Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Kwiecień, 2014

DEMOKRACJA MADE IN POLAND

Na dobrą sprawę, rozumienie i przestrzeganie reguł demokracji w Polsce ogranicza się do spełnienia kilku warunków dotyczących kształtu wyborów. Czy ustrój polityczny dotyczy wyłącznie modelu głosowania? To pytanie wydaje się zasadne, gdyż teoretycznie, demokratyczne wybory można przeprowadzić w dowolnym ustroju i mało tego, dzięki demokratycznym wyborom można zainstalować ustrój taki jak faszyzm, prawo szariatu, feudalizm, komunizm, prawo dżungli, etc. – czyli: demokrację obalić. Nie trudno dojść do wniosku, że demokracja musi oznaczać coś więcej, tylko właściwie co?

Wkraczamy tutaj w sferę fundamentów, których praktycznie nie ma, gdyż one wciąż powstają, klarują się, dojrzewają. Proces ten polega m.in. na adoptowaniu (nie tylko w Konstytucji) najlepszych demokratycznych wzorców czerpanych z miejsc (krajów), w których powszechne poczucie godności, wolności, równości, solidarności, stanu praw obywatelskich i sprawiedliwości ma się najlepiej. Wiele zasad demokracji powstaje przy stołach międzynarodowych debat (np. Karta praw podstawowych).

Z uznawaniem powstających/powstałych w ten sposób norm bywa różnie i pełna jednomyślność bywa rzadkością. Każdy kraj trwa w pewnych utrwalonych czasem tradycjach i nie każda proponowana zmiana spotyka się z aplauzem. Nie zdarza się jednak, by np. Parlament Europejski deklarujący zachowanie zasady jednomyślności (zgody wszystkich), podejmował jakąś decyzję pomimo sprzeciwu kraju lub kilku krajów członkowskich. W Polsce, jak okazuje się, taki scenariusz nie tylko jest możliwy, ale ma się świetnie. Dla pozoru demokracji mówi się o aklamacji, a gdy na tą szans nie ma, większość przepycha swoją wolę mając głosy oponentów a nawet Konstytucji (Art. 25 pkt 2) głęboko w d.

Mówi się, że jednym z niezaprzeczalnych walorów demokracji jest to, że uwalnia potencjał społeczny. Obawiam się, że Polsce zdecydowany prym wiedzie gaszenie tego potencjału i to w imię raczej średniej klasy pobudek. Tak już na marginesie, w jakimś sensie może wydać się żenujące to, że idea powszechnego uczczenia czegokolwiek lub kogokolwiek musi być podparta uchwałą, gdyż ludzie najwyraźniej sami z siebie i we własnym zakresie nie wpadliby na to. No, ale dzięki uchwale łatwiej uruchomić budżet uczczeniowy i to jest w końcu … najważniejsze.

akremat

Reklamy

POKOLENIE JPII NIE ISTNIEJE

Dzielenie się optymizmem, przyjaźnią, miłością jest tak naturalne, że ciarki mnie przechodzą na myśl o tym, że należałoby to robić pod linijkę w imię czegoś lub kogoś. Rozmawiam czasem z katolikami, którzy budzą się dla boga, żyją dla niego, pracują, jedzą i miłują dla niego. Sprawiają wrażenie ludzi, którzy każdy swój życiowy wybór podporządkowują twardym zakazom i nakazom wiary odrzucając wszelki przejawy samodzielnego myślenia czy tej najbardziej banalnej, pozytywnej spontaniczności. Czy bez wiary byliby złymi ludźmi? Potencjalnie, nie znamy wszystkich odpowiedzi i taka jest rola tzw. „moralności” (wynikającej zazwyczaj z doświadczeń przeszłych pokoleń), która nakazuje nam zastanowić się zawczasu nad tym co jest dobre a co złe. Jednak czy postępowanie – zgodne z moralnymi (religijnymi) wytycznymi – służy realnie ludziom czy może religijnemu systemowi władzy umożliwiającemu utrzymanie ich w ryzach? Nie raz przekonałem się o tym, że osobowość boga (kształt wiary) odtwarzana na podstawie religijnych interpretacji czy postępowania wierzących stawiała pod dużym znakiem zapytania jego humanitaryzm czy brak dyktatorskich ambicji.

Odgrzewanie tzw. „pokolenia JPII” przez obecną klasę polityczną jest mało wiarygodne. W obliczu jej próżności, pazerności, szachrajstwa, obleśnych walk wewnątrz i zewnątrz partyjnych, pychy, ignorancji, arogancji, bezwzględności oraz pomniejszych grzeszków typu nadużycia czy korupcja – szczerość intencji możemy między baśnie włożyć. Kto jak kto, ale akurat ta kasta powinna raczej stronić od manifestowania swojego przywiązania do jak podejrzewam chrześcijańskiej „intelektualnej i duchowej spuścizny” JPII czy tzw. „kontynuowania jego dzieła”. Oczywiście w pewnej perspektywie można dostrzec związek wymienionych postaw z polityką kościoła, ale nadal pozostaniemy w polu rażenia poznawczego dysonansu wywołanego rozbieżnością wizerunków kościoła i… kościoła.

Świętość

Nie jestem zwolennikiem zliczania dzieci Jana Pawła II, bo i cudza alkowa mnie nie interesuje. Ustalanie świętości papieża nie zajmuje mnie również – nie muszę jej uznawać. Gdyby nawet publikowane gdzieniegdzie rewelacje na temat nieznanych losów K.Wojtyły były autentyczne to czyniłyby go jedynie bardziej ludzkim. Rozumiem, że odpiera się w ten sposób argumenty tworzące z niego odczłowieczoną ikonę i obiekt masowych, uniżonych pokłonów, ale łatwo w tym dziele pogubić sens i zdać sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy Karol W. był w życiu prywatnym całkiem normalnym kolesiem (jak J.Piłsudski zresztą). Nie każdy pamięta o tym, że o swojej papieskiej misji K.Wojtyła powiedział kiedyś do znajomego „a teraz przepraszam cię, bo muszę trochę popapieżyć”. Tym akurat wzbudził moją sympatię.

Rozenek i Obirek napisali wiele z tego co chciałem powiedzieć, choć powtórzę za jednym z nich to, że JPII jest faktem historycznym, podobnie jak L.Wałęsa czy Solidarność. Dyskutowanie z faktami mijałoby się ze zdrowym rozsądkiem. Bez poparcia ze strony Jana Pawła II nie byłoby wielomilionowej Solidarności i przemian, których skutki – choć pełne defektów – nie mogą zostać uznane za krok wstecz w rozwoju polskiej demokracji. Tu aklamacja byłaby możliwa, choć czy trzeba stwierdzać stwierdzone?

