach jesteśmy poddawani najzwyklejszej presji i wobec niej wyrażamy sprzeciw. Ekstremalne formy perswazji, które mogliśmy obserwować przy okazji spektaklu „Golgota Picnic” to finalna technika oddziaływania (z wykluczeniem negocjacji i dowodów – większość protestujących nie znała treści). Perswazyjna promocja danej religii oraz wyperswadowanie ludziom chęci zaznaczania swojej religijnej odrębności czy bezwyznaniowości w przestrzeni publicznej to priorytety wyznania, które zmierza do osiągnięcia wyznaniowego monopolu i kontroli społeczeństwa.

AAAgolgota
(graph:tvn24)

prawo

PAPIEROKRACJA

Prawo przestało służyć ludziom. Stało się stertą niemal bezużytecznych papierów, które można dowolnie interpretować. Powstają logiczne zatory, których skutkiem jest dezorientacja lub w radykalnych przypadkach chęć zmiecenia wszystkiego (po rzymsku) z powierzchni ziemi i rozpoczęcia od początku. Od lat, większość publicznych dylematów dotyczy spraw niejasnych, których wspólnym mianownikiem jest stare porzekadło „na dwoje babka wróżyła”. Procedury, standardy, zasady, etyka miały w jakiś sposób regulować to czego nie dopowiadało prawo, jednak okazało się, że to nie działa. Posiadamy różne sposoby widzenia wzorów, przetwarzania danych i interpretacji informacji, dlatego o rozstrzygnięciach decyduje częściej ilość lub jakość głosów „za” niż konkretna wykładnia. Nie raz jesteśmy świadkami tego, jak w zależności od punktu widzenia ten sam przypadek zostaje oceniony na dwa lub więcej sposobów. Efekt jest taki, że tam gdzie interpretacja jest otwarta, zagnieżdżają się wszelkiej maści cwaniacy, którzy ubijają na tym interes śmiejąc się w twarz zarówno prawu jak i ludziom. Czy nie może być prościej a zarazem skuteczniej?

Zwróćcie uwagę na to jak poważny jest problem. Tam gdzie np. Konstytucja nie reguluje dokładnie danej kwestii, przesądza sprawę konstytucjonalista lub cały ich trybunał. W związku z tym, to nie Konstytucja jest nadrzędnym prawem ale opinie konstytucjonalistów a posiadając możliwość ich powoływania zyskuje się „nadkonstytucyjne” możliwości. Kodeks karny? Niejasny przepis zinterpretuje i uzasadni Sąd Najwyższy wedle jakiejś tam argumentacji. Kto stanowi prawo? Sędzia, zaś prawo jest jedynie instrumentem pomocniczym. Można w ten sposób schodzić coraz niżej, zmierzając ku coraz banalniejszym przykładom. Tylko pytanie: czym jest w takim razie stanie na straży konstytucji lub prawa? Czego właściwie dotyczą ślubowania? Umownego szacunku dla luźnych, podstawowych reguł, których ścisła definicja pozostawiona zostaje niemal swobodnym rozważaniom opartym na dowolnie pojmowanej logice lub punkcie widzenia? Dziwić się ilości komisji wszelakich, instytucji kontroli, itd. itp. – jest co badać.

W jednym z reportaży, policjant drogówki stwierdził, że najwięcej wypadków ma miejsce na przejściach dla pieszych. Czy w takim razie, przechodząc uważnie poza przejściem, mogę wytłumaczyć się tym, że w ten sposób chronię swoje życie lub zdrowie? Wszak prawo powinno mnie chronić, a skoro tego nie robi…

Niejeden teoretyk spiskowy wywęszyłby tutaj celowe działanie, czyli wepchnięcie społeczeństwa w wir bezużytecznych reguł, tylko po to by lepiej nim manipulować. Sęk w tym, że wystarczy tworzyć złe prawo, by chaos powstał samoistnie. Na czym polega tworzenie złego prawa? Na mnożeniu przepisów, na tworzeniu prawa nie dla ludzi, ale dla interesu, partii, państwa czy prawa dla samego prawa.

VAT, zapytania ofertowe w mailingu, nękanie telefoniczne, serwisy „pobieraczkowe” (czerpanie zysku z kar umownych a nie dostarczania usług), prawo autorskie (dozwolony użytek, kopia, przetworzenie), niezawisłość sędziów, niezależność instytucji, bezstronność – żyjemy w labiryncie i o zgrozo od kogoś praktycznie przypadkowego zależy to, czy uda się nam wyjść czy nie. Co w takim razie znaczy być uczciwym obywatelem, skoro koniec końców nie ustalono czym jest uczciwość? Jak chronić ustrój skoro nie sprecyzowano czym on jest?

B_dimont

B.KOMOROWSKI – JAK BUDUJE SIĘ SZACUNEK DO PAŃSTWA

Nie jestem czcicielem słów gdyż wolę czyny, jednak czasem cieszy to, że pewne treści padają w ogóle. W chwili, gdy kraj ogarnia zbiorowa histeria, takie słowa niosą otuchę i nadzieję na względną normalność. Autorem wypowiedzi, w której odnalazłem sporą część własnych przekonań jest prezydent RP. Zapewne część z Was zniechęci się do mnie w imię lepiej lub gorzej uzasadnionych argumentów, ale nie patrzę na to, tak jak zapewne nie patrzył na populistyczny kontekst swojej racji B.Komorowski mówiąc o oczekiwaniach względem niego. Nie buduję tu pomnika czy obiektu zbiorowego kultu. Po siedmiu latach, padło wreszcie krytyczne odniesienie do społeczeństwa – zwrócono uwagę na problem, o którym dotychczas nie ośmielił się powiedzieć nikt z wyżyn w obawie przed publiczną reakcją. Problem dostrzegam od lat jako uczestnik blogosfery, dlatego cieszy mnie to, że nie jestem w swoich spostrzeżeniach odosobniony, a nawet mam dobre towarzystwo.

