Romskey's blog

A tłum skandował: Złodzieje, złodzieje!

Month: Luty, 2014

GDY NIEMCY MNIE BIJĄ (uncensored)

Lotniskowe sensacje nie zajmują mnie zazwyczaj, choć los chciał bym zatrzymał się przy włączonym telewizorze. Od widza pochłoniętego relacją usłyszałem: „wierzę mu”. Przez chwilę skupiłem się na przekazie by stworzyć listę osób, miejsc i zaistniałych zdarzeń, po czym zadałem „fundamentalne” w takich sytuacjach pytanie: „z jakiej partii?”. Fundamentalność pytania polegała na tym, że odpowiedź na nie decyduje w publicznej debacie o tym, czy należy marnować swój czas na dzielenie się świętym oburzeniem czy nie. „Nasz” – usłyszałem, choć szybko zdałem sobie sprawę z tego, że nadal nie wiem co znaczy „nasz”. Oglądałem dalej.

Składając kolejne elementy newsowego puzzle, odczułem lekkie mrowienie satysfakcji. Gdzieś na dnie świadomości wzrastała we mnie sympatia dla niemieckich celników, policji i w ogóle tej całej niemieckiej dyscypliny, jednak nie odzywałem się, bo przecież „naszych biją” i przedstawienie odmiennej racji groziło skreśleniem mnie z listy członków gatunku ludzkiego. Moja skryta radość narastała w sposób nieuchronny, bo temat jest i można peowcom przypierdolić a akurat nie widziałem o czym będzie kolejna notka. Wyrwany z przyjemnego letargu i poproszony o komentarz w sprawie, udzieliłem szybkiej i wymijającej odpowiedzi: „poczekajmy aż wszystkie fakty zostaną ustalone” – o dziwo powieliłem zdanie tymczasowo uznanych za zdrajców narodu polskiego (D.Tuska, P. Grasia i M.Kidawy-Błońskiej).

Dopiero w zaciszu mojego azylu przysiadłem do klawiatury i zacząłem rozmyślać nad tym jak z peowców zrobić miazgę a najlepiej ze wszystkich polityków. Jednak dwie wersje, jedna Bilda, druga Protasiewicza… lepiej byłoby napisać po procesie. W rezultacie, westchnąłem z rezygnacją: „Cóż, zderzenie kultur. U nas celnicy przywieźliby „Sz.Panu Posłowi” kanapki radiowozem a tam, potraktowali z buta. Po co pił wińsko w samolocie? Czy nie wie o tym, że nietrzeźwy o 50% ogranicza swoją wiarygodność?”. Z własnego doświadczenia wiem, że z policji bardzo łatwo zrobić oprawców nadużywając nieco obrony ale pijany Polak o holokauście??.. ech.

Z uwagi na to, że jest to mądry, sprawiedliwy i rozjemczy blog, należy się jakaś inteligentna pointa-nauka warta rangi zdarzenia. Stwierdzam przeto, że w przestrzeni publicznej, każdy rodak, powinien mieć prawo przypierdolić w pysk pijanemu posłowi niezależnie od tego czy ten mówi o holokauście, długości członka czy ‚ja się nie czuję’. Skoro posłowie sami potrafią uchylać sobie immunitet…

646927
(fot. Andreas Greß)

RELIGIJNE ODMÓŻDŻANIE

Wiele powiedziano o religijnym odmóżdżaniu w przedszkolach i szkołach, choć słowa te padały w próżnię. Argumenty były różne: dziecko nie jest w stanie mentalnie zmierzyć się z religią, nie powinno zbyt wcześnie stykać się z przemocą (teksty religijne są jej pełne), nie powinno uczyć się podziałów na wierzących/niewierzących/innowierców czy wreszcie pytano dlaczego niekatolicy mają utrzymywać katechetów? Wierzący i sam kościół odpowiadali na te zarzuty bez obaw o zachwianie stanem panującym: przemoc jest wszechobecna, kościół uczy miłości do inności a nie nienawiści, dostosowane do intelektu podopiecznych opowieści o tym co jest dobre i złe nie są zagrożeniem dla ich umysłów a opłaty, konstytucyjność – przecież mamy Konkordat.

W kraju, w którym świeckie sądy toczą procesy o bluźnierstwa, a ksiądz i naukowiec mają równoważne prawo głosu w dyskusji o embrionach, niełatwo cokolwiek zmienić. Warto jednak zwrócić uwagę na argument spychany zwykle na bocznicę, którego wartość jest niebagatelna.

Dziecko nie stanie się teologiem, choć bez trudu przyjdzie mu uwierzyć w boga na obrazku tak jak w tramwaj, domek, czy kwiatek. Teoretycznie nic groźnego skoro ów bóg tak szalenie miłuje wszystkich. Problem w tym, że w dowolnym teście na inteligencję „bóg” byłby elementem niepasującym do bytów materialnych tak jak kwiatek nie pasowałby do pojęć „Jahwe, Allah czy Kriszna”. Owszem, sami serwujemy dzieciom bajki o czarach, podróżach w czasie i kosmitach, ale te bajki przestajemy w pewnym momencie opowiadać. Zależy nam na tym, aby dorastający młody człowiek zaczął twardo stąpać po ziemi, by radził sobie, stał się praktyczny i racjonalny. Niestety, w przeciwieństwie do bajek, religia traktowana jest niezwykle poważnie znacznie dłużej.

W ciągu całego procesu wczesnej edukacji młodzi ludzie przesiąkają równoważnym traktowaniem religijnych rojeń i rzeczywistych faktów, lekcją religii obok lekcji fizyki. Czy należy dziwić się temu, że w dorosłym życiu postępują zgodnie z tą formułą? Dziwmy się smoleńskiemu obłędowi czy wojnie o gender, wyczuwamy, że gdy nikt tego nie powstrzyma to wybuchnie jakieś powstanie. Wołamy w pustkę: „Racjonalizmu! Skupmy się na faktach!”. Ależ przecież wszyscy skupiają się, wiara jest przecież równa faktom i nauce, nie można wiary ot tak zepchnąć jakimś brakiem dowodów bo wiara jest przecież dowodem.

religia

CO TUSKU SPIER…ŁEŚ

Spoglądam na wydarzenia na Ukrainie i ogarnia mnie poczucie gniewu. Gdzie Ci do Janukowycza, wykonawcy woli rosyjskiej, satrapy mającego za nic konstytucję i kipiącego bezsensownym bogactwem mechanika korupcji? Taki Twój obraz malował i wciąż maluje Twój główny rywal polityczny wyprowadzając co chwila ludzi na ulice. Czytałem jego program, jest głupcem, zacofanym w czasie i przestrzeni grafomanem, niezdolnym nawet korzystać z socjotechnik. Jednak to głupcy i oszuści są dziś w Polsce wyjątkowo głośni a to jest już Twoją osobistą zasługą.