Pokolenie

„Pokolenie JPII” jawi się jako mit, który nigdy nie istniał, nie istnieje i nie będzie istniał. Potencjał podłości wylewany z Radia Maryja, Frond i podobnych natchnionych ośrodków przeraża już dziś, a co byłoby gdyby go jeszcze wzmocnić uchwałą? Jakoś nie słyszę co tak dokładnie miałoby być krzewione i poznawane (o ile ma być zapoczątkowany proces), zapewne chodzi o jakąś oczywistą oczywistość, z której znawstwem byłoby jak z wiedzą wierzących na temat wyznawanej religii.

Polska przy tego typu parlamentarnych inicjatywach wraca do pozycji zatęchłego cywilizacyjnego zaścianka i nawet nie dlatego, że religia jest passe. Passe jest tępy, obnażający niewolniczą naturę naszego społeczeństwa kult pomników, sentyment do autorytaryzmu i kultu jednostki mający w tym przypadku wyłącznie charakter osłonowy dla niewiedzy, fobii, kompleksów i realizacji partyjnych interesów. Czy sweet-focie z Watykanu pomogą w wyborczym wyścigu? Sejmowo-medialna egzaltacja budzi co najwyżej niechęć. Aklamacji nie będzie.

JP2

Projekt uchwały znaleziony w sejmowej witrynie:

W przeddzień kanonizacji Ojca Świętego Jana Pawła II, Głowy Kościoła Powszechnego i Wielkiego Polaka, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża swoją radość i wdzięczność z powodu tego historycznego wydarzenia.

Dziewięć lat temu, kilka dni po śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II, posłowie i senatorowie zgromadzeni na Uroczystym Zgromadzeniu oddali Mu hołd, nazywając Go „głosicielem Ewangelii Jezusa Chrystusa, wielkim moralnym autorytetem, Ojcem i Nauczycielem”, a także „człowiekiem pokoju i nadziei” oraz „najważniejszym z Ojców niepodległości Polski”. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uważa, że określenia te nie straciły niczego ze swojej aktualności.

Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża nadzieję, że kanonizacja Ojca Świętego Jana Pawła II będzie dla wszystkich Polaków okazją do radosnego i solidarnego świętowania, a także zachętą do głębszego poznania Jego intelektualnej i duchowej spuścizny oraz do podejmowania i kontynuowania Jego dzieła. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej apeluje do wszystkich członków narodowej wspólnoty o godne uczczenie tego wydarzenia.

O GŁĘBOKOŚCI KSIĘŻOWSKIEJ DUPY

Ludzie na ogół lubią emocje autorów, gdyż te zdradzają zaangażowanie, jednak pomyślcie sami, ile szokujących i pełnych potępienia tekstów powstaje w Polsce np. rocznie? Dziesiątki tysięcy. Widać jakiś efekt? No, nie za bardzo. Długie i nudne teksty „rozumne” także nie zmieniają nic, choć przynajmniej nie wzbudzają nadziei, którą rzeczywistość chwilę później zwyczajnie zaszlachtuje. Warto byłoby odmienić ten trend. Do napisania o rozmiarach księżowskiej dupy przymierzałem się od kilku dni – odkryłem bowiem, że mieszczą się w niej całe organizacje społeczne, redakcje, partie, rządy a nawet państwa.

AKT I

O ile pamiętam, zaczęło się od uzasadnienia, które padło kilka dni temu z ust premiera Tuska, odnośnie sfinansowania kampanii wyborczej min. Zdrojewskiego (do PE) kwotą 6 mln zł. (z budżetu). Sumę wetknięto w kościelny kuper a słuchając argumentów „za” w mojej głowie roiło się od pytań. Premier wspomniał m.in. o tym, że nie chce by ‚to to’ budowało się przez kolejnych 15 lat. „Dlaczego w ogóle miałoby być zbudowane?” – zainteresowałem się i padła odpowiedź: „Bo sejm już w XVIII wieku obiecał”. Dalej było coś o niewyobrażalnych zasługach i wielkiej czci zarówno dla papieża jak i kard. Wyszyńskiego oraz panteonie wielkich Polaków. „Ciekawe czy tylko wierzących?” – dociekałem ale tym razem zamiast odpowiedzi usłyszałem ciszę. Czy niewierzący, ateiści lub wyznawcy innych religii nie mają żadnych dokonań by zasłużyć na jakiś „pomnik” lub datek? Spoglądając na wydatki ministerstwa kultury, można by przyjąć, że Polska właściwie istnieje dzięki kościołowi, księżom i zawsze przegranym z kretesem zrywom narodowym koniecznie z krzyżem w tle. Na ile kościół wzmacnia Polskę a na ile ją doi jest wciąż tematem gorącym, choć dyskusja ta raczej mało zajmuje decydentów d/s rozdawanictwa publicznych pieniędzy. Poległem ze swoimi przemyśleniami na pytaniu „Ilu jest w końcu ateistów w Polsce?” – gdyż być może jest ich tak mało, że rzeczywiście ich interes można śmiało spuścić w wodą.

AKT II

Kolejna sprawa dotyczyła legislacyjnego sukcesu min. Rostkowskiej, która odważyła się wykonać wyrok Trybunału ze Strasburga sprzed 4 lat. Sam pomysł przymusowego wprowadzenia etyki do szkół przyjąłem z sympatią, zawsze jakiś krok, choć wiedziałem, że nie ma na to zarówno pieniędzy jak i wystarczającej liczby „etatów”. Moje obawy okazały się uzasadnione, jednak dopiero zaproponowane rozwiązania wprawiły mnie w osłupienie. Oto z powodu braku etyków, nauką etyki zajmą się w wielu placówkach katecheci. „To jakiś żart” – nie wierzyłem, lecz jedna z dyrektorek szkolnych objaśniła rzecz szybko i klarownie: „Wartości katolickie nie różnią się od uniwersalnych, dlatego nie ma problemu w tym by etykę wykładali nauczyciele religii”.
Czyli, na sekularyzacyjnej regulacji znowu zyskał kościół? Światopoglądowa depresja otuliła mnie czule. Łatwiej chyba byłoby w ogóle wycofać religię ze szkół i przedszkoli niż szukać kompromisu, gdyż kompromis religijny w Polsce oznacza zawsze i wszędzie wynik 0:1 dla kościoła (jego skarbca konkretnie).