/…/bo jest tak, że jedni chcieliby zobaczyć prezydenta w szeregach opozycji, inni w kręgach bezkrytycznych chwalców rządu i koalicji rządowej/…/
B.Komorowski

Ten fragment jest nie tylko ważny ze względu na to, że jest deklaracją bezstronności, której w ostatnich miesiącach i latach brakło. Zawiera wyjątkowo trafną diagnozę postawy grupy dość aktywnych uczestników obiegu opinii, których postępowanie bywa niekiedy najbardziej nieprzemyślaną prowokacją mającą fatalne skutki.

Jak domyślacie się, nie mowa o PiS gdyż od partii żałosnej nie warto oczekiwać niczego nieżałosnego. To topienie w rynsztoku wszelkich zasad i rozsądku w imię „historia mnie rozliczy” i podobnych „ideałów”, mające miejsce w szeregach sympatyków partii kreującej się na partię rozumu, sprawiedliwości i otwarcia budzi wyjątkową odrazę. Czy tzw. „bezkrytyczni chwalcy rządu i koalicji rządowej” zdają sobie sprawę z reakcji, którą w imię swoich indywidualnie ukształtowanych priorytetów wywołują? Czy rozumieją to, że budzą wściekłość, nierzadko pełną goryczy bo wywoływaną z poziomu siły? Czy rozumieją to, że następstwem ich dzieła jest wściekły odwet ze strony politycznych oponentów, a więc, że mają swój udział w eskalowaniu konfliktu? Nie chcę wywołać pogardy, sugeruję choćby chwilową refleksję, która może nie tylko stabilizować obecną sytuację ale i ulepszyć nieco ten kraj zamiast jedynie go pogrążać.

Nie chcąc być źle zrozumianym zastrzegam, że nie nawołuję do tworzenia wymuskanej i pozbawionej krytyki czy ostrego języka blogosfery. Chcę przypomnieć nam wszystkim o tym, że relatywizowanie negatywnych postaw i zdejmowanie odpowiedzialności prowadziło do największych zbrodni, które w swojej historii zapisała ludzkość.

Bronisław Komorowski : O STYLU
– Źródłem bólu i przykrości jest treść podsłuchanych rozmów. Coś tu się zmieniło. Coś tu się zmieniło na gorsze. To zmiana trochę pokoleniowa. Nie wyobrażam sobie tego rodzaju rozmów z udziałem Krzysztofa Skubiszewskiego, Krzysztofa Kozłowskiego, Bronisława Geremka czy Leszka Balcerowicza

O ETYCE ZAWODOWEJ
…uważam, że każdy z polityków, którzy nawet nie złamali prawa – bo ja do dzisiejszego dnia w tych nagraniach nie odnalazłem dowodu na złamanie prawa – powinien wedle własnej wrażliwości i wedle własnej wizji roli służebnej w stosunku do państwa polskiego, rozważyć i podjąć odpowiednie decyzje

O PRZYSZŁOŚCI
– Jest to więc wyzwanie dla nas wszystkich, aby spróbować powstrzymać niedobre zjawisko psucia standardów, także standardów języka i kultury politycznej

beka

pełny zapis wystąpienia:

DEMOKRACI, RACJONALIŚCI, ATEIŚCI – NIE JEST ŁATWO

Czasem zastanawiam się nad tym czym jest ten cały obieg opinii, czemu służy, jak sprawić by działał na rzecz zwykłych ludzi, ich oczekiwań, szans? O ile w bardzo różnorodnym środowisku rozmówców udaje się całkowicie spokojnie określić wiele spraw, które warto i można zmienić przy powszechnej aprobacie, wcześniej czy później pojawia się zgrzyt, zgrzyt któremu na imię kościół. „Nie mam nic przeciwko europejskim religiom” – zwraca się nagle do nas ktoś, z kim rozmowa była dotychczas twórcza i całkiem przyjemna. Zapada trudne milczenie, gdyż jak wyjaśnić w kilku słowach i w podobnej atmosferze prawo do wychowania, kwestie ingerencji we wspólną przestrzeń, życie. Nie bierzemy zwykle pod uwagę tego, że osoba wierząca nie odczuwa praktycznie żadnego wpływu systemu religijnego. Pogrzeb, chrzest, ślub, wizyta w kościele są dla niej tak naturalne jak dla innych oddychanie, sen czy jedzenie. W jaki sposób, w rozmowę o demokracji wpleść wątek religijnej bezstronności, bezstronności państwa? Przypominam sobie w takich okolicznościach wyniesione z jakichś kursów marketingowe rady, które mówią wyraźnie, że temat religii jak temat sportu, chorób czy polityki prowadzą zawsze prostą drogą do mniejszego lub większego konfliktu a więc utraty klienta. Pominięcie tematu jednak, nie pozwoli osiągnąć celu, który nas interesuje, nie osiągniemy nawet porozumienia w kwestiach, o których rozmawialiśmy chwilę wcześniej. Pojawia się obawa, że to wszystko o czym była mowa, jest tylko przykrywką dla jakichś zakonspirowanych wrogich idei, które zamierzamy narzucić ludziom. Zgodzić się na demokrację i poświęcić wolność światopoglądową? Przyjąć obecność religii jako coś nieodzownego, jako coś co być musi i należy to przyjąć? Przecież nie żyjemy w próżni, państwa wielokulturowe rozwiązały u siebie problem różnic religijnych i nie za sprawą politycznego terroru, ale sukcesywnego działania, dialogu politycznego.