Lata temu, kiedy szedłeś po władzę i zdobyłeś ją, zstąpił na miliony Polaków duch odnowy ziemi, tej ziemi. Nagle miało być lepiej, entuzjazm był potężny. Tu w sieci powstawały skupiska ludzi liczące dziesiątki, setki i tysiące tych, którzy rozmawiali o demokracji, chcieli tworzyć społeczeństwo obywatelskie na miarę Europy i XXI w. Ludzie ci dyskutowali o Polsce, społeczeństwie, kulturze(!), chcieli współuczestnictwa w tworzeniu nowej, lepszej rzeczywistości. Ogromna ich rzesza poczuła swoją szansę na rozwój, bo miało być lada chwila lepiej. Nie zauważyłeś ich. Ich entuzjazm zdychał powoli, latami. Dziś chowają się po kątach lub mszczą na rzeczywistości za to, że nie spotkała ich żadna pomoc, żadne wsparcie ze strony państwa. Formalności, jakieś chore gospodarcze upodmiotowienie organizacji społecznych, napięta do granic absurdu odpowiedzialność prawna, praktycznie blokowały możliwość jednoczenia się na ludzkich warunkach.

Dziś zastanawiamy się dlaczego głośni są głupcy, dlaczego absurd goni absurd, dlaczego oszustwo, manipulacja i fanatyzm zdają się być pierwszym szeregiem społecznego chóru? Być może nie wiedziałeś o tym, że owi głośni nie powstali sami z siebie, że stało za nimi silne i hojne lobby (mecenat) kościelne, polityczne. Patrzyłeś na rozwój ziejących nienawiścią i żądzą władzy dewiatów kwitując biernym milczeniem zanikanie tych, którzy nawet gdy nie chcieli być Twoimi partyjnymi sojusznikami to wspierali rozum, racjonalizm. Bałeś się, że niekontrolowany przez władzę rozwój ruchów społecznych może władzy zaszkodzić lub zagrozić, a dziś zbierasz żniwo tego lęku. Głupota króluje – zdrowy rozsądek jest niesłyszalny.

Miliony ludzi, mogących zaangażować się w dzieło budowy społeczeństwa obywatelskiego przeleciało Ci między palcami. Uważałeś, że Wyborcza i rządowe thin-tanki będą stanowić właściwą przeciwwagę dla obłędu „moralnego wzmożenia”. To tak nie działa. Nie da się zakłamać społecznego poparcia i zaufania. Ludzie chcą jednoczyć się na własnych zasadach a nie są zamachowcami, bandytami i złodziejami choć tak traktuje ich maszyna biurokracji. Owszem, są zdolni do oszustw, ale walczmy z oszustwami a nie ludźmi.

Zamiast sieci społecznych stowarzyszeń, organizacji, instytutów badawczych – co jest cywilizacyjnym standardem rozwiniętych krajów demokratycznych – masz dziś setki rozproszonych mikro-partyjnych zarodków (nierzadko wściekłych) kierującym się umocnioną praktyką prawdą: „chcąc coś zmienić w tym kraju trzeba przejąć władzę, bo władza jest głucha i niema”. Zamiast silnej i racjonalnej opinii publicznej masz dwugłos złożony z klakierów i rozbuchanych nienawiścią przeciwników. Dobra połowa Polaków straciła nadzieję, że ich głos ma znaczenie, stroni od wydarzeń. Tak nie buduje się demokracji. Zmarnowano nawet dotacje na rozwój społeczny, które pochłonęli „krewni i znajomi” lub ci, którzy wypompowują je jak organizacje kościelne pieniądze na promocję równouprawnienia płci.

Czy można społeczny kapitał reaktywować? Być może, choć wielu już w to nie wierzy. Dziś masz Frondę, wSieci, Niezależną oraz głos społeczeństwa zdegradowany do smsa w Szkle Kontaktowym.

onet
(fot:Onet)

Spoleczenstwa o zanizonej samoocenie (podobnie jak niewierzacy we wlasne mozliwosci ludzie) sa bardziej sklonne do irracjonalnych zachowan oraz w wiekszym stopniu bezradne wobec realnych wyzwan i problemów. W spoleczenstwach takich brakuje tego, co Francis Fukuyama okreslil jednym z kól napedowych wzrostu gospodarczego, a mianowicie kapitalu zaufania.
Polski kompleks (fragm)

NIEŁATWO RZĄDZIĆ POLAKAMI

Dopóki jest dobrze, dopóki można wypić za czyjś sukces lub postępy – gotowi jesteśmy nosić faworytów na rękach. Jednak błąd, potknięcie czy porażka zmieniają diametralnie nasze nastawienie. Wiedzą o tym sportowcy, muzycy a już na pewno politycy. Trudno powiedzieć, czy wynika rzecz z goryczy wywołanej kolejnym uświadomieniem sobie, że nic nie jest warte dłuższego zaufania, inwestycji czy może podświadomie liczymy na to, że komuś powinie się noga? Polski entuzjazm jest silny ale płytki, bardzo łatwo zmienia się w nienawiść i to skrajną. Właściwie sami jesteśmy sobie winni, gdyż trudno uzasadnić wiarę w to, że zwycięstwa będą wieczne, wielkie zmiany szybkie, realizacje zgodne z pierwotnym zamysłem. Pompujemy bańki spekulacyjne oczekiwań do niemożliwości, a te, jak to bańki – lubią pękać.

Nie lubimy dawać kolejnych szans i rozglądamy się za kolejnym „zbawcą” lub w imię irracjonalnie pojmowanego honoru, walczymy do krwi ostatniej tonąc wespół z „przegrywającym wodzem”. Tkwią w nas wzorce postaw zaczerpnięte choćby z Sienkiewicza, który dla pokrzepienia serc napisał nam heroiczną historię, tyle że staramy się naśladować byty nierzeczywiste, wyidealizowane i odczłowieczone a raczej tak ludzkie jak żaden człowiek.

Realizm i praktyczność są nam obce. Zdajemy się wierzyć w to, że ludzie wyjątkowi spadają z kosmosu. To, że osiąganie czegokolwiek wiąże się z ciężką pracą i cała masą błędów jest dla nas abstrakcyjne. W zasadzie mamy prawo tak sądzić, skoro w Polsce o byciu kimś czy osiągnięciach decydowały i wciąż decydują pieniądze lub układy. Popatrzmy jednak na siebie z perspektywy władzy lub kogoś kto po władzę chce sięgnąć. Gdy wie, że po ewentualnym błędzie rozszarpiemy go na kawałki, to nie wykona żadnego ryzykownego kroku. Opcja druga jest taka, by złapać Polaków za mordę na tyle silnie, że rozszarpać nikogo nie będą w stanie.