AKT III

Nie wspominam już szerzej o Adamie Michniku, który pisząc o potrzebności kościoła udowodnił najwyraźniej, że postradał zmysły. Cóż, kampania wyborcza rzecz święta, trzeba posmarować tu i ówdzie. Tylko po co tyle obłudy? Czy ja ciemny jestem? A wydajże Platformo z własnego funduszu partyjnego nawet na trzystu-metrowy posąg Jezusa pośrodku autostrady A4 ale publiczną kasą finansować własną kampanię jakoś nie przystoi. No .. właśnie, po to są idealistyczne bajania. Dla ludu. W Polsce już taki zwyczaj jest, że nawet komuniści wsypują w kościelną dupę garnce pełne złota i akty ziemskich własności. Bez tego ponoć, wyborów nie wygrywa się i jest to tzw. przyjazny (dlaczego chciałem napisać „pazerny”?) rozdział kościoła od państwa. Nie dziwię się wyznawcom Potwora Spaghetti, bo chyba tylko śmiech pozostał, choć śmiech ten bywa smutny gdy słucha się o siostrze Bernadetcie, bp. Wesołowskim (bp to nie od punktów BP) czy Mellerze, który w imię prokościelnego ateizmu zgromił samofinansującego własne ścięcie Hartmana.

EPILOG

Co chciałem o wspomnianym we wstępie rozumie (tym potrzebnym do refleksji) napisać: Opisane wyżej i inne sprawy stają się powodem chwilowego wzburzenia, jedna przykrywa drugą, tworzy się masa przygnębienia, która skutkuje tym, że ludziom pozostaje powyć sobie cicho w kącie. A przecież: tu nie chodzi o to kto napisze bardziej antyklerykalny tekst, nie chodzi o brawa czy zapalanie szybko-spalającego się płomienia nadziei na normalne jutro, nie chodzi nawet o rozpętanie dyskusji narodowo-historyczno-teologicznej. Jak zauważył niedawno A.Kopff w swoim tekście, Polacy są w stanie za mordy chwycić się nawet w sporze o to, który sojusznik w walce o słuszny cel będzie lepszy. Podobnie rzecz ma się w kościelnej sprawie. Gdy jedni wołają o religii w szkole, to za chwilę przekrzykują ich konkordat-stoperzy, tych przyćmi nius o wibratorze, którego wikary nie mógł sobie wyjąć, a po minucie przetoczy się jeszcze głośniejszy szum wściekłości o narżniętym kierowcy w sutannie czy innej matce „miłosierdzia inaczej”. Gdyby ktoś tak stanął i nawet chciał dowiedzieć się „Czego wy ludzie dokładnie chcecie?” to nie dowie się.

czapka2

WOJNA CYFROWA

W internecie jest cały świat, wszyscy znajomi, przyjaciele, wrogowie a nawet rodzina. W internecie są firmy, kina, pogotowia, urzędy, porady a niedługo pewnie i wyborcze urny. Przez internet robimy zakupy, chcemy oddziaływać na władzę, zmiany, budowy i procesy sądowe. Składamy skargi, pozwy i kondolencje. Kibicujemy rewolucjom z poziomu klawiatury, zastanawiając się nad tym, kto taki walczy na ulicach innego kontynentu i że mu się chce w ogóle. Ze społeczeństwa konsumpcyjnego zmieniamy się w społeczeństwo informacyjne. Informacja stała się produktem pierwszej potrzeby. Coraz większa rzesza ludzi zamiast śniadania otwiera blogi, portale, fejsbuki. Każdy wybiera wedle potrzeb i zainteresowań. Czy kawa jest zdrowa? Czy dziś była pełnia księżyca? Co dzieje się na antypodach? Na który film wybrać się i co znów powiedział Putin?

Zmiany te najlepiej ilustruje handel, który internet zrewolucjonizował w pierwszej kolejności. Oto minął czas wielkich reklamowych przedsięwzięć, o których skutkach producent dowiadywał się po ich zakończeniu. Dziś kampanie toczą się w czasie rzeczywistym (Real-Time-Enterpise). Marketerzy na bieżąco decydują o dynamice podejmowanych działań. Real-Time-Tracking to monitorowanie zachowań klienta w czasie rzeczywistym. Ktoś siedzący za komputerem otrzymuje dane ze wszystkich sieciowych punktów sprzedaży na temat tego, kto co kupił, o co pytał, skąd się połączył, czy jest to stały czy nowy klient, czy zadziałała na niego reklama czy może podstawiony znajomy. Marketer w ciągu milisekund dowiaduje się o tym, który przekaz z kilku udostępnionych wersji zadziałał lepiej od innych, który należy natychmiast zdjąć, wie o jaki produkt „rozpytywano” czyli co, gdzie i komu należy wrzucić na wirtualne półki (w wolnej chwili marketer może napisać paszkwil na konkurencję). Inwentaryzacja? Wolne żarty, wszystko policzone.

Pozornie skostniała polityka i tradycyjne media, również dały się uwieść magii auto-przestrojenia. Jeszcze niedawno spot wyborczy był wielką tajemnicą trzymaną do ‚przeddnia’ wyborów. Dziś? Wrzucamy coś w sieć i obserwujemy reakcje. Nie podobało się? Zmieniamy technikę. Podobało się? – zostawiamy i ulepszamy, ludzie i tak o wszystkim za godzinę zapomną. Dezinformacja, propaganda, podżeganie do nienawiści – są kwestią sekund. Że oszustwo? Kto oszukał? Przecież „poszukiwana strona nie istnieje”. Oddziaływanie na emocje, kreowanie chaosu, emitowanie sprzecznych sygnałów, zmanipulowanych obrazów, teorie spiskowe, osądy – prą z prędkością światła. Sami dokładamy do tego tygla swoje trzy grosze. Wywoływanie poczucia winy, rozmywanie odpowiedzialności, kara i nagroda. Nie nadążacie? Bardzo dobrze, łatwiej Was ukierunkować.

W Auschwitz działał podobny mechanizm. Więźniowie byli pędzeni, nie wiedzieli po co i dokąd. Bici, nękani, nie mieli nawet czasu myśleć o oporze. Pogrążonych w chaosie ludzi łatwiej zmusić do bezmyślnej reakcji, wzbudzić zwątpienie, zastraszyć, zniechęcić. Czy ktoś panuje nad cyfrowym światem? Czy możliwa jest jakaś kontrola? Ziścił się poniekąd sen Miltona Friedmana o całkowicie wolnym rynku w świecie bez granic. Czy ten rynek ureguluje się sam, bez ofiar, nowych chorób psychicznych, wybuchów dławiącego śmiechu i histerycznej potrzeby ucieczki? Uczymy się pilnie.

cyber

NOWY GENDER! – SOCJOEKONOMIKA

Polscy pracodawcy starają się określać potrzeby pracowników, pracownicy tworzą listy obowiązków pracodawców, ekonomiści ustalają poziom obywatelskiego szczęścia i dobrobytu, a socjologowie mają ekonomistów za oderwanych od rzeczywistości durni lub zwykłych skurwysynów. Ekonomia i socjologia funkcjonują jako odrębne dziedziny i trudno dziwić się temu, że spór pomiędzy nimi bywa gorący. Gdyby ekonomiści stwierdzali po prostu, że gospodarka pnie się wzwyż, a socjologowie odpowiadali na to „ludziom, żyje się tak sobie” byłoby w porządku. Kłopot w tym, że jedni wchodzą drugim w buty i to najczęściej w imię politycznych fanatyzmów.