Zastanawiam się nad szansami racjonalistów, ateistów i zdrowo pojmujących demokrację ludzi, w procesie wyborczym, czy nasze sprawy nie zostaną zwyczajowo zepchnięte na margines? Potrafimy zaznaczyć swoje istnienie w mediach społecznościowych, czasem ktoś zorganizuje manifestację, happening, wywiesi banner, to jednak samodzielne wyjście na ulicę jest jak stąpanie pierwszego człowieka po księżycu. Każda mijana twarz, przechodnia, kierowcy, budzi pytanie „Jak przekonać go do tego, że mamy prawo żyć normalnie i nie ingerując w jego byt chcemy czuć się tak samo jak on swobodni?”. Zniechęcenie wywołane świadomością rozmiarów pracy, którą należałoby wykonać nie napawa optymizmem. Każda z mijanych osób ma różny poziom akceptacji, tolerancji, otwarcia. Z każdym należałoby pracować indywidualnie, ukazać, że nie ma tu mowy o narzucaniu czegokolwiek, że chodzi – może nawet i głównie – o zrozumienie. Do tego świadomość, że gdzieś obok toczy się misyjna gra, gra której zadaniem jest uczynienie z nas wrogów publicznych.

„Oni nie rozumieją nas”. Radykalizm odstrasza, zorganizować więc „Wielkie Milczenie”? – tyle można zrobić, gdyż na tyle stać każdego. Możemy niczym pacyfiści – pierwsi chrześcijanie (sic!) – nie odpowiadać na prowokacje, pokojowo zmierzać do celu, budować zbiorową świadomość, ale czy to jest wykonalne? Tym różnimy się od wierzących, że nie spaja nas wspólna idea. Nie posiadamy ośrodków zbiorowego zarządzania, nie jesteśmy nawet ateistami, jesteśmy po prostu „inni” od wierzących a to nie określa tego, kim właściwie jesteśmy.

Kilka dni temu, w typowej wieczornej rozmowie Polaków o Polsce, uczestniczył były ksiądz, obecnie katecheta, zdecydowany sympatyk PiS, czytelnik i widz katolickich mediów. Nie poruszaliśmy kwestii stricte wyznaniowych, a przynajmniej w jakimś „radykalnym” kształcie, co zapewne przyczyniło się temu, że w pewnym momencie, rozmówca otworzył z pozytywnym zaskoczeniem oczy i rzucił (wybaczcie nieskromność): „Kurcze, Romskey, ty naprawdę świetnie to rozumiesz, rozumiesz ludzi, gdybyś kandydował na prezydenta zagłosowałbym na ciebie”. Wiem, że często mówimy sobie takie rzeczy w żartach, choć tym razem autentyzm wyrażonej aprobaty (i to z jakiego kierunku?!), dał do myślenia. Szybko jednak, wróciłem na ziemię. Wymijająco podważyłem wszelkie swoje zalety i ewentualne kompetencje, myśląc „Ty po prostu nie wiesz”.
Niestety, bycie ateistą, racjonalistą, demokratą – to tak jak być Żydem, muzułmaninem, czerwonoarmistą. Chwilowo wywołane zainteresowanie przerodziłoby się w dystans, sceptycyzm, podejrzliwość i nie polegam tu na pesymistycznie ukierunkowanej intuicji, ale doświadczeniu.

Można zrobić wiele wspólnie dla kraju, jednak gdy pojawią się kwestia wyznaniowe, ledwie zawiązana wspólnota stanie się fikcją. Jak przełamać ten problem?

Sad-Angel

ZASADY!!!!!

Sędzia w przerwach toczącego się procesu nie powinien nieformalnie komunikować się np. z adwokatem, gdyż ten może zechcieć wpływać lub układać się z nim i odwrotnie. Podważona zostałaby bezstronność obu postaci w oczach pozostałych uczestników procesu co pociąga za sobą szereg konsekwencji. Sekretne spotkanie ministra i prezesa niezależnego banku centralnego w restauracyjnym vip-roomie jest podobnie negatywną sytuacją, gdyż zachodzi podejrzenie, że mogą wchodzić w układ a z pewnością nie można takiej sytuacji wykluczyć. Osoba będąca świadkiem zdarzenia, stosując ścieżkę formalną, ma podstawy by swoim spostrzeżeniem zainteresować prokuraturę, a prokuratura zgodnie z oceną sytuacji zyskuje uzasadnienie by w takim miejscu zainstalować np. podsłuch(!).

Zestawienia osób, które spotykały się w barze Sowa, ukazują druzgocący obraz i skalę nieformalnych spotkań zagrożonych układem lub korupcją. To nie jest wypad młodych posłów do baru sushi w trakcie posiedzenia sejmu. To nie jest wesele. Decydujący się na działalność publiczną, rezygnują z jakiejś części swojego zwyczajnego towarzyskiego życia. Nie ma znaczenia to, czy jest to spotkanie szkolnych kolegów – nie powinno do nich dochodzić praktycznie w żadnych okolicznościach. Co ciekawe, to osoby pełniące funkcje publiczne w imię ochrony własnego prestiżu powinny jak ognia unikać tego typu sytuacji lub grać w otwarte karty w powszechnie dostępnych miejscach (pt. „nie mamy nic do ukrycia”). „Przyłapanie” np. polityków i biznesmenów w trakcie nieformalnych (ukradkowych) spotkań powinno wzbudzać natychmiastowy spadek zaufania obywateli, wyborców. W USA na takie spotkania czyhają paparazzi, gdyż same zdjęcia dokumentujące to, że do nich doszło mogą być polityczną kaplicą dla uwiecznionych na zdjęciach. Jaka jest reakcja społeczna w Polsce? Ano: „tak robi się politykę”.

zasady

O CO CHODZIŁO (po ludzku)

Afera podsłuchowa „Wprost” wprowadziła sporo zamieszania głównie dlatego, że treść zarejestrowanych rozmów była czytelna głównie w sferze formy a nie meritum. Prawo bankowe, polityka pieniężna, nowelizacja ustawy, gospodarka – to pojęcia tak odrażające dla przeciętnego Polaka, że odruchowo zaczynamy rozglądać się za kimś, kto odwali paskudną „śledczą” robotę za nas i ludzkim językiem powie jak jest.

