MY CZARNUCHY – CZYLI: WOLNOŚCI JUŻ NIE BYŁO

by romskey

Kilka lat temu oglądałem film nakręcony (bodajże) przez holenderskiego dokumentalistę, który postanowił dać murzynom z Kongo wędkę zamiast ryby. Uczył ich m.in. jak wykonywać zdjęcia, które dobrze sprzedadzą się na zachodzie. Dokumentalista nie był cyniczny, po prostu mówił jak sprawy stoją. Przede wszystkim trupy, zgwałcone kobiety, umierające z głodu dzieci. Media zapłacą za nie więcej niż 1 USD (tyle zarabiali miesięcznie lokalni fotografowie zajmujący się robieniem zdjęć ślubno-weselnych). Po krótkim przeszkoleniu, klisze zapełniły się przygnębiającymi obrazami, które świeżo upieczeni reporterzy postanowili wreszcie sprzedać. Zamysł okazał się nieosiągalny. Dostatek odpowiednich plenerów sprawiał, że obrazy ich autorstwa nie wprowadzały szczególnej świeżości w zakresie afrykańskiej spuścizny wizualnej, do tego chcąc udostępnić zdjęcia hojnym mediom, należało mieć odpowiednią koncesję, umowę (kontrakt) a te akurat posiadała na wyłączność grupa białych obecnych na miejscu. Nasz dokumentalista przysiadł w finale ze swoimi uczniami i westchnął: – skoro od 10 lat wasza sytuacja nie poprawiła się, to prawdopodobnie nie poprawi się. Polubcie swoją biedę, będziecie mniej cierpieć.

Odruchowo kojarzyłem oglądane obrazy z Polską choć nie było to kojarzenie złośliwe. My Polacy również potrafimy robić dobre rzeczy (na miarę zachodu), tyle że nie potrafimy ich sprzedać. Rynki zbytu są nasycone lub pilnie strzeżone, a kreatywność.. cóż, w jej poszukiwaniu zajrzeliśmy nawet do grobów i majtek, więc czy jest „coś dalej”?

Kongo dorobiło się nawet swoich narodowców – czyli grupy młodych mężczyzn, którzy zamierzali siłowo przepędzić białych a będące w ich posiadaniu kopalnie i plantacje znacjonalizować. Dzięki uzyskanym środkom i dobrom zamierzali stworzyć infrastrukturę, wznieść szkoły, szpitale – jednym słowem: ustanowić powszechny i sprawiedliwy dobrobyt. Niestety, rewolucjoniści, choć pełni śmiałych planów zajmowali się (tymczasowo) kradzeniem kur z pobliskich wiosek, gdyż rewolucyjną armię (póki nie jest wystarczająco silna i liczna) trzeba jakoś wyżywić. Warto wiedzieć, że w kontrolowanych przez białych lokalnych mediach, reformatorzy uchodzili za najgorszą lewacką swołocz grabiącą i gwałcącą niewinny lud kongijski, przeciwko którym (w obronie uczciwego ludu) wysyłano oddziały ONZ czy kontraktowych ochroniarzy (jak kto woli: najemników).

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że przeciętni mieszkańcy Kongo mówili biegle po francusku, powoływali się na chrześcijańskiego boga, domagali się praw socjalnych, dostępu do prądu, telewizji, dobrego wyżywienia (np. ryby na obiad), praw pracowniczych, szpitali, edukacji. To był szok. Praktycznie żaden zatroskany swoim losem Kongijczyk, nie wspomniał o powrocie do korzeni, plemiennym życiu, wolności. Chcieli smartfonów, nocnych klubów, mody i wszystkiego tego co daje tzw. zachodnia demokracja. Paradoks wyjaśnił się chwilę później. Otóż… wolności już nie było. Ziemię posiadali biali i podlegli im miejscowi watażkowie. Służba zdrowia oduczyła ludzi umierać i chodzić do znachorów. Kilkunastogodzinny dzień pracy na plantacjach za kilka USD miesięcznie nie ułatwiał nabywania umiejętności potrzebnych do przeżycia w dżungli: łowiectwa, zbieractwa (zresztą – ochrona przyrody!). Sądy, policja i prawo uniemożliwiły zdobywanie majątku we własnym zakresie. Szczodry los spotkał jedynie dzieci, którymi zainteresowały się organizacje humanitarne i łaskawie pozwoliły chodzić do szkoły (na klepisku pod chmurką) zamiast pracować z dorosłymi. Jednym słowem, lud kongijski oduczono realnej samodzielności zaszczepiając w nim jakże nam znany głód posiadania.

My, Polacy, gdybyśmy nie wiedzieli o tym, że gdzieś podatki mniej ludzi męczą, że istnieją gdzieś prawa pracownicze, prawa socjalne, prawa mniejszości, świeckie państwa, że istnieje prawo bogacenia się, prawo do edukacji dającej perspektywy, kultura, itd. itp. nie cierpielibyśmy. Tyralibyśmy jak woły w kołchozie czy odrabiając pańszczyznę uznając, że tak wygląda życie. To wszystko czego domagamy się nie wynika z naszych osobistych instynktownych oczekiwań, ktoś nam po prostu pokazał to jak „gender” udowadniając, że może być lepiej, że baba może głosować, że bicie baby jest złe. Zrobiliśmy się głodni. Właśnie dlatego kościół (wcześniej komuna) tak bardzo zabiegały i zabiegają o izolowanie nas od pokus „lepszego życia”, gdyż jako tyrające za półdarmo czarnuchy spełniamy najlepiej swoją rolę. Gdy poprawi się nam zaczniemy „nie daj boże” wymagać, nie drżąc przestaniemy trzymać się sukienki państwowej renty, emerytury czy socjalu, zje nas zepsuty liberalizm, przez co przestaniemy chodzić do kościoła. A gdy coś znacjonalizujemy lub społecznie rozparcelujemy, to jak wtedy przetrwają nasi biali, którzy tyle nam dali? Istniejemy dzięki nim.

african-child

P.S.
Tekst podobny powstał już kiedyś, ale w bezliku pilnych spraw bieżących postanowiłem go przypomnieć w nowej poszerzonej wersji. Ku refleksjom.

Reklamy