Błąd, który popełniają ekonomiści polega m.in. na tym, że są w stanie nawet na torturach utrzymywać że „średnia krajowa” jest faktem świadczącym o dobrej kondycji materialnej Polaków (pomijam już ustalanie dobrobytu obywateli na podstawie PKB per capita by nie zaciemnić). Ilu Polaków zarabia owe 3,8 brutto? Mniej niż połowa, a gdyby GUS było super-dokładne okazałoby się, że może mniej niż 1/3. Mówienie o średniej zarobków gdzieś w okolicach 2 tys/miesiąc brutto byłoby bliższe prawdy, czyli gdy zatrzymamy się w okolicach 1600 zł netto/miesiąc pokiwamy zgodnie głowami. Niewątpliwie, różnica pomiędzy 3.8 a 1.6 istnieje i różny poziom szczęścia wynikałby z obu liczb odkrytych w portfelu. Jednak, przekonanie ekonomisty do istnienia realnej polskiej wypłaty jest niemożliwe. Będzie powtarzał jak nakręcony o swoim punkcie widzenia: „śred.kr. (lub PKB) to jest jedyny miarodajny wskaźnik!”. Zgoda, dla gospodarki, dla statystyk globalnych, dla MFW i agencji ratingowych, ale od ludzi proszę się odpierdolić, gdyż to oni wiedzą najlepiej ile zarabiają a tym bardziej czy są szczęśliwi.

mediana

Po drugiej stronie barykady socjologowie. Mierząc stan obywatelskiego zadowolenia, często używają jako miary zawartość obywatelskiego portfela. Bardzo krótko od takich obliczeń do stwierdzenia, że 6 tys/miesiąc jako najniższa wypłata byłoby w porządku. „Nie ma wrażliwej ekonomii” powiedział kiedyś ktoś i trudno nie zgodzić się. Państwo socjalne, w którym połowa obywateli siedzi na zasiłkach, a druga połowa zarabia więcej od dochodu firm, w których pracują, nie byłoby w stanie przetrwać. Zresztą czym jest szczęście? Słyszałem, że milioner Onasis nie był szczęśliwy.

Oto przywlókł się do nas z zachodu (z USA) kolejny gender. Tym razem wrogi nie dla kościoła ale dla zwolenników słupków: Socjoekonomika. (UAM w Poznaniu to jedyna uczelnia w Polsce oferująca studia na tej specjalności).

Czy można połączyć ogień z wodą?
Powiedzmy, że podstawowym celem socjoekonomistów jest wykazanie, że zarówno ogień jak i woda istnieją. To ważne, gdyż do tej pory spór pomiędzy ekonomistami a socjologami przypominał dyskusję wierzących i ateistów na temat istnienia boga.

Argumenty są (cytat):
Zgodnie z postanowieniami Karty NZ i Milenijnymi Celami Rozwoju, ONZ świadoma, że dążenie do szczęścia jest podstawowym prawem człowieka uznaje, że wskaźnik produktu krajowego brutto z natury nie był zaprojektowany, by odzwierciedlać szczęście i dobrobyt ludzi. ONZ jest jedną z nielicznych organizacji międzynarodowych, która od dawna za główny cel stawia sobie zrównoważony rozwój i jego alternatywne w stosunku do PKB metody mierzenia. W tym celu opracowano Human Development Index, czyli miary rozwoju socjo-ekonomicznego krajów i ich wzajemne pozycjonowanie. ONZ podobnie, jak wcześniej OECD ze swoim wskaźnikiem „better life index” czy Komisja Europejska z inicjatywą „beyond GDP” zastanawia się nad tym, w jaki sposób zmierzyć to, czego nie obejmuje wzrost gospodarczy. ONZ zachęca państwa członkowskie do dalszego opracowania metod mających lepiej uchwycić znaczenie w rozwoju ludzkiego dążenia do szczęścia i dobrobytu. A wszystko po to, by lepiej kreować polityki publiczne (autor cytatu: Piotr Arak – ekspert Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP), w l. 2008-12 pracował w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji, m.in. jako doradca MaiC)

Jak widać konstruktywny dialog jest możliwy. Przeszkodą są wyznawane nazbyt silne i zapiekłe fundamentalizmy partyjne, religijne czy naukowe. Ciągła chęć nawracania przeciwników na własną modłę prowadzi donikąd. Trochę żałuję, że Jaś Pospieszalski sponiewierał frazę „warto rozmawiać” gdyż akurat tymi słowami najchętniej zakończyłbym dzisiejszą notkę. Pamiętajcie: socjoekonomika.

onz

STRACH, BÓL, CIERPIENIE…. REMEDIUM

Manipulowanie społeczeństwem nie jest trudne i wiedzą o tym wszyscy ci, którym zależy, abyśmy dokonywali oczekiwanych przez nich wyborów lub zakupów. Owe wybory czy zakupy mogą – choć nie muszą – nam służyć, dlatego prawdziwym wyzwaniem jest oddziaływanie umożliwiające uniknięcie wszelkich konsekwencji. Nikt nie zmusza nas do oglądania reklam czy wyborczych spotów, dlatego wszelkie podejmowane w przyszłości decyzje uznajemy za tzw. „samodzielny i rozumny wybór”. Nawet gdy w rezultacie czujemy się oszukani, to winę zrzucamy na własną naiwność – wszak „nikt nam nie kazał”. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że udzielono nam sporej pomocy służącej dokonaniu tych wyborów – stało się to poza naszą świadomością i kontrolą. Wywieranie wpływu poza wiedzą adresata nazywamy manipulacją i mamy tu do czynienia z poważnym problemem etycznym pt. „Jak daleko można posunąć się?”. Nie ma tu niczego z teorii spiskowych i zapytacie dlaczego postanowiłem o tym napisać? Otóż, istnieje pewna reguła: „kiedy przestajemy się dawać nabierać, to manipulator musi zmienić technikę lub zrezygnować z manipulowania.”. Ta druga opcja jest krzepiąca.