Bezruch i frustracja lub tyrania i powstanie.
Trzemy gołą dupą o potłuczone szkło.

cla
(fot:trendhunter.com)

LEKCJA DEMOKRACJI

ecc

„Ponad połowa ludności świata żyje w jakiejś demokracji choć tylko 13% w pełnej”.
The Economist


WSTĘP

Zastrzegam, że w niniejszym tekście nie zamieszczam swoich prywatnych zasmarkanych opinii lecz przytaczam i dzielę się wiedzą. Jeżeli ktoś zechce przeciwstawić przedstawionym treściom swoje własne zdanie to niech zmierzy pierwej własne kompetencje w kwestii zabierania głosu. Tekst powstał w oparciu o analizy m.in. Międzynarodowego Stowarzyszenia Nauk Politycznych, badań uniwersytetu Yale i wielu innych szacownych instytucji, których pełną listę przytoczę w razie potrzeby. Oczywiście proszę o wybaczenie tych, których niniejszy wstęp uraża, lecz jedną z cech mojego charakteru jest nietaktowność wynikająca z potrzeby działania dla dobra wspólnego, któremu to dziełu czynione są niekiedy przeszkody. Mam poczucie, że dzisiejszy tekst jest szczególnie ważny.

1. Ustrój bez definicji

Nie łatwo żyć w ustroju, który nie posiada ścisłej definicji. Gdyby taka istniała potrafilibyśmy bez trudu rozpoznać działania pro lub anty demokratyczne w obszarach takich jak polityka, media, administracja państwowa, przestrzeń publiczna (obywatelska). Dysponujemy potężnym zapleczem ekspertów będących w stanie powiedzieć nam bardzo wiele o wszelkich demokracjach, które objawiły się dotychczas na świecie, lecz po drugiej stronie mamy bezpośrednich użytkowników tychże. Zdania obu stron nie są zwykle zbieżne. Konflikt „doświadczenia (zwykle historycznego)” z „rozpoznaniem (realizmem)” utrudnia dyskusję choć wydawałoby się, że obecność obu stron jest potrzebna. Czy strony nie powinny jedynie wchodzić sobie w buty i dbać o to, by eksperci przez fakt porównania obecnej demokracji do demokracji przeszłych i istniejących nie decydowali o tym co czują beneficjenci demokracji obecnej i vice versa? Byłby to zdecydowanie pozytywny krok.

2. Wolność, równość wobec prawa, sprawiedliwość, pokój, bezpieczeństwo, rozwój

Bardzo łatwo sporządzić prostą definicję demokracji: „Demokracja to ustrój, w którym decyduje większość, szanując mniejszości i prawa człowieka”. Kłopot pojawi się gdy zapytamy „kto decyduje o tym jaki zakres powinno osiągać prawo większości, czym jest szacunek dla mniejszości, czym są prawa człowieka, kto w ogóle decyduje i ocenia kształt demokracji”? Czy w diagnozowaniu liczy się zdanie mediów, poszczególnych polityków, partii, konstytucji, opozycji, społeczeństwa (sondaże), nauki, organizacji, międzynarodowych instytucji a może kościołów lub grup ekonomicznych? Najlepszym wyjściem byłoby stworzenie algorytmu biorącego pod uwagę wszystkie zdania, skoro wymienione podmioty są demokracji użytkownikami. Jednak jak stworzyć skalę „ważności” poszczególnych poglądów?

-Współdecydowanie-
Fundamentalnym założeniem przyświecającym twórcom najlepiej funkcjonujących demokracji był sprzeciw wobec dyktatury (autorytaryzmu). Demokracja jest jej przeciwieństwem. Tam gdzie o kształcie ustroju (praw, wolności, przywilejów) decyduje wąska grupa decydentów lub jeden wódz, demokracja może znaleźć się w tarapatach. Musimy brać pod uwagę to, że w obecnych czasach, wykorzystując różnorodne narzędzia, można demokratycznie zdobyć władzę ale tylko po to by demokrację zburzyć. Społeczeństwo można zmanipulować, skłonić do oddania głosów a następnie dysponując uzyskanymi środkami kontroli i nacisku sprowadzić je do roli bezwolnego hodowlanego inwentarza czy armatniego mięsa. Chcąc zapobiec wystąpieniu takiej ewentualności należało ograniczyć dostęp do narzędzia kontroli i siły, sprawić by nie znalazły się w jednych rękach (np. niezależność prokuratury od rządu).

Demokracja jest ustrojem niedokończonym. Wolność, równość wobec prawa, sprawiedliwość, pokój, bezpieczeństwo, rozwój – demokracja ma je gwarantować ku powszechnemu zadowoleniu. „Idee” te są jednak owym przysłowiowym toporkiem, którego można użyć zarówno w dobrych jak i złych celach. Wolność jednych może wiązać się z naruszeniem wolności innych, równość wobec prawa może zetknąć się z problemem uprzywilejowania określonych grup, sprawiedliwość może stać się kwestią widzimisię a pokój może być serwowany jako bezdyskusyjny skutek wojny, którą należy z kimś rozpętać itd. Można więc spokojnie przyjąć, że demokracja jest aktywnym, stale zmieniającym się bulgocącym kotłem pełnym zupy a nasze starania możemy poświęcić temu by nic nie wykipiało lub nie przypaliło się. Zmienność ta sprawia, że nie jest możliwe stworzenie ścisłej definicji demokracji (od/do) podobnie jak nie można uszyć uniwersalnego ubrania na całe życie, służącego komuś od niemowlęctwa do sędziwej starości.

3. Rating demokracji czyli DEMOCRACY INDEX

Grupa badaczy z Economist Intelligence Unit uznała, że można obserwować zachodzące zmiany i oceniać je jako korzystne lub niekorzystne dla demokracji – dzięki czemu można stan demokracji określić. Tak jak gospodarki doczekały się agencji ratingowych, tak i demokracja posiada swój rating. Nie wiemy o nim powszechnie, gdyż jest dość surowy dla badanych 167 krajów uważających się za demokratyczne. Metodologia zmienia się co roku w odpowiedzi na pojawiające się nowe okoliczności a sposób zbierania danych jest owiany tajemnicą by powstrzymać zakusy tych, którzy zechcieliby osiągać nie całkiem formalny wpływ na wyniki.

Mowa o „Wskaźniku demokracji” (democracy index) opracowywanym co roku przez Economist Intelligence Unit – jednostką badawczą związaną z tygodnikiem The Economist. Nawet gdy czujecie, że lepiej wiecie jaką mamy demokrację niż jacyś nieznajomi ludzie, to zalecam przyjrzenie się próbce z 60 pytań, na które odpowiedzi są punktowane a następnie sumowane. Czytając je odkrywałem zupełnie nowy ląd.