W odpowiedzi na to oczekiwanie, wyjaśnianiem (tradycyjnie) zajęły się dwa rywalizujące ze sobą obozy polityczne, interpretujące zupełnie odmiennie (również tradycyjnie) ten sam materiał. Jedna strona uznała że sprawy nie ma, bo to dla dobra kraju, a nagrania były nielegalne i dokonane przez świnię. Druga strona okrzyknęła „świnię” bohaterem, który ujawnił kulisy nikczemności rządu, który należy obalić.

Rzecz nie jest skomplikowana.
Wystarczy abyśmy wiedzieli czego nie wolno a co wolno.
(NBP – polski krajowy bank centralny)

zaxon

Nowelizacja omawianej w Sowie ustawy o NBP miała umożliwić NBP zakup obligacji ALE na tzw. rynku wtórnym, czyli „od kogoś”, kto obligacje posiada i ten ktoś nie jest rządem centralnym (takim posiadaczem może być nawet zwykły Jan Kowalski). Wg. Europejskiego Banku Centralnego – kupno obligacji na rynku wtórnym jest „w pełni uprawnionym narzędziem realizacji polityki pieniężnej” (Wiktor Krzyżanowski z biura prasowego EBC / za Gazetą Wyborczą)

ccccccccccccccc

Pies pogrzebany został w miejscu o którym mówi opis obrazka powyżej. Jeżeli zakup na rynku wtórnym jest tylko zamaskowanym skupem obligacji przez NBP od rządu centralnego (czyli dokonanym dzięki pośrednikom np. BGK) to prawdopodobnie europejskie komisje bankowe mogłyby zainteresować się sprawą, gdyż NBP, stając się wierzycielem rządu mógłby dług umorzyć likwidując tym samym dług publiczny (konstytucja RP zakazuje tego typu skupu również). To, że ów kreatywny skup obligacji miał służyć doraźnym interesom partyjnym jest już kwestią do dyskusji na rodzimym podwórku.

Gdyby nowelizacja weszła w życie, a w Sowie nie byłoby podsłuchu, NBP mógłby kreatywnie łatać deficyt i nikt o niczym nie wiedziałby. Sprawa jednak stała się jawna i szczęściem w nieszczęściu jest to, że ustawa nie weszła w życie i nie wiadomo czy wejdzie choćby w tym roku. Jakąś informacją dla obywatela jest to, czemu nowelizacja miała służyć i przed czym drżał m.in. min.Rostowski. Czy jest to działanie dla Polski, czy dla trwania obecnego rządu? Tu możemy dyskutować, choć kreatywna księgowość nie likwiduje w czarodziejski sposób problemu, gdyż brak wcześniej czy później da o sobie znać.

Art. 123. Zakaz udzielania pożyczek
1. Zakazane jest udzielanie przez Europejski Bank Centralny lub banki centralne Państw Członkowskich, zwane dalej „krajowymi bankami centralnymi”, pożyczek na pokrycie deficytu lub jakichkolwiek innych kredytów instytucjom, organom lub jednostkom organizacyjnym Unii, rządom centralnym, władzom regionalnym, lokalnym lub innym władzom publicznym, innym instytucjom lub przedsiębiorstwom publicznym Państw Członkowskich, jak również nabywanie bezpośrednio od nich przez Europejski Bank Centralny lub krajowe banki centralne ich papierów dłużnych. (Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej Dz.U.2004.90.864/2 – Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej – tekst skonsolidowany uwzględniający zmiany wprowadzone Traktatem z Lizbony).

INTERES PUBLICZNY, ALE…

Oskarżyciele samozwańczych sądów ludowych (np. media) nie muszą stosować się do „Zbioru zasad etycznych prokuratora” zobowiązujących do unikania dyskryminacji zarówno podejrzanych jak i ofiar przestępstwa, dlatego zwykle już w pierwszym zdaniu skierowanym do społeczeństwa przedstawiają podejrzanego jako osobę godną najwyższej pogardy. Zdrajca, szpieg, gwałciciel, narkoman, lewak. Jakie znaczenie ma m.in. przeszłość lub genealogia podejrzanego w ocenie czynu dokonanego tu i teraz? Wedle zasady równości przed prawem, złodziej bułeczki w sklepie pozostaje złodziejem niezależnie od tego czy jest biedakiem, papieżem czy ministrem. Kryminalna przeszłość, może wpłynąć na wysokość kary lub ocenę wiarygodności podsądnego, ale nie kwalifikację dokonanego przezeń czynu. Po wzbudzenie niechęci do podejrzanego sięga się nierzadko dlatego, że w stosunku do „przestępców” organom ścigania teoretycznie „można więcej”. Przyzwolenie społeczne na użycie siły wobec bandytów sprawia, że bardzo łatwo stać się w publicznych oczach bandytą. To niebezpieczne zjawisko.