Większość z nas tkwi w przekonaniu o swojej wybitnej odporności na manipulację. Jesteśmy pewni, że doskonale filtrujemy docierające do nas wiadomości i nie na stare wróble trociny. Bardzo mylimy się. Kilka lat temu, do miary hiper-spiskowej teorii dziejów urosło pojęcie „przekazów prodprogowych”. Upatrywaliśmy ich wszędzie, choć przypominało to raczej doszukiwanie się cytatów z szatańskiej biblii w puszczanej od tyłu płycie Led Zeppelin. Nie wiedzieliśmy tak naprawdę czego szukamy. Uczyliśmy się dostrzegać muzykę w tle reklam, manipulację obrazem ilustrującym wydajność proszku do prania czy zapach pieczywa przy wejściu do hipermarketu. Każdą taka sytuację „demaskowaliśmy” jako próbę wpływania na nas i włączaliśmy „czerwone światło”. Nie zajmowało nas w zasadzie to, że ów „zdemaskowany” przekaz już dawno do nas dotarł, jeszcze zanim zaczęliśmy zastanawiać się nad tym „w jakim celu”.

Specjaliści manipulacji, doskonale wiedzą o tym, że nasza „myśląca” część mózgu to zaledwie drobny dodatek do garnituru stworzonego z całej masy innych przekazów przyjmowanych bezwiednie. Nasze oczy najpierw widzą, uszy słyszą, nos czuje a dopiero potem dokonujemy analizy. Obiektem manipulacji nie jest nasz analityczny umysł, lecz obszar emocjonalny, który późniejszą analizę może poważnie zaburzyć. Powiecie, że odróżnienie sfery emocji od sfery racjonalnego myślenia jest dość skomplikowane i wymaga jakiejś nieziemskiej wyobraźni, dlatego czas na kilka prostych przykładów. Popatrzcie przez chwilę na poniższe zdjęcie.

rys1

Uśmiechnęliście się? Ja również i jestem pewien, że najpierw uśmiechnęliście się a dopiero potem bylibyście w stanie odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego?”. Sadzę nawet, że udzielenie konkretnej odpowiedzi sprawiłoby Wam kłopot.

rys2

Współczucie? Troska?

Pierwsze wrażenie

Ubiegając się o pracę staramy się wypaść dobrze. Przywiązujemy wagę do stroju, tonu głosu, ruchów. Realnie manipulujemy adresatem naszego przedstawienia, gdyż nie prezentujemy autentycznych siebie (tych trochę leniwych, kapryśnych itd.), kreujemy się na przebojowych hartów sukcesu. Nie rozumiemy w pełni uruchamianego mechanizmu, a warto wiedzieć tylko tyle, że jeżeli ktoś na poziomie bardzo wczesnych emocji uzna nas za ładnych, sympatycznych, biednych, potrzebujących, etc., potraktuje znacznie lepiej to co mu powiemy za chwilę. W przypadku manipulacji zawsze istnieje cel, dla którego dane okoliczności przyrody wywołujemy.

ryssm

Czy mieliście problem z otwartą krytyką polityków ewidentnie wykorzystujących katastrofę smoleńską do prywatnych lub partyjnych celów? Czy zdjęcie polityka z dzieckiem, psem lub kotem nie ocieplało jego wizerunku? Czy mieliście problem z mówieniem o prawach człowieka i międzykulturowym dialogu widząc oblaną kwasem Afgankę lub ofiarę klitoridektomii? Czy artystyczny przepych świątyń lub wenecka architektura onieśmielała lub olśniewała Was? Czy prestiż uczelni nie nadawał w Waszej opinii większej rangi spotkaniu np. z politykiem? Czy wynajęta sala drogiego hotelu przez sprzedawców drogich garnków nie była dla Was pewnego rodzaju (awansem) podwyższeniem Waszego statusu? To tylko mały fragment możliwości wywoływania konkretnych emocji i osiągania oczekiwanych reakcji odbiorców.

Uśmiech, optymizm, troska, współczucie, onieśmielenie, połechtanie „ego” – nie wszystkie możliwe reakcje na określone bodźce są genetycznie zapisane w naszych mózgach. Część z nich nabywamy w procesie edukacji, wychowania np. szacunek dla lekarzy, księży, prawników, naukowców, starszych. Dokonanie ścisłego rozdziału byłoby na tym etapie bezcelowe, choć warto wspomnieć, że szacunek, uczciwość, prestiż to „zapisy” kulturowe, nabyte, które łączą w sobie zarówno obszar emocji jak i rozumu.

rys4

Granica

Widok skatowanego, niewinnego stworzenia wywołuje w nas coś więcej niż współczucie. Pojawia się gniew, potrzeba natychmiastowego uczynienia zadość sprawiedliwości. Często, pod tego rodzaju zdjęciami pojawiają się obietnice zamordowania sprawcy lub propozycje wymyślnych tortur, które należałoby takiemu zadać. Oto mijamy granicę, której przekroczenie sprawia, że emocja mogą zamienić się w czyn – co ważne(!) – poza kontrolą obszaru mózgu odpowiedzialnego za analizę.

ryc6

Celowo pominąłem trzy najsilniejsze emocje, których natężenie może wywołać działanie a są to strach, ból i cierpienie. Tak jak patos wywoła ciszę (nawet gdy głoszone są nikczemne oskarżenia) tak głaskany „brat mniejszy” usposobi nas pozytywniej do osoby wobec której byliśmy sceptyczni. Widmo nadciągającego bólu zmusi nas do zakupu środków przeciwbólowych (choćby na wszelki wypadek). Widmo wszechobecnego cierpienia zasugeruje nam zmianę władzy. Strach przed terroryzmem zwiększy zakupy broni czy zabezpieczeń antywłamaniowych (strach przed islamem sprawi np., że przychylniej spojrzymy na kościół).

Sposób na wykrycie manipulacji jest wyjątkowo prosty. Dla treningu możecie przejrzeć kilka reklam by zauważyć składowe omawianego procesu. W poniższej reklamie wykorzystano wszystkie wspomniane wyżej środki (strach, ból, cierpienie) okraszone sugestywnym obrazem i dźwiękiem a w finale dostajemy błogosławione remedium.

