A PRZYSZŁOŚĆ?

by romskey

Po jednej z udanych prezentacji (tzw. szkoleniu) pakowałem manatki, wyłączałem wtyczki. Zajęty sobą, kątem oka dostrzegłem kogoś kto siedział na jednym ze stolików z komórką w ręce i przyglądał się mi z twarzą bez wyrazu. „Co to za mina?” – rzuciłem z uśmiechem choć bez większego zainteresowania. Nie zadziałało, obiekt zaciekawienia ledwie widocznie wzruszył ramionami i odpowiedział jakimś grzecznościowym choć sympatycznym ćwierć uśmiechem. Pozostali uczestnicy-słuchacze już wyszli, byliśmy sami w pustej salce. Chowając resztki ekwipunku ponowiłem pytanie, bo przecież znam wszystkie odpowiedzi i rozwiązania. „Wyrzuć to z siebie” – zachęcałem – „przecież nie znamy się, czasem warto się zwyczajnie wygadać, może coś poradzimy?”. Moja zabawa w psychologa przyniosła jedynie: „Nie nic, ee, tam, nie ważne” plus niemrawy uśmiech. Ech, nastolatki, stworzyłem w głowie jedyną słuszną wersję: „Chłopak rzucił, tró miłości brak, nie jestem taka jak inne, życie jest bez sensu, a w ogóle ten świat jest do bani”. Postanowiłem nie naciskać, choć wykorzystując kilka magicznych sztuczek, usłyszałem od 14-latki, że jej kłopot nie jest typowy, w jej dość kombinowanej rodzinie dotkniętej częściowym bezrobociem brakuje pieniędzy na… jedzenie. Zamarłem. Chciałem zapaść się pod ziemię a w spragnionym ucieczki odruchu, miałem ochotę złapać za fifraki jakiegoś polityka i zamienić się z nim miejscami po to, by szepnąć mu do ucha: „posłuchaj tego! do kurwy nędzy!”. I nie pomyślałem o tym dlatego, by udowodnić, że lud polski głoduje! Nie zacząłem tworzyć w Excelu wykresów lawinowego wzrostu społecznego bogactwa by zaprzeczyć temu co usłyszałem. Zadałem sobie pytanie o tą jedną 14-letnią dziewczynę, której sytuacji w moim kraju powinno kurwa mać nie być! Mam swój ogródek, nie jestem Owsiakiem by zająć się wszystkimi. Podarowanie dziewczynie pieniędzy wydało się mi żałosne, doraźne, odbierające jej godność… przecież rolą państwa jest zapewnienie każdej takiej osobie wsparcia bez względu na to czy jej rodzice piją czy są po prostu niezaradni życiowo. Jej położenie nie jest jej winą!

Czy nie istnieją kwestie fundamentalne, z którymi bylibyśmy w stanie zgodzić się wszyscy? Tuż za Odrą, osoba, która wykaże to, że mieszka na ulicy zostaje objęta natychmiastową opieką państwa. Reguła taka powstała z prostej przyczyny: Niemcy nie godzą się na to, żeby ktokolwiek w ich dumnym kraju mieszkał na ulicy lub głodował a już w żadnym przypadku dzieci. W Polsce zaczęlibyśmy od rozprawy na temat rozpuszczającego hołotę socjalu, rozważań nad tym, który łach polityczny chce na tym zrobić interes (i oczywiście przeciwko komu), rozgorzałaby debata na temat tego komu zabrać i ilu jest głodnych i czy w ogóle istnieją, a media wszelkiego rodzaju rozdmuchałyby opisany przypadek jako społeczną normę bytową Rzeczy Pospolitej, skazując „ofiarę pomocy” na jeszcze większy wstyd (oczywiście, wraz z kolejnym medialnym niusem sprawa ucichłaby i zostałoby po staremu).

Nie sposób myśleć o przyszłości stojąc na dziurawej i skrzypiącej podłodze. Po prostu nie wiedziałem co zrobić(!), jaki adres podać, przytłoczyła mnie myśl odbierania dzieci rodzinom czy upokarzającej wycieczki do jakiejś jadłodajni. Na chuj to całe wdrażanie nowych technologii, „rzeczy dla przyszłości”, gdy nagle uświadomić sobie można, że ktoś ze szczurzego wyścigu odpadnie nie dlatego, że inni byli lepsi, ale dlatego, że ten 14-letni ktoś nie miał pod nogami nawet skrzypiącej podłogi!

Czym innym jest czytanie statystyk, debatowanie, szacowanie skali różnorodnych problemów czy pseudo-problemów a czym innym stanąć z nimi oko w oko. Gniew, bezradność, chęć ucieczki. Czy wiecie, że ta dziewczyna trenowała nawet sport? Na głodniaka, wszystko by nie wyróżnić się z tłumu, by nie zostać wskazanym palcem jako „ten gorszy”. Można słuchać świetnych porad o tym, że w takich sytuacjach warto schować wstyd do kieszeni i ratować życie, ale te rady chyba nie docierają do adresatów. Najbardziej wpieniło mnie jednak to, że ja, dorosły człowiek poczułem się całkowicie bezsilny. Nie wyrzucałem sobie tego, że wyciągnąłem odpowiedź, po prostu: nie wiedziałem co zrobić! W Polsce przecież biedy nie ma, tylko jak okazało się są biedni. Pewnie nie ma też aborcji, tylko są ludzie, którzy odwiedzają gabinety. Podkreślam, że nie tworzę tu wizji katastrofy państwa, bo być może byłem świadkiem jedynego w Polsce przypadku lub jednego na 10 tysięcy, jednak był to przypadek, którego w moim kraju nie powinno być a ja powinienem wiedzieć jak zareagować i wiedzieć, że reagując nie przyniosę takiej osobie jeszcze większych problemów. Póki co nie życzę nikomu… a może wszystkim.

c3

Reklamy