SELFIE czyli MÓW CHAMIE PO POLSKIEMU!

by romskey

Nie jestem wirtuozem słowa polskiego, choć bez trudu potrafię odróżnić zdanie zrozumiałe od niezrozumiałego. Niejednokrotnie wpadałem w sidła zawstydzenia słysząc o roasterach, stendupach czy selfie i pędziłem do słowników bo taki ze mnie wsiowy burak. Jednak do kurwy nędzy, nawet stukanie się czułkami przez mrówki służy przekazywaniu informacji i jeżeli ktoś tą szczególną właściwość komunikacji olewa, to znaczy, że mu nie zależy a więc i słuchać go nie warto. Gdzieś w Polsce szlacheckiej, odkryto niezwykła zaletę stosowania zapożyczeń. Okazało się bowiem, że można innych zawstydzić a swoją światową wyższość podkreślić. Najlepiej więc byłoby w ogóle nie mówić po polsku i uchodzić za Angielczyka czy innego Italijczyka, puszyć się i smrodzić otoczenie. Tylko po co?

Szlacheckie obyczaje lud namiętnie kopiował i promował w śmierdzących syrami chałupach. Faux pas, passe i chuj wie co jeszcze. Oto, można było robić wrażenie w oborze czy na jarmarku by status małorolny podnieść. Zatracał się jednak nadrzędny cel wymiany słów. I dziś nie wiem, czy trzeba te wszystkie nówki z bruklińskiej ulicy tłumaczyć a tłumaczenia powielać, czy walić po pysku stosujących.
Gimbaza (młódź gimnazjalna) ma swoje prawa. Młódź zawsze szyfrowała wszystko, bo jak wiadomo starzy nie dorośli do pewnych treści i tego zmienić się nie da. W kryminale podobnie, bieganie po mieście to nie jogging – tu też zmian oczekiwać trudno. Jednak jak cham publicznie po polskiemu nie potrafi się wyartykułować to już analfabetyzm.

Można zrozumieć bełkot uczelniany, którego ilość ma prawdopodobnie przesądzać o klasie posiadanej profesury czy głębokości intelektualnej. Można zrozumieć, że framuga, futryna i ościeżnica w mowie branżowej lub przewód a nie kabel, świadczą o klasie fachowca (wiem nawet jak sprawdzić kielnią czy cement w taczce ma właściwą konsystencję). Istnieje jednak przestrzeń publiczna, w której chcemy coś przekazać i tu zdarza się niestety, że zamiast treści dostajemy formę jedynie. Przekaz pozornie kompatybilną z trendy, choć z drugiej strony trend jakiś obślizły, bo skąd właściwie? Czy większość chwyta? Modlitwą o deszcz byłoby prosić o dopisek w nawiasie, że selfie to zdjęcie robione samemu sobie z ręki, że roaster to opiekanie wrogów ciętym humorem czyli coś jak diss w hiphopie, że stendup – to występ komika w ubraniu prosto z ulicy dającego popis nietuzinkowego monologu. Rzecz przylepiłaby się do języka jak ów piar (choć zamiast czarny piar to może blak piar?) i jakoś rzecz unormowałaby się niczym COOL! i focia.

Problem zasadniczy leży w tym, że wypowiedź jest jak film, a słowny potworek jak reklama. Niszczy artystyczną płynność dzieła i oby nie było tak jak w Polsacie, gdzie w przerwie bloku reklamowego uda się czasem obejrzeć jakiś film.

selfie

Reklamy