„Aferę taśmową” można opisać następująco: „łamiąc prawo pozyskano dowody łamania prawa”. Ze względu na ciężar gatunkowy obu przestępstw wydaje się, że niezawisły wymiar sprawiedliwości powinien zapewnić redaktorowi Latkowskiemu szczególną ochronę ze względu, na prawny przywilej mediów dotyczący możliwości zatajenia źródeł informacji. Przywilej ten powstał w imię ochrony człowieka, który np. wchodzi w posiadanie materiałów kompromitujących organy państwa i staje się tym samym narażony na prześladowanie lub inne konsekwencje ze strony państwa. ABW wchodząc do redakcji Wprost zamierzała potencjalnie „złamać prawo, w celu pozyskania dowodu złamania prawa utrwalającego złamanie prawa”. Nic dziwnego, że zaczynamy gubić się w całej sytuacji, choć nie ulega wątpliwości to, że organy państwa nie powinny łamać przepisów.

Działanie redaktora Latkowskiego nie jest jednak bez wad. Dowody nie mogą być przedmiotem kupczenia, robienia seriali, ujawnienie ich nie może być związane z działalnością komercyjną. Gdy tak dzieje się, nie można mówić o realizacji interesu publicznego. Latkowski tym różni się od Assange, że nie zamierzał udostępnić dokumentów powszechnie, w całości i w ogólnodostępnej formie lecz uczynił z nich źródło dochodu i promocji. To smutne i chore zarazem.

image
(fot:twitter)

P.S.
Redakcja posiada prawo przetworzenia materiałów w zgodzie z etyką dziennikarską i prawem, np. usuwając z nich treści prywatne lub nie mające związku z zainteresowaniem społecznym, jednak przetworzenie to powinno dokonane być jeszcze przed publikacją, choćby wiadomości o ich posiadaniu.

BEZ ALTERNATYWY?

Kolejny raz zetknąłem się z tekstem, którego autor po przedstawieniu dość rzetelnej analizy polskiej rzeczywistości skwitował wywód mniej więcej tymi słowy: „No ale jak nie PO to PiS i to jest nasza tragedia, nie mamy alternatywy”. Gdyby to był pierwszy tekst zawierający taką konstatację to sądzę, że zgodziłbym się, jednak nie był pierwszy. Czytałem ich sporo, na tyle „wiele”, że zacząłem zastanawiać się nad wiarygodnością. Przestałem ogarniać szarymi komórkami to, że w XXI w. możliwe jest kilkuletnie i masowe narzekanie na „przeciekający dach”. Przecież to nie te czasy, w których myszy brały się z brudu, a choroby były nieuniknionym skutkiem boskich wyroków. Nie można zachowywać się jak więzień odsiadujący dożywocie. Gdy milion, dwa lub dziesięć milionów ludzi dochodzi do podobnego wniosku to jakiś ruch wydaje się nieunikniony. Nie dzieje się jednak nic i to sprawia, że pojawia się myśl-pytanie: A może „mniejsze zło” doskonale o tym wie, że nie ma alternatywy i dlatego zachowuje się tak, jakby miała wszystko w? Gdybym był jedynym lekarzem we wsi, również mógłbym robić dokładnie to na co mam ochotę a ludzie i tak przyszliby, bo nie mieliby wyjścia. Czy „nie macie alternatywy, pogódźcie się z losem” jest głównym komunikatem a zarazem dość tanim chwytem propagandowym?

Wybaczcie gorzkie słowa, ale o braku alternatywy najczęściej pisali i piszą sympatycy „mniejszego zła” przyparci do muru zła wytknięciem lub domysłem ich partyjnego fanatyzmu. Nikt nie lubi być uznanym za fanatyka i nikt w miarę uczciwy nie zamknie oczu na ewidentną nieuczciwość – dlatego stwierdzenie „no ale co poradzisz? nie mamy alternatywy” zdaje się mieć jedynie charakter łagodzący, by ujść z życiem lub godnością. „Co poradzisz?” pojawiające się sto lub dwieście razy i stające się zapętloną śpiewką mówi nam o niczym innym jak o tym, że po prostu woli zmiany nie ma.

Ostatnia „Afera” ukazała nam, że „mniejsze zło” nie słucha nawet własnych ministrów, którzy całkiem klarownie opisują problemy rzeczywistości, więc do kurwy nędzy co się dzieje? Na którym pułapie brakuje dobrej woli? Przecież do jasnej kurwicy, nie chodzi w tym przypadku o dyskusję pt. „kto ma rządzić” lecz „jak ma rządzić?”!

Zewsząd słychać głosy zaniepokojenia, że naziści do władzy się dobierają, że lewacy zaśmiecają ulice. Że niby jak? To naziści biorą się z kurzu? Opozycja bierze się z antymaterii? Nie, droga władzo. Opozycja budzi się tam gdzie władza przoduje w rankingu zaniedbań. W pierwotnej formie, nie jest to nigdy żądna władzy opozycja, ona komunikuje bieżące i realne problemy. Po władzę chce sięgać dopiero wtedy gdy nikt jej nie wysłucha a metoda „w mordę i z kopa” wyda się jedyną skuteczną.