Czym jest demokracja (próbka pytań):

7. Czy proces finansowania partii politycznych jest przejrzysty i powszechnie akceptowany?
9. Czy obywatele mogą swobodnie tworzyć partie, które są niezależne od rządu?
10. Czy partie opozycyjne mają realistyczną perspektywę osiągnięcia władzy?
16. Czy rząd jest wolny od niepożądanych wpływów ze strony wojska i służb bezpieczeństwa?
18. Czy potężne grupy ekonomiczne, religijne lub inne posiadają równie duże znaczenie, co polityczne instytucje demokratyczne?
21. Czy działania administracji są transparentne i istnieje publiczny dostęp do informacji?
22. Jak wszechobecna jest korupcja?
25. Jak znaczne jest publiczne zaufanie do rządu?
26. Jakie jest publiczne zaufanie do partii politycznych?
27. Jaki jest udział wyborców / frekwencja w wyborach krajowych?
28. Czy mniejszości etniczne, religijne i inne posiadają rozsądną autonomie i głos w procesie politycznym?
29. Kobiety w parlamencie .
38. Jakie jest zapotrzebowanie na rządy silnej ręki (wojskowe)?
39. Jaka część populacji uważa, że główne decyzje powinni podejmować eksperci a nie rząd? (zaufanie do kompetencji)
40. Jaki odsetek ludności uważa, że władza nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa publicznego?
41. Postrzeganie wpływu systemu gospodarczego na polityczny (szkodliwy / nie szkodliwy)
42. Stopień poparcia dla demokracji .
43. Czy istnieje silna tradycja rozdziału kościoła i państwa.
44. Czy panuje wolność mediów elektronicznych ?
46. Czy istnieje wolność ekspresji i pokojowego protestu
47. Czy w mediach odbywa się otwarta i wolna dyskusja o sprawach publicznych, z rozsądnym doborem różnorodności opinii?
49. Czy obywatele mają prawo zrzeszać się w organizacjach i związkach zawodowych ?
51. Czy legalne jest stosowanie tortur przez państwo?
53. Stopień religijnej tolerancji i wolności wypowiedzi religijnej .
54. Czy obywatele są traktowani na równi z mocy prawa?
56. Zakres bezpieczeństwa własności prywatnej i działalności gospodarczej od wpływów rządowych
57. Zakres, w jakim obywatele korzystają wolności osobistych . Rozważ równość płci.
58. Jakie sa popularne poglądy na temat ochrony praw człowieka ; czy większość uważa, że podstawowe prawa człowieka są dobrze chronione .
59. Nie ma istotnej dyskryminacji z powodu rasy, koloru skóry czy wyznania.
60. Zakres, w którym rząd wykorzystuje ryzyka i zagrożenia jako pretekst do ograniczenia swobód obywatelskich.

Więcej na ten temat (przykłady):
badania 2007:
badania 2012

4. Słowo ode mnie

Nie znajdujemy się w czołówce pełnych demokracji. Zajmujemy pozycję w okolicach 40 miejsca pośród tzw. „demokracji wadliwych” co nietrudno zrozumieć odpowiadając sobie na pytania przedstawione powyżej. Oczywiście mamy miejsce lepsze niż obecność w strefie „systemów hybrydowych” (Ukraina) lub „reżimów autorytarnych”. W pewnej perspektywie, analizując całość (60 pkt.) każdego roku, nie tylko jesteśmy w stanie ocenić stan naszej demokracji, ale również możemy dowiedzieć się, w którą stronę zaprowadzą nas programy wyborcze poszczególnych partii politycznych. Myślę, że warto. Z powodu braku czasu nie zamieszczam dziś pełnej listy pytań i możliwych odpowiedzi, ale mam nadzieję uzupełnić ten niedobór w bardziej sprzyjającym czasie. Tak swoją drogą, demokracja to jest dopiero „gender”, przed którym zadrży niejeden.

Na grafice poniżej: Czołówka z 2011 roku „Demokracje pełne”.
Polska zajmowała 45 pozycję w „Demokracje wadliwe”.

2011

POKRAKA DEMOKRACJI

Kiedy demokratyczna pokraka zabiera głos w sprawie jeszcze większej demokratycznej pokraki, to tylko usiąść i zapłakać. Właściwie nie było wyjścia, coś powiedzieć trzeba, bo rekonstrukcja zdarzeń na Ukrainie budzi zainteresowanie sporej grupy rodzimych naśladowców – co odbija się czkawką „strefie rządowej”. Są ulice, kamienie, płomienie, nacjonalistyczne hasła, flagi – nic, tylko PiS we własnej osobie. „Nie popierać!” – grzmi polski sektor zwany reżimowym. „Popierać!” – brzmi opozycja, bo każda opozycja ma prawo walczyć z tyranem.

Przeciętny Polak kojarzy Ukraińców z rzeziami, więc wszelkie nastawienie odmienne od odrazy jest traktowane z dystansem. Jednak jakaś reakcja być musi, a tym bardziej gdy potrzebę reakcji ogłosiły media. Bez mediów, ukraińskie trupy nieszczególnie były warte uwagi: Stoch skacze wysoko, Kowalczyk bierze złoto, PO-PiS-owa debata o zdrowiu, Trynkiewicz i złotousty Żelichowski w przerywnikach. Jednak dziś, zdanie trzeba jakieś mieć, własne najlepiej, tylko jakie, gdy jedni mówią „tak”, drudzy „nie”, historia krzyczy „zostaw!” a współczucie podpowiada „paskudnie być obojętnym”?

Na zasłyszany w Polsce argument: „Bierzmy pod uwagę to, że prezydent Janukowycz został wybrany demokratycznie” – kryw jasna mnie zalała. Idąc tropem tej logiki, należy uznać, że gdy demokratycznie wybrana władza postanowi przywrócić obozy koncentracyjne, niewolnictwo czy inny szariat – to należy takiej władzy przybić z demokratycznym uznaniem piątkę i szanować.
Cóż, Janukowycz wygrał demokratycznie, choć czy demokratyczne były jego pomysły?
Przypomnijmy:

21 listopada 2013
– Ukraina nie podpisuje umowy o partnerstwie z UE. Umowę taką, w trakcie szczytu Partnerstwa Wschodniego parafują Gruzja i Mołdawia. Janukowycz odmawia stwierdzając, że Ukraina ma problemy gospodarcze i finansowe. Prounijna (demokratyczna) część Ukraińców wyraża sprzeciw. Dochodzi do serii ulicznych wystąpień. Na Majdanie pojawia się namiotowe miasteczko, które Berkut brutalnie pacyfikuje. Protestujących przybywa. Dochodzi do aresztowań i pobić. Polacy jadą na Majdan robić sobie piar.