Obecność wspominanych, wszystkich lub wybranych (zależnie od celu) składników oraz wyeksponowanego remedium (które jest zwykle produktem przemysłowym lub politycznym) zdradza nam, że dostarczony nam przekaz nie miał charakteru informacyjnego lecz był ściśle zaplanowanym procesem mającym na celu wywołanie naszej reakcji.

rys5

W polityce

Jak połapać się w tym, która oferta polityczna jest wiarygodna, a która zmanipulowana? To również jest proste. Jeżeli żyjemy przez lata w poczuciu niepodległości naszego państwa z lepszą czy gorszą władzą, a ktoś stwierdza nagle, że jesteśmy kondominium i rządzą nami zbrodniarze, to wychwycenie tej sprzeczności ma podstawowe znaczenie. Manipulator produkuje lub spiętrza niepokoje na bieżąco i nigdy nie zapomni przedstawić siebie jako remedium. W przekazie bardziej autentycznym, polityk mówi o naszych odczuwalnych na co dzień problemach (lub obawach) i proponuje konkretne rozwiązanie – odwołuje się do naszej logiki a nie emocji. Jednym zdaniem, jeżeli oglądając dany przekaz zaczynamy myśleć (ważyć) a nie odczuwać ( do tego dostajemy spokojny czas na namysł), to prawdopodobieństwo manipulowania nami zmniejsza się.

Trudno spamiętać?
1.
Zacznijcie od odkrywania trzech składników manipulacji np. w reklamach:
– wzbudzenie emocji (strach, cierpienie, ból, współczucie itd.)
– niemerytoryczna lecz obrazowa (magiczna) propozycja skutecznego rozwiązania problemu
– bardzo konkretnie wskazane remedium + aura szczęścia, błogostanu
2.
Jeżeli oglądając dany przekaz zaczynamy myśleć (ważyć, filtrować, oceniać) a nie odczuwać (emocje zaburzają, przeprogramowują odbiór rzeczywistości, zagłuszają zdrowy rozsądek), to prawdopodobieństwo manipulowania nami zmniejsza się.

3. Bądźmy świadomi tego, że oddziaływanie na emocje zachodzi z pominięciem naszego zdrowego rozsądku (jak wspomniałem wcześniej, myśleć zaczynamy chwilę później, a nawet i tu, obejrzany materiał zakłóca naszą obiektywną ocenę, gdyż jesteśmy wstrząśnięci lub np. zachwyceni, rozentuzjazmowani). Ktoś kto dostarcza nam brutalny, makabryczny, perwersyjny czy tragiczny przekaz bez żadnego ostrzeżenia, zazwyczaj nie zapomina o dołączeniu loga, linka czy prośby o „lajki”. Chce abyśmy dany przekaz kojarzyli z danym symbolem lub np. podali swój numer telefonu.

Warto pamiętać o tym, że proces „urabiania” może zostać rozciągnięty w czasie i nie ograniczać się do pojedynczego przekazu typu reklama. Przekaz może bazować także na istniejących w powszechnej świadomości lękach czy oczekiwaniach i pozostawić je w sferze niedopowiedzenia, ograniczy się wyłącznie do przedstawienia ‚czarodziejskiego’ remedium (wspartego np. epicką muzyką w tle).

BĘDZIE LEPIEJ!

Czy wiecie dlaczego „władza to kurwy, cwaniacy i złodzieje”? Dlatego, że naród to debile. Debil jest głuchy na argumenty, jest niekonsekwentny, daje się ponieść emocjom, chce robić sto rzeczy naraz, jest ciemny. Z debilami inaczej się rozmawia, inaczej traktuje. Z debilem dyskutuje się batem lub knebluje łapówką bo nic innego nie działa. Możecie mieć zastrzeżenia, że „przecież nie my, my nigdy” a ja mówię, że gówno prawda. Nigdy nie zgadzałem się z P.Tymochowiczem, który otwarcie twierdził, że „przeciętny obywatel ma mentalność debila”, ponieważ kierowałem się pobudkami zgoła naiwnymi, bo a nuż ktoś ‚w porządku’ zostanie potraktowany jak psychol? W działaniu z masami nie liczy się jednostka. Liczy się jakaś powszechna średnia, na taką oddziałuje się i ta jest żałosna.

W kraju w którym nikt nie odpowiada za nic, np. sportsmen Adamek chce w Europarlamencie. Czemu nie? – zróbmy zrzutę na miecz, krzyż, młotek i gwoździe. O wiarę chce chłopak walczyć, niech walczy, nawet ochrona PE mu nie podskoczy. Dla symetrii PO powinna wystawić Diablo Włodarczyka a SLD Gołotę (dla TR nie mam kandydata, bo ostatniego boksera geja zabito w klubowej szatni 30 lat temu). To w naszym kraju główne kanały transmitują rozważania nad tym czy noga w trumnie była nogą właściwą – a nie ma śmiechu! – gdyż gdyby w trumnie prawicy znalazła się noga lewicy, to byłoby przecież świętokradztwo. Czy dzieci miał Wojtyła? Czy prawdą jest, że Ziobro w okolicy Wawelu chodził z reklamówką? Podobno Wałęsa uratował matkę boską z kibla – fronda winszuje odwagi! Bezlik tematów jest i od tego dobrobytu aż nie wiadomo w co ręce włożyć.

Kto miałby kogo rozliczać, przed kim należałoby się wstydzić? Że niby przed nami, chujami tępymi, złodziejami, co niejedno za uszami mamy? „Oni” już wiedzą jakie z nas gagatki, dlatego załatwią wszystko uczciwie między sobą, a my jak nie chcemy mieć gorzej to lepiej głosujmy jak trzeba.

Czasem tylko, ten zwykły człowiek pyta mnie licząc, że posiadłem wyciek z życiowego Wikileaks: „czy to zmieni się kiedyś? czy będzie wreszcie normalnie?”… lubię gdy się uśmiecha…
– Będzie lepiej..