Opozycja

Bezrobocie, gorycz, niepewność jutra, poczucie braku szans, bezpieczeństwa – czy trzeba lepszego przepisu na nową III Rzeszę? Samo pojęcie „opozycja” skrzywia wszelki zdrowy rozsądek, gdyż określa postawę nastawioną na konflikt lub „nie bo nie”. Po kiego chuja parlament, w którym dzierżący władzę jest głuchy i ślepy a drugi jest „nie bo nie”? Rozumnie byłoby zostawić tych co mają władzę (skoro lud tak demokratycznie chciał) a resztę rozpuścić do domów, bo szkoda pieniędzy. Przeraża to, że nikt nie dostrzega absurdu tej sytuacji! Parlament w demokracji ma służyć współrządzeniu, wypracowywaniu kompromisów, pracy na rzecz wolnego i rozwijającego się społeczeństwa gwarantującego zdrowie państwa. Nie musi być gładko i salonowo, jednak drużyną w tej grze nie jest partia lecz cały parlament działający na rzecz sukcesu narodu i państwa! Drużyny przeciwko którym gramy to parlamenty innych krajów, od nich mamy być lepsi. Czy opozycja jest od patrzenia na ręce? Od tego mamy media! Czy rolą opozycji jest urządzanie cyrku, kabaretu lub walk gladiatorów? Nie, temu służą programy rozrywkowe i boiska! Od podstawiania nóg są skurwysyny a nie opozycja! W parlamencie się tyra, w parlamencie nie ma miejsca dla współcześnie pojmowanej opozycji. Można być w opozycji do poglądów, przekonań ale nie wobec systemu, władzy jako takiej, etc. etc. Opozycja gdy sprzeciwia się państwu, ustrojowi, jest zagrożeniem dla wszystkich i gówno obchodzić powinno kogokolwiek to, że to dla przejęcia władzy, a potem to będzie smarowanie miodem.

Władza

„Mniejsze zło” najwyraźniej nie rozumie swojej roli, gdyż służy zasadniczo partii i jej interesom, a skoro rządzi to uważa, że nikogo nie musi słuchać i z nikim rozmawiać. Czy Polska ma podobać się ekonomicznym rankingom czy obywatelom? Coś tam wyciekło na temat tego jak robi się „dobry ranking” a o rankingach, w których leżymy lub zbieramy kupy po hartach biegnących przed nami nie mówi się wiele. Za dużo też propagandy, naginania pojęć, kreowania ludzkich sumień i odczuć – metody mają więcej wspólnego z imadłem niż ofertą.

Bez alternatywy?

Czy rzeczywiście nie mamy alternatywy? Mamy, nawet klika: np. zmianę parlamentu na parlament, demokracji na demokrację. Ze strony narodu słychać „za!”. Czas na Was politycy. Naszą alternatywą jest Wasza zmiana, zmiana w Was samych! Gdy tego nie zrobicie – to cytując klasyka: Przyjdziemy po Was.

Gdy coś jest zbyt długo i zbyt optymistycznie stabilne, to jest oparte na oszustwie, bo Ziemia kręci się a nie stoi w miejscu. (Madoff, Amber Gold, …, …)

NIE ZNAM SIĘ, MOGĘ?

Nie trawię papierokracji i nie zamierzam (zwyczajnie nie chce mi się) ryć ksiąg w poszukiwaniu odpowiedzi. Znajomość m.in. Konstytucji jest w naszym kraju wiedzą dość bezużyteczną. Dwuznaczności, niedopowiedzenia, dezaktualizacje, sprzeczności, przecinki zamiast kropek… skorzystać może z tego, tylko ten kto wie jak z tego zrobić interes. Czy bank może wspierać budżet? Czy władze są neutralne światopoglądowo? Czy głosy na Hartmana, który nie minął progu zasiliły głosy PO lub PiS, które próg minęły? Takich pytań można postawić wiele. Mamy konstytucjonalistów, niech oni się głowią i kłócą (bez końca) zarabiając na życie spożywaniem czasu antenowego. Ciekawsza jest perspektywa społeczna.

Przaśność polskiej polityki nie jest niczym nowym. To, że różne sprawy załatwia się przy lornecie z meduzą (dwie sety + galareta) stanowi w naszym kraju i nawet nie tylko w naszym normę (może zmieniła się jedynie klasa lokali). Anim zdziwiony, anim zniesmaczony. O tej mechanice wie przynajmniej 70% Polaków, którzy potwierdzają to w sondażach. Z pewnością wplatanie dyskusji o przyrodzeniu (i to cudzym) w trakcie biesiady nie uchodzi nawet w zakładzie penitencjarnym, ale każde środowisko ma swoje „klasy” i „klimaty”. Co więcej? Reakcje na „wyciek” są ciekawe. Poznałem np. wypowiedź, w której autor zarazem podważa autentyczność nagrań jak i twierdzi, że bardzo dobrze nagrani mówili, bo o Polskę martwili się (to grupa I). Zdarzył się też obiektywizm: „skompromitowanych do dymisji” – tu nawet zgodziłbym się, tylko na jaką knajpę się zmieni (grupa II)? Słychać też grupę III, która nie dopuści do zamiecenia pod dywan, a raczej nie odpuści, choć jeszcze nie wie całkiem czego.

Nawykliśmy do tego, że wycieki są sensacyjne, bo zwykle takie są, choć polskie wycieki to raczej kleks w spodnie niż Wikileaks. Z pewnością, gazeta Wprost uzyskała realną władzę, gdyż jest w stanie w wybranym przez siebie momencie wzywać premiera na dywanik i to dowolną ilość razy. Chciałbym tak, bo też miałbym coś do powiedzenia, ale chcieć nie zawsze znaczy móc. Czy zawiniły służby? To zależy. Gdyby nagrano Kaczyńskiego, to byłoby dobrze. Zresztą, który rozsądny polityk poprosi polskie spec-służby o sprawdzanie terenu? Gdyby tak postępowano, mielibyśmy wycieki codziennie a nie raz na kilka lat i nie mówię nawet o tym, że z pobudek polityczno-powoławczych czy lizusowskich. Za zdjęcie Polańskiego tabloidy płaciły paparazzim dziesiątki tysięcy euro wiec wiedza bywa dochodowa. A dlaczego nie w domu lub gabinecie? Nie wiem, nie znam się, być może wóda płacona lepiej wygłusza pomieszczenia.