16 stycznia 2014 – Demokratycznie wybrany ukraiński parlament wprowadza tzw. ustawy dyktatorskie. Janukowycz twierdzi, że wzorował się na rozwiązaniach zachodnich, choć zachód (UE i USA) głośno na nowe przepisy buczą, bo wiedzą jak jest z niezawisłością sądów na Ukrainie. Nikt nie ma złudzeń. Nowe prawa są odpowiedzią na przybierające na sile prounijne wystąpienia i zostają wprowadzone w trybie pilnym gdyż prounijna zaraza może rozlać się na cały kraj. Celem jest opozycja. Ustawy ograniczają wolność słowa, zgromadzeń, dają możliwość wytaczania zaocznych procesów manifestującym, ułatwiają pozbawianie immunitetów deputowanych, wprowadzają nakaz okazania paszportu przy zakupie karty SIM, fundacje dotowane m.in. z zagranicy mają rejestrować się jako „agentury”, złagodzeniu ulegają kary za „przeszkadzanie” dziennikarzom – zresztą sama działalność Berkutu mówi o tym jak wygląda demokracja po ukraińsku. Podpisanie ustaw uruchamia lawinę społecznego gniewu. W starciach ulicznych giną ludzie.

„Majdan” nie ma złudzeń: „Janukowycz jest moskiewskim gubernatorem”. Protesty mające charakter prounijny zmieniają się w antyrosyjskie i antyrządowe. To jednoczy zarówno prawą jak i prounijną stronę.

* * *

Czego nie dostrzegamy? Tego, że na dobrą sprawę, postępowanie Janukowycza współgra z zapatrywaniami na demokrację Jarka Kaczyńskiego. Kontrola sądów, mediów, wszystkiego, różnica jedynie taka, że Janukowycz lubi Rosję a Jarek Watykan. W państwach ich marzeń opozycję należy zamknąć, bo kto bierze władzę bierze wszystko.

Czy demokratycznie wybrane władze mogą wprowadzać antydemokratyczne przepisy? W polskim rozumieniu tak, bo demokracja to przecież wola większości. Po kątach chowają się ci, którzy dopowiadają cicho, że z „poszanowaniem mniejszości” a już w ogóle niesłyszalni są ci, którzy mówią „z poszanowaniem praw człowieka”. Wg. powszechnie uznanej w Polsce definicji demokracji to władza ustala:
1) co jest demokracją
2) jakie są prawa człowieka
3) co jest prawem mniejszości
Jak komuś nie pasuje to się go zamknie lub pośle w objęcia „tituszków”.

Nie, moi Drodzy. Tak się nie da.
Gdy demokratycznie wybrana władza przestaje działać na rzecz demokracji lub ogranicza ją, to zmierza do:
OBALENIA USTROJU!

1780744_277247239094024_1720655101_n

PUŁKOWNIK

Byli agenci wywiadu PRL (Zacharski, Makowski) wiodą dziś spokojne żywota, piszą i wydają książki, pokazują się chętnie w mediach. Opowiadają jak wzruszali się słuchając polskiego hymnu, jak oszukać wariograf, chwalą się dzielnością, myśleniem, sprytem. Gdy odejdą, ich groby pozostaną miejscami tak cichymi jak cicha była ich praca. Los płk. Kuklińskiego do tych losów nie należy. Jego życie i działalność, jeszcze za jego życia zostały poddane publicznej ocenie, w której niewielu biegłych zadało sobie pytanie o własne kompetencje.

Bezpośrednim czynnikiem sprawczym wzbudzonego chaosu jest tzw. błąd przesunięcia kategorialnego, polegający w najprostszym ujęciu na przyłożeniu jednej miary do dwóch pozornie zbieżnych lecz realnie odmiennych spraw. W przykładzie: strajkujący człowiek w ocenie opinii publicznej postępuje właściwie, gdyż domaga się swoich praw, jednak z punktu widzenia interesów firmy, która go zatrudnia, nie pracuje i zatrzymuje produkcję (postępuje niewłaściwie). Prawo do stwierdzenia szkodliwości przerwania pracy dla interesów firmy zostaje zwykle w ‚ludowym procesie’ odebrane i właściciel firmy ma kategorycznie uznać, że nadprogramowa przerwa była przejawem bohaterstwa. O ile szanujemy choć szczątkowo logikę, to nie bylibyśmy w stanie wypowiedzieć takiej racji, podobnie jak ludzie nie będą w stanie nazwać strajku zachowaniem niewłaściwym lub szkodliwym.

Cechą charakterystyczną publicznych trybunałów jest polaryzacja skrajnych opinii „winny” czy „niewinny”, „bohater” czy „zdrajca”. Każda ze stron stara się przekrzyczeć drugą zmierzając do skazania podsądnego lub wyniesienia go na ołtarze. Nie można pozostać neutralnym i nie ma miejsca na szarości – umiarkowane poglądy zostają roztarte w pył. Czy w ‚rozpętanym procesie’ chodzi o prawdę lub sprawiedliwość? Zdecydowanie nie.

Pojęcia takie jak apostata, przeniewierca, zdrajca, krzywoprzysięzca, renegat czy zaprzaniec definiują osobę, która złamała dowolną deklarację złożoną w trakcie ślubowania/przysięgi. Określenia te z oczywistych względów mają pejoratywny wydźwięk pomimo tego, że renegatem będzie zarówno ten kto złamał przysięgę złożoną dobrej jak i złej sprawie. Nie musimy po te słowa sięgać, tak jak nie nazywamy siebie zdrajcami zrywając umowę z nieuczciwym providerem, nie nazywamy lekarzy dokonujących aborcji zabójcami, żołnierzy zbrodniarzami a osób, które zabiły w obronie własnej mordercami. Nie powinniśmy jedynie stwierdzać, że do zerwania umowy czy zabójstwa nie doszło.

Pułkownik Kukliński świadomie złamał przysięgę wojskową i czyn ten ma głębsze znaczenie niż nasza ocena sojuszu z ZSRR. Fakt ten dotyczy fundamentalnych zasad funkcjonowania struktury wojskowej i nie można mu przeczyć. Skupmy się jednak na dwóch kluczowych pytaniach/zarzutach:
Czy zrobił to dla pieniędzy?
Czy stworzył zagrożenie dla towarzyszy broni i społeczeństwa?

Na pierwsze z pytań nie byliśmy i nie będziemy w stanie odpowiedzieć, gdyż nie posiadamy zdolności prześwietlania cudzych umysłów w celu wykrycia najgłębszych intencji. Odpowiedź znał jedynie R.Kukliński. Czy mógł postąpić tak by przeciąć przyszłe spekulacje? Snowden, Assange, Manning, Vanunu to postacie, które ujawniły tajemnice wojskowe za sprawą mediów. Wyjawiając je światowej opinii publicznej zdjęły z siebie ciężar zarzutu działania na rzecz obcego wywiadu i motywowania się osobistymi korzyściami.