JAK ZROBIĆ PRZEKRĘT

1. Zacznij od rodziny. Ta ufa Ci najbardziej i nie będzie zbyt gorliwie domagać się spłaty udzielanych Ci pożyczek.
2. Stopniowo rozszerzaj działalność na najbliższych przyjaciół, ale mierz wysoko, na biednych nie zbijesz kokosów.
3. Stwórz pozytywną plotkę o sobie, poszerzaj krąg powierzających Ci swoje oszczędności o kolejne osoby, najlepiej te, które zostały pozytywnie nastawione do Ciebie przez rodzinę i przyjaciół
4. Stwórz sekret – nikt nie może poznać tajemnicy Twojej skuteczności. Twierdź z dumą, że posiadasz unikalny system inwestowania. Nazwij go bardzo technicznie i przekonująco a każdy pokiwa głową z uznaniem udając, że wie o co chodzi.
5. Obiecuj niewysoki ale stabilny procent, tym osłabisz czujność tych, którzy nie wierzą w „milion w tydzień”
6. Twórz mit. Ludzie, którzy chcą się do Ciebie zbliżyć muszą czuć elitarność. Tylko rekomendacje, wysokie „wstępne”.
7. Poszerzaj krąg chcących u Ciebie lokować i pomnażać pieniądze.
Nawiązuj współpracę z instytucjami, twórz sieć pośredników, którzy będą wypłacać odszkodowania za to, że Cię nie sprawdzili.
8. Wykazuj wyjątkową dbałość o autentyzm i przejrzystość lewych rachunków, trzymaj się twardo terminów wypłat procentów.
9. Chroń prestiż, bądź filantropem, wtedy nikt nie odważy się powiedzieć, że jesteś złym lub podstępnym człowiekiem. Każdy nieufny wobec Ciebie, kto wyrazi głośno swoje wątpliwości zostanie odsądzony od czci i wiary lub nawet wykluczony ze środowiska tych, którzy ufają Ci.. tzn. powierzyli Ci pieniądze (odszczepieniec ewentualnie napisze książkę pt. „Nikt nie chciał słuchać”).
10. Kupuj jachty, domy, samochody, baw się.
11. Przelej pozostałe Ci pieniądze na konto kogoś zaufanego. W razie wpadki konsekwencje poniesiesz tylko Ty a wtedy i tak nic już nie będziesz posiadał.

Rad udzielał Bernie Mudoff. Ratownik wodny, monter zraszaczy, niedzielny student, inwest… Wnuk emigranta z Polski. W jednym z ostatnich listów do córki napisał:

Nazywają mnie albo wujek Bernie lub Pan Madoff. Wszędzie gdzie chodzę, słyszę pozdrowienia i życzenia dobrego samopoczucia. To naprawdę słodkie, że wszyscy tak interesują się moim zdrowiem, nawet pracownicy więzienia. Jest tu znacznie bezpieczniej niż na ulicach Nowego Jorku.

madoff

EUGENIKA, BRAUN, PSYCHOZA – CZYLI: NAZIZM NIE ZRODZIŁ SIĘ W NIEMCZECH. A JUTRO?

nauk

Niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że wkład A.Hitlera w kształtowanie ideologii nazistowskiej był wyjątkowo ubogi. Fuhrer okazał się być jedynie najambitniejszym uczniem części amerykańskiej elity intelektualnej z początków XX w. Eugenika – aborcja, eutanazja, sterylizacja w imię czystości nordyckiej rasy – materializowały się w USA a proces krzewienia nowej nauki – jeszcze przed II Wojną – kosztował zdrowie
i życie tysiące białych Amerykanów, murzynów, Żydów, emigrantów.

Na początku XX w. rasizm w USA miał się dobrze. Ku Klux Klan liczył ok. 4 mln. członków a od rasistowskich wypowiedzi nie stronili zarówno amerykańscy politycy jak i naukowcy. Powód był dość prosty. Potomkowie Południa nie godzili się z wolnością czarnych, zaś bardziej postępowe elity niepokoił wzmożony napływ emigrantów z Europy Południowej, Wschodniej, z Kaukazu. Zarówno czarni jak i emigranci zasilali powiększające się dzielnice nędzy dotknięte analfabetyzmem, bezrobociem, chorobami. Obie grupy przeciwników rosnącego „zagrożenia” spajał wspólny pogląd: Biała Rasa jest najbardziej wartościowa i jeżeli ma przetrwać (dać odpór rasom niższym) musi być silna, a żeby była silna musi być czysta.

Do lat 30-tych rasowe oczyszczanie Stanów Zjednoczonych było faktem, choć dopiero w III Rzeszy urzeczywistnianie eugenicznych idei poszło pełną parą. W obu przypadkach, proces oczyszczania narodów i ulepszania białego człowieka daleko wybiegał poza ściśle określone przez nową naukę wytyczne. Obok sterylizacji, aborcji, eutanazji chorych umysłowo czy genetycznie, ofiarami stawali się wrogowie polityczni i publiczni: więźniowie, osoby niezaradne życiowo, prostytutki, Żydzi, Indianie i wszelkie „zło”, które może dotknąć wysoce moralne białe społeczeństwo.. wyższe.

W latach dwudziestych XX wieku programy eugeniczne przyjęły 32 stany. Najwięcej, bo ponad 20 tys. osób, poddano przymusowej sterylizacji w Kalifornii. „Ameryka powinna pozostać amerykańska… prawa biologii wskazują, że rasa nordycka zmieszana z innymi rasami, degeneruje się” – twierdził prezydent (1923–1929) Calvin Coolidge. W 1908 zalegalizowano w Ohio komory gazowe i śmiertelne zastrzyki. Wszystko w imię miłosiernej konieczności.

„Mylne opieranie się na tzw. boskich prawach i sentymentalna wiara w świętość ludzkiego życia stoją na przeszkodzie eliminacji kalekich dzieci i sterylizacji takich dorosłych, którzy nie przedstawiają żadnej wartości dla społeczeństwa. Prawa natury wymagają usunięcia niepełnosprawnych a ludzkie życie jest cenne tylko jeśli ma wartość dla społeczeństwa lub rasy”.

Twardy system selekcji polegający na eliminacji słabych lub nieprzystosowanych rozwiąże problem w sto lat. Pozwoli pozbyć się niepożądanych jednostek przebywających w naszych więzieniach, szpitalach i przytułkach dla obłąkanych. Indywidualnie sami mogą się karmić, kształcić i korzystać z opieki społecznej, ale sterylizacja zapewni to, że ich linia zatrzyma się na nich. Jest to praktyczne, miłosierne i nieuniknione rozwiązanie całego problemu. Sterylizacja może być stosowane wobec coraz szerszych kręgów odrzutów społecznych, poczynając od przestępców, chorych i szalonych a rozszerzając stopniowo na typy słabeuszy, a w końcu rasy bezwartościowe.

Powyższe cytaty nie pochodzą z Mein Kampf. Słowa te pisał przyjaciel Theodora Roosevelta i Herberta Hoovera, antropolog, prawnik i obrońca przyrody Madison Grant w „The Passion of the Great Race”. Książka stała się bestsellerem w USA (1916) i Niemczech (w 1925). A.Hitler miał napisać do autora: „Jest pan moim bohaterem a pańska książka jest moją Biblią”. Na dzieło Granta powoływali się również nazistowscy lekarze sądzeni w Procesie Norymberskim.

