– BOGATY POLAK NIE WIERZY W MITY – N.Hanauer w akcji

by romskey

xde

Zanim przejdę do głównej części tekstu, pozwólcie na pewien „historyczny” opis:

W 2007 roku stojąc w kolejce do wyborczej urny zapytałem znajomego o to dlaczego chce głosować na PiS? „Bo PO chce dobrze tylko dla bogatych” – uzasadnił. „Kto ci broni być bogatym?” – dorzuciłem, lecz znajomy wykazał nieugięte stanowisko. W tamtym czasie PO jawiła się partią nowoczesną, proeuropejską, laicką, umiarkowaną ideologicznie, która pchnie ten kraj do przodu, ułatwi życie ludziom – przedsiębiorcom, pracownikom, konsumentom. Owszem, na tle konkurencji w postaci PiS każde ugrupowanie wyglądało lepiej i być może dlatego przewaga intelektualna i kompetencyjna PO wydawała się tak znaczna, jednak program PO 2007 nie był zły. Ten dobry program okazał się jedynie zbyt teoretyczny i nie tyle w części merytorycznej co w kwestii odporności na „zewnętrzny czynnik ludzki”. Żale przegranego Jarosława Kaczyńskiego były grubym piachem rzucanym w tryby optymistycznie uruchomionej maszyny.

W roku 2007 świadomość obywatelska była dość ciekawa. Byliśmy pełni nowych świetnie brzmiących haseł i idei. „Bogaci pracodawcy tworzą miejsca pracy” czy „Wielka Budowa pobudzi naszą gospodarkę i jest warunkiem rozwoju”. Tezom tym nie zaprzeczał nikt rozumny, gdyż trzymały się logicznej „kupy”. Dopiero później gdy poszło o szczegóły, okazało się, że chodziło tylko o kilku bogatych pracodawców, że budowa autostrad sprzyja bez wątpienia rozwojowi grupy krezusów a krajowi już tak sobie (choć dzięki dobrym drogom zmniejszyła się liczba wypadków i zapotrzebowanie na usługi warsztatów samochodowych), że bezrobocie nieszczególnie maleje, emigracja nie chce wracać, że zryw gospodarczy nie nastąpił w oczekiwanej skali. Kryzys spadł władzom z nieba, gdyż pozwolił dość przekonująco wyjaśniać powody opóźnień, konieczność wprowadzenia niepopularnych decyzji czy skutków sabotażu PiS i kościoła. Nie oszukujmy się, teoria przeprowadzania ludu suchą stopą przez kryzys ma z fizyką tyle wspólnego co dokonania Mojżesza w podobnej dziedzinie. Powiedzmy sobie jasno: Polska nie inwestowała w rynek amerykańskich nieruchomości (więc nie straciła) i nie musiała ratować banków publicznymi pieniędzmi. Polskie banki dzięki dość restrykcyjnym starym przepisom zachowały dobrą kondycję, więc realne skutki kryzysu były minimalne. Na kryzysie skorzystali głównie pracodawcy znajdując pretekst do wpłynięcia na rząd i wprowadzenia na niekontrolowaną skalę elastycznych form zatrudnienia co po dziś dzień odbija się nam czkawką.

***

Powyższe akapity nie są częścią kampanii wyborczej, lecz jedynie tłem dla głównej treści niniejszego tekstu. Opis polskich realiów był niezbędny.

Dzięki facebookowym Znajomym wpadł mi w ręce materiał wywracający do góry nogami zdałoby się naturalne postrzeganie świata. Amerykański miliarder i inwestor Nick Hanauer, w trakcie konferencji TED wygłosił tak niesamowicie brzmiące racje, że jego wystąpienie zostało usunięte z zasobów fundacji pod zarzutem stronniczości i upolitycznienia treści. Biznesmen podważył jedną z powszechnie uznawanych (i z lewa i prawa) prawd:
„Bogaci (przedsiębiorcy) tworzą miejsca pracy” oraz przedstawił „nową” koncepcję spojrzenia na rynek. Materiał załączam w finale, a tymczasem streszczę wypowiedź inwestora, koncentrując się na głównych punktach.

Obalamy mity?

Hanauer stwierdził, że powołał do życia sporo firm i zatrudnił wiele osób, jednak osoby te musiał po czasie zwolnić, gdyż ubogi rynek – czyli konsumenci z klasy średniej – nie wykazywali zainteresowania oferowanymi produktami. Hanauer wskazał, że o prężności gospodarki a więc i zatrudnieniu decydują zasobni konsumenci (klasa średnia, która kupując daje pracę). Co ważne, chcąc zaoferować produkty, na które będzie stać ubogą klasę średnią, przedsiębiorcy przenoszą swoje interesy do takich krajów jak Bangladesz by obniżać koszty produkcji, a więc realnie zwiększają bezrobocie we własnym kraju(!).
-> najbogatsi przedsiębiorcy nie dają pracy

Wg. inwestora, kapitał kumulowany w rękach współczesnych faryzeuszy nie sprawia, że bogaty pobudza rynek, gdyż nie zaczyna kupować 3000 tys samochodów czy ubrań dla rodziny rocznie. To lepsza sytuacja klasy średniej pozwoliłaby na takie zakupy.
-> najbogatsi nie pobudzają gospodarki.

