KRYTYKA – CENA ZA WOLNOŚĆ

by romskey

Stykamy się na co dzień z bolesną krytyką, często niekonstruktywną, często daleko wykraczającą poza ramy ocen, do których posiadamy prawo. Instynktowna reakcja pt. „Tak nie wolno, powinno się tego zakazać” – raz skutkuje czynem (reakcją Temidy) innym razem nie, bo czym właściwie jest wolność słowa? Czy powinna być traktowana jak wolność narodu w granicach danego państwa, czy jak wolność imperiów? Ostatnie wydarzenia dość wyraźnie zarysowały różnicę pomiędzy wschodem a zachodem także w tej materii, ukazując „wschód” jako strefę zakazów, izolacji, autorytaryzmu oraz „zachód” jako przestrzeń wolności, otwartości, vox populi… w obu przypadkach, ze wszelkimi ich konsekwencjami.

Wolność słowa w demokracji jest narzędziem społecznej kontroli systemu, dlatego ograniczając ją pozbawialibyśmy się możliwości korzystania z niej. Społeczeństwo nie jest monolitem religijnym, politycznym czy intelektualnym więc różne bywają skutki. Warto jednak podejść do problemu z punktu widzenia jakości demokracji. Wielu z nas chciałby aby jedynie słuszne – subiektywnie pojęte – racje były powszechne i legalne (wszak to one naszym zdaniem są demokratyczne), zaś te nieprzychylne najlepiej zepchnąć do podziemia lub wyeliminować. Zupełnie nieświadomie, w imię jak najbardziej szlachetnych intencji przemy w myśleniu na wschód, ku porządkom autorytarnym. Wszelcy dyktatorzy myślą podobnie: „Tylko nasza racja powinna być widoczna i krzewiona! Nie ma miejsca dla konkurencji” i nawet gdy dostrzegamy różnicę pomiędzy obecnymi nurtami politycznego myślenia w Polsce a np. ideami ZSRR czy III Rzeszy, to w obliczu podstawowych zasad nie obieramy służącemu nam kierunku.

W demokracji odkryto, że skoro nie można zakazać mówić nikomu to jednak ktoś może mówić głośniej od innych i być lepiej słyszalny – wolność słowa nie reguluje przecież „siły głosu”. Wschód stosuje siłową metodę zamykania ust interlokutorom a zachód, pozwala mówić ogółowi, tyle że niektórym pomaga mówić głośniej. Patologie, ale różnica między zakazem wstępu na ring a porażką z silniejszym jest znaczna. Czy jesteśmy w stanie uznać, że dla dobra demokracji godzimy się z tym, że ktoś mówi głośniej i nie całkiem to co chcemy słyszeć lub o czym myślimy? Istnieje metoda praktycznie niewykonalna, czyli nie słuchać głośniejszych (bojkot). Możemy filozoficznie stwierdzić, że zwiększanie natężania siły głosu w dyskusji (zazwyczaj sztuczne) jest oznaką braku argumentów. Możemy urastać w „grubą skórę” co chyba jeszcze nikomu nie udało się oraz możemy za krytykę podziękować, wziąć do serca i coś zmienić.

Kolejny raz obrywa się Jarkowi, który także w tym przypadku jako typowy człowiek wschodu, chce kontrolować zabierających głos i władać mediami monopolizując rynek opinii. Problemem PO jest zaś to, że rząd skazuje się na ewentualną polemikę o stanie państwa z własnymi agencjami piarowymi skoro innych głosów nie słychać. Wyraźnie zarysowuje się w poruszonym kontekście niedemokratyczność prawa o obrazie uczuć religijnych (ograniczającą wolność wyrażania przekonań) lub zapisów typu ACTA. Dla zwykłych ludzi zaś rada czy pomoc jest prosta: Skoro jesteśmy za wolnością słowa, wolnością mediów elektronicznych i drukowanych to jesteśmy za całą prawdą, także prawdą o kłamstwach. Skoro chcesz znać całą prawdę przygotuj się na cierpienie, lub… po prostu nie chciej jej znać, nie czytaj, nie oglądaj, nie słuchaj.

nws

Reklamy