Drugie pytanie warto związać z losami płk. Clausa Stauffenberga, członka spisku niemieckich oficerów na życie A.Hitlera. Claus Stauffenberg prawdopodobnie po dziś dzień nie został zrehabilitowany (w świetle prawa), choć jest uznawany przez społeczeństwo za bohatera oporu Niemców przeciwko nazizmowi. Uzasadnienie podczas prób rehabilitacji brzmiało niezmiennie: „zdrajca naraża na niebezpieczeństwo towarzyszy broni i taka postawa nie może być popularyzowana”.
Czy płk. Ryszard Kukliński, wraz ze swoją ucieczką mógł (przez wzmożenie czujności kontrwywiadu) przyczynić się do zdemaskowania ewentualnego, działającego niezależnie i równolegle spisku polskich żołnierzy lub czy mógł narazić na niebezpieczeństwo i represje wszystkie osoby, z którymi był związany? Niestety tak. Pobudki etyczne, którymi kierował się stawiają nas przed dość skomplikowanym dylematem: czy dla dobra ogółu można poświęcić mniejszą grupę ludzi? Wreszcie, czy gdyby USA zdecydowały o uderzeniu prewencyjnym nie polałaby się polska krew?
Stauffenberg nie działał samodzielnie, zawiązano spisek. Grupa niemieckich oficerów świadoma społecznego zapotrzebowania na zakończenie wojny, była ciałem zdecydowanie bardziej kompetentnym i zobligowanym do podjęcia tak trudnej historycznie decyzji.
Wielu zapomina jednak o tym(!), że sam płk. Kukliński planował antysowiecki spisek w LWP, lecz został odwiedziony od tego zamiaru przez wywiad amerykański, który uznał pomysł za zbyt niebezpieczny. Wywiad amerykański uznał zapewne że Kukliński będzie bardziej przydatny jako źródło szkodliwych dla ZSRR danych, niż animator buntu oficerów w polskim wojsku.

* * *

Płk. R.Kukliński jest postacią tragiczną. Nie tylko z powodu burzy rozpętanej nad jego grobem. Stał się pionkiem zgniatanym potężnymi kleszczami zimnowojennych realiów, poczuciem własnego honoru, etyki, presją amerykańskiego wywiadu. Podejmowanie tak wielu decyzji przerasta możliwości jednego człowieka i trudno go obwiniać o to, że nie postąpił mądrzej, że nie przewidział wszystkich ewentualnych konsekwencji lub nie zrobił nic by przeciąć spekulacje, które są dziś osią sporu.

Nie chcę dokonywać moralnej oceny, choć chciałbym wierzyć w to, że płk. R.Kukliński powodował się dobrem publicznym. Złamanie wojskowej przysięgi jest bezdyskusyjnym faktem i państwo nie może czynić wyłomu dla samodzielnych decyzji żołnierzy dotyczących bezpieczeństwa narodowego czy światowego, niezależnie od szlachetności pobudek – żołnierz ma zawsze możliwość odmówić wykonania rozkazu. Na film Pasikowskiego nie czekam, gdyż nie interesuje mnie to co myśli o płk. Kuklińskim Pasikowski. Swoje zdanie już posiadam.

ngt

– BOGATY POLAK NIE WIERZY W MITY – N.Hanauer w akcji

xde

Zanim przejdę do głównej części tekstu, pozwólcie na pewien „historyczny” opis:

W 2007 roku stojąc w kolejce do wyborczej urny zapytałem znajomego o to dlaczego chce głosować na PiS? „Bo PO chce dobrze tylko dla bogatych” – uzasadnił. „Kto ci broni być bogatym?” – dorzuciłem, lecz znajomy wykazał nieugięte stanowisko. W tamtym czasie PO jawiła się partią nowoczesną, proeuropejską, laicką, umiarkowaną ideologicznie, która pchnie ten kraj do przodu, ułatwi życie ludziom – przedsiębiorcom, pracownikom, konsumentom. Owszem, na tle konkurencji w postaci PiS każde ugrupowanie wyglądało lepiej i być może dlatego przewaga intelektualna i kompetencyjna PO wydawała się tak znaczna, jednak program PO 2007 nie był zły. Ten dobry program okazał się jedynie zbyt teoretyczny i nie tyle w części merytorycznej co w kwestii odporności na „zewnętrzny czynnik ludzki”. Żale przegranego Jarosława Kaczyńskiego były grubym piachem rzucanym w tryby optymistycznie uruchomionej maszyny.

W roku 2007 świadomość obywatelska była dość ciekawa. Byliśmy pełni nowych świetnie brzmiących haseł i idei. „Bogaci pracodawcy tworzą miejsca pracy” czy „Wielka Budowa pobudzi naszą gospodarkę i jest warunkiem rozwoju”. Tezom tym nie zaprzeczał nikt rozumny, gdyż trzymały się logicznej „kupy”. Dopiero później gdy poszło o szczegóły, okazało się, że chodziło tylko o kilku bogatych pracodawców, że budowa autostrad sprzyja bez wątpienia rozwojowi grupy krezusów a krajowi już tak sobie (choć dzięki dobrym drogom zmniejszyła się liczba wypadków i zapotrzebowanie na usługi warsztatów samochodowych), że bezrobocie nieszczególnie maleje, emigracja nie chce wracać, że zryw gospodarczy nie nastąpił w oczekiwanej skali. Kryzys spadł władzom z nieba, gdyż pozwolił dość przekonująco wyjaśniać powody opóźnień, konieczność wprowadzenia niepopularnych decyzji czy skutków sabotażu PiS i kościoła. Nie oszukujmy się, teoria przeprowadzania ludu suchą stopą przez kryzys ma z fizyką tyle wspólnego co dokonania Mojżesza w podobnej dziedzinie. Powiedzmy sobie jasno: Polska nie inwestowała w rynek amerykańskich nieruchomości (więc nie straciła) i nie musiała ratować banków publicznymi pieniędzmi. Polskie banki dzięki dość restrykcyjnym starym przepisom zachowały dobrą kondycję, więc realne skutki kryzysu były minimalne. Na kryzysie skorzystali głównie pracodawcy znajdując pretekst do wpłynięcia na rząd i wprowadzenia na niekontrolowaną skalę elastycznych form zatrudnienia co po dziś dzień odbija się nam czkawką.

***

Powyższe akapity nie są częścią kampanii wyborczej, lecz jedynie tłem dla głównej treści niniejszego tekstu. Opis polskich realiów był niezbędny.

Dzięki facebookowym Znajomym wpadł mi w ręce materiał wywracający do góry nogami zdałoby się naturalne postrzeganie świata. Amerykański miliarder i inwestor Nick Hanauer, w trakcie konferencji TED wygłosił tak niesamowicie brzmiące racje, że jego wystąpienie zostało usunięte z zasobów fundacji pod zarzutem stronniczości i upolitycznienia treści. Biznesmen podważył jedną z powszechnie uznawanych (i z lewa i prawa) prawd:
„Bogaci (przedsiębiorcy) tworzą miejsca pracy” oraz przedstawił „nową” koncepcję spojrzenia na rynek. Materiał załączam w finale, a tymczasem streszczę wypowiedź inwestora, koncentrując się na głównych punktach.

Obalamy mity?