Sprawa podstawowa: czy rzeczywiście pojęcie „pomyślność kraju” jest nierozerwalnie związane z rządem, który przecież może zestarzeć się i umrzeć ze starości? Czy utrzymanie wszystkich wzrostów i budów ma nieodłączny związek z nazwiskiem Tusk lub Waltz? Czy dla trwania PO u steru można łamać pewne (mówiąc delikatnie) standardy? Obawiam się, że ostatnią kwestię najlepiej wyjaśniają sondaże. Nie twierdzę, że PO to jakiś wyjątkowy w swej urodzie kataklizm, ubolewam jedynie nad trwaniem dogmatu pt. „jak nie my to PiS”, który swoim bałamuctwem przewyższa wszelkie komisje d/s brzóz i skrzydeł razem wzięte (bo czy każda PO jest lepsza od PiS?). PiS jak stało w miejscu tak stoi, a PO swoją retoryką i działaniami osiąga poziom konkurenta.

Jeżeli po pierwszej turze nagrań nie rozpęta się tornado, to sprawa przyschnie, bo przyzwyczaimy się, jak do krzyża w sejmie.

hitcys

STRACH W DZIELE REKRUTACJI

Niekiedy dla potwierdzenia znajomości polityki lubimy przytaczać utarte formułki typu „dziel i rządź” lub cytować Machiavellego albo Churchilla. „Robienie władzy” wydaje się dziecinnie proste choć dobrze wiemy o tym, że sprawujących ją jest o niebo mniej niż władanych. Dlaczego więc, tylu zorientowanych opisujących politykę ludzi po władzę nie sięga? Usłyszymy w odpowiedzi: „nie mam twardych łokci, jestem zbyt mądry i zbyt uczciwy na politykę, nie mam środków, gdyby ktoś dał mi milion, brakuje zaplecza”. Otóż, nie każdy adept przedsiębiorczości, który dostanie na rozwój milion USD, posiada genialny biznesplan, postanowi być twardym skurczybykiem wobec podwładnych i klientów oraz dowieziona mu zostanie rzesza trzech tysięcy pracowników osiągnie sukces lub w ogóle stworzy cokolwiek. Nie pomyślcie oczywiście, że należy mieć w sobie „to coś” lub że istnieją tajemnicze, genetyczne kasty władców i podwładnych. Predyspozycje – przydają się, wychowanie w domu z tradycjami władzy również – ale warto wiedzieć, że ideologiczne przeszkolenie w NKWD czy CIA mogło trwać nawet kilka dni (zależnie od przyszłej roli), by adept stał się w pełni świadomym trybem maszyny władzy. Osławione „pranie mózgu” jest tylko skutkiem próby wyjaśnienia sobie domowym sposobem tego, jak to działa. W rzeczywistości władza nie różni się od innych nauk, a dlaczego nie uczy się o niej w liceum dowiecie się za chwilę.

Zbyt powszechna wiedza o władzy przestałaby władzy służyć gdyż niestety, musi istnieć jakiś tępy motłoch, by ktoś mógł nim kierować i podporządkować go sobie. Motłoch wykształcony i świadomy a do tego nieubogi, mógłby stać się poważnym problemem a już całkowicie bezużytecznym, gdyby potrafił w lot demaskować przejawy oddziaływania serwowane mu przez sprawujących lub chcących sprawować władzę. (jedno z ulubionych haseł Falangi brzmi „Wygoda usypia ideał”. Autorem jest Léon Degrelle (1906–1994) belgijskiego polityk, dziennikarz, żołnierz Waffen SS.)

Czym jest władza?

Posiadać władzę to znaczy potrafić i wywierać wpływ (osiągać dzięki temu jakiś cel). Najlepiej, na jak największą grupę ludzi, w której znajdą się zdolni do poświęcenia żołnierze, księgowi, dziennikarze, działacze partyjni (gołębie i jastrzębie), niezrzeszeni sympatycy. Czy rekrutacja zwolenników musi wiązać się z chodzeniem z listą do podpisania lub walizką pieniędzy? Nie i właśnie o mniej oficjalnym elemencie (bezwiednej rekrutacji) jest niniejszy tekst.

Lekcja w szkolnym korytarzu

Grupa śniących o władzy nazistów uprawia misjonarstwo, organizuje koncerty, wydaje płyty i gazetki, jednak sympatyków wciąż brakuje. Celem rekrutacji staje się szkoła a najlepiej multikulturowa. Do szkoły w miarę potajemnie zostają podrzucone rasistowskie broszury zionące nienawiścią, pogardą i obietnicami mordu na siejących grozę wrogach białej rasy. Zgodnie z tradycyjnymi normami nieco napuszonej cywilizacji zachodu, biali uczniowie nie darzyli szczególną sympatią uczniów niearyjskich, jednak nie dochodziło do napięć. Pojawianie się broszur zmienia ten stan rzeczy, choć nie sprawia oczywiście, że biali uczniowie zaczynają rzucać się na swoich śniadych lub czarnych kolegów – to byłoby zbyt proste i wymaga nieco odwagi. Mechanizm działa inaczej. Zarówno biali jak i kolorowi zaczynają się bać. Pojawiają się żarty, zaczepki, przejawy dyskryminacji. Z każdym dniem rośnie wzajemna wrogość. Gdy strach i poczucie kulturowej wyższości były jeszcze nie dawno względnie przyswajalne to po pojawianiu się broszur i związanych z ich treścią dyskusjami emocje zostają spotęgowane. Biali i kolorowi czują się bardziej zagrożeni, łączą się w grupy, obawiają się wykluczenia, atmosfera staje się nerwowa. Nie musi dojść do eksplozji wzajemnej agresji, choć taki cel w odpowiednim kształcie („biją naszych”) również interesuje prowokatorów. Twórcy broszur dostarczyli wraz ze strachem, bardzo istotny czynnik: antidotum którym jest widok budzących respekt, uzbrojonych (silnych), zamaskowanych (bezkarnych), wojowniczo nastawionych do świata, wytatuowanych, zwartych i gotowych do akcji skinów. Poczucie przynależności do takiej grupy zaczyna wydawać się części uczniów jakimś sposobem na ukojenie poczucia braku bezpieczeństwa a może też być szansą na danie łupnia „brudasom”. Potencjalni sympatycy nazizmu zaczynają zbliżać się do twórców ulotek. Odnajdują w tekstach, zdjęciach, w poleconych witrynach jakieś okruchy swojej nowo tworzonej tożsamości, godności, dumy. Część z nich zasili szeregi „białych bojówek”, gdzie dokona się kolejny etap rekrutacji, czyli „uczestnictwo”. Wspólne skopanie czarnucha, zniszczenie czegoś, udział w demonstracji, ulicznej walce z policją – świetnie integruje młodych członków ze starymi wyjadaczami a skoro wszyscy już mają coś na sumieniu, to droga wyjścia zostaje praktycznie zamknięta. Oczywiście nie tylko strach przed opuszczeniem grupy decyduje o poczuciu solidarności. Istnieje również rozbudowany system nagród. Zasłużenie się w walce pozwala awansować, można przeczytać lub usłyszeć o swojej akcji w prawicowych mediach, które opisane działanie określą pożądanym, wskazanym, uzasadnionym. Bycie słynnym ratującym świat bohaterem, a może w przyszłości i wodzem – kto tego nie pragnie?

