O GŁĘBOKOŚCI KSIĘŻOWSKIEJ DUPY

by romskey

Ludzie na ogół lubią emocje autorów, gdyż te zdradzają zaangażowanie, jednak pomyślcie sami, ile szokujących i pełnych potępienia tekstów powstaje w Polsce np. rocznie? Dziesiątki tysięcy. Widać jakiś efekt? No, nie za bardzo. Długie i nudne teksty „rozumne” także nie zmieniają nic, choć przynajmniej nie wzbudzają nadziei, którą rzeczywistość chwilę później zwyczajnie zaszlachtuje. Warto byłoby odmienić ten trend. Do napisania o rozmiarach księżowskiej dupy przymierzałem się od kilku dni – odkryłem bowiem, że mieszczą się w niej całe organizacje społeczne, redakcje, partie, rządy a nawet państwa.

AKT I

O ile pamiętam, zaczęło się od uzasadnienia, które padło kilka dni temu z ust premiera Tuska, odnośnie sfinansowania kampanii wyborczej min. Zdrojewskiego (do PE) kwotą 6 mln zł. (z budżetu). Sumę wetknięto w kościelny kuper a słuchając argumentów „za” w mojej głowie roiło się od pytań. Premier wspomniał m.in. o tym, że nie chce by ‚to to’ budowało się przez kolejnych 15 lat. „Dlaczego w ogóle miałoby być zbudowane?” – zainteresowałem się i padła odpowiedź: „Bo sejm już w XVIII wieku obiecał”. Dalej było coś o niewyobrażalnych zasługach i wielkiej czci zarówno dla papieża jak i kard. Wyszyńskiego oraz panteonie wielkich Polaków. „Ciekawe czy tylko wierzących?” – dociekałem ale tym razem zamiast odpowiedzi usłyszałem ciszę. Czy niewierzący, ateiści lub wyznawcy innych religii nie mają żadnych dokonań by zasłużyć na jakiś „pomnik” lub datek? Spoglądając na wydatki ministerstwa kultury, można by przyjąć, że Polska właściwie istnieje dzięki kościołowi, księżom i zawsze przegranym z kretesem zrywom narodowym koniecznie z krzyżem w tle. Na ile kościół wzmacnia Polskę a na ile ją doi jest wciąż tematem gorącym, choć dyskusja ta raczej mało zajmuje decydentów d/s rozdawanictwa publicznych pieniędzy. Poległem ze swoimi przemyśleniami na pytaniu „Ilu jest w końcu ateistów w Polsce?” – gdyż być może jest ich tak mało, że rzeczywiście ich interes można śmiało spuścić w wodą.

AKT II

Kolejna sprawa dotyczyła legislacyjnego sukcesu min. Rostkowskiej, która odważyła się wykonać wyrok Trybunału ze Strasburga sprzed 4 lat. Sam pomysł przymusowego wprowadzenia etyki do szkół przyjąłem z sympatią, zawsze jakiś krok, choć wiedziałem, że nie ma na to zarówno pieniędzy jak i wystarczającej liczby „etatów”. Moje obawy okazały się uzasadnione, jednak dopiero zaproponowane rozwiązania wprawiły mnie w osłupienie. Oto z powodu braku etyków, nauką etyki zajmą się w wielu placówkach katecheci. „To jakiś żart” – nie wierzyłem, lecz jedna z dyrektorek szkolnych objaśniła rzecz szybko i klarownie: „Wartości katolickie nie różnią się od uniwersalnych, dlatego nie ma problemu w tym by etykę wykładali nauczyciele religii”.
Czyli, na sekularyzacyjnej regulacji znowu zyskał kościół? Światopoglądowa depresja otuliła mnie czule. Łatwiej chyba byłoby w ogóle wycofać religię ze szkół i przedszkoli niż szukać kompromisu, gdyż kompromis religijny w Polsce oznacza zawsze i wszędzie wynik 0:1 dla kościoła (jego skarbca konkretnie).

AKT III

Nie wspominam już szerzej o Adamie Michniku, który pisząc o potrzebności kościoła udowodnił najwyraźniej, że postradał zmysły. Cóż, kampania wyborcza rzecz święta, trzeba posmarować tu i ówdzie. Tylko po co tyle obłudy? Czy ja ciemny jestem? A wydajże Platformo z własnego funduszu partyjnego nawet na trzystu-metrowy posąg Jezusa pośrodku autostrady A4 ale publiczną kasą finansować własną kampanię jakoś nie przystoi. No .. właśnie, po to są idealistyczne bajania. Dla ludu. W Polsce już taki zwyczaj jest, że nawet komuniści wsypują w kościelną dupę garnce pełne złota i akty ziemskich własności. Bez tego ponoć, wyborów nie wygrywa się i jest to tzw. przyjazny (dlaczego chciałem napisać „pazerny”?) rozdział kościoła od państwa. Nie dziwię się wyznawcom Potwora Spaghetti, bo chyba tylko śmiech pozostał, choć śmiech ten bywa smutny gdy słucha się o siostrze Bernadetcie, bp. Wesołowskim (bp to nie od punktów BP) czy Mellerze, który w imię prokościelnego ateizmu zgromił samofinansującego własne ścięcie Hartmana.

EPILOG

Co chciałem o wspomnianym we wstępie rozumie (tym potrzebnym do refleksji) napisać: Opisane wyżej i inne sprawy stają się powodem chwilowego wzburzenia, jedna przykrywa drugą, tworzy się masa przygnębienia, która skutkuje tym, że ludziom pozostaje powyć sobie cicho w kącie. A przecież: tu nie chodzi o to kto napisze bardziej antyklerykalny tekst, nie chodzi o brawa czy zapalanie szybko-spalającego się płomienia nadziei na normalne jutro, nie chodzi nawet o rozpętanie dyskusji narodowo-historyczno-teologicznej. Jak zauważył niedawno A.Kopff w swoim tekście, Polacy są w stanie za mordy chwycić się nawet w sporze o to, który sojusznik w walce o słuszny cel będzie lepszy. Podobnie rzecz ma się w kościelnej sprawie. Gdy jedni wołają o religii w szkole, to za chwilę przekrzykują ich konkordat-stoperzy, tych przyćmi nius o wibratorze, którego wikary nie mógł sobie wyjąć, a po minucie przetoczy się jeszcze głośniejszy szum wściekłości o narżniętym kierowcy w sutannie czy innej matce „miłosierdzia inaczej”. Gdyby ktoś tak stanął i nawet chciał dowiedzieć się „Czego wy ludzie dokładnie chcecie?” to nie dowie się.

czapka2

Advertisements