W swoim wystąpieniu Hanauer podkreślił, że zatrudnienie pracownika jest dla przedsiębiorcy ostatecznością i występuje tylko wtedy, gdy popyt na jego produkty wymusi zatrudnienie. Uzasadniał, że ulgi dla najbogatszych są skutkiem wiary w to, że bogaci dają miejsca pracy a wiara w tę teorię jest tym samym co wiara w to, że ziemia znajduje się w centrum układu słonecznego. Mówca zebrał owacje na stojąco.
-> gospodarkę i zatrudnienie pobudzasz zasobny TY

Przyznam, że na chwilę straciłem grunt pod nogami. To co powiedział Hanauer było proste i logiczne a jednocześnie przeczyło prostemu i logicznemu, które znałem. Żyjemy w Polsce, dlatego zechciałem skonfrontować zaprezentowane racje z naszym ogródkiem.

Sytuacja drobnych przedsiębiorców i konsumentów nie poprawia się od lat. Walka z bezrobociem idzie jak po grudzie a to między innymi z tego powodu, że władza rzadko sprawdza organoleptycznie jak jej programy działają od spodu, od strony ostatniego ogniwa czyli nas.

Bezrobocie i szara strefa
potencjał, który marnuje państwo.

Osobiście znam kilku lub kilkunastu ludzi działających w szarej strefie. Nie legalizują działalności gdyż tylko w ten sposób mogą rozwijać się (o ile produkują lub świadczą usługi) lub dzięki pracy na czarno zarabiają więcej (o ile są pracownikami). Rozwój w przypadku pierwszych polega m.in. na możliwości zakupu narzędzi niezbędnych do wykonywania prac co nie byłoby możliwe gdyby lojalnie płacili wszystkie daniny. Ludzie ci, pozbawieni możliwości otwartego reklamowania się, narażeni na niewypłacalnych zleceniodawców, nieposiadający zdolności kredytowych i borykający się z ciągłą niestabilnością zleceń – marzą o legalizacji, ale proste obliczenia dają prosty wynik: Legalizacja oznaczałaby ich koniec. Nie piszę o mafii ale ludziach świadczących drobne usługi. Ich oferta jest jedyną ofertą, z której mogą skorzystać ich niezbyt zasobni klienci. Śmiem nawet powiedzieć, że swoją działalnością nie czynią konkurencji podmiotom legalnym, które tego typu zleceń nie biorą lub cena odstrasza potencjalnych zainteresowanych (lub klientów po prostu nie stać na takie usługi). Ludzie z szarej strefy swoje dochody wydają w Polsce, co można uznać za pośrednie płacenie podatków. Retorycznie można zapytać: Ile inicjatyw gospodarczych Polaków grzęźnie w podobnym problemie? Pewne jest to, że państwu bardzo łatwo przychodzi tracenie tego potencjału.

Kto napędza rynek?
Z drugiej strony jest Klient – polska klasa średnia – nieco ponad 1200 zł/miesiąc, dla której wymiana stolarki okiennej jest porównywalna (pod względem uciążliwości dla portfela) do inwestycji w nowy dom. Obniżenie danin dla klasy średniej zwiększyłoby popyt na ofertę oraz kondycję legalnego biznesu, lecz nie dzieje się wiele w tym kierunku, gdyż funkcjonujemy w „micie” mówiącym o tym, że to bogaci przedsiębiorcy dają pracę (i im należą się ulgi) a nie rynek tworzony przez „odciążonych podatkowo” konsumentów(!). Nie powinniśmy też zignorować faktu, że bogatymi przedsiębiorcami w Polsce są firmy zagraniczne stosujące kreatywną księgowość (unikające podatków) i oferujące produkty wytwarzane poza naszym krajem.
Rządowe projekty i te proponowane przez organizacje pozarządowe nie biorą pod uwagę oddolnej realnej sytuacji i struktury m.in bezrobocia. Bazują na dwóch szkodliwych założeniach „państwo powinno pokryć koszty” + „zwiększenie liczby etatów urzędniczych”. Skutki widzimy wokół.

Na marginesie i nie na marginesie: Pojawiają się propozycje bojkotu zagranicznych biznesów, choć trzeba jasno powiedzieć, że jest to propozycja typu „zbojkotuj windę i korzystaj ze schodów”. Tylko zwiększenie zasobności polskiej klasy średniej mogłoby spowodować zwiększenie zainteresowania ofertą polskich producentów i handlowców. Dziś pobudki patriotyczne muszą ścierać się z pytaniem o „być albo nie być”.

Jak dać Polakom więcej? Obniżać płacone przez nich daniny. Zgodnie z założeniami Hanauera to obywatele powinni korzystać z ulg a nie najbogatsi, którzy nie tworzą miejsc pracy i nie kupują więcej.

Czy państwo przetrwałoby taką zmianę? Na myśl o niej zapewne przechodzą zimne ciarki po plecach przedstawicieli wpływowych środowisk, które nie tylko bazują na powszechnie uznawanych mitach ale i los państwa traktują zgodnie z założeniem „po nas choćby potop”.

(są polskie napisy)

P.S.
Wybaczcie cegłę, ale temat posiada kilka wątków, których związanie jest konieczne. Zapewne pojawi się w niedługim czasie ekstrakt. Dużo zależy od Waszych opinii.

Reklamy