Hanauer stwierdził, że powołał do życia sporo firm i zatrudnił wiele osób, jednak osoby te musiał po czasie zwolnić, gdyż ubogi rynek – czyli konsumenci z klasy średniej – nie wykazywali zainteresowania oferowanymi produktami. Hanauer wskazał, że o prężności gospodarki a więc i zatrudnieniu decydują zasobni konsumenci (klasa średnia, która kupując daje pracę). Co ważne, chcąc zaoferować produkty, na które będzie stać ubogą klasę średnią, przedsiębiorcy przenoszą swoje interesy do takich krajów jak Bangladesz by obniżać koszty produkcji, a więc realnie zwiększają bezrobocie we własnym kraju(!).
-> najbogatsi przedsiębiorcy nie dają pracy

Wg. inwestora, kapitał kumulowany w rękach współczesnych faryzeuszy nie sprawia, że bogaty pobudza rynek, gdyż nie zaczyna kupować 3000 tys samochodów czy ubrań dla rodziny rocznie. To lepsza sytuacja klasy średniej pozwoliłaby na takie zakupy.
-> najbogatsi nie pobudzają gospodarki.

W swoim wystąpieniu Hanauer podkreślił, że zatrudnienie pracownika jest dla przedsiębiorcy ostatecznością i występuje tylko wtedy, gdy popyt na jego produkty wymusi zatrudnienie. Uzasadniał, że ulgi dla najbogatszych są skutkiem wiary w to, że bogaci dają miejsca pracy a wiara w tę teorię jest tym samym co wiara w to, że ziemia znajduje się w centrum układu słonecznego. Mówca zebrał owacje na stojąco.
-> gospodarkę i zatrudnienie pobudzasz zasobny TY

Przyznam, że na chwilę straciłem grunt pod nogami. To co powiedział Hanauer było proste i logiczne a jednocześnie przeczyło prostemu i logicznemu, które znałem. Żyjemy w Polsce, dlatego zechciałem skonfrontować zaprezentowane racje z naszym ogródkiem.

Sytuacja drobnych przedsiębiorców i konsumentów nie poprawia się od lat. Walka z bezrobociem idzie jak po grudzie a to między innymi z tego powodu, że władza rzadko sprawdza organoleptycznie jak jej programy działają od spodu, od strony ostatniego ogniwa czyli nas.

Bezrobocie i szara strefa
potencjał, który marnuje państwo.

Osobiście znam kilku lub kilkunastu ludzi działających w szarej strefie. Nie legalizują działalności gdyż tylko w ten sposób mogą rozwijać się (o ile produkują lub świadczą usługi) lub dzięki pracy na czarno zarabiają więcej (o ile są pracownikami). Rozwój w przypadku pierwszych polega m.in. na możliwości zakupu narzędzi niezbędnych do wykonywania prac co nie byłoby możliwe gdyby lojalnie płacili wszystkie daniny. Ludzie ci, pozbawieni możliwości otwartego reklamowania się, narażeni na niewypłacalnych zleceniodawców, nieposiadający zdolności kredytowych i borykający się z ciągłą niestabilnością zleceń – marzą o legalizacji, ale proste obliczenia dają prosty wynik: Legalizacja oznaczałaby ich koniec. Nie piszę o mafii ale ludziach świadczących drobne usługi. Ich oferta jest jedyną ofertą, z której mogą skorzystać ich niezbyt zasobni klienci. Śmiem nawet powiedzieć, że swoją działalnością nie czynią konkurencji podmiotom legalnym, które tego typu zleceń nie biorą lub cena odstrasza potencjalnych zainteresowanych (lub klientów po prostu nie stać na takie usługi). Ludzie z szarej strefy swoje dochody wydają w Polsce, co można uznać za pośrednie płacenie podatków. Retorycznie można zapytać: Ile inicjatyw gospodarczych Polaków grzęźnie w podobnym problemie? Pewne jest to, że państwu bardzo łatwo przychodzi tracenie tego potencjału.

Kto napędza rynek?
Z drugiej strony jest Klient – polska klasa średnia – nieco ponad 1200 zł/miesiąc, dla której wymiana stolarki okiennej jest porównywalna (pod względem uciążliwości dla portfela) do inwestycji w nowy dom. Obniżenie danin dla klasy średniej zwiększyłoby popyt na ofertę oraz kondycję legalnego biznesu, lecz nie dzieje się wiele w tym kierunku, gdyż funkcjonujemy w „micie” mówiącym o tym, że to bogaci przedsiębiorcy dają pracę (i im należą się ulgi) a nie rynek tworzony przez „odciążonych podatkowo” konsumentów(!). Nie powinniśmy też zignorować faktu, że bogatymi przedsiębiorcami w Polsce są firmy zagraniczne stosujące kreatywną księgowość (unikające podatków) i oferujące produkty wytwarzane poza naszym krajem.
Rządowe projekty i te proponowane przez organizacje pozarządowe nie biorą pod uwagę oddolnej realnej sytuacji i struktury m.in bezrobocia. Bazują na dwóch szkodliwych założeniach „państwo powinno pokryć koszty” + „zwiększenie liczby etatów urzędniczych”. Skutki widzimy wokół.

Na marginesie i nie na marginesie: Pojawiają się propozycje bojkotu zagranicznych biznesów, choć trzeba jasno powiedzieć, że jest to propozycja typu „zbojkotuj windę i korzystaj ze schodów”. Tylko zwiększenie zasobności polskiej klasy średniej mogłoby spowodować zwiększenie zainteresowania ofertą polskich producentów i handlowców. Dziś pobudki patriotyczne muszą ścierać się z pytaniem o „być albo nie być”.

Jak dać Polakom więcej? Obniżać płacone przez nich daniny. Zgodnie z założeniami Hanauera to obywatele powinni korzystać z ulg a nie najbogatsi, którzy nie tworzą miejsc pracy i nie kupują więcej.

Czy państwo przetrwałoby taką zmianę? Na myśl o niej zapewne przechodzą zimne ciarki po plecach przedstawicieli wpływowych środowisk, które nie tylko bazują na powszechnie uznawanych mitach ale i los państwa traktują zgodnie z założeniem „po nas choćby potop”.

(są polskie napisy)

P.S.
Wybaczcie cegłę, ale temat posiada kilka wątków, których związanie jest konieczne. Zapewne pojawi się w niedługim czasie ekstrakt. Dużo zależy od Waszych opinii.

SZACUNEK PO POLSKU

scun

Dla jednych oznacza uniżoność względem siebie lub innych. Kolejni uważają, że chodzi o nieustanne wyrażanie formułek „proszę, dziękuję, dzień dobry” (kultura osobista, grzeczność). Następni szacunek łączą z pojęciem tolerancji dla współplemieńców a bliżej nieokreślona grupa ludzi (do której zaliczam się), postrzega szacunek bardziej ‚globalnie’, jako szacunek dla praw drugiego człowieka. Skutek jest taki, że bardzo różnie odbieramy brak szacunku. Dla jednych brakiem szacunku jest podanie ręki przy powitaniu na stojąco bez pocałowania w sygnet, dla drugich problemem będzie „witam” zamiast „dzień dobry Panu (koniecznie z dużej litery)”, itd. itd. Czy to oznacza, że nie mamy problemu z brakiem szacunku a jedynie inaczej go rozumiemy i mamy odmienne oczekiwania względem otoczenia?