—- zgrzyt polski —-

Zbierając materiały do niniejszej notki, chcąc nie chcąc natrafiałem na odniesienia do filmu „Eugenika – W imię postępu” G.Brauna. Zdobyłem film i ku swojemu zdziwieniu odkrywałem to, że dysponowaliśmy tymi samymi danymi. Zaskoczenie trwało przez 2/3, może 3/4 filmu i dopiero finał pozwolił mi zrozumieć opętańczą krytykę tej produkcji. Właściwie czułem niesmak, gdyż Braun we wspomnianych 3/4 dość skrupulatnie i przejrzyście uporządkował to o czym chciałem napisać. Dopiero w finale starał się zaprzeczyć istnieniu reformy myślenia po doświadczeniach II wojny światowej. Twierdził – podpierając się opiniami kilku bohaterów swojego filmu, że proces rasowej selekcji trwa nadal. Wg. reżysera, uczelnie i instytuty zajmujące się niegdyś eugeniką wciąż są uczelniami z tym, że badania ukrywa się pod przewrotną nazwą „genetyka”. Dostępność aborcji, eutanazji, antykoncepcji a nawet in-vitro są wg. autora dowodami i narzędziami mającymi służyć produkcji rasy panów (bogatych) przy jednoczesnej eliminacji biedoty, chorych i nieporadnych (z których akurat żyje kościół – przyp. moje). Oczywiście całe to zło, najlepiej rozwija się w krajach protestanckich i tylko katolicy mogą powstrzymać wprawioną w ruch spiralę nazistowskiej zbrodni finansowaną przez Żydów, gdyż nazwisko Rockefeler mówi wszystko.

Osiągnięcie tak oświeconych wniosków na podstawie tych samych źródeł zbiło mnie z tropu. Poważnym kłopotem było dla mnie skojarzenie strachu przed środowiskowym zaszczuciem poddającej się aborcji nastolatki z realizacją chłodnego procesu ulepszania białej rasy. Podobny kłopot sprawiało dopatrzenie się instynktów nazistowskich u osób nieuleczalnie cierpiących, proszących o eutanazję. Powszechnie dostępne środki antykoncepcyjne jako narzędzie wspierające tajemny plan eugeników? In-vitro jako program produkcji nadludzi i eliminacji słabszych już na etapie embrionalnym? Byłbym nierozważny, gdybym całkowicie wykluczył istnienie skrzywionych ideologicznie imbecyli wśród wrogów wskazanych przez G.Brauna, jednak całkowity chaos organizacyjny towarzyszący potencjalnej realizacji „tajemnego planu” czyni ów wyjątkowo mało prawdopodobnym. Aborcji, eutanazji, in-vitro – poddają się również białe elity (także żydowskie – co zapewne smuci Brauna), getta emigrantów przeznaczonych do priorytetowej eliminacji raczej rosną niż maleją, (o antykoncepcji „wycelowanej” dokładnie we wszystkich oprócz moherowych babć już nie wspomnę).

Wziąłem się w garść po powyższych rozmyślaniach i dostrzegłem jednak, że istnieje zupełnie inne oblicze problemu. Społeczeństwa Europy poddają się – w tym miejscu radzę zwolnić z lekturą – „samoistnej eugenice” co może świadczyć o tym, że jednak drzemią w nas głęboko ukryte instynkty oczyszczania własnego gatunku, rasy (geny rasizmu?). Społeczeństwa nie decydują się na potomstwo, któremu nie będą w stanie zapewnić godziwych warunków życia i szans rozwoju, unikają ubezwłasnowolnienia się opieką nad dziećmi trwale niepełnosprawnymi, nie chcą też ich cierpienia. Motywy są zgoła odmienne od idei walki z „wrogiem klasowym”, są wręcz szlachetne, w imię odpowiedzialności za nowe pokolenia, lecz walcząc o tą odpowiedzialną przyszłość, nie możemy zapomnieć, że przegrywamy w demograficznym wyścigu z Azją, Afryką. Jak widać, nie musi istnieć systemowy proces, Hitler, Grant czy Davenport. Wystarczy brak szans na rozwój i ulepszanie samych siebie, abyśmy zaczęli redukować własną populację. Kościół, w tym kontekście, choć podpierający się mniej lub bardziej uświęconymi uzasadnieniami (np. chcąc wprowadzać przymus rodzenia i zamykanie do więzień opornych) w jakimś sensie proponuje alternatywę wobec alarmowego dzwonka demografii czy faktu powolnego wypierania i zanikania Europejczyków w Europie. Szkoda jedynie, że idee przywrócenia szans na rozwój i polepszenia jakości życia, które wydają się najistotniejszym czynnikiem poprawnego funkcjonowania gatunku wciąż tkwią w ogonie politycznych priorytetów.

nazi1
(na zdjęciu: Madison Grant)

JAK ZOSTAĆ MILIONEREM

Kiedyś zauważyłem, że choć książeczki typu „Zostań milionerem w tydzień” rozchodzą się niczym świeże bułeczki w setkach a nawet milionach egzemplarzy, to przyrost milionerów jest żałośnie niski – milionerem staje się bez wątpienia autor poradnika i jego wydawca. Dlaczego genialne sprzedane za kilka złotych od sztuki reguły nie działają masowo? Opcje są dwie: sprzedane reguły to kłamstwa lub ludziom po prostu nie chce się być milionerami. Spotkałem w życiu kilka sensownych opracowań, które stawiały tyle warunków przed ewentualnym wykonawcą, że odechciewało się być sławnym, bogatym czy wpływowym. Opracowania te zawierały jednak bardzo wartościowe przesłanie „im więcej włożysz, tym więcej wyjmiesz” co tłumacząc na polski oznacza „bez pracy nie ma kołaczy”. Czasy mamy jednak takie, że możemy zatyrać się na śmierć i nic z tego nie mieć. Dzieje się tak dlatego, że dziś o osiągnięciu jakiegoś sensownego pułapu życia, realizacji marzeń, decydują socjotechniki i inne drogi na skróty. Pojęcie pracy zmieniło swoje znaczenie. Pracy nie określa dziś włożony wysiłek, entuzjazm, samodyscyplina ale tzw. „skuteczność”. Jeżeli osiągamy coś w 5 minut, co innych kosztowało np. 10 lat, to znaczy, że jesteśmy skuteczni a do tego pracowici. Ci, którzy tyrali 10 lat uznają, że jest tak w istocie, gdyż ktoś kto dał z siebie milion razy więcej od nich, był najwyraźniej super-pracowity. W internecie wkład porównywany z zyskiem nakazywałby nazwać wielu „inwestycyjnymi durniami”.
No ale jest przecież idealizm, chęć dzielenia się.

4
(fot:dreamstime.com)