Przedstawiony mechanizm sprawdzony w praktyce na amerykańskim poletku (setki tysięcy członków i symypatyków) , jest czytelny i dlatego został przytoczony. Szerzenie i potęgowanie strachu oraz nienawiści nie służy jedynie gangom. W mediach, sieci, w Facebooku, możemy zauważyć działania propagandowe prowadzone z wyjątkowym oddaniem i skierowane do tzw. masowego odbiorcy. Stop Islamizacji Europy, Polish Defence League, Fronda kreująca obraz „Polaka niebożę-katolika zagrożonego przez zwyrodniałego ateistę-aborcjonistę”. Nie brakuje oczywiście drugiej strony mocy, propagandy komunistycznej skierowanej przeciwko zachodowi i wszystkim co z zachodem wiąże się. Nie brakuje też…straszenia PiS-em i straszenia PO. Przeciętny człowiek znajduje się w centrum oddziaływania różnych ośrodków propagandy, z których zwycięży ta najbardziej przekonująca, oddziałująca. Zwycięstwo w tym przypadku oznaczać będzie oddanie głosu, na któreś z politycznych antidotów podsuniętych nam przed nos lub… przynajmniej przekonanie pt. „na tych nie zagłosuję na pewno i będę na nich ujadał”.

Charakterystyczną cechą każdej propagandy jest uczulanie na strach przed inną (wrogą) propagandą. Pod hasłami „Tylko my mówimy prawdę” ukrywa się fakt istnienia „propagandy własnej”. Gender, aborcjoniści, lobby gejowskie, islam, żydostwo, komuna, złodzieje u władzy – pośród tylu zagrożeń jak nie zagłosować na wyzwolicieli (antidotum) Kaczyńskiego lub Korwina-Mikke? Byłbym jednak niesprawiedliwy, bo życie jednak nie jest tak proste. Niedawno moje zdziwienie wywołała znaleziona gdzieś zachęta do organizowania protestów przeciwko dyskryminacji gejów, gdzie organizacja owych protestów nie była odpowiedzią na jakiś konkretny akt homofobii, lecz pewnego rodzaju formą umacniania masowego przekonania o toczącym się aktualnie holokauście dokonywanym na osobach homoseksualnych. Uważam, że podkradanie propagandowych metod nie służy sprawie a nawet jej szkodzi. W podobny sposób wylewarowano powszechny antysemityzm odnosząc odwrotny od zamierzonego skutek.

wschód – zachód

W USA, zamiast pogadanek na uczelniach z Korwinem-Mikke czy Oko, organizuje się pogadanki o mechanizmach propagandowych, uczula się studentów na to, że mogą znaleźć się w sferze oddziaływania różnych ośrodków wpływu, a w przypadku uległości mogą zmarnować własne życie, cudze lub wynieść do władzy nowego Hitlera lub Stalina. Wykładowcami są nierzadko ludzie, którzy porzucili swoich znajomych i ideowe sympatie widząc dokąd mogą prowadzić nie tylko ich samych, ale bliskich, rodzinę, przyjaciół. Powstaje pytanie, czy świadomi i wolni ludzie, szanujący prawo i inne zdrowe składniki potrzebne do w miarę godnego życia są w stanie obronić się, współtworzyć stabilny i zdrowy system? To całkiem możliwe. Platon twierdził, że demokracja bezpośrednia a więc rządy motłochu doprowadzą do tyranii. Jego punkt widzenia jest wciąż aktualny, choć Szwajcaria, której ustrój zawiera wiele elementów demokracji bezpośredniej nie wydaje się zmierzać w kierunku dyktatury. Czyżby dlatego, że w Szwajcarii dzięki sensownej edukacji nie ma motłochu? Wiedza nie zabija.

Masz prawo kogoś nie lubić i nie potrafić tego uzasadnić. Jeżeli jednak ktoś Twoje nielubienie chce przekształcić w strach lub nienawiść wiedz, że nie robi tego bezinteresownie. Wiedz o tym, że zawodowy propagandysta dostarczając Ci powód strachu i nienawiści nigdy nie zapomni o przedstawieniu zbawczego antidotum, na które masz oczywiście zagłosować.

 

mousetrap copy