Niestety prawda jest przykra i nieco głębsza. W całym „bloku wschodnim” dokonano katastrofalnego zdehumanizowania społeczeństw. Wartość idei postawiono ponad wartością człowieka. Stawaliśmy się masą, „partią”, proletariatem, w których jednostka była zerem o czym wspominał klasyk. Patrząc na dowolną zbiorowość, widzieliśmy „naszych” lub wrogów, nie widzieliśmy ludzi. Gdy do okresu tzw. komuny (PRL) dołączymy okupację i wcześniejsze rozbiory zauważymy to, że każdy najeźdźca usilnie zabiegał o pozbawienie nas jakiejkolwiek indywidualnej tożsamości. Czy 200 lat z małymi przerwami to wystarczający czas by zmienić społeczną mentalność? Nie mam złudzeń.

Zaczynając od podstaw, należałoby dostrzec człowieka. To trudne, gdyż należałoby zauważyć go nie tylko w Żydzie, muzułmaninie, Rumunie czy komuniście, ale w piszewiku, geju, katolu, prawaku czy lewaku. Oczywiście nie cierpię na humanistyczną nadpobudliwość spod znaku Amnesty International i daleki jestem od szanowania człowieka w Trynkiewiczu, Stalinie, Mengele czy wszystkich tych, którzy swoim świadomym dziełem zaprzeczyli przynależności do gatunku ludzkiego. Nie powinniśmy takich ludzi naśladować w działaniu a nawet w punkcie widzenia, który na ogół uważamy za niegroźny. Istotą sprawy jest to, że nierzadko stosujemy nie całkiem sprawiedliwe uogólnienia i na nic zda się wyrażana uwaga o treści „może nie wszyscy z nich to kanalie, ale większość”.

Nie chcę się rozpisywać nad pozostałymi kontekstami, pozostawiając Wam trochę miejsca na skojarzenia. Dobrze byłoby, zobaczyć w drugiej istocie (także widzu, wyborcy, pracowniku, kliencie, petencie) człowieka, następnie Polaka, potem kogoś kto posiada jakiś życiowy dorobek (nie tylko komucha, skurwysyna, złodzieja itd.). Nie musimy zgadzać się ze sobą, nie musimy nawet rozmawiać, możemy krytykować się, ale wymienione podstawy wystarczyłyby by podnieść nieco poprzeczkę i doczekać się tego, by np. po zaciekłej kampanii wyborczej zobaczyć podanie sobie dłoni a nie spektakl niechęci, wyższości, pogardy, arogancji, ignorancji, nienawiści (żalów przegranego).
W przestrzeni publicznej (w obiegu opinii) – tu uśmiech w stronę Stanów Zjednoczonych skąd pochodzi pomysł – moglibyśmy zadbać o to, że jeżeli chcemy komuś przypieprzyć tekstem nie zapominajmy o „prawie riposty”. Prawo riposty, to powiadomienie obsobaczanego o zamiarze obsobaczania lub umożliwienie mu odniesienia się do stawianych zarzutów (tu oko w stronę moderujących blogi i portale). Można pamiętać, że szacunek dla rywala czyni zwycięstwo szlachetnym.

A jak do tego się zabrać? Może pomoże C.Jung:
„Nie da się zmienić ciemności w światłość, ani apatii w ruch bez udziału emocji”.

Obejrzyjcie koniecznie (na filmie Rosja).

ZIDIOCENIE POWSZECHNE

Można utyskiwać na falę masowego debilenia i próbować być w kontrze. Jednak rozum podpowiada, że wyjściem byłoby właśnie przyłączyć się do idiotów. Tylko jak zmienić nastawienie? Jak przyjąć to, że sądy są głupie, władza z innego świata, to że przetwarzaniem danych zajmują się dziś komputery a nie mózgi lub to, że nie mamy żadnego wpływu na przyszłość? Jak zamknąć się w klatce swoich pojebanych przekonań, wiedzieć wszystko, wiedzieć lepiej i nie umieć tego niczym uzasadnić? Ech, trudno się z tym zgodzić i żałuję braku wiary w sobie. Wiara jest fajna – pozwala wierzyć w każdy mit i uznawać go za wartość. Nawet ekonomia doczekała się własnego boga (wirtualne pieniądze, ZUS-coiny chyba też). Po co pieniądz ma odpowiadać wartości w naturze, gdy może mieć wartość zmyśloną? Skoro się kręci i można zarobić to jest ok, a że oszukane perpetuum mobile zakrztusi się i stanie co jakiś czas – co tam? – polityka w imieniu choć bez zgody ludu pomoże. Wiedzą tajemną jest, że nawet w ekonomii mamy wersje faktów dla krezusów i dla mas debilnych. Dla krezusów są stany na kontach a dla ludu słupki. To liczby i to liczby, jedne można wyjąć a drugie oglądać a lud co na to? „Ano taka jest wielka polityka, nie na mój rozum”.

Nie pomyślcie tylko, że tu o pieniądzach jedynie. Co rusz orzech twardy, a to Owsiak, gender, Kukliński czy Trynkiewicz. Pytamy: „Co się dzieje?” – nic. Dyskusja i wszyscy mają rację. Ktoś mówił rok temu, że świat dotknął bandy, ale jakże się mylił. To była jedynie linia boczna boiska a za nią jeszcze glob cały.

Czy ludzie, którzy podjęli się roli (na nasza wyborczą prośbę) kontrolowania wszechrzeczy posiadają ku temu kompetencje? Czy panują nad powierzonymi ich pieczy ogródkami pt. „dobro wspólne”? Kompetencje czasem tak, ale panowanie – mrzonka. Chwila ostrożnej cierpliwości polityka – kosztuje ponad 10 tys. zł/ miesiąc. Chwila cierpliwości Polaka – coś tam około 1200 zł. (tak, bo śmieciówki nie są fikcją, fikcją jest najniższy zarobek i średnia krajowa). Czekamy więc sobie. Na wyborczym targu rozpoczęła się prezentacja niewolników, z tym, że nie wiemy o tym, że głosując na nich nie kupujemy ich usług ale dajemy im wolność. Szlachetne to i głupie, ale przecież ma być głupio.

Aha i ostatnia sprawa – jak zreformować własny mózg, mając na celu utratę możliwości jego samo-reformowania się, ewolucji, postępu czy jak kto woli wyciągania wniosków? Z tym jest kłopot bo z naturą wygrać najciężej. Prace jednak trwają, może i tu dokonamy cywilizacyjnego skoku.

deb